Paddy przez kilka długich sekund nie odpowiadał. Stał naprzeciwko biurka z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała i słuchał kolejnych słów Aurory z miną człowieka, który bardzo poważnie rozważał, czy właśnie znalazł się w sytuacji, z której istnieje jakieś eleganckie wyjście. Jak dotąd nie znalazł. Najpierw został ochrzczony człowiekiem, który nie potrafił wykonać prostego polecenia, potem dostał wykład o własnych włosach, następnie dowiedział się, że jego smar na dłoni jest kolejnym dowodem na to, że najwyraźniej nie potrafi funkcjonować jak człowiek, a na końcu został nazwany „dobrym chłopcem”. To ostatnie zatrzymało go chyba najbardziej. Nie dlatego, że poczuł się urażony. Raczej dlatego, że przez całe życie nikt nie mówił do niego w ten sposób, chyba że miał na myśli psa. Paddy miał wrażenie, że powinien w tej chwili zrobić coś odpowiedniego. Podziękować? Zaprzeczyć? Zaśmiać się? Może nawet zasalutować, czego z oczywistych względów nie zamierzał robić. Ostatecznie tylko mrugnął i spuścił wzrok na własne dłonie. Dobry chłopiec. Przez chwilę przemknęło mu przez głowę, że jeśli zacznie teraz merdać ogonem, sytuacja może stać się naprawdę trudna do wyjaśnienia. Na szczęście żadnego ogona nie posiadał. Patrzył więc na kubek kawy, który właśnie zniknął z jego dłoni, jakby to on mógł podpowiedzieć mu właściwą reakcję.
—
Dziękuję... chyba. — odpowiedział w końcu, z lekkim wahaniem, a potem odchrząknął. Nie chciał się spierać. Nie chciał też udawać, że nie rozumie, o co chodziło.
—
Ja... —zaczął i urwał, bo żadna rozsądna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. Przeczesał palcami włosy, co oczywiście nie poprawiło ich wyglądu, a jedynie sprawiło, że zaczęły sterczeć w jeszcze większej liczbie kierunków. —
Nie chciałem nie wykonać polecenia, pani kierownik. Naprawdę.— tym razem mówił już poważniej. W jego głosie nie było buntu ani próby wymigania się od odpowiedzialności. —
Po prostu ekspres był zepsuty. A skoro już tam byłem... — Wzruszył ramionami, jakby właśnie powiedział coś zupełnie oczywistego. —
Pomyślałem, że mogę go naprawić.— w jego głowie było to wystarczającym wyjaśnieniem.
To była cała prawda. Paddy nie potrafił przejść obojętnie obok rzeczy, które wymagały pomocy. Dotyczyło to zwierząt, ludzi, roślin, zepsutych zawiasów, cieknących kranów i najwyraźniej również ekspresów do kawy. Czasami była to zaleta. Czasami przekleństwo. Najczęściej jedno i drugie jednocześnie. Kiedy więc Aurora zarzuciła mu, że zrobił to, na co miał ochotę, przez moment poczuł ciche ukłucie niesprawiedliwości. Nie uważał, żeby robił coś dla własnej wygody. Właśnie przeciwnie. Zrobił to dlatego, że ktoś miał problem, a on potrafił go rozwiązać. Tyle że najwyraźniej w świecie, w którym człowiek miał przełożonych, nawet pomoc mogła okazać się nie na miejscu.
Zamiast tego usłyszał kolejne polecenie. Nie podobało mu się to. Nie sam fakt, że Aurora zwróciła mu uwagę — z tym potrafił się pogodzić. Miała rację, że powinien był wrócić szybciej. Nie podobało mu się natomiast to, że jego próba pomocy została właśnie zamieniona w argument przeciwko niemu.
Naprawiasz ekspres, więc możesz naprawić moje kable. Było w tym coś tak absurdalnie logicznego, że Paddy przez chwilę nie wiedział nawet, jak się temu sprzeciwić.
Spojrzał na biurko, potem na przewody wystające spod jego krawędzi. Naprawdę miał je teraz porządkować? W czasie pracy? Po tym, jak został wezwany do gabinetu z zupełnie innego powodu? Przecież nie był konserwatorem. Nie był elektrykiem. Był opiekunem zwierząt i, owszem, przez lata nauczył się naprawiać mnóstwo rzeczy, bo w zoo zawsze coś się psuło, a czasem szybciej było wziąć śrubokręt do ręki niż czekać pół dnia na człowieka z odpowiednim stanowiskiem. Nie oznaczało to jednak, że każdy przedmiot znajdujący się na terenie zoo automatycznie stawał się jego obowiązkiem.
Na moment przemknęła mu przez głowę bardzo rozsądna myśl:
Powiedz, że nie.. Paddy naprawdę ją rozważył. Przez kilka sekund stał nieruchomo, z ręką opartą na biodrze. Wystarczyłyby dwa słowa: „Nie mogę.” Albo nawet trzy: „To nie moja praca.” Miał ku temu wszelkie podstawy. Co więcej, prawdopodobnie nikt rozsądny nie oczekiwałby od niego, że będzie porządkował cudze kable tylko dlatego, że kiedyś nauczył się posługiwać śrubokrętem. Problem polegał na tym, że Paddy był człowiekiem, który zdecydowanie częściej zastanawiał się, czy może komuś pomóc, niż czy ktoś ma prawo tej pomocy od niego żądać. Wypuścił więc powoli powietrze.
—
To chyba nie należy do moich obowiązków, pani kierownik. — powiedział w końcu. Nie było w tym buntu. Raczej ostrożność człowieka, który po raz pierwszy próbuje postawić przed sobą niewielką granicę i sam nie jest pewien, czy właśnie nie popełnia największego zawodowego przestępstwa. Spojrzał na Aurorę, a potem znowu na kable. I wtedy zobaczył, że naprawdę były w fatalnym stanie. To oczywiście nie pomagało.
—
Ale mogę je uporządkować. — dodał po chwili, jakby sam siebie zdradził. —
Jeśli to naprawdę pilne.
Paddy westchnął pod nosem. Wiedział już, że przegrał tę małą wewnętrzną dyskusję. Nie dlatego, że Aurora go przekonała. Nie dlatego, że uważał jej polecenie za sprawiedliwe. Po prostu w jego głowie pojawiła się ta sama myśl, która pojawiała się zawsze, gdy widział coś wymagającego naprawy:
Skoro mogę to zrobić, po co zostawiać problem na później? Podszedł więc do biurka, ale tym razem nie zabrał się za pracę natychmiast. Najpierw przykucnął i spojrzał pod blat.
—
Tylko niczego nie będę odłączał w ciemno. — zastrzegł jeszcze spokojnie. —
Jak coś wyłączę, może pani stracić pliki albo sprzęt. — Dopiero wtedy przystąpił do działania. Okazało się, że pod blatem znajdowała się niewielka cywilizacja przewodów, ładowarek i przedłużaczy, które przez lata najwyraźniej żyły własnym życiem i rozmnażały się pod nieobecność świadków. Paddy westchnął cicho.
—
Nie jest tak źle. — mruknął bardziej do siebie niż do niej. Było. Trochę. Może nawet bardzo. Jeden przewód owinięty był wokół drugiego, ładowarka od czegoś, czego Paddy nie potrafił zidentyfikować, ginęła pod biurkiem, a kilka kabli zwisało w sposób, który przypominał mu liany na wybiegu dla małp. Zabrał się jednak do pracy z tą samą cierpliwością, z jaką zwykle podchodził do przestraszonego zwierzęcia. Niczego nie szarpał. Najpierw rozplątał to, co dało się rozplątać, potem sprawdził, dokąd prowadzą poszczególne przewody. Jeden po drugim układał je w równych pętlach, zabezpieczając rzepami, które znalazł w kieszeniach spodni. Co jakiś czas podnosił wzrok, sprawdzając, czy czegoś nie przeoczył.
I właśnie wtedy zorientował się, że Aurora nadal siedzi bez butów. Trudno było tego nie zauważyć, skoro jej biurko miało formę dużego, prostego stołu, a nie zabudowanego gabinetowego mebla, który zasłaniałby wszystko poniżej blatu. Jej szpilki stały obok fotela, a bose stopy znajdowały się zaledwie kawałek od miejsca, w którym Paddy klęczał. Przez sekundę jego spojrzenie zatrzymało się na nich nieco dłużej, niż powinno. Aurora miała naprawdę zgrabne stopy. Długie palce, wąską stopę, zadbaną skórę. Paddy poczuł lekkie zażenowanie samym faktem, że w ogóle to zauważył, więc natychmiast wrócił wzrokiem do kabli.
Kable, Paddy. Kable. To zdecydowanie bezpieczniejszy temat. Poza tym był w pracy. I pod biurkiem swojej szefowej. To już samo w sobie było wystarczająco niezręczne bez dokładania do tego obserwacji jej stóp.
Po kilku minutach znalazł pierwszy problem. Jeden z przewodów był przetarty przy końcówce. Paddy wziął go między palce i zmarszczył brwi. To już nie była kwestia estetyki. Takiego przewodu zdecydowanie nie należało zostawiać podłączonego.
—
Ten trzeba wymienić. — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek. —
Jest uszkodzony.
Nie miał jednak odpowiedniego zamiennika przy sobie. Znalazł za to listwę zasilającą ustawioną w miejscu, które zdecydowanie nie było jej przeznaczeniem. Przesunął ją, sprawdził połączenia i zaczął porządkować całość tak, żeby przewody nie leżały bezładnie na podłodze. Im dłużej pracował, tym bardziej jego początkowe „uporządkowanie kabli” zaczynało przypominać pełny przegląd instalacji. Nie dlatego, że chciał się wymigać od polecenia. Wręcz przeciwnie. Skoro już się za coś zabrał, trudno było mu zrobić to połowicznie.
W końcu musiał dostać się dalej, za nogę stołu, gdzie znajdowała się listwa. Przesunął się więc na kolanach, potem położył na brzuchu i wsunął głębiej pod blat. Ponieważ mebel był właściwie dużym stołem, jego sylwetka pozostała całkowicie widoczna. Wystawały mu nogi, kawałek pleców, jedna ręka co jakiś czas pojawiała się z boku, kiedy próbował dosięgnąć przewodu. Śrubokręt trzymał między palcami, a na policzku znowu pojawiła się niewielka smuga kurzu.
—
Jeszcze chwila... — mruknął, kiedy jeden z kabli ponownie się zaplątał. —
Już prawie.
Pukanie rozległo się nagle, gdzieś ponad jego głową. Paddy zastygł z dłonią wyciągniętą w stronę listwy, przez chwilę nasłuchując, jakby samo milczenie mogło sprawić, że osoba po drugiej stronie uzna, że pomyliła drzwi. Nie zdążył jednak nawet podnieść głowy, kiedy klamka opadła, a drzwi otworzyły się bez czekania na zaproszenie. W gabinecie pojawił się ktoś, kto najwyraźniej miał własny powód, żeby wejść właśnie teraz.
Paddy powoli wysunął się spod stołu. Najpierw pojawiła się jego głowa, później ramiona, aż w końcu podniósł się do pozycji siedzącej na piętach. W jednej dłoni wciąż trzymał śrubokręt, drugą opierał na podłodze. Przez krótką chwilę patrzył na przybysza z miną człowieka, który bardzo chciałby znaleźć się w dowolnym innym miejscu.
Dopiero po chwili dotarło do niego, jak to wszystko musi wyglądać. Aurora siedząca za biurkiem, bez butów. On pod jej stołem, z narzędziami w rękach. Kable porozrzucane dookoła. Jego nogi wystające spod blatu jeszcze chwilę wcześniej.
Wspaniale.
Paddy poczuł, jak policzki zaczynają mu nieprzyjemnie płonąć. Nie zrobił przecież niczego złego. Naprawdę tylko zajmował się przedłużaczami, dokładnie tak, jak mu polecono. Ale tłumaczenie się z czegoś, co nie wymagało tłumaczenia, byłoby chyba jeszcze gorsze. Nie chciał też, żeby ktokolwiek pomyślał, że właśnie został przyłapany na czymś, o czym następnego dnia można opowiadać przy kawie. A zoo było przecież miejscem, w którym informacje miały wyjątkowo krótką drogę od jednego człowieka do drugiego. Paddy nie znosił być tematem cudzych rozmów. Sam trzymał się z dala od życia innych ludzi i oczekiwał dokładnie tego samego w stosunku do siebie. Szczególnie teraz, kiedy chodziło o Aurorę. Była jego przełożoną. To wystarczało. Nie potrzebował, żeby ktoś dorabiał do tego własną historię. Przez sekundę rozważał, czy po prostu wrócić pod stół i udawać, że nic się nie stało. Była to kusząca, choć kompletnie bezsensowna myśl. Zamiast tego podniósł się, otrzepał kolana i spojrzał na śrubokręt w swojej dłoni. Dopiero wtedy, jakby przypominając sobie, że istnieje całkiem niewinne wyjaśnienie całej sytuacji, uniósł go lekko.
—
Naprawiam kable. — powiedział to spokojnie, niemal rzeczowo. Bez nerwowego śmiechu, bez potoku wyjaśnień i bez tej charakterystycznej dla ludzi przyłapanych na czymś miny, która tylko bardziej przyciąga uwagę. Jedynie lekko zaczerwienione uszy zdradzały, że sytuacja była dla niego zdecydowanie bardziej krępująca, niż chciałby przyznać. Spojrzał jeszcze raz na osobę stojącą w drzwiach, po czym przesunął wzrok na Aurorę i z powrotem na kable.
—
Pani kierownik poprosiła. — Tyle. Nie zamierzał dodawać niczego więcej. Niech każdy wyciągnie sobie z tego własne wnioski, choć Paddy bardzo liczył na to, że rozsądek okaże się jednak częstszy niż ludzka wyobraźnia. W końcu naprawdę nie miał ochoty zostać bohaterem zoo-owej anegdoty pod tytułem
„co właściwie robił Paddy pod biurkiem kierowniczki?”. Westchnął cicho, po czym przykucnął z powrotem.
—
Jeśli pani skończy, to jeszcze tylko to podłączę. — i wrócił do kabli, udając przed samym sobą, że właśnie nic szczególnego się nie wydarzyło
Aurora B. Swan