ODPOWIEDZ
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

003. Business to business | Outfit
Obudziłam się dzisiaj trochę wcześniej niż zazwyczaj. Wynikało to głównie z faktu, że po rozmowie z Shereen byłam bardzo podekscytowana. Naprawdę rzadko się zdarzało, aby ktoś zwracał się do mnie z prośbą o pomoc w prowadzeniu interesu w szczery sposób. W większości przypadków ludzie chcieli, a nawet żądali ode mnie pieniędzy lub wpływów. Siostrzenica natomiast chciała wiedzy, a to robiło ogromną różnicę.
Stałam przez jakiś czas przy oknie w sypialni i obserwowałam ptaki, które siedziały na parapecie. Odpoczywały beztrosko, a ja już układałam w głowie listę rzeczy, które chciałam omówić z Shereen. Nie chodziło tylko i wyłącznie o biznes. Zawsze uważałam, że interesy były nieodłączną częścią człowieka, a sposób prowadzenia firmy najlepiej ukazywał prawdziwy charakter właściciela.
Na spotkanie wybrałam ciemny garnitur. Lubiłam wyglądać profesjonalnie, a szczególnie w sytuacjach, które miały znaczenie. Starannie nastroszyłam włosy, a potem założyłam kolczyki, które dostałam od matki Shereen kilka lat wcześniej. W sumie nigdy jej o tym nie powiedziałam, ale były one jednymi z niewielu prezentów, które naprawdę zatrzymałam blisko siebie.
Kiedy schodziłam na dół, to zatrzymałam się na moment przy zdjęciach dzieci stojących na komodzie. Shereen zawsze była dla mnie częścią tej samej kategorii. Nigdy nie traktowałam jej wyłącznie jak siostrzenicy. Należało do mojej rodziny, a rodzina zawsze zasługiwała na wsparcie, nawet jeśli świat próbował wmówić ludziom, że każdy powinien radzić sobie sam.
Zabrałam teczkę z dokumentami i notatkami, które przygotowałam specjalnie dla niej. Oczywiście mogłam tam pojechać wyłącznie jako ciotka, ale nie potrafiłam robić niczego połowicznie. Jak już miałam jej pomagać, to chciałam zrobić to właściwie.
Droga przebiegła spokojnie. Przez większość czasu słuchałam radia i nuciłam piosenki. Spojrzałam raz na dokumenty, które leżały na siedzeniu obok i przypomniałam sobie, że kilka kwestii nadal wymagało dopracowania. Postanowiłam, że dokonam to już na miejscu. Kiedy dotarłam pod budynek, to wyłączał silnik i sięgnęłam po teczkę. Poprawiłam rękaw marynarki i wysiadłam z samochodu. Następnie pewnym krokiem ruszyłam w stronę wejścia.

Shereen Winfield
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

10
Business to business

Shereen nie radziła sobie najlepiej w sprawach biznesowych, choć naprawdę starała się brać pod uwagę rady ojca i je wykorzystywać. Odnosiła wrażenie, że została wyrwana z kartek swojej historii i wrzucona do zupełnie innej, nieznanej sobie książki. Przez długie lata przyglądała się pracy rodziców jako osoba trzecia. Pomagała na sali, ale głównie jako dekoratorka, czasem kelnerka — poczucie estetyki miała na tyle dobrze rozwinięte, że odnajdywała się w tej roli. Szykowanie stołów sprawiało jej niemalże tyle samo frajdy, co układanie kwiatów i dekorowanie ścianek. Zarządzanie? Nie spodziewała się, że kiedyś dojdzie do momentu, w którym swoje ulubione hobby odsunie na bok i będzie musiała zająć się dokumentacją. Okazuje się, że najłatwiejsze w tym wszystkim było umawianie spotkań. Reszta? Zdarzyło jej się pomylić ważnych klientów, z którymi pracował ojciec i jak się okazało, obydwaj się nie lubili. Zaspała na rozmowę rekrutacyjną i to ojciec musiał rozmawiać z nową pracownicą. Poprzedniego dnia szukała na szybko DJ'a, bo poprzedni się wykruszył, a wesele miało się odbyć w najbliższy weekend. I jakby tego było mało, przyszła jej do zapłaty faktura za prąd i dostała informację o opóźnieniu, co bardzo ją zestresowało. Okazało się, że w banku był problem z transakcją i musiała tam wydzwaniać. Przerażał ją nadmiar obowiązków i choć chciała się wykazać, tak nie potrafiła sobie z tym poradzić. Ojciec źle się czuł, więc nie chciała dokładać mu problemów, a z mamą nie miała najlepszych relacji. Ciocia była jedyną osobą, którą mogła poprosić o pomoc.
Cordelia kojarzyła się Shereen przede wszystkim z klasą, taką nabytą, wrodzoną, oraz elegancją. Matka Shereen, Eve, miała tę elegancję wyćwiczoną. Maskowała się za osobowością prawdziwej damy i najwidoczniej uważała, że był to doskonały sposób na wzbudzanie respektu. Była surową kobietą, z zasadami i wrodzonym dystansem emocjonalnym. Cordelii wzbudzanie respektu przychodziło naturalnie, ale to przy niej Winfield czuła się lepiej. W końcu była jej matką chrzestną i jeśli miała kłopot, mogła się do niej zgłosić — zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły sprawy biznesowe. Nie popierała wszystkich sposobów wychowawczych ciotki, ale rozumiała, że poprzez zasadowość próbowała chronić swoje dzieci. Być może jej matka, poprzez surowość również próbowała to robić. Tyle, że w Shereen jej zachowanie wzbudzało chęć buntu.
Siedziała w swoim gabinecie, gdy samochód Cordelii podjechał pod salę — teren był objęty monitoringiem, co było zupełnie naturalne w przypadku tak dużego obiektu, który mógł być zachętą dla złodziei i rabusiów. Wolała mieć kontrolą takie sytuacje i oczywiście im zapobiegać. Ubrana w elegancki, czarni garnitur, z włosami upiętymi w wysoki kucyk, wyszła zza biurka w celu przejęcia Cordelii chwilę po wejściu do budynku — czuła się zobowiązana do tego zachowania. Traktowała ją jak ważnego gościa, a gościom należał się szacunek. Ciocia jak zwykle prezentowała się elegancko i wzbudzała podziw Winfield.
— Dzień dobry ciociu. Dziękuję, że przyszłaś — powitała ją subtelnym skinieniem głowy; krótkim i oszczędnym, który był wyrazem okazywanego szacunku. — Zupełnie sobie z tym nie radzę, wiesz? Mam wrażenie, że nie potrafię się zorganizować. Tata mi niby coś tłumaczył, wspominał o organizacji czasu i prowadzeniu terminarza... Ale mam wrażenie, że połowy rzeczy i tak nie ogarniam — tłumaczyła, gdy szły przez salę. W kwestii estetycznej ciężko byłoby znaleźć jakikolwiek problem. Sala była dopieszczona pod każdym względem i wizualnie prezentowała się bardzo dobrze. Problem tkwił w zapleczu. Nie umiała radzić sobie ze stresem, a gdy okazywało się, że zaszła jakaś pomyłka, nie potrafiła jej wyjaśnić bez jąkania i zacinania. A przecież powinna być pewna siebie, prawda? Była twarzą tego miejsca. Prawdopodobnie nakładała na siebie zbyt dużą presję, ale przez swoją upartość nie potrafiła inaczej — chciała wszystko kontrolować i wywiązywać się sumiennie z wszystkich zadań.

Cordelia LeBlanc
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Weszłam do środka bez pośpiechu, ale z tą samą uwagą, którą na co dzień zachowywałam w miejscach wymagających oceny. Nie przyszłam tu jednak po to, aby szukać błędów dla samego ich wskazania. Przyszłam, ponieważ potrzebowała mnie moja córka chrzestna. Jej prośba w zupełności wystarczyła, aby wszystkie inne sprawy straciły na znaczeniu. Jeżeli chodzi o rodzinę, to zawsze traktowałam ich priorytetowo.
- Dzień dobry kochanie - odpowiedziałam spokojnie, nachylając się lekko, aby musnąć jej policzek w powitaniu. Nie lubiłam nadmiernej czułości okazywanej publicznie. Zawsze uważałam, że ludzie nadużywali jej, ponieważ nie potrafili udowodnić przywiązania niczym konkretnym. Wobec Shereen było jednak inaczej. Nie musiałam udawać dystansu, aby zachować autorytet. Ona znała mnie wystarczająco długo, by wiedzieć, że za moim spokojem kryło się coś więcej niż chłodna ocena sytuacji.
Szłam obok niej i słuchałam uważnie każdego słowa. Nie przerywałam też jej od razu, chociaż kilka odpowiedzi pojawiło się w mojej głowie niemal w natychmiastowym tempie. Wiedziałam, że zbyt gwałtownie weszła w rolę, do której nikt jej nie przygotował w odpowiedni sposób. Więc nic dziwnego, że przytłaczał ją nadmiar obowiązków i brak odpowiedniej struktury. Dodatkowo wszystko potęgował stres wynikający z prób kontrolowania wszystkiego jednocześnie. Na szczęście dla mnie nie były to problemy, którym nie potrafiłabym sprostać.
Rozejrzałam się po sala i musiałam przyznać przed sobą, że pod względem estetyki nie miałam jej wiele do zarzucenia. Osobiście to dodałabym więcej złotych akcentów, ale wynikało to jedynie z własnych upodobań. Wszystko wyglądało starannie i elegancko, a co najważniejsze widać było, że wszystko dokładnie przemyślała. Wszystkie szczegółu zdradzały, że Shereen była wrażliwa na harmonię i proporcję, a poza tym doskonale wiedziała jak podkreślić charakter tego miejsca. Nie miałam wątpliwości, że był to talent, którego nie należało lekceważyć.
- Shereen - zaczęłam po chwili, zatrzymałam się na moment i spojrzałam przed siebie, zanim przeniosłam wzrok na siostrzenicę. - To, że sobie teraz nie radzisz, to wcale nie oznacza, że się do tego nie nadajesz. Wiem, że próbujesz prowadzić interes najlepiej jak potrafisz. Jednak żeby osiągnąć perfekcję potrzeba lat praktyki, albo dobrego nauczyciela - uśmiechnęłam się delikatnie. - Oczywiście mam na myśli moją skromną osobę.
Wypowiadałam się w dość łagodny sposób. W taki sposób nie postępowałabym jednak w przypadku innych osób. Widziałam w niej upór i ambicję, a także niebezpieczną potrzebę udowodnienia, że sama sobie poradzi. Znałam ten odruch bardzo dobrze, bo sama przez lata traktowałam proszenie o pomoc jako przyznanie się do porażki, chociaż nigdy nie użyłabym wobec siebie takiego słowa na głos.
- Twój ojciec miał rację, mówiąc o organizacji czasu i prowadzeniu terminarza, ale uwierz mi, że to nie wystarczy. Terminarz nie podejmie decyzji za ciebie skarbie. Jedynie będziesz widziała, ile chaosu próbujesz zmieścić w jednym dniu.
Zatrzymałam się na krótką chwilę, aby poprawić marynarkę, a tym samym dałam sobie czas na uporządkowanie myśli. Przede wszystkim chciałam być użyteczna dla Shereen i nie zamierzałam jej przytłoczyć zbyt dużą ilością informacji. Wymagało to jednak pewnej ostrożności ode mnie, ponieważ miałam naturalną skłonność do przejmowania kontroli tam, gdzie dostrzegałam brak stabilności.
- Najlepiej będzie jak zaczniemy od podstaw - zaczęłam delikatnie swój wywód. - Pokaż mi najpierw jak wygląda twoja dokumentacja i kalendarz z rezerwacjami. Będę potrzebowała również listy stałych podwykonawców i wszystkie zaległe faktury. Jak już to będę miała, to oddzielimy sprawy pilne od tych, które tylko wydają się pilne.
Gdy patrzyłam na Shereen, to widziałam dziecko, które dorastało na moich oczach, a teraz próbowało stanąć prosto pod ciężarem rzeczy, których nikt rozsądny nie powinien zrzucać na czyjeś ramiona bez wcześniejszego przygotowania.
- I jeszcze jedno - dodałam ciszej. - Nie musisz nic przede mną ukrywać. Postaram się rozwiązać wszystkie twoje problemy, oczywiście o ile nie przekroczą one moich kompetencji. - Ruszyłam dalej, kierując się w stronę zaplecza. - Pokaż mi od czego zaczęły się największe problemy - powiedziałam już bardziej rzeczowo, chociaż ton mojego głosu nadal pozostawał spokojny. - Jak na początek to i tak dużo spraw.

Shereen Winfield
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Została wrzucona na głęboką wodę. Dosłownie z dnia na dzień dostała informacje, że z przyczyn rodzinnych i dla dobra zdrowia ojca oraz rozwoju marki, będzie musiała stawić się w Toronto w celu podpisania aktu własności. Zarządzanie nigdy nie było na liście zawodów, którymi byłaby szczerze zainteresowana. Wystrój wnętrz, scenograf, weeding plannerka… Rozważała te trzy opcje. Lubiła działać w branży ślubnej i artystycznej, dlatego chciała zostać dekoratorką. Dobre wyczucie estetyki towarzyszyło jej od dawna; zawsze dobierała ubrania pod makijaż, meble pod kolor ścian, dodatki w taki sposób, by wkomponowały się w resztę wystroju. Sala, przez którą prowadziła ciocię, była przygotowywana pod obiad ślubny. Shereen osobiście także lubiła złoto; najbardziej w połączeniu z granatem, lub głębokim błękitem. Kojarzyła te kolory z przepychem i statusem społecznym.
Słysząc za plecami swoje imię, zatrzymała się w półkroku, odwracając w stronę Cordelii. Problem Shereen był taki, że napędzały ją wysokie ambicje, często przekraczające jej poziom wiedzy. Chciała być we wszystkim najlepsza i choć z zewnątrz sprawiała wrażenie osoby zdystansowanej i chłodnej, tak naprawdę mocno brała do siebie każdą osobistą porażkę. Chciała udowodnić sobie, a przede wszystkim swojej matce, że dorosła do tak odpowiedzialnej roli — być może było to spowodowane tym, że mimo wieku, potrzebowała matczynej aprobaty. Tata często mówił, że jest z niej dumny, lecz tata zawsze był dumny i nie uważała, by kłamał. Matka natomiast… Przypodobanie się jej, podniosłoby poziom wartości Shereen. Rzadko używała ciepłych słów w kierunku innych; była dumna głównie z siebie, choć dużo więcej rzeczy niż sobie samej, zawdzięczała tacie. Gdyby nie poznała go tamtego w Paryżu, wciąż mieszkałaby na obrzeżach miasta i choć nigdy nie była biedna jak mysz kościelna, to za taką się uważała. Bo status społeczny był dla niej wszystkim, co ważne; a później, po ślubie, dostała to, czego chciała i teraz mogła udawać wielką damę.
— Nie wiedziałam, że to będzie aż tak trudne. Przyznam ci szczerze, ciociu, że przez długi czas myślałam, że tata, siedząc tyle czasu w gabinecie, po prostu przegląda papierki. Tymczasem on musiał zająć się logistyką, ustalaniem ofert weselnych, jest łącznikiem między obsługą sali, dostawcami, a gośćmi... zaczęła wymieniać z przejęciem. Każdy dzień na takiej sali wyglądał jak pole bitwy. W tygodniu jeszcze było łatwiej ogarnąć niektóre rzeczy, przykładowo znaleźć czas na przeliczenie zastawy stołowej i uzupełnienie braków, ale w weekend… Wszyscy zaczynali działać na pełnych obrotach, bo szczęśliwy klient, oznaczał dobrą opinię o lokalu. A dobra opinia i zadowolenie klientów, to większa wypłata — a wszystkim zależało na wypłacie i choć kurwili niejednokrotnie, tak naprawdę się starali. — Perfekcja jest trudna do osiągnięcia. Zwłaszcza z krótkim stażem… A ja chciałabym już wszystko potrafić i w niecałych czterech miesiącach zmieścić dwadzieścia lat praktyki. Wiesz, że to niemożliwe, ale jednak… — chciałabym. Dlatego poprosiła o pomoc ciocie, bo Cordelia znała ten śniat od poszewki.
Świadomość chaosu nie pomagała osobie pokroju Shereen. Wysłuchała ciotki w milczeniu, zapamiętując każde polecenie. Im dłużej mówiła, tym wyraźniej układała sobie w głowie listę rzeczy, które będzie musiała jej pokazać. Na szczęście większość miała uporządkowaną w jednym miejscu.
Zaprosiła ciotkę do swojego gabinetu. Niewielkie pomieszczenie pachniało kawą i papierem, a na biurku czekał już laptop. Usiadła, wpisała hasło i po chwili na ekranie pojawił się pulpit. Otworzyła folder oznaczony nazwą sali, a następnie arkusz excela, który od miesięcy był centrum jej codziennej pracy. Zakładki ciągnęły się wzdłuż dolnej krawędzi ekranu. Każda odpowiadała za inny obszar działalności. Kliknęła pierwszą.

— Tutaj mam kalendarz rezerwacji — powiedziała, obracając przenośny komputer w stronę ciotki. — Są wszystkie wesela, zaliczki, terminy spotkań z parami i informacje o płatnościach — przesunęła palcami po włosach, sunąc wzrokiem po przewijanej w dół liście. Serio, po wpatrywaniu się w te tabelki kilka godzin dziennie, odnosiła wrażenie, że wyparowuje jej mózg, a te tabelki śniły jej się czasem po nocach.
Przesunęła arkusz o kilka kolumn, pokazując kolejne wpisy, po czym otworzyła następną zakładkę.— To lista naszych stałych podwykonawców. Kwiaciarnie, cukiernie, DJ-e, firmy sprzątające, serwis sprzętu… Przy każdym są numery telefonów, osoby kontaktowe i warunki współpracy — trzecie kliknięcie. Tym razem pokazała arkusze z ilością opłaconych i nieopłaconych faktur. Nie musiała tłumaczyć, że te zaznaczone na zielono, były opłacone, żółte w oczekiwaniu na przelew, a czerwone były zaległościami. Miała jeszcze jedną stronę do pokazania. Za czwartym, ostatnim kliknięciem przedstawiła dodatkowe informacje o każdym z poszczególnych wesel: menu, liczba gości, alergie, ustawienie stołów, harmonogram dnia i wszystkie ustalenia z klientami. Zamilkła, przesuwając wzrok na ciotkę i ściągnęła usta w wąską kreskę.
— Od czego powinnyśmy zacząć?

Cordelia LeBlanc
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Zajęłam miejsce przy biurku i przez kilka pierwszych chwil niczego nie komentowałam. Spoglądałam ze skupienieem na poszczególne kolumny i starałam się analizować sposób, w jaki wszystkie informacje zostały uporządkowane. Nie potrzebowałam wiele czasu, aby zrozumieć, gdzie leżał problem. Ku mojemu zadowoleniu nie znajdował się on wcale w braku kompetencji Shereen. Wręcz przeciwnie. To, co miałam przed sobą, było znacznie lepiej przygotowane niż sugerowały jej wcześniejsze słowa. Oparłam dłoń o krawędź biurka i przyjrzałam się ponownie arkuszowi.
- Wiesz, kochanie, spodziewałam się czegoś znacznie gorszego - powiedziałam w końcu, a na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Z tego, co mówiłaś wcześniej, to byłam niemal przekonana, że zastanę tutaj stos nieopisanych faktur, albo kilka różnych terminarzy i przynajmniej jedną umowę, której nikt nie przeczytał przed podpisaniem.
Pozwoliłam sobie na ten drobny żart, chociaż zaraz potem ponownie skupiłam swoją uwagę na dokumentach. Wszystko miało swoje miejsce. Rezerwacje, płatności, kontakty i szczegóły dotyczące wydarzeń były całkiem nieźle uporządkowane. Sam system nie był zły, ale problem polegał na tym, że siostrzenica próbowała kontrolować zbyt wiele elementów jednocześnie. Znałam to aż za dobrze.
- Zacznijmy od tego, że przestaniesz traktować każdą sprawę tak, jakby wymagała ona twojej osobistej interwencji - oznajmiłam to spokojnie. Na marginesie wspomnę, że lubiłam używać tego zwrotu. - Jeżeli będziesz próbowała pilnować płatności, potwierdzać dostawy, szukać DJ-a, kontrolować obsługę i jednocześnie rozmawiać z klientami, to prędzej czy później coś przeoczysz. Oczywiście nie oznacza to, że jesteś niekompetentna. Pamiętaj, że doba ma 24 h. Nawet dla nas.
Przesunęłam dłonią po touchpadzie i wróciłam do zestawienia dotyczącego płatności.
- Te zaległości sprawdzimy jako pierwsze. Musimy ustalić, które wynikają z problemów technicznych, które z niedopatrzenia, a które wymagają natychmiastowej reakcji. Później zajmiemy się wydarzeniami zaplanowanymi na najbliższe dwa tygodnie. Wszystko, co znajduje się dalej, może na razie poczekać.
Przez moment przyglądałam się ekranowi i zastanawiałam nad najlepszym rozwiązaniem. Lubiłam brać udział w rozwiązywaniu podobnych sytuacji. Chaos przestawał być problemem, o ile udało się podzielić go na wystarczająco małe elementy.
- Stworzyłabym jeszcze jedną zakładkę. Coś a'la stronę główną, którą będziesz otwierała każdego ranka. Nie zapisuj tam zbędnych informacji, takich jak alergia ciotki pana młodego lub kolor serwetek. Skup się na zapisywaniu rzeczy wymagających twojej uwagi. Niech to będą płatności, spotkania, terminy i problemy. Jeżeli coś można zrobić później, to nie powinno to zajmować miejsca w twojej głowie dzisiaj.
Usiadłam się bardziej wygodnie i założyłam nogę na nogę. Musiałam przyznać sama przed sobą, że byłam z niej dumna. Oczywiście nie zamierzałam pozwolić, aby ta myśl zamieniła się w przesadne pochwały. Shereen potrzebowała teraz mojej pomocy, a nie pustego zapewniania, że wszystko robiła robiła doskonale.
- Poza tym potrzebujesz ludzi, którym możesz przekazać część obowiązków. Zarządzanie nie polega na robieniu wszystkiego samodzielnie, ale na zorganizowaniu pracy innych, żebyś nie musiała osobiście sprawdzać, czy ktoś zamówił odpowiednią liczbę kieliszków.
Westchnęłam cicho i ponownie wróciłam do arkusza.
- Muszę jednak przyznać, że jesteś wobec siebie zdecydowanie zbyt surowa. Masz uporządkowane wszystkie najważniejsze informacje, a w dodatku, co najistotniejsze, wiesz, gdzie ich szukać. Brakuje ci tylko doświadczenia, a nie zdolności.
Nie mówiłam podobnych rzeczy zbyt często. Właściwie niemal nigdy. Uważałam, że ludzie rozwijają się dzięki wymaganiom, a nie ciągłemu głaskaniu ich po głowie. Wobec niej chcicałam jednak zachować odpowiednią równowagę. Była moją córką chrzestną i kochałam ją nie mniej niż własne dzieci. Dlatego właśnie nie zamierzałam pozwolić, aby kilka miesięcy trudności przekonało ją, że nie była wystarczająco dobra.
- A skoro już poprosiłaś mnie o pomoc, to obawiam się, że tak łatwo się mnie teraz nie pozbędziesz - dodałam z lekkim rozbawieniem. - Najpierw uporządkujemy zaległe płatności. Później przygotujemy listę obowiązków, które możesz przekazać pracownikom. Na końcu opracujemy procedurę na sytuacje awaryjne, żebyś następnym razem nie musiała w ostatniej chwili szukać zastępstwa za DJ-a.
Wyprostowałam się na krześle i położyłam dłoń obok laptopa.
- A kiedy już skończymy, to być może nawet uda ci się prowadzić ten interes bez śnienia po nocach o arkuszach Excela. Chociaż tego akurat nie mogę zagwarantować. Mnie tabelki prześladują od kilkudziesięciu lat - dodałam. - Zbaczając odrobinę od naszego tematu, to z przyjemnością wypiłabym kawę.

Shereen Winfield
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Shereen przez dłuższą chwilę przyglądała się ekranowi, choć nie czytała już żadnej z komórek. Słuchała ciotki i próbowała poukładać sobie w głowie wszystko, co właśnie usłyszała. Najbardziej irytujące było to, że Cordelia nie powiedziała niczego, czego sama wcześniej nie podejrzewała. Po prostu ułożyła jej problem w prostszy sposób. Przez ostatnie miesiące Shereen miała tendencję do dokładania sobie kolejnych obowiązków za każdym razem, kiedy coś zaczynało wymykać się spod kontroli. Jeżeli pracownik czegoś nie dopilnował, robiła to następnym razem sama. Jeżeli dostawca się spóźniał, zaczynała kontrolować wszystkie zamówienia. Jeżeli klient zadzwonił z pytaniem, odpowiadała nawet wtedy, gdy spokojnie mógł się tym zająć ktoś inny. Nie ufała własnej organizacji na tyle, żeby odpuścić choćby jeden element. Spojrzała na ciotkę z lekkim uśmiechem, a później ponownie zerknęła na komputer. Pomysł z dodatkową zakładką coraz bardziej jej się podobał. Potrzebowała czegoś prostego. Jednego miejsca, do którego mogłaby zajrzeć rano i od razu zobaczyć, co naprawdę wymagało jej uwagi. Przekopywanie się przez wszystkie zakładki było naprawdę uciążliwe. Często przełączała się między kolumnami, a później nie potrafiła znaleźć tej, którą powinna być najbardziej zainteresowana.
— Wiesz, ciociu. Z tym to jest największy problem. Po prostu mam wrażenie, że sama wszystko zrobię lepiej. Poza tym naprawdę nie lubię, gdy ktoś popełnia błędy, bo później to ja muszę się tłumaczyć. Dlatego jak kucharz nie dogada się z kelnerkami, to wolę zainterweniować i sama ustalić, o której wniesie się który posiłek i co będzie po czym — to był tylko przykład. Jeden z wielu. Tak naprawdę wolałaby się zająć głównie dokumentacją i przystrajaniem sali. To były jej ulubione zajęcia w całym tym lokum.
Przez chwilę siedziała bez ruchu. Wiedziała, że z tym będzie miała największy problem. Nie lubiła poprawiać po innych, ale jeszcze bardziej nie lubiła sytuacji, w której musiała komuś zaufać bez sprawdzania wszystkiego po kilka razy. Z drugiej strony, jeżeli miała rzeczywiście prowadzić ten biznes, nie mogła być jednocześnie menadżerką, księgową, koordynatorką i osobą od wszystkiego, co akurat nie zostało zrobione.
— Najpierw zaległe płatności, potem wesela z najbliższych dwóch tygodni. Dopiero później zajmiemy się resztą. To może od razu napiszę listę rzeczy do zrobienia, które mogłabym przekazać reszcie? — zapisywała każdy z wypowiedzianych podpunktów w zeszycie, który trzymała zawsze w biurku.
Wcześniej ten sam zeszyt należał do jej ojca. Czuła się dziwnie, gdy siedząc przy biurku, sięgała po niego głównie po to, by poszukać w nim odpowiedzi na pytanie co zrobić dalej. Tata wszystko ładnie zapisywał. Notował. W tym zeszycie notował swoje przemyślenia dotyczące sali i dopiero wczytując się w treść, docierało do niej, że jej tata nigdy nie był zorganizowany. A jednak, radził sobie doskonale. I ona też chciała sobie tak radzić. Chciała udowodnić, że ojciec miał rację, wierząc w nią. Chciała pokazać matce, że również potrafiła być odpowiedzialna. Każdy błąd urastał więc w jej głowie do czegoś znacznie większego, niż faktycznie był, co później odbijało się na samopoczuciu Shereen. Wspomnienie o tym, że była wobec siebie zbyt surowa, wróciło do niej dopiero po chwili. Shereen nie lubiła takich uwag, bo zazwyczaj odbierała je jako próbę pocieszenia. Tym razem było inaczej. Cordelia nie próbowała jej przekonać, że wszystko robiła dobrze. Wskazała konkretne rzeczy, które należało poprawić, a jednocześnie zauważyła, że cała reszta wcale nie wyglądała tak źle.
To było chyba znacznie bardziej wartościowe niż zwykła pochwała.
Po chwili dotarło do niej coś jeszcze — nawet nie zaproponowała ciotce kawy. Przecież od tego tak naprawdę powinna zacząć. Była zbyt podekscytowana i zarazem przerażona wizją naprawy tego, co w ostatnim czasie uważała za jedną z priorytetowych rzeczy. Chciała dać z siebie wszystko, to tyle i chyba aż tyle. Najwidoczniej upór i ambicję odziedziczyła po matce. Ojciec był człowiekiem od biznesu, ale to Evelyn trzymała wszystko w garści. To ona była tą traktującą pieniądze jako główny priorytet.
— Miałam beznadziejną sytuację z DJ’em. Dostałam o szóstej rano telefon, że on niestety nie da rady przyjechać na czternastą do pracy, bo zmienił mu się plany. Wkurzyłam się wtedy strasznie… Bo miałam wymagającą klientkę i musiałam się nakombinować, żeby wziąć kogoś na zastępstwo — przesunęła palcami po włosach, starając się to zrobić na tyle ostrożnie, by nie odsłonić blaknących śladów po ustach Erica, które zdobiły jej szyję. Wolała pilnować się przy cioci.

Respektowała ją jak własną matkę, ale do Cordelii miała większy szacunek.
— To najwyżej te tabelki będą śniły się nam obu — zaśmiała się, wstając z miejsca.
— To skoro spędzimy tutaj kolejne godziny, to może zrobię nam mocniejszą tę kawę? — dopytała. Ona również miała chęć napić się kawy. Po feedbacku od Cordelii przeniosła się do kuchni, przygotowując kawę z ekspresu. Nie szczędziła na kawie i szczerze lubiła delektować się jej smakiem oraz zapachem. Kawa, którą kupowała, była wyborna i zdecydowanie czysta arabica wpisywała się w jej ulubione smaki. Przygotowując napój, zamyśliła się na chwilę nad problemem, który bardzo jej ciążył. I chciała porozmawiać o tym z ciocią.
— Wiesz, ciociu. Mama mi ostatnio mówiła, że tego nie ogarnę i, że popełnili z ojcem błąd, że przepisali mi ten lokal. Ona tak zawsze mówi. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była ze mnie dumna, to strasznie demotywujące. Najpierw mi mówi, że z nią nie rozmawiam, a później jak próbuje z nią rozmawiać, to neguje moje wybory. Do tej pory nie wie, że w ogóle mam chłopaka. Jakbym jej powiedziała, to pewnie uznałaby, że teraz w ogóle nie zajmę się salą, bo będę myśleć o głupotach powiedziała markotnie, przynosząc cioci kawę, którą postawiła na biurku. Chwilę później doniosła również swoją i następnie usiadła obok Cordelii.

Cordelia LeBlanc
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie wywarło na mnie żadnego wrażenia to, że siostrzenica wolała zajmować się wszystkim osobiście. Trudno było mi ją za to krytykować, ponieważ ja sama również przez większość życia wychodziłam z podobnego założenia. Z czasem jednak nauczyłam się, że kontrola niekoniecznie oznacza wykonania wszystkiego własnymi rękami. Czasami znacznie skuteczniejsze było doprowadzenie do sytuacji, w której inni bali się popełniać błędy.
- Doskonale cię rozumiem. Też przez wiele lat uważałam, że jeżeli chcę mieć coś zrobione właściwie, to najlepiej będzie zrobić to samemu - przyznałam, opierając się wygodniej. - Tylko, że przy pewnej skali przestaje być to możliwe. W takim przypadku pozostają ci dwa wyjścia. Albo nauczysz ludzi pracować zgodnie z twoimi standardami, albo wykończysz się, próbując wykonywać ich obowiązki razem ze swoimi.
Tę drugą opcję uważałam za zdecydowanie mniej rozważne rozwiązanie. Pewnie kilkadziesiąt lat temu sama również bym poszła w tym kierunku, ale na szczęście teraz posiadałam już znacznie większe doświadczenie, by wiedzieć, że taka droga nie była właściwa.
- Zrób tę listę, ale nie wpisuj na nią rzeczy, które chciałabyś oddać innym. Wpisz te, których naprawdę nie musisz wykonywać osobiście. Jest tu zasadnicza różnica, ponieważ to, że nie chcesz czegoś robić sama, nie oznacza, że inni temu podołają, a tym bardziej sprostają twoim oczekiwaniom.
Historia z DJ-em natychmiast wywołała we mnie wyraźne niezadowolenie.
- W takim przypadku pierwszą rzeczą, którą powinnaś zrobić, jest znalezienie dwóch albo trzech osób awaryjnych i ustalenie z nimi warunków współpracy - zaczęłam wyjaśniać. - Niestety nie możesz liczyć na odpowiedzialność człowieka, który informuje cię kilka godzin przed wydarzeniem, że zmieniły się mu plany. - Pokręciłam głową ze zniesmaczenia. - Następnym razem nie będziesz musiała kombinować, bo będziesz miała gotowy numer telefonu i rozwiązanie w problemu w ciągu pięciu minut.
Kiedy rozmowa zeszła na moja siostrę, to wcześniejsze zniesmaczenie pogłębiło się jeszcze bardziej. Nie zamierzałam wtrącać się w relację Shereen z własną matką bardziej niż było to konieczne. Charakter mojej siostry znałam wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że każda próba zmiany jej sposobu myślenia była rzutem grochu o ścianę. Jednocześnie nie podobało mi się to, że jej słowa miały aż tak duży wpływ na córkę.
- Twoja matka ma wyjątkowy talent do formułowania opinii tak, jakby były ostatecznym wyrokiem - powiedziałam spokojnie. - Nie oznacza to jednak, że musisz je w ten sposób traktować.
Nie uważałam siebie za szczególnie pobłażliwego rodzica. Wręcz przeciwnie. Wymagałam od własnych dzieci więcej niż zapewne uważały za rozsądne. Była jedna różnica pomiędzy wymaganiem czegoś od człowieka, a ciągłym przekonywaniem go, że nie jest wystarczająco dobry. Krytyka miała sens tylko wtedy, gdy prowadziła do poprawy. W tym przypadku była jedynie zwykłą złośliwością.
- Jeżeli popełnisz jakiś błąd, to ci o tym powiem. To sam zrobię, gdy zauważę, że źle prowadzisz ten biznes. Myślę, że wiesz doskonale o tym, że nie mam problemu z krytykowaniem ludzi, których kocham - dodałam z lekkim uśmiechem. - Ale nie będę ci mówiła, że sobie nie poradzisz tylko dlatego, że po czterech miesiącach nie masz doświadczenia, które osiąga się po dwudziestu latach. To byłoby zwyczajnie idiotyczne, ale zarazem pasujące do Evelyn. - Wzięłam głębszy oddech. - Poza tym nie pozwalaj, żeby brak jej aprobaty stał się miarą twojej wartości.
Rzadko kiedy mówiłam podobne rzeczy tak bezpośrednio. Znacznie łatwiej przychodziło mi rozwiązywanie cudzych problemów niż omawianie uczuć z nimi związanych. Shereen należała jednak do tych nielicznych osób, wobec których byłam gotowa zrobić wyjątek.
Po chwili wróciłam myślami do ostatniej części wypowiedzi.
- Natomiast informację o chłopaku bardzo zręcznie ukryłaś podczas narzekania na własną matkę - zauważyłam, uśmiechając się delikatnie. - Prawie mogłabym pomyśleć, że liczyłaś na to, że jej nie zauważę. - Oczywiście, że to zauważyłam. Może i jestem stara, ale wzrok mam jeszcze dość dobry. Nie zamierzałam jednak urządzać jej przesłuchania. Przynajmniej nie w tej chwili. - I uprzedzając twoje obawy od razu powiem, że posiadanie partnera nie odbiera człowiekowi zdolności do prowadzenia interesów. Twoja matka może mieć na ten temat inne zdanie. Ja z kolei bardziej zainteresowana jestem tym, czy jesteś szczęśliwa. Ale najpierw zajmijmy się pracą. Chłopak może poczekać jeszcze jakieś... pół godziny.
Nie zdążyłam jednak wrócić do arkusza, ponieważ światło w gabinecie zamigotało dwukrotnie, po czym pomieszczenie nagle pogrążyło się w półmroku. Ekran laptopa co prawda nadal się świecił, a gdzieś z dalszej części budynku dobiegł sygnał urządzenia przechodzącego na zasilanie awaryjne. Znieruchomiałam przez krótką chwilę z filiżanką uniesioną do ust.
- Doskonale - mruknęłam i odstawiłam filiżankę na biurko. - Dokładnie tego nam jeszcze brakowało.
Wstałam z krzesła i poprawiłam marynarkę. Jeszcze kilka minut wcześniej rozmawiałyśmy o tym, że Shereen próbowała osobiście kontrolować każdy szczegół. Los najwyraźniej postanowił dostarczyć mi ten widok osobiście.
- I właśnie dlatego potrzebujesz procedur awaryjnych - dodałam spokojnie. - Podobnie jak w przypadku DJ-a, powinnaś mieć pod ręką numery do elektryka oraz speca od serwisu. - Zrobiłam kilka kroków w stronę okna. - Najpierw upewnijmy się, czy jest to zwykła awaria, czy może problem leży gdzie indziej.

Shereen Winfield
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
ODPOWIEDZ

Wróć do „Guild Inn Estate”