W tej chwili nie liczyło się nic innego - ani logika stojąca za jej działaniami, ani wdzięczność, którą powinna odczuwać względem jego
specyficznej pomocy.
Tylko woda, w którą znów uderzyła, nieprzygotowana, nawet gdy samo przebywanie na pomoście pchało jej serce w nierówny rytm. Woda wypełniająca jej nos i usta, zalewająca jej oczy, przesuwająca się po rannej skórze nierównym pieczeniem.
Woda, w którą znów uderzyła przez n i e g o.
Nie wątpiła, że może gdyby miała chwilę na zastanowienie, faktycznie nie znalazłaby żadnej, sensowniejszej opcji. Ale nie mieli chwili na zastanowienie. A na twarzy Vissera tkwił złośliwy wyraz, w głosie wybrzmiewało rozbawienie gdy świadomie ją
terroryzował, we własnej interpretacji pomocy, której od niego nie chciała.
Jej dyktowane furią i paniką chęci i tak skończyły się wyłącznie na tym - na c h ę c i a c h.
Ból zaciśniętych wokół jej włosów palców skutecznie ją otrzeźwił, tak jak zderzenie z wspornikiem utrzymującym drewniany pomost w górze. Gdy zniknęło oparcie tkwiącego obok niej mężczyzny, na początku nic nie pojawiło się na jego miejsce.
Na początku jej ciało, tak jak wtedy, w zimnym jeziorze Ontario, zachowywało się dokładnie tak, jakby i teraz było zbyt ranne, zbyt słabe by móc coś zrobić z własnym losem. Zniknęło pod wodą, tonąc, nie zwracając na siebie uwagi owczarka, który, tracąc każdy z tropów, powoli wdrapywał się ponownie na powierzchnię.
Gdy ten sam instynkt, który nakazywał jej chwytanie się Vissera wcześniej wreszcie
zaskoczył, a klatka piersiowa zajęła się ogniem pod wpływem braku powietrza, wreszcie, z trudem i ociąganiem, jej kończyny zaczęły się poruszać. Przebiła wodę, haustem nabierając tlenu i desperacko chwytając się drewnianej podpory. Owinęła się wokół niej swoimi ramionami, z cieniem pomostu nad swoją głową, przylgnęła do niej ciałem i własnym policzkiem, jak do koła ratunkowego, na które właśnie uświadomiła sobie, że wrzucił ją mężczyzna.
Nie miała pojęcia, ile czasu minęło.
Chłód wody przesiąknął jej ubrania, zakradł się do jej żył gdy tkwiła w bezruchu, słuchając. Kroki oficerów, ich głośne okrzyki gdy dostrzegli gdzieś wynurzającą się na moment głowę płynącego przez staw mężczyzny.
Wszyscy ruszyli za nim.
Tkwiła pod spodem jak topielica, z twarzą ledwie wystającą ponad powierzchnię stawu, dłońmi desperacko wczepionymi we wspornik. Słyszała, jak odgłosy wrzawy oddalają się, jak wszyscy ruszyli w pogoń za uciekającym mężczyzną, pragnąc złapać go po drugiej stronie stawu - może gdzieś w wysokiej trawie, może dalej, jeśli uda mu się wybiec zanim dotrą do niego psy.
Nie miała odwagi się poruszyć.
Po całej wieczności ciszy, gdy nawet odgłos ujadania psów stał się stłumiony linią drzew otaczającą staw z drugiej strony, drżąc wreszcie zmusiła się poruszenia się. Wychyliła ostrożnie, upewniając, że na pomoście nikogo nie było nim, mechanicznie, wyciągnęła swoje bezużyteczne ciało z wody.
Potrzebowała planu. Musiała się stąd w y d o s t a ć.
W jakimś wpojonym jej na szkoleniu odruchu przylgnęła do ściany domku dostrzegając za szybą kontury sylwetek. Błękitne i czerwone światło migotało po jednej stronie budynku, jednak wokół nastała cisza. Samochód. Potrzebowała samochodu. Samochodu, który ukradł poprzedniej nocy Visser, stojącego z drugiej strony.
Przemknęła tam jak cień, przekonana, że w każdej chwili któryś z policjantów wyjdzie z budynku, że któryś z psów, jeśli nie wszystkie ruszyły w pogoń, wreszcie ją zwęszy, dopadnie.
Zagrożenie okazało się tkwić dużo bliżej.
Jeden policjant tkwiący przy samochodzie natychmiast spostrzegł ją gdy wychyliła się zza budynku. Jego ciało się spięło, dłoń sięgnęła do kabury pistoletu, usta rozwarły by krzyknąć. Nie mogła do tego dopuścić. Nie mogła na to pozwolić.
-
Pomocy - jęknęła, chwytając swoimi zakrwawionymi dłońmi bok by zakryć szytą ranę, uginając swoja sylwetkę. Wciąż miała na sobie wczorajsze ubrania, zakrwawione, poszatkowane. Wciąż była blada jak trup, przemoczona, zmęczona,
pokonana. -
Porwał mnie - tłumaczyła drżącym głosem, unosząc drugą rękę pojednawczo - tą, na której każdy czerwony ślad zdążył już urodzić kroplę krwi. -
Uwięził.
Nie potrzebowała, żeby jej uwierzył. Nie w pełni. Wystarczyło jej
zawahanie, możliwość znalezienia się bliżej. Potrzebował, by dostrzegł jej żałosną, ranną wersję i połączył kropki - wszak czy Visser nie uciekał właśnie gdzieś w las, zostawiając ją za sobą?
Potknęła się, w sposób połowicznie teatralny, połowicznie zrodzony z kompletnego braku uwagi. Mężczyzna oderwał dłoń od swojej kabury, już otwartej, już
gotowej, odruchowo wyciągając ręce by przytrzymać ją w pionie.
Jej ranna dłoń sięgnęła do błyszczącego metalu.
Wyszarpnęła broń, odsuwając się, gwałtownie, na wydechu. Nim policjant zdążył zarejestrować, co w ogóle zrobiła, jej palec zgrabnie odnalazł zabezpieczenie, lufa uniosła się w jego kierunku.
-
Kajdanki - warknęła, gdy ten w złości uniósł ręce w górę. Nie miała wiele czasu, w każdej chwili ktoś mógł zerknąć przez pieprzone okno.
- Nie - wycedził mężczyzna, w wyraźny i charakterystyczny dla swojego
gatunku sposób oceniając, czy w ogóle była w stanie stworzyć dla niego jakiekolwiek zagrożenie.
Czuła, jak jej umysł i ciało rozszczepiają się na dwa.
-
Dawaj kajdanki inaczej przestrzelę ci ten pierdolony łeb - warknęła
Ortega, przechodząc na jego plecy, opierając lufę broni o tył jego czaszki gdy sięgał do przypiętych do pasa kajdanek.
Navarro chwyciła je, jedną ręką zakuwając mężczyznę z wprawą kogoś, kto robił to wielokrotnie wcześniej.
-
Stań pod ścianą - rozkazała, zabierając radio, które miał przy sobie. Lufa broni uderzyła w jego głowę, pośpieszając go gdy powoli ruszył w kierunku ściany budynku. -
Twarz do ściany - dodała wściekle, jednym okiem obserwując mężczyznę, w którego celowała z b r o n i, drugą zerkając na samochód. -
Jeśli drgniesz, strzelę.
Nie było kluczyka.
Tylko wyszarpane z trzewi pojazdu kable, które należało ze sobą połączyć w odpowiedniej konfiguracji. W pierwszej myśli przez umysł
agentki Navarro przemknęła panika, by zaraz za nią nadeszła uspokajająca świadomość.
Ortega umiała odpalać samochody w ten sposób.
Potrzebowała chwili by warkot silnika wreszcie rozległ się w pomieszczeniu. Chwili, w której radio rzucone na fotel obok, ku jej irytacji, nieustannie nadawało informacje z obławy na uciekającym Visserze. Visserze, którego rzucenie się na drugą stronę stawu odwróciło uwagę od niej. Visserze, bez którego nie dotarłaby nawet do tego samochodu.
Jej dłonie zacisnęły się na kierownicy, spoglądając na rozszczepiającą się drogę naprzeciw.
Była w o l n a. Mogła uciec, mogła skręcić w stronę głównej drogi, wdrożyć swój plan w życie - plan, którego miała wyłącznie zarodek, ale w który wierzyła w całą mocą. Mogła pozwolić im dopaść osobę, która na to
zasługiwała, pozwolić im wsadzić go do pierdla, gdzie było jego miejsce.
Tyle, że nie starczyło jej już naiwności by wiedzieć, że właśnie tam wyląduje.
- Jest otoczony - męski głos zniekształcony radiem wybrzmiał wewnątrz samochodu gdy stary Dodge ruszał z miejsca w akompaniamencie krzyków wypadających z domku policjantów. - Mamy go.
Była wolna.
A jednak wbrew sobie, wbrew logice, z wściekłością sercu szarpnęła kierownicą, skręcając w stronę obławy.
Robin Visser