ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Deszcz przestał padać zaledwie kilkanaście minut wcześniej, ale ziemia najwyraźniej nie dostała jeszcze tej informacji. Pod stopami wciąż miękko uginało się błoto, przy każdym kroku przyklejając się do grubej podeszwy roboczych butów i tworząc na nich coraz bardziej imponującą warstwę. Paddington miał na ten temat swoje zdanie, ale było ono raczej natury filozoficznej. Ziemia, jak wiadomo, zawsze wygrywa. Można ją otrzepywać, zmywać, wycierać i przeklinać pod nosem, a następnego dnia i tak znajdzie sposób, żeby pojawić się na człowieku w zupełnie innym miejscu. Potylu przeżytych latach, Paddy nauczył się więc nie walczyć z rzeczami, których nie dało się wygrać. Zwłaszcza z błotem.
Jeszcze chwilę wcześniej klęczał przy jednym z wybiegów, z rękami po łokcie zajętymi czymś, co początkowo miało być drobną naprawą. „Drobna naprawa” była jednym z tych określeń, które w zoo miały niewiele wspólnego z rzeczywistością. W praktyce oznaczały zwykle co najmniej godzinę pracy, dwa narzędzia, których nie miało się przy sobie, trzy rzeczy wymagające poprawienia przy okazji i pytanie zadane samemu sobie o sens własnych życiowych wyborów. Paddy nie zadawał go jednak zbyt często. Lubił swoją pracę. Lubił nawet tę jej część, w której człowiek przez pół dnia był mokry, ubrudzony ziemią i pachniał czymś, czego nie potrafiłby zidentyfikować bez pomocy tabliczki ostrzegawczej.
Tym razem chodziło o zabezpieczenie fragmentu ogrodzenia, które po ostatnich opadach zaczęło niebezpiecznie pracować. Paddy zauważył to wcześniej podczas obchodu i zamiast przejść obok, jak zrobiłaby większość rozsądnych ludzi z wolnym popołudniem, zatrzymał się, przykucnął i zaczął sprawdzać, co dokładnie się dzieje. Potem pojawiła się łopata. Potem klucz. Potem kawałek drewna. Potem jeszcze jeden kawałek drewna, ponieważ pierwszy okazał się „dobrym pomysłem, tylko nie tutaj”. W międzyczasie zdążył przemoknąć, ubrudzić spodnie, rozmazać sobie ziemię po przedramieniu i zgubić rękawiczkę, którą odnalazł dopiero wtedy, gdy już przestał jej szukać.
Właśnie wtedy ktoś przekazał mu, że Aurora chce widzieć go w swoim biurze.
Paddy przez chwilę siedział na piętach i patrzył na swoje ręce. Potem na buty. Potem gdzieś przed siebie, jakby odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie teraz? mogła znajdować się pomiędzy drzewami a ogrodzeniem. Nie znalazła się.
Nie wyglądał jak człowiek, który właśnie dostał wezwanie do biura. Bardziej jak ktoś, kto został przypadkiem wykopany z ziemi i teraz należało zdecydować, czy nadaje się jeszcze do użytku. Ciemne spodnie robocze były mokre przy łydkach i zabrudzone na kolanach, koszulka przykleiła mu się lekko do pleców, a na rękawie kurtki widniała smuga ziemi. Włosy, zwykle i tak nieposłuszne, po wilgoci zaczęły żyć własnym życiem. Kilka kosmyków opadło mu na czoło, jeden uparcie sterczał z boku głowy, jakby również miał własne zdanie na temat spotkania z kierownictwem. Na prawym policzku została mu niewielka, brązowawa kreska, której nie zauważył.
Nie był niechlujny. Wręcz przeciwnie — Paddy miał w sobie coś z człowieka, który lubił, kiedy rzeczy były na swoim miejscu. Po prostu jego definicja „właściwego momentu na przejmowanie się własnym wyglądem” była bardzo elastyczna, szczególnie kiedy w grę wchodziły zwierzęta. Prysznic, czyste ubrania i porządne buty mogły poczekać. Zdrowie podopiecznych raczej nie. Poza tym i tak miał zwyczaj przebierać się dopiero po zakończeniu pracy, więc wezwanie do biura złapało go dokładnie w najgorszym możliwym momencie.
Podniósł się w końcu, otrzepał dłonie o spodnie — co było działaniem całkowicie bezcelowym, ponieważ jego spodnie już dawno przestały reprezentować jakiekolwiek standardy czystości — i ruszył w stronę budynku administracyjnego. Po drodze przypomniał sobie, że właściwie nie wie, dlaczego Aurora go wezwała.
I to było trochę niepokojące.
Nie na tyle, żeby zaczął się bać. Paddy nie miał szczególnego talentu do panikowania. Raczej do rozważania wszystkich możliwych scenariuszy, z których większość kończyła się zwykle tym, że zrobił coś, czego nie pamiętał. Przez chwilę zastanawiał się więc, czy ostatnio czegoś nie zawalił. Może dokumentacja? Nie. Chyba wszystko oddał. Może coś przy wybiegu? Nie, właśnie dlatego poprawiał zabezpieczenie. Może ktoś zgłosił jakiś problem? To było możliwe. Może potrzebowała jego opinii w jakiejś sprawie.
Ta ostatnia możliwość wydała mu się najbardziej prawdopodobna.
I, jak zwykle, najbardziej logiczna.
Zanim wszedł do budynku, zatrzymał się przy schodach. Spojrzał w dół.
Błoto.
Spojrzał na drzwi.
Potem znowu na błoto.
Westchnął cicho.
Nie miał przy sobie szczotki, ręcznika ani niczego, czym można by dokonać cudu. Pozostała więc metoda tradycyjna. Uniósł jedną nogę i stuknął podeszwą o drugą, potem powtórzył to samo z drugiej strony. Kilka grudek ziemi odpadło. Większość pozostała na miejscu, prawdopodobnie przywiązana do butów emocjonalnie.
Dobrze — mruknął pod nosem, jakby właśnie zawarł z nimi kompromis.
Wszedł do środka.
Korytarz administracyjny był czysty, jasny i zdecydowanie zbyt elegancki dla człowieka, który miał na sobie pół wybiegu. Paddy przeszedł kilka kroków, zanim zauważył pozostawiane przez siebie ślady. Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Na podłodze ciągnęła się niewielka, błotnista ścieżka.
Przez moment rozważał, czy nie powinien wrócić i ją posprzątać.
Nie wrócił.
Przed drzwiami zatrzymał się jeszcze raz. Poprawił kurtkę, przesunął dłonią po włosach i dopiero wtedy zauważył na palcach brud. Spojrzał na niego z lekkim wyrzutem, jakby to właśnie jego ręce były odpowiedzialne za całą sytuację. Wytarł rękę o spodnie, co było prawdopodobnie najgorszym możliwym rozwiązaniem, ale przynajmniej było konsekwentne.
Zapukał.
Po chwili nacisnął klamkę i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi ostrożniej, niż można by się spodziewać po człowieku, który właśnie wniósł do sterylnego biura pół wybiegu.
Stanął kilka kroków od biurka.
Nie usiadł.
Najpierw spojrzał na Aurorę, potem odruchowo na swoje buty, potem na podłogę, potem znowu na buty. Ostrożnie przesunął jedną podeszwą po macie przy wejściu, próbując zebrać choć część błota.
Nie zebrał.
Podniósł wzrok na Aurorę i uśmiechnął się lekko, trochę przepraszająco.
Dzień dobry. Wzywałaś mnie?

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

#1 Krople za oknem zaczynały spadać coraz rzadziej, a ogólna atmosfera na zewnątrz zaczynała się polepszać. Aurora mogłaby wrócić do swoich obowiązków i znów zacząć skakać między wybiegami i pracownikami, zbierając ich dzienne raporty. Jednakże nie miała zamiaru wychodzić z biura. Przynajmniej przez najbliższy czas. Od rana praktycznie nie miała chwili dla siebie. Jedna rozmowa, drugi telefon, podpisy, raporty, ktoś znowu czegoś potrzebował, ktoś inny czegoś nie zrobił, a jeszcze ktoś uznał, że najlepszym momentem na przedstawienie jej problemu jest dokładnie ten, kiedy wychodziła z gabinetu. Dlatego teraz siedziała za biurkiem i robiła coś, czego prawdopodobnie nie powinna robić w godzinach pracy. Czekała też na pracowników, których wezwała do siebie. Było ich kilku.
Na ekranie laptopa zamiast raportu dotyczącego agresji mandryli barwnolicych w okresie letnim, otwarta była strona internetowa z bielizną. Swan przewijała kolejne modele bez większego pośpiechu, od czasu do czasu zatrzymując wzrok na czymś, co faktycznie przyciągnęło jej uwagę. Nie potrzebowała niczego pilnie. Nie miała nawet konkretnego planu zakupowego. Po prostu chciała przez chwilę zrobić coś zupełnie nieproduktywnego, dać głowie odpocząć.
Na nogach nie miała już szpilek. Zdjęła je jakiś czas temu i odstawiła obok fotela, pozwalając stopom odpocząć po kilku godzinach chodzenia po zoo. Jedną nogę podwinęła pod drugą, drugą zaś oparła swobodnie o podłogę, a ciemne włosy opadały jej miękko na ramiona. Rękawiczki, które rano założyła do pracy, leżały niedbale rzucone na podłodze obok biurka. W tym momencie wyglądała znacznie mniej formalnie niż zwykle. Była po prostu zmęczona. Jednakże nie musiała niczego nikomu udowadniać. Nie potrzebowała metrowych obcasów, marynarki ani stanowiska wypisanego na złotej wizytówce, żeby zajmować przestrzeń. Nawet siedząc wygodnie za biurkiem, bez butów, z jedną ręką opartą o blat, miną pełną rezygnacji, miała w sobie tę samą pewność siebie, którą większość ludzi zauważała dopiero wtedy, kiedy zaczynała wydawać polecenia.
Kliknęła kolejny model koronkowych fig, a wtedy rozległo się pukanie. Aurora odruchowo zminimalizowała przeglądarkę, a na pulpicie pojawił się raport o mandrylach. Nie zrobiła tego, dlatego że się wstydziła. Po prostu nie miała zamiaru pozwalać pracownikom oglądać tego fragmentu jej życia. Rozejrzała się, czy na pewno nic nie przykuje uwagi interesantów.
- Wejść! – powiedziała dosyć głośno i zmieniła pozycję na bardziej formalną.
Drzwi otworzyły się. I przez chwilę nic nie powiedziała. Padington Bear wszedł do środka dokładnie tak, jak się tego spodziewała po kimś, kto został oderwany granatem od pługa. Problem polegał na tym, że mężczyzna nie był ubrany jak osoba, która powinna wchodzić do JEJ biura. Była ubrany... w zoo.
Jej wzrok przesunął się powoli z jego twarzy na ubranie. Z ubrań na ręce. Z rąk na buty. Z butów na podłogę. Błoto. Trawa. Siano. Kamyczki. Kawałek batonika. Odchody. Świetnie. Na twarzy kierowniczki nie pojawiło się nic szczególnego. Żadnego grymasu, żadnego teatralnego oburzenia. Jedynie jedna brew uniosła się minimalnie, a palce Aurory zatrzymały się na długopisie, którym jeszcze chwilę wcześniej bezmyślnie obracała. Patrzyła. Po prostu patrzyła. I właśnie to było chyba gorsze niż krzyk, bo Swan czuła pulsującą żyłkę przy skroni.
Paddy wyglądał, jakby naprawdę dopiero co wyszedł z ziemi. Jakby został wykopany wprost z grobu. Mokre spodnie, zabrudzone rękawy, włosy żyjące własnym życiem i ślad błota na policzku. Aurora przez moment zastanawiała się nawet, czy powinna najpierw zapytać, czy wszystko z nim w porządku. Nie. Nie zrobiła tego. Oddychał, rozmawiał. Słuch też pewnie miał dobry, ale z oczami ewidentny problem. Za to jej podłoga wyglądała tragicznie, a dywan z Ikei nadawał się do wyrzucenia.
- Panie Padington.
Wypowiedziała jego imię spokojnie. Zdecydowanie zbyt spokojnie. Nie odrywała od niego wzroku, kiedy podniosła się z fotela. Nie spieszyła się. Podeszła kilka kroków w jego stronę, zatrzymując się dopiero wtedy, kiedy mogła spojrzeć mu prosto w twarz. Była niższa. W połowie drogi zaświtało jej, że nie ma na sobie butów. Małe faux pas, ale pewnie taki człowiek jak Paddy tego nie zauważy. Potem zerknęła na podłogę. Znowu na niego.

- Powiedz mi, że widzisz to samo co ja. - nie czekała na dłuższe tłumaczenie. Jej spojrzenie ponownie padło na jego buty.
- Bo jeśli właśnie wszedłeś do MOJEGO biura w takim stanie, to zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście powinieneś pracować ze zwierzętami, czy może raczej zostać zakopany gdzieś na terenie zoo. Przeze mnie. OSOBIŚCIE.
Nie było w tym prawdziwej złości. Była za to ta charakterystyczna dla Aurory forma chłodnego niezadowolenia, która sprawiała, że człowiek zaczynał sam zastanawiać się, co właściwie zrobił źle.
W końcu uśmiechnęła się krótko. Skrzyżowała ręce na piersi.

- Dwieście dolarów. - mruknęła w jego stronę. Sięgnęła po telefon do kieszeni i odblokowała ekran. Zrobiła dwa zdjęcia bałaganu, który widziała w okolicy. Niech się Padington cieszy, że nie widziała tego, co działo się na korytarzu.
- Tyle zaproponuję dyrektorowi jako karę dla ciebie, za doprowadzenie mojego biura do takiego stanu. Zrozumiano?
Aurora Blake Swan nie tolerowała bałaganu. Szczególnie tego, który pojawiał się w jej przestrzeni, bez jej zgody. Jej biurko było uporządkowane, dokumenty leżały dokładnie tam, gdzie powinny, każdy przedmiot miał swoje miejsce. Dlatego ślady błota na jasnej podłodze działały jej na nerwy znacznie bardziej, niż powinny. Ale był jeszcze jeden szczegół.

Wzywałaś mnie?
To jedno zdanie przypomniało jej, że najwyraźniej oprócz sprzątania będzie musiała dzisiaj ponownie wytłumaczyć Paddy'emu podstawy hierarchii. Wiekowo może i był starszy od niej, ale to Swan sprawowała władzę. To, że sama też powinna zachować jakiś szacunek do podwładnego wcale jej nie przychodził do głowy. Guzik ją to obchodziło.
- Jeszcze jedno — powiedziała, robiąc piruet o sto osiemdziesiąt stopni. Łatwiej go było wykonać ze względu na gołą stopę i miękki dywan. Usiadła ponownie, tym razem dostojniej opierając się o fotel. Zdjęte szpilki wciąż leżały obok, a nogi wsunęła pod siedzisko.
- Nie przypominam sobie, żebym pozwoliła ci mówić do mnie w taki sposób. Per "ty".
Jej ton pozostał spokojny.

- Dla ludzi twojego pokroju jestem „pani kierownik”. Zaakceptuję też „proszę pani”. Czy to jasne?
Nie spodziewała się innej odpowiedzi niż twierdząca. W ogóle czemu zapytała? Nie było miejsca na negocjacje. To miało być stwierdzenie.

Aurora była doskonale świadoma, że sama chwilę wcześniej siedziała tutaj bezproduktywnie i oglądała w internecie bieliznę zamiast analizować, teraz otwarty, raport na pulpicie. Wiedziała również, że gdyby ktoś ją na tym przyłapał, prawdopodobnie znalazłaby dziesięć albo i dwadzieścia powodów, dla których jej pięciominutowa przerwa była uzasadniona. Paddy nie musiał o tym wiedzieć. Nie wszystko musiało być sprawiedliwe. Wystarczyło, że było zgodne z jej zasadami. A zasady w tym biurze należały do Aurory Swan.
Oparła dłonie na blacie i spojrzała na niego jeszcze raz. Tym razem dokładniej. Zmrużyła oczy, patrząc na niego oceniająco. Niczym filmowy Miś Padington. Brudny, mokry, zmęczony, śmierdzący. Prawdopodobnie rzeczywiście zrobił coś pożytecznego i najpewniej nie spodziewał się żadnej awantury. Tym bardziej nie zamierzała mu jej odpuszczać.
- Idź się ogarnąć. - powiedziała pewnym głosem i wskazała dłonią drzwi.
- NATYCHMIAST. Prysznic, czyste ubrania, buty doprowadzone do porządku. Nie chcę cię widzieć w tym stanie. Nawet przez moment.
Zawiesiła na nim spojrzenie.

- Pośpiesz się. Nie lubię czekać. - zakończyła.
Zerknęła na czas w dolnym ekranie monitora. Całe to wezwanie od początku było przecież bezsensowne. Akurat w jego przypadku nie miała żadnego pilnego problemu. Nie potrzebowała jego opinii. Nie chciała nawet rozmawiać o pracy. Chciała tylko kawy. A spośród wszystkich ludzi w zoo, Paddy wydawał jej się najbezpieczniejszym wyborem. Nie dlatego, że był niżej w hierarchi, ale dlatego że nie odmówi jej. Panicz Bear miał w pracy opinię osoby pomocnej, która zrobi wszystko co w swojej mocy by wykonać polecenie. Szczególnie służbowe. I chyba właśnie dlatego, kiedy ponownie spojrzała na niego, jej usta wygięły się w ledwie zauważalnym uśmiechu.
- A kiedy już będziesz wyglądał jak człowiek...
Odchyliła się na fotelu, położyła dłonie na blacie. Wyprostowała także nogi, zakładając jedną na drugą.

- Pójdziesz po kawę.
Krótka pauza.

- Największą, najmocniejszą, czarną. Bez cukru.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim jeszcze na sekundę. Zmrużyła lekko oczy.

- I przyniesiesz ją tutaj.
Skończyła. Na ten moment. Zerknęła na monitor, patrząc jeszcze raz na czas. Zapamiętała i postanowiła, że da mu maksymalnie dziesięć minut. Może piętnaście jak kawa faktycznie będzie jeszcze zdatna do wypicia.

- No już.
Jej wzrok przesunął się na drzwi.

- Biegiem, Paddy.

Padington Bear
kotlet schabowy w panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę po słowach Aurory Paddy po prostu stał w miejscu, z tą charakterystyczną dla siebie miną człowieka, który bardzo chciałby odpowiedzieć właściwie, tylko potrzebował najpierw ustalić, co właściwie wydarzyło się w ciągu ostatnich trzydziestu sekund. Został przecież wezwany do biura jako pracownik, a wyszedł z niego z listą zadań obejmującą prysznic, zmianę ubrania i zdobycie kawy dla swojej przełożonej. Do tego dowiedział się, że jego sposób zwracania się do niej był nieodpowiedni, jego buty stanowiły niemal osobistą obrazę dla dywanu, a on sam, przynajmniej według bardzo obrazowej wizji Aurory, mógł wkrótce zostać zakopany gdzieś na terenie zoo. Najdziwniejsze było jednak to, że Paddy nie czuł szczególnej potrzeby, żeby się z którymkolwiek z tych zarzutów kłócić. Spojrzał tylko na swoje buty, potem na ślady, które zostawiły na podłodze, i skrzywił się lekko.
Tak, PANI KIEROWNIK. Widzę. — przyznał uczciwie, bo trudno było nie widzieć błota, kiedy człowiek miał je niemal wszędzie. Na wzmiankę o dwustu dolarach uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Dwieście dolarów było kwotą wystarczająco dużą, żeby poczuł ukłucie w żołądku, szczególnie że jego życie finansowe nie należało do tych, w których dwieście dolarów można było uznać za drobny wydatek. Nie zamierzał jednak robić z tego awantury. Dwieście dolarów. Za błoto. To było prawie tyle, ile kosztowała moja pierwsza lodówka. Może da się to jakoś odpracować... Później padła kwestia zwracania się do Aurory i tutaj Paddy poczuł się odrobinę głupio. Nie zrobił tego z braku szacunku. Wręcz przeciwnie. Przyzwyczajenie było silniejsze od niego, a w jego świecie ludzie, z którymi pracował od lat, bardzo szybko przestawali być „panami” i „paniami”, a stawali się po prostu ludźmi, których znał. Aurora była jednak jego przełożoną i skoro tego od niego oczekiwała, nie zamierzał robić problemu.
Rozumiem. Przepraszam, pani kierownik.— tym razem powiedział to już bez najmniejszego zawahania. Kiedy zaś usłyszał, że ma się ogarnąć, skinął głową i spojrzał jeszcze raz na swoje ubranie. Rzeczywiście, nie wyglądał najlepiej. Był przemoczony, ubłocony i pachniał prawdopodobnie wszystkim, z czym miał kontakt przez ostatnie kilka godzin. W dodatku jeden z rękawów miał przyklejony do siebie kawałek siana, którego wcześniej nie zauważył. Zdjął go odruchowo.
Tak, pani kierownik. Już idę. — i właściwie na tym skończył dyskusję.
Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi gabinetu, wypuścił powietrze przez nos i pokręcił głową. Nie był zły. Trudno było go złościć czymś tak przyziemnym jak reprymenda za błoto, zwłaszcza kiedy reprymenda była w dużej mierze zasłużona. Bardziej zastanawiała go kawa. Duża. Mocna. Czarna. Bez cukru. Zapamiętał. Nie dlatego, że było to szczególnie trudne zamówienie, tylko dlatego, że Paddy miał tę irytującą przypadłość, że pamiętał drobiazgi dotyczące innych ludzi znacznie lepiej niż własne. Potrafił pamiętać, które zwierzę nie lubiło konkretnego pracownika, który weterynarz pił herbatę z cytryną, a który kawę z dwoma cukrami, ale zapominał czasem, że sam miał coś zjeść przed południem. Tym razem jednak postanowił wykonać polecenie bez żadnych komplikacji. Prysznic. Czyste ubrania. Kawa. Powrót. Koniec.
Prysznic rzeczywiście nie trwał długo, choć doprowadzenie włosów do stanu, który można było określić mianem „włosy”, wymagało nieco więcej cierpliwości. Woda spływająca z niego przez pierwsze kilka minut była zaskakująco brązowa i Paddy uznał, że chyba jednak dobrze zrobił, wychodząc z tamtego wybiegu, zanim ktokolwiek zdążył mu przypomnieć, że człowiek nie powinien wyglądać jak ruchomy fragment krajobrazu. Przebrał się w czyste ubrania, schował roboczą odzież do torby i przez chwilę stał przed lustrem. Czysty. W miarę uczesany. Bez błota na policzku. To już było coś. Poprawił kołnierz, po czym dostrzegł na ramieniu maleńką trawkę. Zdjął ją i wyrzucił do kosza. Po dwóch sekundach przypomniał sobie, że trawa nie powinna trafiać do kosza, wyjął ją więc i położył w doniczce stojącej przy oknie. Nie wyglądała tam szczególnie dobrze, ale przynajmniej miała szansę przeżyć. Może się przyjmie. Z tą myślą wyszedł.
Na zewnątrz było już spokojniej. Deszcz niemal całkowicie ustał, a całe zoo pachniało mokrą ziemią, liśćmi i drewnem. Paddy lubił takie chwile. Nawet jeśli był w drodze po kawę, jego wzrok co jakiś czas uciekał na boki. Przy jednej ze ścieżek zauważył małą żabę siedzącą niebezpiecznie blisko przejścia. Zatrzymał się, przykucnął i przez chwilę patrzył na nią z powagą godną człowieka, który właśnie prowadził bardzo ważną naradę. — Nie tutaj. — mruknął cicho. Ostrożnie przesunął ją na trawę, gdzie miała zdecydowanie większą szansę przeżyć bez spotkania z czyimś butem. Dopiero wtedy ruszył dalej. Nie spieszył się jeszcze. W końcu miał mnóstwo czasu. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Kiedy dotarł do niewielkiego stoiska z kawą, od razu zauważył, że coś jest nie tak. Zamiast zwyczajnego szumu ekspresu słychać było niepokojące syczenie i pojedyncze stuknięcia. Pracownik próbował uruchomić urządzenie, ale bez większego skutku. Paddy zatrzymał się przed ladą.
Co się stało? — zapytał, choć właściwie już wiedział, że nie usłyszy odpowiedzi, która pozwoli mu po prostu kupić kawę i odejść. Ekspres odmówił współpracy. Serwis miał pojawić się dopiero następnego dnia. Paddy spojrzał na urządzenie, potem na pracownika i w końcu na zegarek. Kawa. Przypomniał sobie o zadaniu. Aurora czeka. Przez moment naprawdę zamierzał odejść. Naprawdę. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na rozebraną częściowo obudowę ekspresu i przewód, który wyglądał, jakby ktoś potraktował go z wyjątkowo mało subtelną troską. Paddy westchnął.
Mogę tylko zajrzeć? — to był początek końca jego dobrych zamiarów. Kilka minut później klęczał pod ladą, podwijając rękawy. Nie był specjalistą od ekspresów do kawy i nie zamierzał udawać, że nim jest. Był za to człowiekiem, którego ojciec nauczył kiedyś, że zanim wezwie się fachowca, warto najpierw sprawdzić, czy problem przypadkiem nie polega na czymś tak prostym jak poluzowany przewód. Tutaj przewód rzeczywiście był problemem. Filtr również. Do tego ktoś wcześniej próbował naprawić urządzenie i dokręcił jedną z części tak mocno, że Paddy przez chwilę zastanawiał się, czy nie była przykręcana przez człowieka posiadającego osobistą urazę do śrub. Powoli, cierpliwie i bez zbędnego kombinowania doprowadził wszystko do porządku. Kiedy ekspres w końcu zadziałał, z jego wnętrza wydobył się przyjemny, znajomy zapach kawy. Paddy uśmiechnął się pod nosem. — No. Teraz już powinno być dobrze.
I wtedy zauważył, że półka pod ladą jest krzywa.
Nie powinien był jej dotykać.
Naprawdę nie powinien.
Dotknął.
Potem zauważył jeszcze jeden przewód, który należało odsunąć od źródła ciepła. Potem poluzowaną śrubę. Potem coś, co wyglądało na niewielki przeciek i wymagało dokręcenia. Każda rzecz była drobnostką. Żadna nie wymagała wiele czasu. Wszystkie razem zrobiły dokładnie to, co podobne drobnostki robiły zawsze — pożarły mu pół godziny życia, nawet nie pytając o zgodę.
Dopiero kiedy ktoś postawił przed nim gotowy kubek kawy, Paddy spojrzał na zegarek. Zamarł.
Ojej. — to było wszystko, co miał do powiedzenia.
Złapał kubek i ruszył z powrotem. Tym razem szybciej, choć nadal nie biegł. Gorąca kawa w otwartym kubku i mokre alejki zoo były wystarczającymi argumentami, żeby nie urządzać sobie sprintu. Kiedy w końcu dotarł pod drzwi gabinetu, spojrzał jeszcze na swoją dłoń. Na palcu została mu niewielka smuga smaru. Przetarł ją chusteczką, ale tylko częściowo. Trudno. Zapukał.
Wszedł do środka i tym razem przynajmniej nie wniósł ze sobą kawałka wybiegu. Podszedł do biurka, postawił przed Aurorą kawę i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że spóźnił się znacznie bardziej, niż zamierzał. Przez chwilę wyglądał, jakby próbował wymyślić odpowiednie wyjaśnienie, ale ostatecznie wybrał najprostsze.
Przepraszam, pani kierownik. Trochę mi zeszło. — krótka pauza. Paddy zerknął na swój palec, potem z powrotem na Aurorę.
Ekspres się zepsuł. — jeszcze chwila ciszy — Ale już działa.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Przez kilka sekund po zamknięciu drzwi Aurora siedziała nieruchomo, patrząc w miejsce, w którym przed chwilą zniknął Paddy. Kącik jej ust uniósł się lekko, choć sama nie potrafiłaby powiedzieć, czy bardziej bawiło ją jego posłuszeństwo, czy absurd całej sytuacji. W końcu o to właśnie chodziło. Nie o błoto, nie o dwieście dolarów, nawet nie o nieszczęsną kawę. Chodziło o tę krótką chwilę, kiedy człowiek stojący przed nią przestawał dyskutować i zaczynał przepraszać. Paddy zrobił to niemal odruchowo. „Przepraszam, pani kierownik.” Właśnie takie słowa lubiła słyszeć. Dawały jej poczucie, że sytuacja jest dokładnie tam, gdzie powinna być - pod jej kontrolą. Czasami posuwała się za daleko. Jej sposób traktowania niektórych pracowników można było nazwać mobbingiem, gdyby ktoś bardzo chciał dobrać odpowiednie słowa. Swan miała to jednak głęboko gdzieś. Zawsze potrafiła znaleźć argumenty, dokumenty i wyniki, które pozwalały jej obronić swoje decyzje, a jeśli ktoś naprawdę próbowałby podważyć jej pozycję, wiedziała, że Ulisses stanie za nią murem. Tak, wykorzystywała tę świadomość. Nie zamierzała udawać, że było inaczej. Ale tylko w tej kwestii. Cała reszta była jej. Wiedza, doświadczenie, ambicja, lata pracy i umiejętność podejmowania decyzji wtedy, kiedy inni nadal zastanawiali się, co właściwie należy zrobić. Nazwisko otworzyło jej drzwi, ale to ona zdecydowała, jak długo zostanie w pomieszczeniu, do którego przez nie weszła. I coraz częściej myślała, że być może niedługo otworzą się przed nią kolejne. Dyrektorskie. Na razie jednak wystarczało jej własne biuro i świadomość, że nawet zwykłe polecenie przyniesienia kawy potrafiło podporządkować jej czyjś czas.
Sięgnęła po długopis i przez chwilę obracała go między palcami, po czym zerknęła na raport wyświetlony na ekranie. Tylko zerknęła. Raport mógł poczekać. Kilka kliknięć później na ekranie ponownie pojawiła się strona z bielizną, wcześniej skrzętnie schowana na pasku Windowsa. Aurora poprawiła się w fotelu, założyła nogę na nogę i zaczęła przewijać kolejne modele. Jedna ze stóp, wciąż pozbawiona szpilki, poruszała się leniwie w powietrzu. Miała zrobić sobie dodatkowo najwyżej piętnaście minut przerwy. Kawa przyjdzie, wypije ją, zamknie przeglądarkę i wróci do pracy. Prosty plan. Tyle że piętnaście minut zaczęło niebezpiecznie zbliżać się do dwudziestu. Potem do dwudziestu pięciu. Aurora nawet nie sprawdzała, gdzie dokładnie podziewał się Paddy. Nie zamierzała po niego iść ani tym bardziej przypominać mu o swoim poleceniu. Chciała, żeby sam wrócił. Chciała zobaczyć, jak długo zajmie mu zrozumienie, że jej „szybko” oznaczało właśnie szybko. A przy okazji zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem nie była to kolejna rzecz, którą będzie musiała mu wytłumaczyć w sposób nieco bardziej dosadny. Gdy wreszcie rozległo się pukanie, Swan akurat przeglądała bieliznę na pinkcherry. Ciekawa strona, polecam.
- Wejść.
Paddy pojawił się w drzwiach, a Aurora od razu uniosła wzrok. Nie zmieniła swojej pozycji. Nadal siedziała wygodnie za biurkiem, nadal bez butów, z jedną nogą założoną na drugą. Przez kilka sekund po prostu go oglądała. Od góry do dołu. Czysty, ale nie bogaty. Przebrany. Włosy… cóż, przynajmniej próbowały współpracować. Nie było tragedii, szczególnie w porównaniu z jego wcześniejszym stanem, ale do eleganckiego wyglądu wciąż brakowało mu bardzo wiele. Właściwie brakowało mu niemal wszystkiego, co Swan uznawała za oczywiste, kiedy ktoś miał stanąć przed kierownictwem. Jej wzrok zatrzymał się na jego włosach.

- Używasz czasem lustra? - zapytała spokojnie. Po chwili dodała, niemal z autentyczną ciekawością:
- Albo szczotki?
Nie czekała jednak na odpowiedź. Jej spojrzenie przesunęło się na kubek, który Paddy trzymał w dłoni. Wreszcie. Kawa. Wyciągnęła rękę i zabrała ją bez żadnego „dziękuję”. Pierwszy łyk. Czarna, mocna, dokładnie taka, jak chciała. Aurora odstawiła kubek na biurko i dopiero wtedy ponownie spojrzała na pracownika.

- Przynajmniej kawa jest zdatna do picia. - powiedziała to tak, jakby właśnie wystawiła mu całkiem przyzwoitą ocenę.
Dopiero teraz wróciła do jego wyjaśnienia. Ekspres się zepsuł. Aurora przez moment milczała, patrząc na niego z tym charakterystycznym spokojem, który zwykle pojawiał się u niej tuż przed czymś nieprzyjemnym.
- Panie Padington, jesteś opiekunem zwierząt, prawda? - zapytała w końcu.
- Nie przypominam sobie, żeby naprawa ekspresów była częścią twojego zakresu obowiązków.
Oparła przedramię na biurku i podparła policzek dłonią.

- A skoro tak bardzo lubisz majsterkować, możesz od razu zrobić coś pożytecznego. Kable pod moim biurkiem. Wszystkie. Równo, estetycznie, opisane. Nie chcę tam widzieć żadnego przewodu, który żyje własnym życiem.
Jej wzrok na chwilę przesunął się pod blat.
- I nie, nie po godzinach. Masz jeszcze chwilę do końca zmiany, prawda? Możesz zrobić to teraz. Chętnie zobaczę, jak radzisz sobie z czymś, co rzeczywiście znajduje się w moim biurze, skoro tak trudno było ci wrócić tutaj bez zatrzymywania się po drodze przy każdym urządzeniu wymagającym śrubokręta.
W jej głosie nie było złości. To było gorsze. Była niemal rozbawiona. Aurora doskonale wiedziała, że jego zmiana zaraz się kończy. Wiedziała też, że właśnie dlatego miała jeszcze trochę czasu, żeby go przycisnąć. Nie zamierzała wykorzystywać go bez końca. Po prostu skoro Paddy miał tak ogromną potrzebę pomagania wszystkim dookoła, mogła mu pokazać, jak przyjemne bywa pomaganie osobie, która naprawdę wydaje polecenia.

- Teraz wróćmy do tego, co powiedziałam wcześniej. Miałeś się ogarnąć i wrócić. Nie naprawić ekspres. Chociaż znając ciebie to pewnie jeszcze pomagałeś jakiemuś owadowi bezpiecznie przejść przez ulicę, bo bałeś się, że zostanie przejechany. Miałeś wrócić. Natychmiast.
Aurora mówiła spokojnie, ale każde słowo było coraz bardziej precyzyjne.

- Zamiast wykonać polecenie, zrobiłeś dokładnie to, na co miałeś ochotę. I dlatego zamiast kwadransa zrobiło się znacznie więcej.
Spojrzała na zegarek, po czym znowu na niego.

- To nie jest kwestia tego, czy ekspres działa. To jest kwestia tego, czy potrafisz wykonać proste polecenie bez dodawania do niego własnej wersji. Mówiłam byś go naprawił? Nie. Miałeś się ogarnąć i przynieść kawę.
I w tym momencie sięgnęła po kubek i zrobiła kolejny łyk, jakby cała reprymenda była tylko dodatkiem do dobrze rozpoczętej przerwy.

- Masz szczęście, że jest dobra. To ci trzeba przyznać.
Jej usta drgnęły lekko.

- Dobry chłopiec.
Słowa zabrzmiały niemal leniwie, wręcz niewinnie, ale sposób, w jaki na niego spojrzała, odbierał im jakąkolwiek niewinność. Nie była to pochwała równego sobie pracownika. Bardziej nagroda za wykonanie zadania, które od początku było banalnie proste.

Dopiero wtedy zauważyła smugę na jego dłoni. Jej wzrok zatrzymał się na niej na dłużej.
- A to? - zapytała, choć odpowiedź była oczywista.
- Smar. Rzecz jasna.
Aurora westchnęła i pokręciła głową.

- Potrzebujesz instrukcji mycia rąk? Mogę ci ją załatwić. Nawet specjalną pastę. Jeśli okaże się, że nadal będziesz miał problem z doprowadzeniem się do porządku, znajdę kogoś z serwisu sprzątającego, kto po godzinach bardzo dokładnie wytłumaczy ci, jak wygląda człowiek stojący przed kierownictwem, dyrekcją i osobami, które są wyżej od niego.
Zrobiła krótką pauzę, po czym oparła się wygodniej o fotel. Prostując nogi i delektując się kawą. Siorbała spokojnie czarny napój, który powoli dodawał jej energii.

- Jeśli postarasz się z tymi kablami to może odpuszczę ci wniosek do dyrektora. Powtarzam, MOŻE. Wszystko zależy od ciebie, Paddy.
Nie wyganiała go. Nie wskazywała drzwi. Nie kończyła rozmowy. Po prostu siedziała, popijając swoją kawę i obserwując Paddy'ego z tym samym spokojem, z jakim wcześniej obserwowała jego zabłocone buty. Teraz patrzyła wprost na jego twarz, z otwartą stroną pinkcherry na monitorze. W jej głowie pojawiła się tylko jedna, całkiem praktyczna myśl: Skoro i tak kończy pracę za chwilę, może od razu zrobi te kable.

Aurora uniosła lekko brew i czekała na jego reakcję.

Padington Bear
kotlet schabowy w panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Paddy przez kilka długich sekund nie odpowiadał. Stał naprzeciwko biurka z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała i słuchał kolejnych słów Aurory z miną człowieka, który bardzo poważnie rozważał, czy właśnie znalazł się w sytuacji, z której istnieje jakieś eleganckie wyjście. Jak dotąd nie znalazł. Najpierw został ochrzczony człowiekiem, który nie potrafił wykonać prostego polecenia, potem dostał wykład o własnych włosach, następnie dowiedział się, że jego smar na dłoni jest kolejnym dowodem na to, że najwyraźniej nie potrafi funkcjonować jak człowiek, a na końcu został nazwany „dobrym chłopcem”. To ostatnie zatrzymało go chyba najbardziej. Nie dlatego, że poczuł się urażony. Raczej dlatego, że przez całe życie nikt nie mówił do niego w ten sposób, chyba że miał na myśli psa. Paddy miał wrażenie, że powinien w tej chwili zrobić coś odpowiedniego. Podziękować? Zaprzeczyć? Zaśmiać się? Może nawet zasalutować, czego z oczywistych względów nie zamierzał robić. Ostatecznie tylko mrugnął i spuścił wzrok na własne dłonie. Dobry chłopiec. Przez chwilę przemknęło mu przez głowę, że jeśli zacznie teraz merdać ogonem, sytuacja może stać się naprawdę trudna do wyjaśnienia. Na szczęście żadnego ogona nie posiadał. Patrzył więc na kubek kawy, który właśnie zniknął z jego dłoni, jakby to on mógł podpowiedzieć mu właściwą reakcję.
Dziękuję... chyba. — odpowiedział w końcu, z lekkim wahaniem, a potem odchrząknął. Nie chciał się spierać. Nie chciał też udawać, że nie rozumie, o co chodziło.
Ja... —zaczął i urwał, bo żadna rozsądna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. Przeczesał palcami włosy, co oczywiście nie poprawiło ich wyglądu, a jedynie sprawiło, że zaczęły sterczeć w jeszcze większej liczbie kierunków. — Nie chciałem nie wykonać polecenia, pani kierownik. Naprawdę.— tym razem mówił już poważniej. W jego głosie nie było buntu ani próby wymigania się od odpowiedzialności. —Po prostu ekspres był zepsuty. A skoro już tam byłem... — Wzruszył ramionami, jakby właśnie powiedział coś zupełnie oczywistego. — Pomyślałem, że mogę go naprawić.— w jego głowie było to wystarczającym wyjaśnieniem.
To była cała prawda. Paddy nie potrafił przejść obojętnie obok rzeczy, które wymagały pomocy. Dotyczyło to zwierząt, ludzi, roślin, zepsutych zawiasów, cieknących kranów i najwyraźniej również ekspresów do kawy. Czasami była to zaleta. Czasami przekleństwo. Najczęściej jedno i drugie jednocześnie. Kiedy więc Aurora zarzuciła mu, że zrobił to, na co miał ochotę, przez moment poczuł ciche ukłucie niesprawiedliwości. Nie uważał, żeby robił coś dla własnej wygody. Właśnie przeciwnie. Zrobił to dlatego, że ktoś miał problem, a on potrafił go rozwiązać. Tyle że najwyraźniej w świecie, w którym człowiek miał przełożonych, nawet pomoc mogła okazać się nie na miejscu.
Zamiast tego usłyszał kolejne polecenie. Nie podobało mu się to. Nie sam fakt, że Aurora zwróciła mu uwagę — z tym potrafił się pogodzić. Miała rację, że powinien był wrócić szybciej. Nie podobało mu się natomiast to, że jego próba pomocy została właśnie zamieniona w argument przeciwko niemu. Naprawiasz ekspres, więc możesz naprawić moje kable. Było w tym coś tak absurdalnie logicznego, że Paddy przez chwilę nie wiedział nawet, jak się temu sprzeciwić.
Spojrzał na biurko, potem na przewody wystające spod jego krawędzi. Naprawdę miał je teraz porządkować? W czasie pracy? Po tym, jak został wezwany do gabinetu z zupełnie innego powodu? Przecież nie był konserwatorem. Nie był elektrykiem. Był opiekunem zwierząt i, owszem, przez lata nauczył się naprawiać mnóstwo rzeczy, bo w zoo zawsze coś się psuło, a czasem szybciej było wziąć śrubokręt do ręki niż czekać pół dnia na człowieka z odpowiednim stanowiskiem. Nie oznaczało to jednak, że każdy przedmiot znajdujący się na terenie zoo automatycznie stawał się jego obowiązkiem.
Na moment przemknęła mu przez głowę bardzo rozsądna myśl: Powiedz, że nie.. Paddy naprawdę ją rozważył. Przez kilka sekund stał nieruchomo, z ręką opartą na biodrze. Wystarczyłyby dwa słowa: „Nie mogę.” Albo nawet trzy: „To nie moja praca.” Miał ku temu wszelkie podstawy. Co więcej, prawdopodobnie nikt rozsądny nie oczekiwałby od niego, że będzie porządkował cudze kable tylko dlatego, że kiedyś nauczył się posługiwać śrubokrętem. Problem polegał na tym, że Paddy był człowiekiem, który zdecydowanie częściej zastanawiał się, czy może komuś pomóc, niż czy ktoś ma prawo tej pomocy od niego żądać. Wypuścił więc powoli powietrze.
To chyba nie należy do moich obowiązków, pani kierownik. — powiedział w końcu. Nie było w tym buntu. Raczej ostrożność człowieka, który po raz pierwszy próbuje postawić przed sobą niewielką granicę i sam nie jest pewien, czy właśnie nie popełnia największego zawodowego przestępstwa. Spojrzał na Aurorę, a potem znowu na kable. I wtedy zobaczył, że naprawdę były w fatalnym stanie. To oczywiście nie pomagało.
Ale mogę je uporządkować. — dodał po chwili, jakby sam siebie zdradził. — Jeśli to naprawdę pilne.
Paddy westchnął pod nosem. Wiedział już, że przegrał tę małą wewnętrzną dyskusję. Nie dlatego, że Aurora go przekonała. Nie dlatego, że uważał jej polecenie za sprawiedliwe. Po prostu w jego głowie pojawiła się ta sama myśl, która pojawiała się zawsze, gdy widział coś wymagającego naprawy: Skoro mogę to zrobić, po co zostawiać problem na później? Podszedł więc do biurka, ale tym razem nie zabrał się za pracę natychmiast. Najpierw przykucnął i spojrzał pod blat.
Tylko niczego nie będę odłączał w ciemno. — zastrzegł jeszcze spokojnie. — Jak coś wyłączę, może pani stracić pliki albo sprzęt. — Dopiero wtedy przystąpił do działania. Okazało się, że pod blatem znajdowała się niewielka cywilizacja przewodów, ładowarek i przedłużaczy, które przez lata najwyraźniej żyły własnym życiem i rozmnażały się pod nieobecność świadków. Paddy westchnął cicho.
Nie jest tak źle. — mruknął bardziej do siebie niż do niej. Było. Trochę. Może nawet bardzo. Jeden przewód owinięty był wokół drugiego, ładowarka od czegoś, czego Paddy nie potrafił zidentyfikować, ginęła pod biurkiem, a kilka kabli zwisało w sposób, który przypominał mu liany na wybiegu dla małp. Zabrał się jednak do pracy z tą samą cierpliwością, z jaką zwykle podchodził do przestraszonego zwierzęcia. Niczego nie szarpał. Najpierw rozplątał to, co dało się rozplątać, potem sprawdził, dokąd prowadzą poszczególne przewody. Jeden po drugim układał je w równych pętlach, zabezpieczając rzepami, które znalazł w kieszeniach spodni. Co jakiś czas podnosił wzrok, sprawdzając, czy czegoś nie przeoczył.
I właśnie wtedy zorientował się, że Aurora nadal siedzi bez butów. Trudno było tego nie zauważyć, skoro jej biurko miało formę dużego, prostego stołu, a nie zabudowanego gabinetowego mebla, który zasłaniałby wszystko poniżej blatu. Jej szpilki stały obok fotela, a bose stopy znajdowały się zaledwie kawałek od miejsca, w którym Paddy klęczał. Przez sekundę jego spojrzenie zatrzymało się na nich nieco dłużej, niż powinno. Aurora miała naprawdę zgrabne stopy. Długie palce, wąską stopę, zadbaną skórę. Paddy poczuł lekkie zażenowanie samym faktem, że w ogóle to zauważył, więc natychmiast wrócił wzrokiem do kabli. Kable, Paddy. Kable. To zdecydowanie bezpieczniejszy temat. Poza tym był w pracy. I pod biurkiem swojej szefowej. To już samo w sobie było wystarczająco niezręczne bez dokładania do tego obserwacji jej stóp.
Po kilku minutach znalazł pierwszy problem. Jeden z przewodów był przetarty przy końcówce. Paddy wziął go między palce i zmarszczył brwi. To już nie była kwestia estetyki. Takiego przewodu zdecydowanie nie należało zostawiać podłączonego.
Ten trzeba wymienić. — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek. — Jest uszkodzony.
Nie miał jednak odpowiedniego zamiennika przy sobie. Znalazł za to listwę zasilającą ustawioną w miejscu, które zdecydowanie nie było jej przeznaczeniem. Przesunął ją, sprawdził połączenia i zaczął porządkować całość tak, żeby przewody nie leżały bezładnie na podłodze. Im dłużej pracował, tym bardziej jego początkowe „uporządkowanie kabli” zaczynało przypominać pełny przegląd instalacji. Nie dlatego, że chciał się wymigać od polecenia. Wręcz przeciwnie. Skoro już się za coś zabrał, trudno było mu zrobić to połowicznie.
W końcu musiał dostać się dalej, za nogę stołu, gdzie znajdowała się listwa. Przesunął się więc na kolanach, potem położył na brzuchu i wsunął głębiej pod blat. Ponieważ mebel był właściwie dużym stołem, jego sylwetka pozostała całkowicie widoczna. Wystawały mu nogi, kawałek pleców, jedna ręka co jakiś czas pojawiała się z boku, kiedy próbował dosięgnąć przewodu. Śrubokręt trzymał między palcami, a na policzku znowu pojawiła się niewielka smuga kurzu.
Jeszcze chwila... — mruknął, kiedy jeden z kabli ponownie się zaplątał. — Już prawie.
Pukanie rozległo się nagle, gdzieś ponad jego głową. Paddy zastygł z dłonią wyciągniętą w stronę listwy, przez chwilę nasłuchując, jakby samo milczenie mogło sprawić, że osoba po drugiej stronie uzna, że pomyliła drzwi. Nie zdążył jednak nawet podnieść głowy, kiedy klamka opadła, a drzwi otworzyły się bez czekania na zaproszenie. W gabinecie pojawił się ktoś, kto najwyraźniej miał własny powód, żeby wejść właśnie teraz.
Paddy powoli wysunął się spod stołu. Najpierw pojawiła się jego głowa, później ramiona, aż w końcu podniósł się do pozycji siedzącej na piętach. W jednej dłoni wciąż trzymał śrubokręt, drugą opierał na podłodze. Przez krótką chwilę patrzył na przybysza z miną człowieka, który bardzo chciałby znaleźć się w dowolnym innym miejscu.
Dopiero po chwili dotarło do niego, jak to wszystko musi wyglądać. Aurora siedząca za biurkiem, bez butów. On pod jej stołem, z narzędziami w rękach. Kable porozrzucane dookoła. Jego nogi wystające spod blatu jeszcze chwilę wcześniej.
Wspaniale.
Paddy poczuł, jak policzki zaczynają mu nieprzyjemnie płonąć. Nie zrobił przecież niczego złego. Naprawdę tylko zajmował się przedłużaczami, dokładnie tak, jak mu polecono. Ale tłumaczenie się z czegoś, co nie wymagało tłumaczenia, byłoby chyba jeszcze gorsze. Nie chciał też, żeby ktokolwiek pomyślał, że właśnie został przyłapany na czymś, o czym następnego dnia można opowiadać przy kawie. A zoo było przecież miejscem, w którym informacje miały wyjątkowo krótką drogę od jednego człowieka do drugiego. Paddy nie znosił być tematem cudzych rozmów. Sam trzymał się z dala od życia innych ludzi i oczekiwał dokładnie tego samego w stosunku do siebie. Szczególnie teraz, kiedy chodziło o Aurorę. Była jego przełożoną. To wystarczało. Nie potrzebował, żeby ktoś dorabiał do tego własną historię. Przez sekundę rozważał, czy po prostu wrócić pod stół i udawać, że nic się nie stało. Była to kusząca, choć kompletnie bezsensowna myśl. Zamiast tego podniósł się, otrzepał kolana i spojrzał na śrubokręt w swojej dłoni. Dopiero wtedy, jakby przypominając sobie, że istnieje całkiem niewinne wyjaśnienie całej sytuacji, uniósł go lekko.
Naprawiam kable. — powiedział to spokojnie, niemal rzeczowo. Bez nerwowego śmiechu, bez potoku wyjaśnień i bez tej charakterystycznej dla ludzi przyłapanych na czymś miny, która tylko bardziej przyciąga uwagę. Jedynie lekko zaczerwienione uszy zdradzały, że sytuacja była dla niego zdecydowanie bardziej krępująca, niż chciałby przyznać. Spojrzał jeszcze raz na osobę stojącą w drzwiach, po czym przesunął wzrok na Aurorę i z powrotem na kable.
Pani kierownik poprosiła. — Tyle. Nie zamierzał dodawać niczego więcej. Niech każdy wyciągnie sobie z tego własne wnioski, choć Paddy bardzo liczył na to, że rozsądek okaże się jednak częstszy niż ludzka wyobraźnia. W końcu naprawdę nie miał ochoty zostać bohaterem zoo-owej anegdoty pod tytułem „co właściwie robił Paddy pod biurkiem kierowniczki?”. Westchnął cicho, po czym przykucnął z powrotem.
Jeśli pani skończy, to jeszcze tylko to podłączę. — i wrócił do kabli, udając przed samym sobą, że właśnie nic szczególnego się nie wydarzyło

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Sięgnęła po kawę i upiła niewielki łyk, przyglądając mu się ponad krawędzią kubka. Dopiero teraz mogła dokładniej zobaczyć jego twarz. Zaczerwienione policzki były jeszcze dość subtelne, ale uszy zdradzały go bez najmniejszego problemu. Aurora niemal natychmiast zrozumiała, co się dzieje. Zawstydził się. I to mocno. Jej spojrzenie na moment zsunęło się niżej, w stronę bosej stopy wystającej spod biurka. Paddy wcześniej na nią spojrzał. Nie długo, ale wystarczająco długo, żeby Aurora to zapamiętała. Tym razem nie zamierzała mu pomagać w udawaniu, że niczego nie zauważyła. Powoli przesunęła stopą po miękkim dywanie, trochę w jego stronę. Niewinny gest. Przynajmniej z pozoru. A jednak zrobiła to świadomie. Nie musiała go dotykać ani nawet prosić, żeby na nią patrzył. Wystarczyło pozwolić mu samemu zdecydować, gdzie skieruje wzrok. I właśnie ta możliwość podobała jej się najbardziej.
- Coś cię rozprasza? - zapytała nagle.
Nie czekała na odpowiedź. Upiła kolejny łyk kawy, a jej usta drgnęły w ledwo widocznym uśmiechu.

- Bo jeśli tak, to radzę ci szybko zdecydować, czy bardziej interesują cię moje kable, czy wszystko, co znajduje się wokół nich.
Pozwoliła tej uwadze zawisnąć w powietrzu. Nie patrzyła na niego przez kilka sekund, jakby całkowicie straciła zainteresowanie tematem. Dopiero potem zerknęła w jego stronę i zobaczyła dokładnie to, czego się spodziewała. Kolejne czerwone uszy.

- Interesujące - mruknęła pod nosem. Zerknęła na ekran monitora i uśmiechnęła się. Dobrze, że jeszcze tego nie widział co na nim jest. Swan stwierdziła, że chyba pójdzie trochę dalej z tym wszystkim.
Aurora nie była jednak zainteresowana jedynie zawstydzeniem go. O wiele bardziej podobało jej się poczucie, że może jednym drobnym gestem wpłynąć na jego zachowanie. Że Paddy, który jeszcze niedawno potrafił bez zastanowienia rozkręcić ekspres, naprawić ogrodzenie i przesunąć pół zoo, nagle zaczyna uważać na każdy własny ruch tylko dlatego, że siedzi kilka kroków od niego jego kierowniczka. To może być naprawdę przydatne. Ta myśl pojawiła się w jej głowie niemal naturalnie. Nie chodziło już tylko o kable czy kawę. Paddy miał coś, czego nie dało się nauczyć na żadnym szkoleniu - był niezwykle skłonny pomagać. Wystarczyło odpowiednio przedstawić mu zadanie, dać mu poczucie, że jest potrzebny, a potem nagrodzić go odrobiną uwagi. Aurora zaczynała podejrzewać, że z czasem mogłaby uczynić z niego kogoś znacznie bardziej użytecznego niż zwykłego pracownika. Kogoś, kto na jej polecenie zrobiłby wiele rzeczy, zanim w ogóle przyszłoby mu do głowy zapytać, dlaczego.
- I zanim znowu zaczniesz robić coś, czego nikt od ciebie nie wymagał... - odezwała się spokojniej.
- Zapamiętaj. To, że jesteś dobry w naprawianiu problemów, nie oznacza, że masz prawo sam decydować, który problem jest teraz najważniejszy.
Odstawiła kubek i spojrzała na kable.

- Chociaż muszę przyznać, że tutaj robisz naprawdę dobrą robotę.
Krótka pauza.

- Może nawet zasłużysz na kolejną pochwałę.
Aurora ponownie przesunęła stopę po dywanie, tym razem wolniej, i dopiero po chwili schowała ją pod krzesło. Tym razem zrobiła to niemal demonstracyjnie spokojnie, jakby chciała pokazać, że to ona decyduje nie tylko o tym, kiedy coś pokazuje, ale również o tym, kiedy przestaje.

- Oczywiście, jeśli potrafisz skupić się wystarczająco długo.
Jej głos był spokojny. Prawie łagodny. Ale w tej łagodności było coś znacznie bardziej kontrolującego niż zwykła reprymenda.

Panna Swan przez kilka sekund milczała, obserwując całą sytuację z wygodnego fotela. Najpierw Paddy'ego, potem teczkę pozostawioną przez osobę, która weszła a na końcu drzwi, za którymi właśnie zniknął nowy jegomość. Jak się okazało tym przybyszem był nikt inny jak sam pan dyrektor, który w sumie nie musiał pukać do drzwi by wejść gdziekolwiek. Aurorze to nie przeszkadzało, bo wiedziała że tylko on może wchodzić gdzie chce. Ulisses nawet nie próbował ukrywać, że był zadowolony z pracownika.
- Dobra robota, panie Padington. Właśnie takich ludzi tutaj potrzeba. - powiedział dumnie, po czym skinął głową do córki i bez dalszej kontynuacji wyszedł z biura, nie komentując nawet syfu na korytarzu czy w samym biurze. On miał trochę inne podejście do firmy. Wiedział gdzie pracuje, wiedział co się wyprawia i wiedział, że przed chwilą padało. Ktoś to później ogarnie, prawda? W ogólnym rozrachunku młoda Swan i senior Swan mieli ten sam cel. Rozwój zoo, dbanie o zwierzęta i to, by funkcjonowało najlepiej. Zaś teczka zostawiona była tylko jakimś mało ważnym stosem papierów, które z pewnością kierowniczka musi podpisać.
Aurora zapamiętała słowa ojca, choć oczywiście nie zamierzała pozwolić, żeby przypadkowa pochwała Ulissesa przewróciła jej hierarchię do góry nogami. Wręcz przeciwnie. Jeśli Paddy tak dobrze reagował na zwykłą pochwałę, Aurora zaczynała się zastanawiać, jak zareaguje na taką, na którą rzeczywiście będzie musiał sobie zasłużyć.
- Słyszałeś? - odezwała się spokojnie.
- Tata jest z ciebie zadowolony. Możesz być z siebie dumny. Tylko nie przyzwyczajaj się do tego, że ktoś będzie cię chwalił za każdym razem, kiedy wykonasz polecenie.
Spojrzała na niego, patrząc na jego dłonie, a potem zarośniętą twarz.

- Jeszcze jedno, Paddy. Skoro już ustaliliśmy, że potrafisz wykonywać moje polecenia... chcę sprawdzić, czy potrafisz również czekać. Kiedy skończysz kable, nie wychodzisz od razu. Zostajesz tutaj i czekasz, aż powiem ci, że możesz wrócić do pracy.
Sięgnęła po teczkę od ojca, ale zanim ją otworzyła, spojrzała na niego jeszcze raz. W głowie pojawiła jej się kolejna, znacznie ciekawsza myśl. Kawa. Kable. Czekanie. Drobne przysługi. A wszystko wykonywane bez większego sprzeciwu. Nie potrzebowała jeszcze niczego więcej. Nie musiała nawet mówić Paddy'emu, dokąd zmierza. Właściwie właśnie to było w tym najlepsze. Nie zamierzała informować go, że zaczyna traktować go jak własny mały eksperyment. Chciała zobaczyć, ile można osiągnąć samym tonem głosu, odpowiednio dobraną pochwałą i przekonaniem pracownika, że spełnianie jej oczekiwań jest czymś zupełnie naturalnym.
- Czy to jasne?
I tym razem w jej uśmiechu było już zdecydowanie więcej świadomości. Po wszystkim wróciła do przeglądania teczki od dyrektora Ulissesa Swana.


Padington Bear
kotlet schabowy w panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez krótką chwilę Paddy bardzo usilnie próbował przekonać samego siebie, że nie słyszy tego, co właśnie powiedziała Aurora. Było to zadanie o tyle trudne, że jej słowa miały paskudną tendencję do pozostawania w głowie znacznie dłużej, niż powinny. Kiedy wspomniała o tym, co znajdowało się wokół kabli, jego spojrzenie na moment uciekło w bok, jakby nagle jedna ze ścian gabinetu stała się wyjątkowo interesująca. Czerwone uszy, które już wcześniej zdążyły zdradzić jego zakłopotanie, zrobiły się jeszcze bardziej czerwone. Świetnie, Paddy. Bardzo profesjonalnie. Czterdzieści lat życia, kilkanaście lat pracy ze zwierzętami, a wystarczy jedna bosa stopa, żeby człowiek zapomniał, jak działają przewody elektryczne. Zacisnął usta, żeby nie odpowiedzieć czegoś, czego później musiałby żałować. Nie patrzył już w jej stronę. Skupił całą uwagę na kablach, jakby od ich prawidłowego ułożenia zależało właśnie jego życie. Najgorsze było to, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robiła. Nie był naiwny. Aurora nie przesuwała stopy po dywanie przypadkiem, a jej komentarze nie były niewinnymi uwagami. Wiedział o tym. I chyba właśnie dlatego zawstydzało go to jeszcze bardziej. Nie umiał jednak znaleźć właściwej reakcji. Flirtowanie nigdy nie należało do jego mocnych stron, a tym bardziej flirtowanie z własną przełożoną, która zdawała się doskonale wiedzieć, jak jednym zdaniem wytrącić go z równowagi. Pozostawało więc zrobić to, co Paddy potrafił najlepiej, kiedy świat zaczynał komplikować coś, co w jego przekonaniu powinno być proste — zająć ręce pracą i udawać, że problem nie istnieje. Tym bardziej, że po chwili wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. — Dobra robota, panie Padington. Właśnie takich ludzi tutaj potrzeba. — głos Ulissesa sprawił, że Paddy wyprostował się niemal odruchowo. Na moment zapomniał nawet o tym, że jeszcze przed chwilą miał ochotę zapaść się pod ziemię. Spojrzał na dyrektora, jakby chciał się upewnić, że naprawdę dobrze usłyszał. Pochwała była prosta. Bez wielkich słów, bez ceremonii. A jednak trafiła w niego z zaskakującą siłą. Paddy nie był człowiekiem, który potrzebował poklasku. Nigdy nie zabiegał o stanowiska, pochwały ani szczególne traktowanie. Przychodził do pracy, robił swoje i wracał do domu. Tyle mu zazwyczaj wystarczało. Ale kiedy ktoś, kto naprawdę miał znaczenie dla miejsca, w którym pracował, powiedział mu, że jest jednym z tych ludzi, których zoo potrzebuje, coś ciepłego rozlało mu się gdzieś pod żebrami. Uśmiechnął się. Nie szeroko, nie przesadnie, ale zupełnie szczerze. Przez tę krótką chwilę wyglądał jak ktoś, kto dostał coś znacznie cenniejszego niż kawałek papieru z podwyżką. Dobra robota. Dwa zwyczajne słowa, a potrafiły poprawić człowiekowi cały dzień. Może nawet tydzień. Dlatego kiedy Ulisses wyszedł, Paddy jeszcze przez moment patrzył na zamknięte drzwi. Dopiero słowa Aurory sprowadziły go z powrotem na ziemię. — Tata jest z ciebie zadowolony. Możesz być z siebie dumny. Tylko nie przyzwyczajaj się do tego... — Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy. Nie całkiem, ale wystarczająco, by było widać, że coś w nim zgasło. Nie dlatego, że Aurora powiedziała coś szczególnie okrutnego. Bardziej dlatego, że zabrała tej chwili coś, co przez kilka sekund było tylko jego. Ulisses pochwalił go za pracę. Aurora niemal natychmiast zamieniła tę pochwałę w kolejne narzędzie. Oczywiście. Paddy spuścił wzrok na swoje dłonie i przez chwilę obracał w palcach śrubokręt. Był wdzięczny dyrektorowi. Naprawdę. I właśnie dlatego nie podobało mu się, że Aurora próbowała przedstawić tę pochwałę jak marchewkę zawieszoną przed nosem posłusznego osła. Nie był głupi. Wiedział, co robiła. Z drugiej strony... część jego samego, ta której nie chciał szczególnie oglądać zbyt dokładnie, musiała przyznać, że coś w tej jej pewności siebie było dziwnie hipnotyzujące. Nie chodziło nawet o jej wygląd, choć byłoby kłamstwem twierdzić, że Paddy go nie zauważał. Bardziej o sposób, w jaki potrafiła wejść do pomieszczenia i sprawić, że nagle wszyscy zaczynali pamiętać, gdzie jest ich miejsce. Miała nad nim władzę. Prawdziwą, zawodową władzę. A Paddy, który przez większość życia przyzwyczaił się do tego, że sam odpowiada za siebie, odkrywał z pewnym zakłopotaniem, że odrobina tego ciężaru zdjęta z jego ramion wcale nie jest tak nieprzyjemna, jak powinna. To głupie. Pomyślał, kiedy Aurora oznajmiła, że po skończeniu kabli ma zostać. Bardzo głupie. A mimo to poczuł coś niepokojąco podobnego do zaciekawienia. Nie chciał być jej podwładnym bardziej, niż musiał. Nie chciał być człowiekiem, którego można przesuwać po planszy jednym poleceniem. A jednak istniało coś przyjemnego w tym, że ktoś tak stanowczy jak Aurora potrafił powiedzieć mu po prostu, co ma zrobić, i oczekiwał, że zrobi to dobrze. Może dlatego, że w jego własnym życiu tak rzadko ktoś przejmował odpowiedzialność za cokolwiek za niego. Tyle że przyjemność szybko kończyła się tam, gdzie zaczynał się absurd. Czekać? Paddy spojrzał na nią z niedowierzaniem. Naprawdę miał siedzieć tutaj i czekać, aż łaskawie pozwoli mu wrócić do pracy? To nie miało już nic wspólnego z organizacją zoo. Nie było zadaniem, nie było potrzebne, nie prowadziło do żadnego konkretnego celu. Było tylko sprawdzaniem, czy wykona polecenie dlatego, że zostało wydane. I chyba właśnie to zirytowało go najbardziej. Przez chwilę miał ochotę powiedzieć, że nie jest dzieckiem i że ma czterdzieści lat, a nie czternaście. Ostatecznie jednak jedynie uniósł lekko brwi.
Mam... czekać tutaj?— zapytał, jakby chciał się upewnić, że dobrze usłyszał. W jego głosie nie było buntu, ale pojawiła się pierwsza wyraźniejsza nuta powątpiewania. Nie ruszył się jednak. Może dlatego, że ciekawość znów okazała się silniejsza od rozsądku. Chciał zobaczyć, dokąd prowadzi ta dziwna gra. Chciał również sprawdzić, czy Aurora rzeczywiście zamierza wykorzystywać swoją władzę tylko po to, żeby sprawdzić, jak daleko może go przesunąć. I gdzieś głęboko, w miejscu, do którego Paddy zdecydowanie nie zaglądał zbyt często, pojawiła się jeszcze jedna myśl: A jeśli wcale nie przeszkadza mi to tak bardzo, jak powinno? Na szczęście radio przy pasku uratowało go przed koniecznością udzielenia sobie odpowiedzi. Zabrzmiało nagle krótkim trzaskiem, a potem głos dobiegający z urządzenia wyrwał Paddy'ego z własnych rozważań. Sięgnął po nie natychmiast.
Bear, słucham. — kilka zdań wystarczyło, żeby cała jego uwaga skupiła się na rozmowie. Zmarszczył brwi. Jeden z pracowników zgłaszał problem w jego sektorze. Zwierzę od pewnego czasu zachowywało się nietypowo, odmawiało jedzenia, było wyraźnie pobudzone i przy próbie podejścia zareagowało agresywnie. Niby nic, czego nie widywało się w zoo, ale Paddy znał zwierzęta wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nagła zmiana zachowania rzadko bywa bez przyczyny.
Nie podchodźcie do niego. Już idę. — odpowiedź padła spokojnie i rzeczowo. Wyłączył radio i dopiero wtedy przypomniał sobie, że nadal znajduje się w gabinecie. Spojrzał na Aurorę. Nie zrobił jednak nawet kroku w stronę drzwi. Właśnie dostał od niej bardzo jasną lekcję: nie decydować samemu, co jest najważniejsze. Tym razem zamierzał potraktować ją dosłownie.
Pani kierownik... — odezwał się po chwili, a jego spojrzenie przesunęło się na drzwi — Dostałem wezwanie z mojego sektora. Wygląda na to, że coś jest nie tak ze zwierzęciem. — zawahał się tylko na sekundę. — Powinienem tam być. — tym razem nie prosił o pozwolenie z przesadną pokorą. Po prostu stał i czekał. A potem, jakby przypominając sobie, że może istnieć rozwiązanie, które zadowoli obie strony, dodał spokojnie: — Jeśli chce pani mieć pewność, że wykonuję polecenie zgodnie z pani oczekiwaniami, może pani pójść ze mną. — i dopiero wtedy zamilkł, zostawiając decyzję po jej stronie.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Kierowniczka przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, pozwalając, by jego ostatnie słowa wybrzmiały w gabinecie. Nie musiała długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, żeby dostrzec, że tym razem Paddy naprawdę czekał na jej decyzję. I właśnie to podobało jej się bardziej, niż zamierzała pokazać. Jeszcze niedawno próbował sam ustalać, co jest ważniejsze. Teraz stał przed nią i czekał na pozwolenie. Mała rzecz. Prawie nic. A jednak Aurora doskonale wiedziała, że takie właśnie drobiazgi budują przyzwyczajenie.
No proszę. Jednak można go czegoś nauczyć.
Nie zamierzała jednak zachwycać się nim przesadnie. Paddy miał w sobie coś, co Aurora zaczynała postrzegać jako niezwykle użyteczne, ale jednocześnie irytująco łatwe do wykorzystania. Był pracowity, pomocny i zdecydowanie zbyt chętny do brania na siebie cudzych problemów. Wystarczyło dać mu odpowiednio sformułowane polecenie, a sam znajdował sobie kolejne rzeczy do zrobienia. Nie potrzebowała nawet specjalnie go naciskać. Wystarczyło sprawić, żeby uwierzył, że właśnie tego się od niego oczekuje.
I to właśnie zamierzała wykorzystać.

Jeszcze będzie czas.
Na razie nie musiała go tresować przy każdej okazji ani sprawdzać, jak daleko może się posunąć. Znacznie ciekawsze było obserwowanie małych zmian. Tego, jak zaczynał dobierać słowa. Jak czekał. Jak zerkał na nią przed podjęciem decyzji. Jak bardzo starał się być użyteczny, nawet kiedy nikt go o to nie prosił. Aurora była cierpliwa. A cierpliwość w jej przypadku zwykle oznaczała, że ktoś prędzej czy później orientował się, iż pozwolił jej przejąć nad sobą znacznie większą kontrolę, niż początkowo zamierzał. Spojrzała na niego jeszcze raz.
- Oczywiście, że powinieneś tam być - odpowiedziała spokojnie.
- Dobrze, że tym razem przypomniałeś sobie, że możesz najpierw zapytać przełożoną, zamiast samemu ustalać, co jest ważniejsze.
Podniosła się z fotela i sięgnęła po leżące obok szpilki. Założyła najpierw jedną, potem drugą, poprawiając pasek przy kostce. Robiła to stosunkowo wolno, by Paddy mógł zwrócić uwagę. Jeszcze chwilę wcześniej siedziała swobodnie, bez butów, obserwując jego reakcje. Teraz znów wyglądała jak kobieta, która doskonale wie, że zajmuje miejsce na szczycie tej małej hierarchii. Poprawiła odruchowo włosy i wyprostowała dłońmi ubranie wzdłuż. Była gotowa.

Rozejrzała się wokół, wylogowała się jednym ruchem z komputera, teczkę od ojca wrzuciła do pierwszej szuflady, chwyciła tablet w dłoń i podeszła do niego. Westchnęła ciężko. W końcu chodziło o zwierzęta i sama się zaniepokoiła co może być nie tak. Co jak co, ale musiała też to zobaczyć.
- Dobrze, pójdziemy razem. Zanim dotrzemy na miejsce, opowiesz mi dokładnie, co zgłoszono. Jakie zwierzę, od kiedy zachowuje się inaczej, jakie były objawy, kto był przy nim i co dokładnie zrobił, zanim wezwał ciebie. Chcę pełny obraz sytuacji, nie twoje „coś jest nie tak” albo „zepsute to naprawiłem”.
Zatrzymała się obok niego i spojrzała mu prosto w oczy. Z dołu.

- Będziesz szedł obok mnie. Nie przede mną, nie dwadzieścia metrów z przodu i nie znikniesz mi po drodze, bo nagle zobaczysz kolejny zepsuty zawias, żabę, muchę albo jakiś idiotyczny ekspres wymagający ratunku. Czy to jasne?
Ton pozostawał spokojny, ale nie pozostawiał wiele miejsca na negocjacje. Nie było nawet o nich mowy. Paddy musiał się zgodzić.

- Masz wyjątkowy talent do komplikowania prostych poleceń, Padington. Nie zmuszaj mnie, żebym zaczęła je wydawać w sposób, którego oboje będziemy mniej lubić.
Minęła go i skierowała się do drzwi. Po dwóch krokach zatrzymała się jednak i odwróciła głowę.

Kable dokończysz później. Skoro już tak bardzo chciałeś udowodnić, że potrafisz być pomocny, nie pozwolę ci zostawić pracy w połowie. Odpuszczę ci wniosek do dyrektora jak dokończysz. Zgoda?
Mimo wszystko zależało jej na porządku pod biurkiem, więc też sama potrafiła coś dać w zamian. Nawet jeśli nienapisany wniosek w domyśle nie zostanie wysłany. Przez moment przyglądała mu się z góry, po czym dodała już nieco spokojniej:

I Paddy?
Krótka pauza.

Dobrze zrobiłeś, że zapytałeś.
Nie była to przesadnie ciepła pochwała. Aurora nie zamierzała go nagradzać za każdy przejaw rozsądku. Chciała jedynie pokazać mu, że zauważa takie zachowanie — i że warto je powtarzać.
Otworzyła drzwi, puszczając go pierwszego.

No dalej. Prowadź mnie do swojego zwierzaka. Spróbuj tym razem zachowywać się jak profesjonalista, a nie jak człowiek, którego trzeba cały czas odstawiać na właściwe miejsce.
Zamknęła drzwi na klucz i ruszyła korytarzem, oczekując, że Padington zajmie miejsce dokładnie tam, gdzie mu kazała — u jej boku. A gdzieś z tyłu głowy Aurora już wiedziała, że dzisiejsza rozmowa nie była końcem tej małej gry. Wręcz przeciwnie.

Dopiero zaczynała odkrywać, jak łatwo można go było prowadzić.

Padington Bear
kotlet schabowy w panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ledwie Aurora otworzyła drzwi i ruchem dłoni wskazała mu wyjście, Paddy ruszył pierwszy, choć zanim przekroczył próg, zatrzymał się na krótką chwilę. Nie dlatego, że nagle przypomniał sobie o czymś niezwykle ważnym. Po prostu w jego głowie wciąż krążyło to jedno zdanie, które padło z jej ust chwilę wcześniej. Dobrze zrobiłeś, że zapytałeś. Niby zwyczajne. Niby nic. A jednak po całym tym przedstawieniu z błotem, kawą, kablami i groźbą donosu do dyrektora zabrzmiało niemal jak oficjalne rozgrzeszenie. Paddy był człowiekiem prostym pod tym względem. Można było mu długo tłumaczyć, czego nie zrobił dobrze, ale wystarczyło jedno szczere „dobrze” i pamiętał je znacznie dłużej, niż powinien. Oczywiście nie zamierzał dać Aurorze tej satysfakcji. Nie teraz. Nie po tym wszystkim. Dlatego tylko poprawił rękaw kurtki i ruszył korytarzem, z miną człowieka, który właśnie odzyskał resztki godności i bardzo chciał ich nie zgubić po drodze. Jedno dobre zdanie. Tyle dostałeś. Nie przyzwyczajaj się. Problem polegał na tym, że chyba już zaczynał się przyzwyczajać.
Na szczęście zoo miało tę cudowną właściwość, że im dalej od biura kierowniczki, tym łatwiej było Paddy'emu przestać myśleć o tym, że przed chwilą został postawiony do pionu. Mokry chodnik pachniał deszczem, między drzewami wisiały jeszcze ciężkie krople, a gdzieś z dalszej części ogrodu dobiegł krzyk jakiegoś ptaka, który najwyraźniej również miał dziś coś przeciwko spokojnej atmosferze. Zwolnił nieco, żeby Aurora mogła iść obok niego, choć sam fakt, że musiał pilnować, by nie zrobić tych kilku kroków więcej, był dla niego trochę zabawny. Zwłaszcza, że szło mu się przy niej nieco dziwnie. Nie dlatego, że wymagało to szczególnej umiejętności, ale dlatego, że jeszcze kilka minut wcześniej zostałby za podobne tempo prawdopodobnie zrugany, a teraz świadomie pilnował, żeby nie wysforować się przed kierowniczkę. Było w tym coś absurdalnego. Obok kierowniczki. Nie z przodu. Nie znikaj. Nie zatrzymuj się przy żabach. Nie naprawiaj świata. Zapamiętane. Przynajmniej na najbliższe dziesięć minut.
To Bruno — zaczął po chwili, już znacznie bardziej rzeczowym tonem. — Tapir anta. Samiec. Dziewięć lat. Jest z nami od kilku lat i generalnie jest bardzo spokojnym chłopakiem. Trochę upartym, ale to akurat trudno uznać za wadę u tapira. — kącik jego ust uniósł się lekko — Zresztą nie jestem pewien, czy on uważa, że to my się nim zajmujemy. Czasami mam wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie.
Paddy wsunął dłonie do kieszeni kurtki i przez chwilę milczał, układając sobie wszystko w głowie. Z Bruna znał każdy drobny zwyczaj, nawet te, których nikt nigdy nie wpisałby do żadnego raportu. Wiedział, jak wyglądał, kiedy był głodny, jak zachowywał się, kiedy coś go irytowało, jak kręcił głową, kiedy próbował wymusić dodatkową porcję i jak potrafił stać przy bramce z miną niewinnego stworzenia, które absolutnie nie miało pojęcia, kto przed chwilą zjadł cudzą marchewkę.
Dzisiaj rano nie podszedł normalnie do karmienia. To było pierwsze, co mnie zaniepokoiło. Zjadł trochę jabłek i marchewki, ale zostawił resztę. — Paddy pokręcił głową. — A Bruno nie zostawia jedzenia. Bruno może udawać, że nie jest głodny. Może się obrazić. Może przez pięć minut patrzeć na człowieka tak, jakby człowiek osobiście zawinił mu całe życie. Ale jedzenie? Jedzenie zwykle znika. — tym razem uśmiech szybko zniknął z jego twarzy.
Później zaczął chodzić po wybiegu w kółko. Ciągle tą samą trasą. Do wejścia, z powrotem, znowu do wejścia. I kilka razy oglądał prawą tylną nogę. Jeden z młodszych opiekunów chciał podejść i sprawdzić, czy coś widać. Bruno ruszył w jego stronę. Nie zaatakował go, ale... no. — wzruszył ramionami — Chłopak uznał, że skoro Bruno właśnie pokazał mu, gdzie przebiega granica jego przestrzeni osobistej, to rozsądniej będzie jej nie przekraczać. I miał rację. — spojrzał przed siebie, gdzie między drzewami zaczynał już być widoczny wybieg.
Nie sądzę, żeby chodziło o agresję. Znam go. Gdyby był po prostu wkurzony, zachowywałby się inaczej. To wygląda bardziej jak dyskomfort. Może coś sobie zrobił. Może coś go boli. Na razie nie chcę zgadywać. Najpierw zobaczę, jak chodzi. —dopiero po chwili zerknął na Aurorę.
I dlatego chciałem tam pójść od razu. — zawahał się. — Nie dlatego, że zamierzałem znowu robić coś po swojemu. Chociaż przyznaję, po tej historii z ekspresem chyba mam już reputację człowieka, który nie potrafi przejść obok zepsutej rzeczy bez śrubokręta. — pokręcił głową z rozbawieniem — Tym razem naprawdę chodzi o Bruna.
Przy wybiegu zwolnił. Nie wszedł. Nie zrobił nawet kroku w stronę bramy. Zamiast tego stanął przy ogrodzeniu i zaczął obserwować zwierzę. Bruno znajdował się dalej, częściowo schowany za roślinnością. Paddy przez kilka sekund tylko patrzył, jak tapir porusza się po mokrej ziemi. W jednej chwili cały wcześniejszy chaos — Aurora, kawa, kable, dwieście dolarów, własne brudne buty i jeszcze bardziej brudna godność — odsunął się gdzieś na bok. Został tylko Bruno.
Hej, stary... — głos Paddy'ego od razu się zmienił. Stał się miękki i spokojny, zupełnie inny niż ten, którym jeszcze chwilę wcześniej tłumaczył się kierowniczce. Bruno uniósł głowę. Paddy poczekał, aż zwierzę go zauważy, i dopiero wtedy uśmiechnął się lekko.
Nie mam marchewki. Wiem. Też jestem rozczarowany. — Tapir zrobił kilka kroków w jego stronę. Paddy obserwował go uważnie. Pierwszy. Drugi. Trzeci. I wtedy zobaczył. Nie był to duży ruch. Dla przypadkowego obserwatora właściwie nic. Bruno po prostu przeniósł ciężar ciała trochę inaczej, a prawa tylna noga przez moment została odciążona. Paddy od razu spoważniał. Przesunął wzrok na zwierzę, potem na jego nogę i jeszcze raz na sposób, w jaki Bruno stawiał kolejne kroki.
No dobrze... — mruknął cicho. Nie podszedł bliżej. Nie dotknął bramy. Nawet nie sięgnął po radio. Zamiast tego spojrzał na Aurorę.
Teraz już naprawdę chciałbym podejść. — krótka pauza — Ale skoro obiecałem, że tym razem najpierw zapytam... — westchnął cicho, zerkając jeszcze raz na Bruna. — ...to pytam. Mogę?

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Aurora przez całą drogę szła dokładnie tak, jak zapowiedziała — obok niego. Nie musiała go poganiać ani przypominać mu co kilka sekund, gdzie powinien się znajdować. Paddy, ku jej niemałemu zadowoleniu, sam pilnował tempa i ani razu nie próbował udać się przed nią. Jeszcze niedawno musiałaby mu to wypomnieć. Teraz wystarczyło jedno wcześniejsze polecenie. Mała rzecz, ale właśnie takie rzeczy najbardziej interesowały Aurorę. Nie chodziło przecież o samo chodzenie obok niej. Chodziło o to, że zaczął dostosowywać swoje zachowanie do jej oczekiwań bez konieczności ciągłego przypominania mu o zasadach. Słuchał. Zapamiętywał. Wykonywał. A to było znacznie bardziej wartościowe niż jakiekolwiek pojedyncze „tak, pani kierownik”.
Słuchała jego wyjaśnień bez przerywania. Co jakiś czas zadawała krótkie pytanie, ale przez większość drogi pozwalała mu mówić. Z każdym kolejnym zdaniem coraz wyraźniej dostrzegała, że Paddy nie opowiada o Bruno jak o kolejnym numerze w grafiku. Znał jego zwyczaje, sposób poruszania się, reakcje, nawet drobne różnice w zachowaniu. Pamiętał, ile jadł i czego nie zostawiał. Wiedział, kiedy jego zachowanie było zwykłym uporem, a kiedy czymś, co odbiegało od normy. Aurora nie lubiła przyznawać tego zbyt szybko, ale właśnie takich ludzi potrzebowała. Nie bezmyślnie posłusznych. Użytecznych. Kompetentnych. Takich, których można było ustawić w odpowiednim miejscu i mieć pewność, że kiedy przyjdzie właściwy moment, zrobią dokładnie to, co trzeba.
A Paddy miał jeszcze jedną cechę, która zaczynała ją coraz bardziej interesować. Wystarczyło wyprowadzić go poza sytuację, w której czuł się oceniany, a nagle stawał się zupełnie innym człowiekiem. Przy zwierzętach znikało jego zakłopotanie, nieporadność i ciągłe zastanawianie się, czy robi coś właściwie. Zostawał spokój, pewność i niezwykła uwaga. Aurora obserwowała tę zmianę z rosnącym zainteresowaniem. No proszę. Było w nim zdecydowanie więcej, niż początkowo zakładała. I tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że jeszcze przyjdzie czas, kiedy sprawdzi, jak dobrze ten jego talent działa również wtedy, gdy to ona będzie wydawała mu instrukcje. Nie zamierzała jednak robić tego teraz. Nie było potrzeby. Najciekawsze rzeczy należało robić powoli.
Kiedy Paddy zaczął opowiadać o Brunie, Aurora wyciągnęła tablet i zaczęła notować. Nie spuszczała przy tym wzroku z wybiegu na długo. Informacje o ograniczeniu apetytu, powtarzalnym chodzeniu i odciążaniu jednej kończyny pasowały do obrazu zwierzęcia, które może odczuwać dyskomfort; przy tapirach właśnie obserwacja lokomocji i zmian zachowania jest istotnym elementem codziennej oceny stanu zdrowia. Sama też przecież miała w swoim arsenale nie małą wiedzę, ale nie bywała na wybiegu tak często jak Padington. Postanowiła przemilczeć i uznać, że to właśnie Bear ma w tej kwestii rację i słuszność. Skoro jej ojciec, Ulisses, uważał tegoż czterdziestoletniego mężczyznę za wzór opiekuna to musiał być wyjątkowy.
- Dobrze - odezwała się w końcu.
- Bardzo dobrze. I właśnie dlatego pozwoliłam ci tutaj przyjść. Nie dlatego, że jesteś największym ekspertem w tym zoo, Padington. Tylko dlatego, że tym razem miałeś konkretne obserwacje, a nie kolejną potrzebę ratowania świata.
Kącik jej ust drgnął lekko w uśmiechu
.
- Chociaż przyznaję, że zaczynam podejrzewać, iż gdyby ktoś zostawił cię samego na tydzień, wróciłbyś z naprawionym ogrodzeniem, nową doniczką i trzema uratowanymi larwami z odchodów słonia.
Dopiero wtedy Paddy zatrzymał się przy ogrodzeniu i wskazał na Bruna. Aurora również zwolniła. Przez moment patrzyła wyłącznie na zwierzę. Tapir rzeczywiście poruszał się inaczej. Niewielka zmiana, prawie niezauważalna, gdyby nie wiedzieć, czego szukać. Paddy wiedział. I to właśnie zrobiło na niej największe wrażenie.

Kiedy zapytał, czy może podejść, Aurora spojrzała na niego z góry, a była niższa, i przez krótką chwilę milczała. Dobrze, że zapytał, zapamiętał.
- Możesz.
Jedno słowo. Bez zbędnych instrukcji. Tym razem naprawdę mu ufała.
- Ale robisz dokładnie to, co robiłeś do tej pory. Obserwujesz. Nie zakładasz z góry, że coś mu jest. Nie próbujesz być bohaterem. Jeśli Bruno się cofnie, ty się zatrzymujesz. Jeśli zmieni zachowanie, mówisz mi o tym. Czy to jasne?
Nie czekała na ceremonialne potwierdzenie. Skinęła tylko głową w stronę wybiegu.
- Idź.
Aurora została przy ogrodzeniu, tablet trzymając w jednej dłoni. Obserwowała zarówno Bruna, jak i Paddy'ego. I musiała przyznać, że ten drugi zrobił na niej większe wrażenie, niż chciałaby mu powiedzieć. Nie spieszył się. Nie próbował wymuszać kontaktu. Czekał. Reagował na najmniejsze zmiany zachowania zwierzęcia. Był dokładnie taki, jaki powinien być dobry opiekun. Nie musiała nim sterować.
Interesujące.
Przesunęła palcem po ekranie, zapisując kolejną uwagę. I wtedy coś ją tknęło.
- Poczekaj.
Nie podniosła głosu. Nie musiała. Paddy powinien ją usłyszeć. Aurora spojrzała na ekran, potem jeszcze raz na zwierzę i zmarszczyła brwi.

- Bruno - powtórzyła powoli.
- Powiedziałeś, że ma dziewięć lat i jest z nami od kilku lat?
Przesunęła kilka pozycji w systemie. Potem kolejne.

- Bo mam mały problem.
Podniosła wzrok na Paddy'ego.

- Nie ma takiego tapira w naszym spisie.
Przez moment przyglądała mu się bez słowa. Nie wyglądała na rozbawioną. Bardziej na kobietę, która właśnie znalazła nową zagadkę do rozwiązania.

- Ani Bruno, ani oczywisty odpowiednik tego imienia. Nic. - obróciła tablet w jego stronę, pokazując mu ekran.
- Więc teraz powiedz mi, Padington... o co dokładnie chodzi?
Jej spojrzenie zrobiło się chłodniejsze, bardziej zawodowe.

- Bo albo właśnie odkryłeś błąd w dokumentacji zoo, albo od kilku lat opiekujesz się zwierzęciem, którego według papierów tutaj nie ma. A obie możliwości są wystarczająco interesujące, żebym chciała poznać odpowiedź.
Zamilkła na chwilę, a potem spojrzała ponownie na Bruna. W głowie jednak wróciła do zupełnie innej obserwacji. Paddy naprawdę był dobry. Zdecydowanie lepszy, niż początkowo zakładała. I właśnie dlatego nie zamierzała zostawić tej relacji na poziomie zwykłego „kierownik–pracownik”. Nie powiedziałaby mu tego teraz. Nie powiedziałaby mu nawet za tydzień. Ale kiedyś nadejdzie moment, w którym zacznie świadomie wykorzystywać jego potrzebę pomagania, jego podatność na pochwały i ten charakterystyczny sposób, w jaki natychmiast skupiał się na poleceniu, kiedy tylko zostało wydane odpowiednim tonem. Zwierzęta reagowały na konsekwencję. Paddy też, choć jeszcze o tym nie wiedział. A w tresurze była całkiem niezła. Aurora uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
- No dobrze. Wyjaśnij mi to. Spokojnie, krok po kroku, Paddy. Obiecuję, że będę słuchać. Uważaj tylko na "Bruna".
Powiedziała, po czym zrobiła kilka kroków w miejscu, by poprawić stopy w butach. Nie miała zamiaru wchodzić na wybieg w szpilkach. I tak sukcesem było to, że doszła aż tak blisko WCALE nie brudząc się na przodzie. Tak, ubrudziła się. Nie była z tego zadowolona.


Padington Bear
kotlet schabowy w panierce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Zoo”