Widzę minę Williama, kiedy wspominam o tych smsach, które Pilar pisała z Galenem i przez moment mam ochotę go wkręcać, że dopiero się dowiedziałem, ale w końcu wzdycham ciężko.
-
Widziałem te wiadomości - rzucam w końcu i to, że to działo się w Rio.
W chuj słabo, William dobrze to podsumował, bo dla mnie to też było słabe. W życiu kurwa bym nie pomyślał, żeby z Rio pisać do jakiejś mojej byłej. Ale prawda jest taka, że ja o nich w ogóle nie myślałem, było minęło. I może do tej akcji z Wyattem też powinienem tak podejść? Tylko jak, kiedy on cały czas pojawiał się w naszym życiu, jak ten upierdliwy wrzód na dupie -
nie. Wziąłem jej telefon, żeby go sprawdzić, czy nie ma tam podsłuchu i wtedy zobaczyłem te wiadomości - wyjaśniam Willowi, bo to też jest kurwa pojebane, że gdybym wtedy tego nie zrobił, to bym nie wiedział, że oni znowu ze sobą pisali. O ilu razach nie wiedziałem? Ile razy spotkali się za moimi plecami? Gdybym kurwa nie miał mafii na głowie, to te pytania mogłyby mnie zadręczyć, chociaż i tak gryzły mnie gdzieś pod skórą -
obiecała mi, że już nie będzie z nim pisać, a potem i tak to zrobiła - złapałem w płuca więcej powietrza i widzę przecież jak Patel się na mnie gapi. Wiem doskonale, że zaraz by mi pewnie nagadał, więc znowu macham ręką -
jebać to - bo naprawdę w tym momencie Galen Wyatt to nic, jakiś kurwa jebany pryszcz, gdyby postawić go koło Luny, który chciał nas odjebać. Trzeba było przewartościować niektóre rzeczy, kategoryzować problemy, a mafia latynoska na pewno nie była w tej samej kategorii co były mojej żony.
Wiem co da się z tym zrobić. To znaczy, ja widzę tylko jedno rozwiązanie, więc odchylam się na tym prezesowskim fotelu do tyłu i bujam w przód i w tył, gapiąc się w Williama, pewnie trochę wyglądam jak jakiś gangsterski ojciec chrzestny, nie Marlon Brando, do niego brakuje mi klasy, ale jakiś chłopak z gangu, który zaszedł na szczyt. Kurwa. Szkoda tylko, że to tak nie wygląda, bo przecież ja wciąż robię dla psiarni -
Diego to mój przyjaciel, ja mu załatwiam różne rzeczy, a on mi. Do tej pory nawet byłem pod jego ochroną, wiesz latynosi się z tym liczyli, czasem też inne mafie, bo Diego przewodzi trzynastką, to ważny gang - wyjaśniam Williamowi jakbym mu tłumaczył zasady jakiejś planszówki, ale to przecież... samo kurwa życie.
Robi się poważnie, więc ja wypalam z tą prośbą, wiem, że kurwa moja żona Williama powaliłaby na łopatki jednym ciosem, ale... on by ją na pewno zagadał. A jeszcze jakby dodał do tego, że obiecał Madoxowi, to może nawet by coś na tym ugrał, więc kiwam głową, kiedy Patelek się ze mną zgadza, a potem podnoszę szklankę, żeby się z nim stuknąć -
no kurwa stary, złego diabli nie biorą, gdzie by mnie wsadzili, jak nawet tam na dole by nie wytrzymali - puszczam mu oczko, a zaraz wychylam zawartość szklanki na raz. Chuj. Ja zazwyczaj nie myślałem o takich rzeczach, zdechnę to zdechnę i tak już mnie wtedy nie będzie, tylko do tej pory to zostawiałem po sobie jedynie psa, którego i tak wszyscy uwielbiali. A teraz już go nie było... Za to była Pilar. I jakby mnie odjebali, to zostałaby wdową. Nie brzmiało to dobrze, znowu bujam się w fotelu odganiając od siebie te myśli. Nawijam Williamowi o senatorze, a na jego słowa unoszę jedną brew -
pierdolisz - trochę się dziwię, ale pewne jest jedno, ja mu dupy lizał nie będę, ani dosłownie, ani w przenośni, ale znam takie panie co za odpowiednią ilość gotówki by mogły -
myślisz, że jak mu załatwię takie lizanie, to spojrzy na nas przychylniej? - pytam poważnie, ale nie no kurwa, zgrywam się. Widzę jednak jak William nad tym myśli, aż mu czacha dymi, więc zaraz parskam śmiechem -
czaisz ten bal, który organizuje co roku, to on mnie na niego od lat zaprasza, na te swoje bankiety dla bogoli, ale ja się wiecznie wykręcam, no bo kurwa proszę cię, szampan i kawior w towarzystwie zgredoli gadających o polityce? - William to nawet lubił takie klimaty, więc nawijam dalej -
no ale w tym roku się wybierzemy z Pilar - proste. To akurat była najłatwiejsza część planu, dużo więcej komplikacji się pojawia, kiedy już tam wejdziemy. Zamyślam się nad tym chwilę i kiwam głową, kiedy Will proponuje, że tu przewietrzy. Nagle świst, trzepot skrzydeł i przez okno wpierdala nam się do gabinetu prawdziwa SOWA. Wielka jak skurwysyn i biała jak śnieg, aż prawie spadłem z krzesła. Przytrzymałem się biurka, a ten wielki ptak kręci się po biurze jak w jakimś pierdolonym kołowrotku i zrzuca wszystko na ziemię. Moją kolekcję porcelanowych Pokémonów. Kubek dla najlepszego szefa i pustą ramkę na zdjęcie, którą dostałem od dziewczyn z klubu, a jeszcze nic tam nie włożyłem. Może teraz powinienem zdjęcie ze ślubu?
-
Ja pierdolę - rzucam, ale zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, to sowa ląduje na regale, na najwyższej półce i skrzeczy, chcę do niej doskoczyć, żeby ją przegonić. Will nawija o cygarach, więc zerkam na niego przez ramię, a potem się odwracam i stoję oko w oko z tym wielkim ptaszyskiem. Ja się gapię w jej złote ślepia, a ona w moje, przez chwilę mierzymy się spojrzeniami, a potem ją wyciągam do niej rękę, a ona kłapie dziobem.
O chuj.
-
Co jest? - odwracam się do Williama i daję mu odciągnąć na bok -
to pewnie z tego ZOO, Pilar i Gaba mi pisały, a i Ricz - bo każde z nich spotkało na swojej drodze jakieś zwierzęta. Patrzę się na sowę z dystansu, a ona wciąż łypie na nas podejrzliwie spode łba, ale zaraz zaczyna się iskać -
gdzie to kurwa zgłosić? - pytam się Williama i zamykam okno, żeby ten wielki biały skurwysyn stąd nie wyleciał, bo... załóżmy, że spotkałby w parku pierdziochy Ricza i Rosy, przecież by je zeżarł. Ale Will macha łapami, jakby się dusił, więc podchodzę i dmucham mu w twarz. Jak matka swojemu dziecku, jak się zapowietrzy. Nie wiem czy pomogło, ale słyszę jak z Patelka schodzi powietrze, więc chyba tak.
William N. Patel