-
Skoro mnie tutaj zaprosiłeś, to co Eliot, zaparzysz mi kawę? - siedział przy biurku komendanta z nogą zarzuconą nonszalancko na nogę, a rękami wciśniętymi w kieszenie kurtki. Nienawidził tej policyjnej lury, niby mieli ekspres, a wiecznie wszyscy pili tu tą ohydną parzuchę.
Komendant też. Pochylił się nad kubkiem czarnej jak smoła kawy.
-
A co żonka ci nie zrobiła w domu? - zapytał Eliot siorbiąc z kubka swoją kawkę tak, żeby nie nałykać się fusów.
-
Miała nockę, odsypia - rzucił Madox, ale przecież komendant doskonale o tym wiedział, ostatnio dawał jej nocki, jakby robił im na złość... Bo pewnie tak było -
no to... po co mnie tu... - zaczął, ale nie było mu dane dokończyć. Bo kubek z napisem
najlepszy tata wylądował ciężko na biurku.
-
Co wyście kurwa odjebali z tym ślubem? - komendant rzucił prosto z mostu. Ale przecież Madox wiedział, że właśnie dlatego jest na dywaniku, bo potajemnie wziął ślub z policjantką. Będąc kretem, jebanym szczurem który od ośmiu lat pracował pod przykrywką i wnikał w szeregi torontońskiej mafii, głównie tej latynoskiej, bo jednak makaroniarze i ruscy nigdy nie mieli do niego zaufania -
jak ty to sobie teraz wyobrażasz?! - warknął, ale Noriega wzruszył tylko ramionami, czym jeszcze bardziej rozsierdził swojego przełożonego.
Szkoda tylko, że Madox nigdy nie był posłusznym pieseczkiem i kiedy tylko Eliot znowu na niego warknął, to wcale nie pozostał mu dłużny.
-
Nie wiem... - Madox siedział w jednej z zacienionych, klubowych loży, w tej, która nie ucierpiała podczas pożaru jego klubu. W powietrzu wciąż unosił się zapach spalenizny, a bar był w połowie zwęglony, po lokalu kręciło się jego kilka zaufanych osób, to tyle, nikt więcej. Żadnych gości. Noriega trzymał przy uchu telefon, ale w wytatuowanych palcach obracał ciężką szklankę do połowy wypełnioną rudawym trunkiem. Nie żadną bogolską whisky. Rumem, bo z niego był prostu chłopak z Medellin.
-
Powiedział, że mnie... Zawiesi, czy zdegraduje? Nie wiem jak on sobie to kurwa wyobraża, że następnym razem wejdę do jakiejś meliny i powiem, a sorry chłopaki dzisiaj nie mogę się z wami nawalić, bo jestem zawieszony? - postukał palcami w szkło -
albo nie wiem, nie gadam z tobą Gruby Tony, bo zostałem zdegradowany? - parsknął do telefonu i przechylił szkło osuszając je w jednym porządnym łyku. Odstawił je na podkładkę, chociaż stolik po podpaleniu i tym, jak od kilku dniu tu sprzątali, wołał o pomstę do nieba. Będzie musiał je kurwa powymieniać, nawet nie chciało mu się myśleć ile kasy będzie musiał na to wszystko wyłożyć.
Przełożył telefon do drugiej ręki, i drugiego ucha.
-
Wyjebane, ale wiesz co jest najgorsze? Że kutas zdjął mi uprawnienia i nie mogę nic sprawdzić, a potrzebuję... - zamilkł na moment słuchając głosu w słuchawce -
pojebało cię?! - ryknął nagle, aż jakaś kelnerka z miotłą się na niego obejrzała, ale machnął do niej ręką, że wszystko jest w porządku -
nie będę z tym szedł do mojej żony, Eliot na bank ją prześwietla, a poza tym... - znowu się zamknął, i znowu przełożył słuchawkę na drugą stronę, bo prawą ręką sięgnął do butelki z medellińkim rumem, który sprowadzali tutaj specjalnie, z samego serca Kolumbii. Emptiness miało najlepszy rum w Toronto, tym się szczyciło. Dla normalnych klientów, dobry rum, latynoska muzyka, świetna atmosfera.
A dla półświatka... To najważniejszy jednak był szef i jego koneksje. Sieć kontaktów, która nigdy go nie zawodziła.
-
Czekaj. Czekaj kurwa... Powtórz to nazwisko... Kojarzę, co z nim? - jego mina zdradzała średnie zainteresowanie tą sprawą, a jednak kiwał głową -
mów - słuchał, a wytatuowane palce przesunęły się po czaszce pokrytej ciasno zaplecionymi warkoczykami -
rozumiem - nawet się nie pożegnał, bo zakończył rozmowę, a telefon odłożył na stolik.
Znowu obracał w palcach szklaneczkę z rumem.
Czy to wszystko wiązało się ze sprawą nad którą pracowali ze swoją żoną? Za plecami Eliota, oczywiście.
Jeszcze tego nie wiedział.
Czuł za to w kościach, że niedługo się dowie.
Madox rzucał się w oczy.
Może jako kret wcale nie powinien, bo przecież od lat infiltrował latynoską mafię, ale... on zawsze się wyróżniał. Pół roku temu nosił włosy w platynowym blondzie, a teraz te swoje warkoczyki. Dopełniały to tatuaże, charakterystyczne, na dłoniach i karku, chociaż i tak chyba najbardziej kojarzył się z nim ten lew, którego nosił na piersi.
Facet z wytatuowanym lwem, półświatek już o tym wiedział, i tak właśnie chcieli go ostatnio wrobić, powołując się na jego dziarę. A psiarnia, ta pewnie miała cały zeszyt jego charakterystycznych cech.
W Emptiness wystarczyło zapytać o szefa, a cały personel i większość gości, od razu wskazywała jego, w tych jego drogich, kolorowych koszulach, obwieszonego błyskotkami. Dzisiaj i tak wyglądał skromnie, w czarnej koszulce, z jednym łańcuszkiem spływającym po piersi, tym z serduszkiem z literką
P, którego praktycznie nie zdejmował. Z kilkoma pierścionkami na palcach, które często zastępowały mu kastet. A Noriega lubił kastety. Zdecydowanie bardziej niż pukawki, tej swojej policyjnej nawet przy sobie nie nosił.
Usiadł na przeciwko kobiety, a ciemne spojrzenie zaraz utkwił w jej twarzy. Madox był... specyficzny, narwany, dużo gadał, a po tej swojej kolumbijskiej szkole aktorskiej dużo też grał. Miał też jedną ważną cechę, wyćwiczona przez lata, kiedy działał pod przykrywką. Umiał słuchać. I wyłapywać z rozmowy te drobne szczegóły, które mogłyby mu pomóc.
Wystarczyły dwa jej zdania, żeby wiedział, że...
Nie chciała, żeby policja wiedziała o ich spotkaniu, robiła to za plecami przełożonych, na własną rękę, bez partnera.
Potrzebowała informacji z półświatka. Informacji, które mogły przepływać właśnie przez jego klub.
Wychylił się na bok zerkając w kierunku lady, jakby jej słowa po nim spłynęły.
-
Zamówiłem sajgonki, myślisz, że da się je zjeść? - zagaił, ale zaraz wrócił do niej wzrokiem. Zaraz ciemne tęczówki odszukały jej spojrzenie, kiedy przechodził do rzeczy. A potem kącik ust drgnął mu w minimalnym uśmiechu, kiedy i ona pokazała, że doskonale wiedziała, jak wyglądają zasady tej gry. W jego świecie za darmo można było najwyżej dostać wpierdol, a i to nie zawsze.
-
Zależy jakie, bo na przykład mój numer telefonu, żebyś mogła mnie zaprosić na drinka możesz dzisiaj dostać za darmo - Pilar pewnie zdzieliłaby go w łeb za ten tekst, ale trzeba było trochę przyaktorzyć, pograć role niepoprawnego kobieciarza z Emptiness. Chociaż głowa pracowała mu już na najwyższych obrotach, już zastanawiał się czego on mógłby od niej chcieć.
I czego chciała ona.
-
Zdążyłaś się też już pewnie dowiedzieć, że preferuje handel wymienny, przysługa za przysługę. Ewentualnie... możesz mi... - nie dokończył, bo akurat Wietnamczyk przyniósł mu sajgonki i w tym ich śmiesznym języku życzył im smacznego. Można było jednak być pewnym, że Noriega chciał zarzucić jakimś chamskim tekstem. Bo przecież on wiecznie grał bardziej paskudnego niż tak naprawdę był. Taka rola.
Sięgnął po jedną z sajgonek, żeby umoczyć ją w słodko-kwaśnym sosie i wpakować sobie do ust. Oczywiście trochę pomarańczowej mazi skapnęło mu na koszulkę.
-
Kurwa - przeklął siarczyście, sięgając po serwetki, którymi roztarł sobie tylko tą plamę. Dobrze, że był ubrany na czarno, to tak bardzo nie rzucało się to w oczy.
Beatriz Gonzalez