ODPOWIEDZ
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Chodzimy po klubie i Madox pokazuje mi co uległo zniszczeniu. Kurwa, no nie wygląda to najlepiej, szczerze mówiąc, ogień strawił sporą część, ekipa sprzątająca wciąż uwija się jak mróweczki, ale straty nadal są mocno widoczne - Jak myślisz, ile to potrwa zanim znowu otworzycie? - pytam, bo przecież uprzątnięcie syfu to był dopiero początek tego wszystkiego co ich tu czeka. Jaram szluga, więc przykładam papierosa do warg i mocno zaciągam się dymem - Podpalenie? Jakaś zazdrosna konkurencja? - zerkam na Noriege badawczo, wręcz świdrując go wzrokiem, jakby każda zmiana w jego twarzy mogła mi coś powiedzieć - Znaleźliście jakieś ślady? Kamery coś zarejestrowały? - jego żona była policjantką, więc właściwie zdziwiłbym się gdyby nie znaleźli, pytam bardziej pod kątem ewentualnej drogi sądowej, bo jeśli to faktycznie wina konkurencji to moglibyśmy nieźle na tym wyjść, zadośćuczynienia w takich sytuacjach to zwykle były naprawdę grube pieniądze - Pogadam z ubezpieczycielem, zobaczę ile się uda wyciągnąć - Madox to pewnie nawet nie wiedział, że Emptiness jest ubezpieczone, bo ja się tym zajmowałem chyba od samego początku, jako jego prawnik. Zaciągam się fajką, a jedna z pań sprzątających, która kręci się blisko nas i zapuszcza gumowe ucho, podstawia mi popielniczkę - O, dziękuję - gaszę tam kiepa, zaś dziewczyna wyrzuca zawartość do wielkiego, czarnego worka. Zerkam na nią z ukosa, ale zbliżam się do przyjaciela i łapię go gdzieś w okolicach łokcia, pochylając się nieznacznie do jego ucha - Pogadamy w bardziej ustronnym miejscu? - rzucam cicho, prawie że szeptem. Noriega kiwa głową i prowadzi mnie do swojego gabinetu, który na szczęście nie ucierpiał. Gdyby to przepięknie biurko z lapacho uległo zniszczeniu, Madox by się chyba pochlastał. On wchodzi pierwszy, ja zaraz za nim i zamykam drzwi. Przechadzam się po pomieszczeniu, z wolna zmierzając do fotela dla petentów, tego na przeciwko krzesła szefa. Opadam ciężko na miejsce, wspierając ręce na podłokietnikach i wbijam spojrzenie w kumpla - O chuj tu chodzi, Madox? Widzę, że czegoś mi nie mówisz. Że nic mi, kurwa, nie mówisz - a przecież mówimy sobie wszystko.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

066.
They were a mess individually.
Together, they were a slightly more organized mess.
trigger warning
przekleństwa
- Nie wiem stary, ale chujowo to wygląda nie? - pokazuję Williamowi ten zwęglony bar, przy którym często waliliśmy razem kolorowe drinki, albo z którego wciągaliśmy grube szczury najlepszego sortu, kolumbijskiego koksu. Wciąż ciężko mi się na to patrzy. Na moje dziecko, które nagle obróciło się w popiół, za sprawą tego kutasa Luny. Krzywię się na pytanie Patela o tę konkurencję, bo przecież doskonale wiem kto to zrobił. Wzruszam jednak ramionami - nie wydaje mi się - rzucam tak zdawkowo, bo wciąż dookoła kręcą się ludzie, jakieś laski z miotłami, które uwijają się jak na sabacie i kilka zaufanych osób z obsługi. A do tego dużo goryli, aż dziwne biorąc pod uwagę to, że klub jest zamknięty. Patrzę na Williama i mam ochotę mu wszystko powiedzieć, bo jednak to jest mój najlepszy kumpel, jest dla mnie jak brat, ale widzę jak ta baba, która zamiata obok nas drapie miotłą w podłogę jakby chciała tam wydrążyć dziurę, zerkam na nią z ukosa - coś tam mamy - mówię tak tajemniczo.
Ale zaraz William zaczyna nawijkę o tym ubezpieczycielu, a ja wbijam w niego ciemne spojrzenie. Bo co kurwa? To mój klub był ubezpieczony? Ale w zasadzie zajmował się tym Patel. Tą całą papierologią, a ja mu tylko... Nie no, ja mu nawet nie płaciłem, tylko załatwiałem ćpanie. Ale dobrze mu płacił ten dupek Galen Wyatt, więc wiem, że Billy nie biedował. Dobrze, że ciągnął hajs od tego palanta, który przecież uderzał do mojej żony.
- Serio? To my jesteśmy ubezpieczeni? Może da się coś ugrać? Bo wiesz, kupa hajsu na to pójdzie - krzywię się znowu. Na biednego nie trafiło, pod podłogą w chacie mam więcej hajsu niż to będzie kosztować, ale... wolałbym go wydać na inne przyjemności.
Patelek zaciska palce na moim łokciu i prosi mnie o rozmowę w bardziej ustronnym miejscu, a ja kiwam głową, bo się z nim dzisiaj w stu procentach zgadzam. Nikomu nie mogłem ufać. Tylko Pilar… No i Williamowi pewnie też, w końcu uratowałem mu nie raz dupę. Ostatnio nawet w tym banku.
Idziemy na górę, a ja otwieram przed Patelem drzwi mojego gabinetu, całe szczęście, że tu pożar nie dotarł, bo gdyby spłonęło to moje piękne, robione na specjalne zamówienie, biurko z Lapacho, to chyba bym się pochlastał. Podchodzę do niego i przesuwam wytatuowanym palcami po blacie. A zaraz stawiam na nim, na podkładkach z logo Emptiness oczywiście, żeby go nie zniszczyć, dwie ciężkie szklanki. Na stół wyjmuję butelkę medellińskiego rumu. Kurewsko dobry rocznik. Aż się zawiesiłem przyglądając etykiecie.
- Co? - patrzę na Willa znad flachy, kiedy tak mnie przycisnął - no kurwa stary... - wzdycham ciężko i polewam nam rumu - pierdolnij sobie, bo nie wiem czy przyjmiesz to na trzeźwo - uprzedzam go uczciwie, sam walę zawartość szklanki na hejnał. Przyjemne ciepło rozlewa się po gardle i spływa do żołądka, ale ja i tak nie wiem od czego zacząć... - Kutas który podpalił klub, zabił też Sombrę, chciał mnie... I Pilar - chuj. Zrzucam na niego od razu bombę, ale przecież go uprzedzałem. Patrzę jak to trawi w swoim małym móżdżku.

William N. Patel
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Jakby się okazało, że ktoś specjalnie chciał ci zaszkodzić to pewnie ubezpieczenie pokryje całość, mógłbyś sobie tu nawet odjebać remoncik reszty klubu i wrzucić to w koszty - w dodatku tak się składa, że jego prawnik, czyli ja, jest specjalistą w wyciąganiu hajsu od wielkich firm - Spoko, ogarnę to - od tego mnie miał i wystarczająco się odwdzięczał. Łączył nas układ dobry dla obu stron. Siedzimy przy biurku z lapacho, a Noriega podsuwa mi szklankę z rumem. Zawsze mnie ciekawiła fascynacja Madoxa tym meblem, fakt, był piękny i robił ogromne wrażenie, szczególnie za pierwszym razem; przekraczasz gabinet szefa, a tam pan Noriega we własnej osobie siedzi za biurkiem z lapacho, no ciekawy widok - Zapalimy sobie? Na pewno masz tu jakieś dobre cygarka - ja miałem tylko kręcone własnoręcznie szlugi, mogę się podzielić, ale do takiego trunku przydałoby się odpowiednie palenie, szczególnie, że chyba Madox zamierzał spuścić na mnie jakąś bombę, skoro zaczynał od nie przyjmiesz tego na trzeźwo. Zgodnie ze wskazówkami walę na hejnał po czym podsuwam mu szklankę żeby nie skąpił na drugiego. Medeliński rum zawsze wchodzi gładko, chociaż nie wiem czy to kwestia smaku, czy raczej tego, że zawsze go pijemy z Madoxem. W tym klubie pękło naprawdę dużo butelek kolumbijskiego alko. Zresztą inne kolumbijskie przysmaki też nie raz walały się po stołach. Emptiness było naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Po słowach kumpla przez chwilę po prostu na niego patrzę i rozkminiam co mi właśnie powiedział - Co kurwa?! - zaraz, zaraz, to za dużo informacji naraz. Sombra nie żyje, Madox prawie i Pilar też ledwo uszła z życiem - Poczekaj, co? - powtarzam jeszcze raz - Ale co się stało? Co to za kutas? Czemu chce cię zabić? Czemu zabił Sombre?! - mam tak dużo pytań, że właściwie sam nie wiem, na które najpierw chcę znać odpowiedź. Madox miał rację, ciężko będzie to przetrawić ma trzeźwo - Dobra, polej mi więcej, ale ty już może nie pij, bo potem trzeba będzie jechać wiesz gdzie - doskonale wiedział gdzie i to była sprawa, którą musieliśmy w końcu załatwić, zanim będzie po ptokach. Zanim ktoś się zdąży rozmyślić i tak już długo zwlekamy

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
- Myślę, że specjalnie - mówię znowu, a ta laska z ekipy sprzątającej zerka na nas z ukosa. Może jakaś dziennikarka i chce o tym napisać. Ostatnio jedna taka chciała mi się tu wjebać przez te taśmy, którymi owinęliśmy wejście. Kiwam głową, gdy Will mówi, że to ogarnie, a potem, żebyśmy pogadali na górze. Zazwyczaj mieliśmy to gdzieś ćpaliśmy i chlaliśmy w Emptiness gdzie popadnie, zaczynając od baru, po klubową podłogę i kibel na zapleczu, ale dzisiaj siadamy jak jakiś dwóch szefów przy moim biurku z Lapacho…
Wspomniałem, że na specjalne zamówienie? Z Lapacho.
- No kurwa, pytasz dzika czy sra w lesie - rzucam do Williama i zaraz sięgam do szuflady... Tak, tak, biurka z Lapacho, po pudełko z cygarami, kolumbijskimi, nie żaden kubański chłam. Wyciągam dwa i sunę po nich wytatuowanymi palcami, zaciągam się tym zapachem.
- To te, co jaraliście z Gabą w naszym łóżku? - pytam Patela bez ogródek, bo przecież wiem, że to robili, wyczuliśmy to z Pilar. Nas to się nie da tak łatwo zrobić, ona detektyw, a ja... No ja byłem pojebany.
Walimy ten rum, wyjmuję nawet zapalniczkę, żeby zaraz rzucić ją Billy'emu, razem z tą bombą, którą mu wyznałem. Dostał zapalarą w łeb i spadła na biurko, więc chyba zrobiłem wrażenie. Dolewam mu rumu i sobie też, już nawet nie podwójną, tylko po całej szklanie, nie będziemy się rozdrabniać i pierdolić, bo prawda jest taka, że żadni z nas dżentelmeni. Kiedy on tak trawi w głowie to, co mu powiedziałem, to sięgam po zapalniczkę i odpalam sobie cygaro. Pykam kilka kółek z dymu, które rozpływają się w powietrzu.
- No facet prawie podpalił mnie w samochodzie, w lesie, jak pojechałem się z nim rozmówić, a potem chciał mnie zastrzelić i... - kurwa. Język grzęźnie mi w gardle, bo wciąż ciężko mi się o tym mówi. Straciłem najlepszego przyjaciela, najwierniejszego. Kogoś kto przez te pierdolone osiem lat widział wszystkie moje wzloty i upadki, moje dołki i przypały. I najważniejsze, że nigdy mnie za to nie oceniał, zaciskam palce mocniej na szkle - i Sombra mnie zasłonił - wydusiłem to w końcu, ale nawet nie patrzę na Williama, tylko na swoją szklankę - Luna to gość, który jest... On jest jakby latynoskim ojcem chrzestnym - wyjaśniam mu i dopiero podnoszę na niego spojrzenie - siedzi w handlu ludźmi, to wiesz, nie jest moja bajka. I wydaje nam się, że on chce nas załatwić przez te pierdolone kontenery Wyatta - podnoszę szklankę i walę z niej kilka sporych łyków, a wtedy Will mówi to, że nie powinienem pić, bo mamy gdzieś tam jechać - zluzuj gacie, weźmiemy sobie kierowcę - no bo przecież mogliśmy. A ja potrzebowałem tego alko. Ostatnio kurwa wiecznie mieliśmy z Pilar jakieś problemy. Jeden za drugim, kłótnie, dramaty i mafię na głowie. Mogłem sobie pozwolić na to, żeby ten jeden raz nawalić się z kumplem. Pykam sobie cygarko opierając się o biurko z Lapacho - jestem pod ścianą i obawiam się, że jeśli ja go nie rozpierdolę, to on zniszczy mnie, albo zrobi krzywdę Pilar, już ostatnio jej groził - nie wiedziałem dokładnie co powiedział jej Pająk, czyli przydupas Luny, ale wiem, że ją wkurwił. Bardzo.

William N. Patel
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Uśmiecham się do kumpla i odbieram od niego cygaro, po czym przystawiam je do nosa, głęboko zaciągając się tym zapachem. To było coś, ja może i nie jestem specjalnym fanem cygar, ale do ciężkich rozmów przy szklance rumu nadawały się idealnie, a to wręcz kusiło swoim mocnym aromatem - Tamte były z ziołem - rzucam miękko, wzruszając lekko ramionami, bo teraz to już i tak nie mam nic do ukrycia, mógłbym mu nawet opowiedzieć ze szczegółami co jeszcze robiliśmy w ich łóżku, ale nie wiem czy chciałby słuchać o tym jak obracam jego kuzynkę, którą właściwie traktował trochę jak młodszą siostrę. Noriega zalewa mnie falą złych wieści i rzuca zapalniczkę, ale to zdecydowanie nie jest odpowiedni moment, więc zamiast ją złapać to patrzę na niego wielkimi oczami, przetwarzając w głowie to co mi powiedział. Żarem dostaję w łeb, jednak w tym momencie większe wrażenie i tak robią na mnie jego słowa niż to uderzenie. Potem, jak już co nieco ogarnę, to odpalam sobie cygaro i ściągam bucha, trochę zbyt łapczywie, bo momentalnie się krztuszę i kaszlę kilka razy, szczególnie, że Madox sprzedaje mi kolejne rewelacje. Coraz gorsze - Co zrobił, kurwa?! Prawie cię podpalił?!?! - chuju słodki, co? No to już jest naprawdę za dużo jak na moje nerwy. Ja wiem, że Noriega prowadzi życie pełne akcji, ale ja pierdole, muszę to przepić. Słucham dalej, nerwowo stukając palcami w szklankę. Widzę jak zmienia mu się wyraz twarzy, a słowa grzęzną gdzieś w gardle, jak wzrok opada na bursztynowy trunek - Kurwa - rzucam krótko, kiedy wreszcie wspomina o Sombrze. Wiem doskonale jak Madox kocha pieski, a już w szczególności swojego dobermana, zresztą to był świetny zwierzak, w chuj usłuchany, nie raz mnie bronił przed parkowymi żulami jak z nim wychodziłem na wieczorny spacer, będzie mi go naprawdę brakować - Przykro mi, Sombra to był wspaniały przyjaciel - pochylam się ponad blatem z lapacho żeby poklepać kumpla po ramieniu w pocieszającym geście, bo ciężko znaleźć odpowiednie słowa. Potem wznoszę swoją szklankę w niemym toaście za duszę naszego przyjaciela, która teraz hasa gdzieś po zielonych łąkach psiego raju. Na pewno nie brakuje mu tam przysmaczków ani hydrantów do osikania - Ojcem chrzestnym? - powtarzam, znowu się dziwię - Zaraz, a co mają do tego kontenery Wyatta? - bo chyba nie do końca rozumiem, marszczę mocno brwi, stukając palcem w szkło. Wzruszam ramionami, no i w sumie ok, możemy wziąć kierowcę. Znowu zamieniam się w słuch, ale im więcej mówi, tym mniej rozumiem - Co? Jak to rozpierdolisz? O co tu chodzi? Facet tak po prostu strzela do ludzi, innymi handluje, grozi, podpala - wyliczam na palcach wolnej ręki, w drugiej trzymam cygaro, ale palenie coś mi nie idzie - i nic nie można z tym zrobić? Twoja żona jest jebanym gliną, nie może go przymknąć? - no, w sumie trochę to naiwne wierzyć, że wymiar sprawiedliwości działa, szczególnie jeśli chodzi o policję, bo wiadomo, że jebać ich, ale serio? - I co zamierzasz zrobić? - niestety doskonale wiem co, ale chcę trochę odsunąć w czasie dopuszczenie do siebie tej myśli i muszę to usłyszeć z ust Noriegi. Przyglądam mu się uważnie, z mocno zmarszczonymi brwiami i wreszcie przykładam do ust cygaro by zaciągnąć się kilka razy.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Moje specjalne cygarka… - kręcę głową, bo tamte były na specjalną okazję, gdybyśmy chcieli się z Pilar nastukać, czasem to robiliśmy, a tak, żeby sobie urozmaicić życie erotyczne, jakbyśmy musieli to robić. Nie musieliśmy, ale cygarka z ziołem czekały na specjalną okazję. Nawet jeszcze nie sprawdzałem czy William coś nam zostawił.
Ale jakoś ostatnio nie mam wcale do tego głowy, nie ma się zresztą co dziwić biorąc pod uwagę ile się ostatnio wydarzyło. Zaraz zresztą opowiadam o tym kumplowi, a on tak się przejął, że dostał w łeb zapalniczką, nie dziwię mu się, bo momentami mam wrażenie jakby nagle tak kurewsko dużo rzeczy waliło mi się na głowę - normalnie zapakowali mnie do samochodu, w lesie, oblali go benzyną i chcieli podpalić, albo mnie straszyli, chuj wie… - wiedziałem, że nie. Nie tym razem. Ale nie chcę być z Billym aż tak brutalnie szczery, wiem, że mój ziomek jest tylko delikatnym prawnikiem. A jednak zaraz wyjeżdża z tym kurwa, kiedy mówię mu o moim psie i wcale mu się nie dziwię, bo inaczej sam tego skwitować nie potrafię. Podnoszę szklankę, żeby upić z niej kilka łyków. Kiwam głową na słowa Patelka, bo się z nim w stu procentach zgadzam, Sombra to był wspaniały pies. Dużo rzeczy go nauczyłem. Będzie mi go brakować, wiem to. Spoglądam na Willa, kiedy klepie mnie po ramieniu, a potem wznosimy szklanki i walimy za duszę naszego kumpla, żeby hasała spokojnie za tęczowym mostem. Bo w sumie Patel też wiele zawdzięcza temu psu, ile razy ochronił mu dupę przed jakimś menelem w parku, to tylko oni dwaj wiedzą, ja słyszałem conajmniej pięć takich historii. Zmieniamy temat z mojego dobermana na tego ojca chrzestnego, kiwam głową na pytanie Willa, bo inaczej tego nazwać nie umiem. Wiemy obaj o co chodzi, ja z takimi mam czasem do czynienia w klubie, a Patel pewnie w sądzie, zaraz jednak poruszamy temat jego kumpla, wiem, że przyjaźnią się z Wyattem, ja gnoja nie trawię, po pierwsze bo uderzał do mojej żony, a po drugie bo jest bogatą mendą - no wiesz, Pilar prowadziła tą sprawę, Luna to zwęszył i teraz chce nam zamknąć gęby - tak to widzę, że to już nie chodzi o klub, tylko sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i gruba. A do tego jeszcze Luciano i to co go łączy z matką Pilar, nawet miałem o tym wspomnieć, ale Patel dopytuje, a ja patrzę na niego spod byka. Bo co on kurwa, wczoraj się urodził, nie wie jak to działa? - A co ty myślisz, że on robi to od wczoraj? Od lat nie mogą go zamknąć i my tego nie zmienimy z dnia na dzień, chociaż… może byśmy mogli, ale chyba bezpieczniej będzie go po prostu odjebać? - myślę głośno. Ale widzę po minie Willa, że nie jest przekonany. Pacyfista jeden. Ja tam nie brzydzę się przemocą. Ale na pytanie Patelka wzruszam ramionami - no to co muszę, sprzedam mu kulkę albo coś, nie wiem jeszcze - też pykam sobie cygaro, bo prawda jest taka, że doskonale wiem - po prostu nie mogę narażać Pilar rozumiesz to? On już ją złapał i jej groził, a jakby coś jej się stało przeze mnie to bym kurwa umarł - z Willem mogę być kompletnie szczery. A zresztą on przecież wie, że to chyba pierwszy raz jest coś naprawdę poważnego, no w końcu się kurwa pobraliśmy, co prawda z Patelem też, ale z Pilar jednak na trzeźwo, a to wyczyn. Przynajmniej ja tak sądzę.

William N. Patel
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

A czy mogło być coś bardziej specjalnego niż mój reunion z Gabą po szczęściu latach rozłąki? Co prawda po czasie dochodzę do wniosku, że lepiej by było gdybyśmy się nie spotkali, a najlepiej jakbyśmy w ogóle nigdy nie poznali, ale wiadomo, że życie uwielbia jebać mnie na sucho w każdy otwór, zaczynam się powoli przyzwyczajać. Madox pewnie jeszcze nie wie, że pokłóciliśmy się z Gabrielą na śmierć i życie, że właściwie tamten wieczór to był definitywny koniec naszej pojebanej relacji, bo nie sądzę, żeby mu się tym chwaliła, ja też jeszcze nie miałem okazji, a teraz, przy tej rozmowie, wszystkie własne problemy wydały mi się strasznie błahe w porównaniu do tego co przeżywa Noriega, więc tylko wzdycham ciężko, na moment zatrzymując spojrzenie gdzieś na szklance z rumem. Poza tym chyba nie chcę o tym gadać, chyba jest za wcześnie na rozdrapywanie świeżych-starych ran. Jakbym wiedział, że znowu skończy się źle (chociaż gdzieś podskórnie podejrzewałem to od początku) to trzymałbym się od niej z daleka. Teraz zostało mi tylko po cichu leczyć ponownie złamane serce. Kurwa, najgorsze w tym wszystkim było to, że pomimo iż padło wtedy naprawdę wiele przykrych słów, to ja wciąż żywiłem do niej uczucia. Strasznie to wszystko popierdolone. A jeszcze bardziej popierdolone jest to, że Madox o mało nie spłonął żywcem w aucie. Ciarki biegną mi wzdłuż kręgosłupa, kiedy o tym mówi - Straszyli, jasne - obydwoje wiemy, że nie, że naprawdę ktoś chciał żeby Noriega tam spłonął, żeby tamto auto robiło mu za trumnę - Ja pierdole, Madox, w co ty się wpakowałeś? - były takie problemy, z którymi mogłem mu pomóc, ale ten zdecydowanie do takich nie należał. Przepalam i przepijam kolejne informacje, a jak schodzimy na temat Wyatta i tych jego nieszczęsnych kontenerów to unoszę wysoko obie brwi - To dlatego Pilar do niego pisała? To jakaś część waszego planu? Wiedziałeś o tym? - pytam, chociaż tamta rozmowa nie wyglądała jak część czegoś większego, ale może zbyt pochopnie ją oceniłem? Może tak miało być? - Bezpieczniej będzie go odjebać? Co ty pierdolisz, Madox, kurwa - kręcę głową. No dobra, miał trochę racji, wiem, że takie sprawy załatwia się po ichniejszemu, że wymiar sprawiedliwości i tak nic z tym nie zrobi, a nawet jeśli, to pewnie dla świętego spokoju wsadziliby jakiegoś leszcza, kogoś w zamian - Sprzedasz mu kulkę i co dalej? Chcesz rozpętać wojnę? Myślisz, że jego ludzie nie będą się mścić? Myślisz, że jak go odjebiesz to Pilar będzie bezpieczna? Że nikt nie będzie już jej groził? A jak odjebią ciebie? To wtedy będzie szczęśliwa? Chore gówno - strasznie chore, sytuacja właściwie bez wyjścia. Znowu przeciągle wzdycham, przesuwając palcami po czole, bo od natłoku myśli zaczynają pulsować mi skronie - Widzę, że już postanowiłeś, nie oszukasz mnie, Noriega, za dobrze się znamy. Więc? Jaki masz plan? Mogę ci jakoś pomóc? Jakkolwiek? - wątpię, ale drążę temat, może niebawem przyjdzie mi bronić go w sądzie i to by był właściwie najlepszy scenariusz. Bo jak ktoś zadziera z mafią, to musi liczyć się z najgorszym. Madox doskonale to wie. Ja zresztą też, tylko trochę ciężko mi dopuścić do siebie pewne myśli.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nikogo chyba nie dziwiło w co ja się wpakowałem, bo przecież w półświatku siedziałem od lat, a raczej on siedział od lat w Emptiness, dlatego patrzę na Willa dziwnie, kiedy o to zapytał. Zaraz wywracam oczami - spoko stary, po prostu... - nie w takich sytuacjach już byłem i wychodziłem z nich obronną ręką. Tylko ta sprawa się komplikowała ze względu na moją żonę, bo teraz musiałem nie dość, że zadbać o siebie, dla niej, to jeszcze o nią. O nią przede wszystkim - muszę zadbać o Pilar, a ja to wiesz... Klątwa babki Carmen Sandiego - wzruszam ramionami, bo przecież nawijałem Williamowi o tej klątwie nie raz, często słyszał o tym moim farcie, który według mnie zesłała na naszą rodzinę babka, która kurwa musiała zawrzeć jakiś pakt z samym Diabłem.
- Co? - teraz to ja się dziwię, kiedy William wspomina o tym, że Pilar pisała z Galenem Wyattem, bo sam dowiedziałem się o tym przez przypadek, dlatego, że zakładałem w jej telefonie pluskwę. Wzdycham ciężko bo kurwa. Gryzie mnie to gdzieś pod skórą, to, że Pilar pisze z tym dupkiem, wraca do niego nawet pomimo tego, że wie jak facet mnie wkurwia. Nie wiem tak naprawdę co ich łączy, co kiedyś ich łączyło, chociaż z tego co mówił Wyatt, co ze sobą pisali, to chyba kurwa coś. Coś grubego. Bo gdyby on wtedy nie spierdolił, to może ona teraz by był jego żoną? - A ty skąd wiesz Billy? Wyatt ci mówił? Co dokładnie? - pytam, bo może kurwa na przykład, że wciąż ją kochał. Zaciskam mocniej wytatuowane palce na szkle. Ufałem Pilar, starałem się, naprawdę, ale kurwa za grosz nie ufałem Wyattowi - pisała z nim jak byliśmy w Rio - odzywa się, chociaż sam nie wiem po co, ale to też mnie gryzie, że w najpiękniejszym dniu naszego życia, wymieniała z nim wiadomości. Chociaż może nie powinienem o tym myśleć, rozpamiętywać tego, kurwa mieliśmy w chuj innych rzeczy na głowię, a ja z natury nie oglądałem się za siebie, parłem na przód. A jednak ten Galen Wyatt wiecznie przewijał się w naszym życiu, siedział kurwa w głowie mojej żony.
W tej mojej za to siedziało to, żeby odjebać Lunę, co zresztą zaraz mówię Williamowi - a masz jakiś inny pomysł Will? - pytam, ale spodziewam się, że Patel zaraz zacznie, że trzeba znaleźć dowody i bla bla bla, więc macham ręką - wierz mi, że gdybym widział jakąś alternatywę, to bym z niej skorzystał - ale nie widzę, już z Daltonem zjebałem, puściłem go wolno, zamknęli go i co? I wciąż kurwa zagrażał Pilar. Nie miałem zamiaru powtarzać tego błędu - nie wiem co dalej, może Diego zajmie jego miejsce i da nam ochronę? Liczę na to - bo to by było najlepsze rozwiązanie, Mara Salvatrucha to był gang, w którym miałem więcej przyjaciół niż wrogów. Chociaż to co powiedział William... to rzeczywiście było jakieś chore gówno. Nie wiedziałem co ze mną zrobią, ale jednego byłem pewny, że gdyby coś mi się stało, to Pilar... - Will - zaczynam patrząc na swojego kumpla, bo kurwa on jest dla mnie jak brat, albo nawet bliższy, dwa razy już uratowałem mu życie i zrobiłbym to po raz trzeci - obiecaj mi kurwa jedno, że gdyby mi się coś stało, to zajmiesz się Pilar, nie pozwolisz jej robić głupot - wiem, że gdyby się uparła, to Patel nie miałby szans, ale... chyba chciałem to po prostu usłyszeć. Wiedziałem jak Pilar się bała, że zostanie sama, więc gdyby coś, to... dobrze by było, gdyby miała chociaż Williama. A ten przecież potrafił być nachalny - to znaczy wiesz... Nie zakładam, że coś, ale gdyby, no to wiesz, chciałbym, żeby wszystko po mnie odziedziczyła, i w ogóle... - wzruszam ramionami, bo to ciężki temat. Ale chciałbym zapewnić jej nie tylko bezpieczeństwo, ale jakąś przyszłość, gdyby mi jednak powinęła się noga - spróbujemy też przekonać senatora Kane'a żeby nas poparł, wiesz on od lat walczy z tym całym czarnym rynkiem, wiesz chcemy do tego podejść na spokojnie, z głową - nawet się po niej postukałem palcem, chociaż zakładam, że Will zna mnie na tyle, że wie... że u mnie na spokojnie to jest ciężki kawałek chleba, bo ja byłem raczej narwany. Pierdolnięty. I za bardzo tego nie ukrywałem.

William N. Patel
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wywracam oczami, bo znowu ta klątwa babki Carmen Sandiego. Nie to, żebym nie wierzył, szczególnie po tej akcji w restauracji, ale jakoś... No tym razem nie byłem przekonany, prawdę mówiąc. Postanawiam jednak nie komentować - Co? - rzucam od razu. Czyli nie wiedział? Czyli się sprzedałem? - Nooo... - zaczynam i trochę nerwowo drapię się po głowie - No tak, coś mi tam pisał, że mu składała życzenia na urodziny, nie wiem dokładnie - wykręcam się, bo przecież wiem doskonale, ale jakoś nie chcę mu dokładać zmartwień i tak miał już tyle na głowie. Ale jak wspomina, że to było z Rio to wzdycham ciężko - No wiem, w chuj słabo - co mam mu powiedzieć? Już się raz pokłóciliśmy o to, że za dużo komentowałem jego związek z Pilar i naprawdę nie chcę powtórki z rozrywki - A ty skąd wiesz? Powiedziała ci? Może to jakiś wiesz, sposób na wyciągnięcie od niego informacji? - wzruszam ramionami, bardzo ostrożnie dobieram słowa, nawet jeśli na język cisną mi się niewybredne komentarze względem jego małżonki i gdybym nie miał fleszbeków z naszej kłótni to pewnie bym się nie hamował. Pyta czy mam jakieś inne pomysły, więc otwieram usta, jednak zanim zdążę ułożyć język w słowa to Noriega gada dalej - No nie wiem, Madox, pomyślę o tym, może da się coś zrobić? - jakby mi powiedział wcześniej, to miałbym więcej czasu na rozkminy, a tak na poczekaniu, w natłoku innych myśli, właściwie nic sensownego nie przychodzi mi do głowy - A Diego to kto? Ktoś ważny? Lubicie się? - dopytuję. Mnie Noriega nigdy specjalnie nie zagłębiał w ten jego gangsterski światek, ot, wiedziałem tyle, żeby w razie czego móc wybronić go w sądzie, nigdy więcej i w sumie byłem mu za to nawet wdzięczny. Przez chwilę patrzymy sobie prosto w oczy. Kurwa, nie spodziewałem się takiej prośby z jego ust. Milknę na moment, bo już to widzę jak Pilar będzie chciała ze mną współpracować i wiem, że Noriega też to wie, że jeśli rzeczywiście coś by się stało, to nie będę w stanie jej powstrzymać, ale mimo wszystko kiwam głową - Dobrze, masz moje słowo - uśmiecham się blado - No ale wszystko będzie dobrze, co nie? Bo ta klątwa i w ogóle - wzruszam ramionami, próbując pocieszyć kogo? Bardziej jego czy siebie? Obydwoje mamy wątpliwości i obydwoje wiemy, że to będzie ostra jazda bez trzymanki, ktoś na pewno zginie, byle tylko nie mój przyjaciel. Nerwowo przygryzam policzek od środka tak mocno, że czuję na zębach metaliczny posmak własnej krwi, więc przepijam go rumem. Kolejnym haustem przepijam także wszystkie pesymistyczne myśli - Kane'a? - unoszę wysoko obie brwi - Kane uwielbia jak mu się liże dupę - dodaję od razu - W sensie wiesz, mówi komplementy, chociaż tak dosłownie podobno też, ale to już nie wnikam - śmieję się krótko, każdy z nas miał jakieś swoje fetysze, nie? - A jak niby chcecie się do niego dostać? Co, że niby was przyjmie tak po prostu? Psiarską i jej męża gangusa? - prycham z rozbawieniem bo sory, ale nie widzę tego. W międzyczasie gaszę cygaro w kryształowej popielnicy, trochę nam się tu zrobiła buchara, więc powoli wstaję ze swojego fotela - Przewietrzę trochę, ok? - nie czekam jednak na pozwolenie, tylko podchodzę do okna i otwieram je na oścież, a wtedy... Fru!! W ostatniej chwili się uchylam, bo do pomieszczenia wlatuje wielka, biała sowa. Wielki, biały puchacz kurwa śnieżny - Co jest kurwa? - no bo skunks, łoś, szop, szczur, kot, wiewiórka, lis, kurwa kojot, zając, gęś czy nawet taka zwykła sowa to była norma w Toronto, ale taki biały puchacz?! Lata chwilę wokół robiąc głośne huuu! huuu!, zwala skrzydłami jakieś rzeczy z szafek, aż w końcu ląduje na najwyższej półce - Co było w tych cygarach, kurwa? - rzucam do Madoxa, a sowa jeszcze raz rozpościera skrzydła po czym patrzy Noriedze prosto w oczy - O chuj - zbliżam się do kumpla i go ciągnę za rękaw, bo czy on wie co to w ogóle znaczy?!?! Czy on sobie zdaje sprawę, że to jest właśnie znak?!?! Aż się zapowietrzam z tego wszystkiego i przez kolejną chwilę nie jestem w stanie się wysłowić.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa

Widzę minę Williama, kiedy wspominam o tych smsach, które Pilar pisała z Galenem i przez moment mam ochotę go wkręcać, że dopiero się dowiedziałem, ale w końcu wzdycham ciężko.
- Widziałem te wiadomości - rzucam w końcu i to, że to działo się w Rio. W chuj słabo, William dobrze to podsumował, bo dla mnie to też było słabe. W życiu kurwa bym nie pomyślał, żeby z Rio pisać do jakiejś mojej byłej. Ale prawda jest taka, że ja o nich w ogóle nie myślałem, było minęło. I może do tej akcji z Wyattem też powinienem tak podejść? Tylko jak, kiedy on cały czas pojawiał się w naszym życiu, jak ten upierdliwy wrzód na dupie - nie. Wziąłem jej telefon, żeby go sprawdzić, czy nie ma tam podsłuchu i wtedy zobaczyłem te wiadomości - wyjaśniam Willowi, bo to też jest kurwa pojebane, że gdybym wtedy tego nie zrobił, to bym nie wiedział, że oni znowu ze sobą pisali. O ilu razach nie wiedziałem? Ile razy spotkali się za moimi plecami? Gdybym kurwa nie miał mafii na głowie, to te pytania mogłyby mnie zadręczyć, chociaż i tak gryzły mnie gdzieś pod skórą - obiecała mi, że już nie będzie z nim pisać, a potem i tak to zrobiła - złapałem w płuca więcej powietrza i widzę przecież jak Patel się na mnie gapi. Wiem doskonale, że zaraz by mi pewnie nagadał, więc znowu macham ręką - jebać to - bo naprawdę w tym momencie Galen Wyatt to nic, jakiś kurwa jebany pryszcz, gdyby postawić go koło Luny, który chciał nas odjebać. Trzeba było przewartościować niektóre rzeczy, kategoryzować problemy, a mafia latynoska na pewno nie była w tej samej kategorii co były mojej żony.
Wiem co da się z tym zrobić. To znaczy, ja widzę tylko jedno rozwiązanie, więc odchylam się na tym prezesowskim fotelu do tyłu i bujam w przód i w tył, gapiąc się w Williama, pewnie trochę wyglądam jak jakiś gangsterski ojciec chrzestny, nie Marlon Brando, do niego brakuje mi klasy, ale jakiś chłopak z gangu, który zaszedł na szczyt. Kurwa. Szkoda tylko, że to tak nie wygląda, bo przecież ja wciąż robię dla psiarni - Diego to mój przyjaciel, ja mu załatwiam różne rzeczy, a on mi. Do tej pory nawet byłem pod jego ochroną, wiesz latynosi się z tym liczyli, czasem też inne mafie, bo Diego przewodzi trzynastką, to ważny gang - wyjaśniam Williamowi jakbym mu tłumaczył zasady jakiejś planszówki, ale to przecież... samo kurwa życie.
Robi się poważnie, więc ja wypalam z tą prośbą, wiem, że kurwa moja żona Williama powaliłaby na łopatki jednym ciosem, ale... on by ją na pewno zagadał. A jeszcze jakby dodał do tego, że obiecał Madoxowi, to może nawet by coś na tym ugrał, więc kiwam głową, kiedy Patelek się ze mną zgadza, a potem podnoszę szklankę, żeby się z nim stuknąć - no kurwa stary, złego diabli nie biorą, gdzie by mnie wsadzili, jak nawet tam na dole by nie wytrzymali - puszczam mu oczko, a zaraz wychylam zawartość szklanki na raz. Chuj. Ja zazwyczaj nie myślałem o takich rzeczach, zdechnę to zdechnę i tak już mnie wtedy nie będzie, tylko do tej pory to zostawiałem po sobie jedynie psa, którego i tak wszyscy uwielbiali. A teraz już go nie było... Za to była Pilar. I jakby mnie odjebali, to zostałaby wdową. Nie brzmiało to dobrze, znowu bujam się w fotelu odganiając od siebie te myśli. Nawijam Williamowi o senatorze, a na jego słowa unoszę jedną brew - pierdolisz - trochę się dziwię, ale pewne jest jedno, ja mu dupy lizał nie będę, ani dosłownie, ani w przenośni, ale znam takie panie co za odpowiednią ilość gotówki by mogły - myślisz, że jak mu załatwię takie lizanie, to spojrzy na nas przychylniej? - pytam poważnie, ale nie no kurwa, zgrywam się. Widzę jednak jak William nad tym myśli, aż mu czacha dymi, więc zaraz parskam śmiechem - czaisz ten bal, który organizuje co roku, to on mnie na niego od lat zaprasza, na te swoje bankiety dla bogoli, ale ja się wiecznie wykręcam, no bo kurwa proszę cię, szampan i kawior w towarzystwie zgredoli gadających o polityce? - William to nawet lubił takie klimaty, więc nawijam dalej - no ale w tym roku się wybierzemy z Pilar - proste. To akurat była najłatwiejsza część planu, dużo więcej komplikacji się pojawia, kiedy już tam wejdziemy. Zamyślam się nad tym chwilę i kiwam głową, kiedy Will proponuje, że tu przewietrzy. Nagle świst, trzepot skrzydeł i przez okno wpierdala nam się do gabinetu prawdziwa SOWA. Wielka jak skurwysyn i biała jak śnieg, aż prawie spadłem z krzesła. Przytrzymałem się biurka, a ten wielki ptak kręci się po biurze jak w jakimś pierdolonym kołowrotku i zrzuca wszystko na ziemię. Moją kolekcję porcelanowych Pokémonów. Kubek dla najlepszego szefa i pustą ramkę na zdjęcie, którą dostałem od dziewczyn z klubu, a jeszcze nic tam nie włożyłem. Może teraz powinienem zdjęcie ze ślubu?
- Ja pierdolę - rzucam, ale zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, to sowa ląduje na regale, na najwyższej półce i skrzeczy, chcę do niej doskoczyć, żeby ją przegonić. Will nawija o cygarach, więc zerkam na niego przez ramię, a potem się odwracam i stoję oko w oko z tym wielkim ptaszyskiem. Ja się gapię w jej złote ślepia, a ona w moje, przez chwilę mierzymy się spojrzeniami, a potem ją wyciągam do niej rękę, a ona kłapie dziobem.
O chuj.
- Co jest? - odwracam się do Williama i daję mu odciągnąć na bok - to pewnie z tego ZOO, Pilar i Gaba mi pisały, a i Ricz - bo każde z nich spotkało na swojej drodze jakieś zwierzęta. Patrzę się na sowę z dystansu, a ona wciąż łypie na nas podejrzliwie spode łba, ale zaraz zaczyna się iskać - gdzie to kurwa zgłosić? - pytam się Williama i zamykam okno, żeby ten wielki biały skurwysyn stąd nie wyleciał, bo... załóżmy, że spotkałby w parku pierdziochy Ricza i Rosy, przecież by je zeżarł. Ale Will macha łapami, jakby się dusił, więc podchodzę i dmucham mu w twarz. Jak matka swojemu dziecku, jak się zapowietrzy. Nie wiem czy pomogło, ale słyszę jak z Patelka schodzi powietrze, więc chyba tak.

William N. Patel
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”