ODPOWIEDZ
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Hot summer nights, mid-july, when you and I were forever wild. The crazy days, city lights, the way you'd play with me like a child.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

020
Obrazek

Lato w pełni! Słońce prażyło bezlitośnie tego dnia, ale od tygodnia dawało się już we znaki, więc Wendy zaplanowała sobie, że ten dzień spędzi nad jeziorem. Miała rozłożyć sobie kocyk w cieniu wielkiego drzewa, pod którym zasiadła nie tak dawno z przyjaciółką i co najmniej raz na godzinę planowała zamoczyć dupkę w wodzie, by nie ulec samozapłonowi. Przy tych temperaturach to nigdy nie wiadomo co się wydarzy! Zaopatrzona w koc, sporą ilość wody, żelki, krem z filtrem i kapelutek wskoczyła w strój kąpielowy, zarzuciła na siebie białą sukienkę i podjechała na parking w pobliżu jeziora, gdzie resztę drogi pokonała spacerem.
Ach!
Było tak jak to sobie wymarzyła. Żadnych skomplikowanych myśli, żadnych dorosłych spraw, tylko ona, jezioro i święty spokój. Żadnych Krabików nad którymi sprawowała opiekę każdego dnia w przedszkolu i żadnych innych dzieci rozwszeszczanyvh w pobliżu.
Idealnie!
Przynajmniej do momentu, kiedy czytanie przewodnika po Florencji zostało przerwane cichym miau. Najpierw nieśmiałym, piskliwym, a potem coraz częstszym i coraz bardziej przeciągliwym. Dało się w tym wyczuć nutę dramaturgii, a Wendy zaraz serduszko drgnęło i odłożyła książkę przyglądając się drzewu. Wstała i podeszła bliżej pnia słysząc, że zmierza w dobrym kierunku, bo miauczenie było coraz głośniejsze. Jak na kogoś kto miał koordynację ruchowa na poziomie zerowym (o ile już nie minusowym!) nie powinna nawet myśleć o tym, że jest zdolna do jakiejkolwiek pomocy biednemu kociakowi. Jednak jej serduszko, miękkie niczym glina przed wypaleniem, rwało się do tego miauczenia instynktownie. Nim pomyślała zaczęła się wspinać w górę. Wdrapała się jakimś cudem na konar, na którym jej sukienka zahaczyła się o korę, a okulary przeciwsłoneczne zjechały na czubek nosa. kot widząc to stwierdził chyba, że takiej pomocy nie potrzebuje, bo nagle przestał miauczeć i potruchtał sobie na grubą gałąź wiszącą nad taflą jeziora.
No dobra, ryzykowne posunięcie kolego, ale damy radę — mruknęła pod nosem zmierzając w jego ślady, ale grawitacja właśnie w tej konkretnej chwili postanowiła o sobie przypomnieć. Zachwiała się gałąź, a w efekcie i Wendy. Zamiast ratunku kota zaserwowała sobie zwis w postaci leniwca, a z sukienką owiniętą wokół bioder prezentowała teraz światu swój nowy strój kąpielowy — bikini, które nie nadawało się na takie okazje.
Może ktoś doceniłby jej poświecenie, jakiego dokonała ratując kotka, ale miauczek w opałach postanowił przemknąć obok niej z niebywałą gracją i przysiąść na innej gałązce, gdzie z gracją wylizywał sobie łapkę i wyglądał tak, jakby wcale go nie potrzebował.
Okej, nie panikujmy… — zaczęła mówić do siebie próbując zorientować się w jakim położeniu się znalazła. No kiepskim, to na pewno. Czuła jak ręce zaczynają jej drętwieć, a pot spływa po plecach. — Jak się puszczę to wpadnę do wody, co nie? — zerknęła na kota jakby liczyła, że jej odpowie. — Ale czy tu jest głęboko? A co jeśli na dnie są jakieś głazy… — nagle noga zadrżała jej i była pewna, że runie w dół, więc wydała z siebie głośny pisk, a potem krzyk, gdy próbowała pewniej złapać gałąź.
I wtedy ich zobaczyła.
Strażacy w trakcie ćwiczeń.
Grupa męskich bóstw. Wyglądali jakby wyszli spod dłuta samego Michała Anioła. Bez koszulek, z wyrzeźbionymi klatkami piersiowymi, cuda na które Wendy reagowała w ściśle określony sposób: maślane oczy i wyłączenie myślenia.
Tylko, że ona teraz musiała myśleć.
Myślenie potrzebne na cito!
O boże, o boże, o boże patrzą na mnie! Co robić, co robić?! — ten kot mógłby się zlitować i jej choć raz odpowiedzieć.
Miau!!!.
Teraz miauczysz? No wielkie dzięki… — widocznie też jak zobaczył te cuda skąpane w blasku słońca chciał jednak być uratowany.
To na pewno była kotka.


Obrazek
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
O, jak on uwielbiał lato. Uwielbiał też swoją pracę, oczywiście, i to właśnie z tej miłości 一 bo przecież nie do lata, słońca, jeziora, totalnych summer vibes 一 był jednym z pierwszych, którzy podnieśli dupę na wieść o ćwiczeniach w parku imieniem kolonela Samuela Smitha. Nie to, że wiedział, co planował im kapitan w ramach ćwiczeń, ale...
No dobra, wiedział.
Wiedział, bo podsłuchał dwa dni wcześniej, jak zasnął w remizie i tak spał sobie całą noc, że nawet go nocna zmiana zostawiła w spokoju, a potem poranna nawet nie wiedziała, że za kanapą w ogólnym ktoś w ogóle leży. Nie chrapał, to ciężko było im się dziwić, że nie ogarnęli. I kiedy się przebudził, godzina 6 z kawałkiem nad ranem, kiedy już zrozumiał, że nocni koledzy zapomnieli o nim i już szykował im w głowie odwet, to właśnie wtedy to usłyszał. Rozmowę, niby przypadkową, niby o duperelach, dunderszmycach, trele morele, niby hej co tam, niby a nic tam, a tam, niby a szykuję chłopakom małe co nieco. I padło tam, zaraz za małe co nieco, słowo: “ćwiczenia”. A potem nazwa Colonel Samuel Smith Park i wszystko stało się jasne.
Stałoby się jeszcze jaśniejsze, gdyby nie to, że nagle zaczął dzwonić mu budzik. Alvin przeklinał go do tej pory, bo w całej tej szaleńczej walce, żeby go wyłączyć, narobił więcej rabanu, niż jakby dał smartfonowi po prostu wibrować i grać Jona Bon Joviego.
Szot fru de hart end jur tu blejm, ju giw lof e bed nejm, aj plej maj part end ju plej jor gejm, ju giw lof e bed nejm zaśpiewał im wtedy nawet, kiedy ich oczy już się spotkały, a telefon leżący gdzieś nieopodal panów grał dalej.

🎶 whoooaah, you're a loaded gun 🎶
🎶 whooooah, there's nowhere to run 🎶
🎶 no one can save me, the damage is done 🎶


No ale nieważne. Jakby nie podsłuchał, to też byłby bardziej, niż chętny na te ćwiczenia! Chociażby z samej możliwości wskoczenia do jeziora po albo przed albo w trakcie ćwiczeń.
Dlatego tak się ucieszył, kiedy jedna zabawa się skończyła, a druga mogła się zacząć. Razem z trójką kolegów szli akurat w stronę brzegu, po drodze zrzucając uprzęże i inne niewygodne rzeczy, żeby móc w pełni nacieszyć się relaksem i ochłodą w wodzie. W zasadzie pierwszy zrzucił cichy, pierwszy wparował do jeziora i pierwszy usłyszał miau.
Miau?
Miau...?
Że tutaj? Tak po prostu? Takie przeraźliwe, głośne, miau!!!11one?
Chyba mamy kotka do ratowania 一 rzucił, już odwracając się w stronę, z której dochodziły głosy. Do tej pory ratowanie kotków to był bardziej ich inside joke, ale oto się trafiło. Tyle, że zamiast kota, pierwsze co zobaczył, to biała (chyba) sukienka, bikini i pozycja na leniwca.
O tak, prawdziwy kotek 一 skomentował jeden. Co za debil chciało się Alvinowi powiedzieć, ale już sobie darował, bo może w innych okolicznościach też by ją tak nazwał, gdyby styl leniwca go tak nie ujął. Swoją drogą, 10/10. No ale oczywiście, że na nią patrzyli i oczywiście, że do niej podeszli. Była damą w opałach, a oni przecież byli stworzeni do ratowania dam z opałów. Strażacy Toronto, psia jego mać, hellou.
Gdzie się gapisz, tej 一 palnął drugi do trzeciego, waląc mu kuksańca z łokcia w bok.
Wejść po ciebie? I Ciebie? 一 zwrócił się pierwszy najpierw do kota, potem do kotki. Ale Alvin już pchał się do wody, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że jego skóra była rozgrzana promieniami słońca, a woda... woda niekoniecznie. Zło diabli nie brało, szok termiczny nie tykał się Alvinów. Taka logika.
Ale wy jesteście głupi 一 dodał tylko kolegom na odchodne, bo już był w jeziorze i nie minęła chwila, a znajdował się tuż pod koto-leniwcem w białej sukience i bikini, które ewidentnie przyciągało wzrok jego kumpla. Nie to, że mógł mu się dziwić. Nie mógł. Słońce każdemu z nich już siadło na łeb.
Co Ty na to, żeby leniwiec został księżniczką? 一 W bajkach Disneya żaby zmieniały się w księżniczki, więc dlaczego nie leniwce? Mógł jej nawet dać mleczyka, nie-ostatniego w sezonie, ale to później. Teraz stanął w wodzie, z taflą wysoko pod własną brodą 一 więc trochę głęboko, trochę płytko 一 i rozłożył ręce, szczerząc się przy tym szeroko, jakby sam był wcieleniem słońca i planował samą radością nakłonić ją do skoku w jego ramiona.
Chociaż, istniała też szansa, że uprawiała jakąś ekstremalną wersję jogi sama spadnie siłą grawitacji i słabych mięśni... Wolał jednak myśleć, że robiłaby to świadomie. Dobrze, że w ogóle zdążył!


˙✧˖° ₍ᐢ•ﻌ•ᐢ₎ ༘ ⋆。˚
be my squirrel girl
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Hot summer nights, mid-july, when you and I were forever wild. The crazy days, city lights, the way you'd play with me like a child.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O mamuniu!
Najwyraźniej zwróciła uwagę nie jednego strażaka, a całej sekcji! Szli tacy muśnięci słońcem, jakby dopiero co mieli zanurkować w jeziorze i z gracją bohatera rodem ze Słonecznego Patrolu. Jeden założył ręce, inny oparł się o drzewo, a jeszcze trzeci już pakował się do wody. Wszyscy jak jeden mąż zadzierali głowy do góry, wpatrując się w nią… i jej bikini. Cóż, nie ma się co oszukiwać, kupiła je nie tylko dlatego, że się jej podobało. Miało przyciągać wzrok. Nie sądziła jednak, że będzie go prezentować w tak niekomfortowej pozycji w duchu modląc się o to, by żaden sznurek o nic się nie zahaczył, bo takiej straty garderoby chyba by nie przeżyła.
Chyba mamy kotka do ratowania … O tak, prawdziwy kotek.
To fakt. niezły był z niej kociak. Niejednemu spodobałaby się jej pozycja na prężącego się kociaka, ale jak widać teraz zdecydowanie preferowała formę leniwca. Czuła jak policzki zaczynają jej płonąć, z całą pewnością nie od upału. Chciała zapaść się pod ziemię, a jednocześnie bała się na niej wylądować zbyt boleśnie, bo nie miała pojęcia jak głęboka jest woda. Mózg podpowiadał jej, by krzyczała na ratunek, ale zamiast tego postanowiła robić dobrą minę do złej gry i uśmiechnęła się jakby nigdy nic wyrzucając z siebie niedorzeczny tekst. — Nieee no co wy, ja sobie tak tylko wiszę — brzmiała tak przekonująco, że aż sama sobie nie wierzyła. — Możecie wracać do ćwiczeń, ja tu jeszcze…wytrzymam może kilka sekund i zaliczę popisowy upadek, pomyślała czując smród własnej porażki. Wolałaby jej nie doświadczać na ich pięknych oczach zwróconych w jej stronę.
W głowie wciąż rozbrzmiewała jej ścieżka dźwiękowa ze Słonecznego Patrolu, gdy mężczyzna stojąc w wodzie wyciągnął ręce w jej kierunku. Świetnie, woda do brody. Jest nadzieja, że się nie zabiję, choć wciąż istnieje wysokie ryzyko utonięcia pod wpływem mojej wrodzonej niezdarności. Pomyślała analizując sytuację, aż nagle usłyszała pod sobą głos.
Co ty na to, żeby leniwiec został księżniczką?
Bajki o księżniczkach ale kicz!
Dobra, gówno prawda. Wendy uwielbiała disneyowskie historie i w zasadzie wszystkie kiczowate romantyczne komedie, była pod tym kątem beznadziejnie uzależniona i nawet się tego nie wstydziła. Klasyki znała na pamięć, a wszelkie nowości pochłaniała w tempie ekspresowym. Zawsze ceniła sobie te role początkowo niezależnych bohaterek, które i tak pod wpływem zdarzeń i za pomocą niezdarności losu przepadały w objęciach wybawcy. I jak na taką bohaterkę przystało odparła dziarsko. — Leniwiec… ma na imię Wendy! — i naprawdę bardzo starała się trzymać tej gałęzi! Na przekór! Niestety im mocniej próbowała ją obejmować tym więcej siły traciła. Czuła, jak drętwieją jej ręce. — Po-po-posiadam pełną kontrolę nad sytua…. — tak samo pełną jak wtedy, gdy potykała się trzykrotnie na prostej drodze, yup — aaaaaaaaaaaaa — noga obsunęła się z kory, a pisk wydarł się z jej ust automatycznie. Grawitacja upomniała się o nią i spadła prosto z gałęzi w dół. Zero gracji, dwie bezwładnie machające ręce i potężny rozbryzg wody — cją! — dokończyła znajdując się w objęciach kogoś, kto idealnie wytypował miejsce jej upadku.
Wpadła na niego tak, że w pierwszej chwili wcisnęła go swoim ciężarem pod wodę, ale i to nie okazało się dla niego straszne, bo już po chwili znów czuła promienie słońca na swojej twarzy. Wynurzył się wciąż trzymając ją w objęciach, jakby nie wymagało to żadnego wysiłku, aż sobie cicho westchnęła. Otwarła oczy, odgarnęła mokre kosmyki z twarzy i zatrzepotała rzęsami.
Dear Lord!
Wyglądał nieprzyzwoicie dobrze! Idealnie zarysowana linia szczęki, te piwne… a raczej bardziej orzechowe oczy, wilgotne włosy opadające na czoło i te kropelki wody, które tak spływały po jego skórze. ZAGAPIŁA SIĘ i wcale się z tym nie kryła. Wendy potrafiła docenić piękno, aż dziwne, że nie poszła na dno z wrażenia. No właśnie, dno… Grzecznie próbowała zsunąć się z jego rąk, by stanąć stabilnie przed nim, ale nie wzięła pod uwagę jednej rzeczy — rozmiaru, który akurat w tym przypadku miał spore znaczenie. Próbując stanąć przed nim popisowo się zanurzyła i równie szybko wynurzyła wracając jednak objęciami do jego ramion. Kobieta zmienną jest, najwyraźniej.
Wysoki jesteś! — odkryła posyłając mu rozbawiony uśmiech i wskazała głową na brzeg, gdzie stali jego koledzy i pogwizdywali klaszcząc radośnie. — Jednak zostanę na chwilę księżniczką, jeśli w pakiecie będzie holowanie w ramionach na brzeg — kto pogardziłby takim transportem?! Ona nie zamierzała! Jedyne co teraz zrobiła to poprawiła swoją sukienkę, by opadła niżej i zakryła jej tyłek, choć tak naprawdę nie miało to już żadnego znaczenia. Nie dość, że już i tak wszystko widzieli to po zamoczeniu całkowicie prześwitywała.
Save me, hero ᯓ★
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powiedziała: “Nieee no co wy, ja sobie tak tylko wiszę, możecie wracać do ćwiczeń...“ i musiała być szalona jeśli myślała, że to zrobią. Po pierwsze, nie taką przysięgę składali. Po drugie, wszystko było ciekawsze niż ćwiczenia, ale prywatne show wiszenia na drzewie w takim bikini? Oh boi. Po trzecie, wcale nie posiadała kontroli nad sytuacją i chyba faktycznie była trochę szalona. Czyli dokładnie to, co tygryski z Toronto Fire Station 132 lubiły najbardziej.
No i miała na imię Wendy.
Jak ta z Piotrusia Pana? — zagaił, jak jeszcze była nad nim i mógł w pełni podziwiać sznurki bikini pokaz jej zwisu, upartości i szybko poddające się mięśnie. — Ja jestem Alvin. Jak ten od wiew-...
I tylko tyle zdążył przekazać, bo potem był PLUSK. Nagły impet swobodnie spadającego ciała ugiął mu kolana i wpadł pod wodę razem z nią, ale to były dosłownie ułamki sekund, zanim na nowo mogli cieszyć się dostępem do powietrza. Nie po to ją przecież łapał, żeby jej teraz dać pójść na dno. Zapędów do topiciela też nie miał — do żadnej formy mordu, zresztą.
Potrząsnął łbem, niczym jakiś pies po bliskim spotkaniu z wodą, rozbryzgując kropelki z włosów na nią, za siebie, dookoła siebie. Oczy, piwne czy orzechowe — zawsze miał problem z nazwaniem koloru, a ci, których zapytał, mieli sprzeczne wersje; ktoś nawet je raz nazwał brązowymi — spojrzały w końcu w dół, na tego leniwca-księżniczkę o imieniu Wendy i gęba od razu mu się rozpromieniła widząc, że była cała i zdrowa, jeszcze trochę rumiana z wysiłku (albo wstydu). Też się zagapił i też się wcale z tym nie krył, oceniając jej ogólny stan i ewentualne możliwości ustania na nogach w wodzie. Na szczęście wyprzedziła go tu i jak na gentlemana przystało, dał jej pełną swobodę ruchu. No, prawie pełną. Łapska wciąż miał gdzieś tam przy niej i jak tylko się z niego zsunęła i znowu zniknęła pod taflą wody, już ją obejmował w pasie i ciągnął do góry. Co wyszło nawet bardziej niż gładko i sprawnie, bo raz że wyporność wody, a dwa ona sama wróciła mu w ramiona. To dobrze, wiele to ułatwiało, przynajmniej nie musiał jej robić wykładu na temat bezpieczeństwa na głębokościach i przekonywać, że może bez krępacji robić sobie z niego żywą boję. Wysoką żywą boję.
Bo, jak słusznie zauważyła, faktycznie był wysoki. Zdawał sobie z tego sprawę od mniej więcej trzynastego roku życia, kiedy to wyrósł z butów w ciągu jednych wakacji i mama się go pytała “panie, co ty jesz”, jakby to nie ona mu w większości gotowała, a on odpowiadał “kebsa na podwójnym mieszanym”, co było i prawdą i na temat, ale nie tłumaczyło istoty sprawy. Teraz jak o tym myślał, to może większa zasługa tkwiła w szejkach proteinowych i genetyce. Wyszczerzył się szerzej, przytakując na wzmiankę o holowaniu, nawet nie analizując tego w głowie — od początku miał właśnie taki plan i teraz musiał go tylko zrealizować. Z chętną Wendy u boku było to natomiast łatwiejsze, bo nie musiał jej ciągnąć, jak szarpiącego się dzieciaka. Raz musiał takiego gagatka odprowadzać z powrotem na piasek i do tej pory pamiętał ból po dostaniu kopytem w szczękę.
To będzie holowanie w standardzie premium — mruknął i wierzył, że tak będzie. Logistyka holowania była na szczęście bezbolesna i miał nadzieję, że księżniczka o gracji leniwca i jak się okazało, wdzięku syreny będzie grzeczna do końca. Odczekał, aż poprawiła sukienkę, co musiał przyznać, było rozsądną decyzją w obliczu dostępnych dla niego danych o kroju jej bikini i ruszył w kierunku brzegu. Niespiesznie, powoli, ostrożnie. Nie dlatego, że chciał przeciągnąć moment, po prostu grunt był nierówny i te zasady pierwszej pomocy, ryzyko skręcenia kostki, nagły uskok... Przynajmniej tak sobie argumentował.
Za to jego koledzy poczuli się chyba jak w kinie i zaczęli klaskać.
Dziesięć na dziesięć za lądowanie — rzucił któryś, a drugi zagwizdał, chyba jako alternatywa do tego, że nie miał skąd wyciągnąć tabliczki z numerkami.
Mnie też tak złapiesz, Alvie? Ratuj mnie, bohaterze. — A ten z kolei udawał omdlewanie. Fontaine rzucił im tylko szybkie spojrzenie pod tytułem: “uczcie się od mistrza, łachudry” i kontynuował podróż woda-ląd.
Trzeci strażak, który wchodził już na drzewo, pamiętając o kocie, krzyknął jedynie:
I jak tam woda, Fontaine?
Orzeźwiająca, możecie wchodzić — odpowiedział, brodząc już w połowie drogi. Wodę miał niżej niż łokcie, więc teoretycznie mógł odstawić Wendy na własne nogi, ale był uparty i świetnie się bawił i ani o tym myślał. Albo zapomniał. Summa sumarum wcale takiej opcji nie zaproponował, idąc z nią dalej. Zerknął jeszcze na kumpla, który już trzymał kociaka na ramieniu i schodził z nim na dół.
Kot jest cały — a potem spojrzał w dół, na swoją ulubioną księżniczko-leniwco-syrenkę. — A Ty?
Bo może jednak coś ją bolało i holowanie trzeba było przedłużyć aż na jej koc, który gdzieś tam miała. Albo dalej. Albo zrobić coś z pierwszej pomocy. Albo nauczyć ją pływać.


saving my sunshine ⋆☀︎。
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Hot summer nights, mid-july, when you and I were forever wild. The crazy days, city lights, the way you'd play with me like a child.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Warto było spróbować! Ostatkiem sił próbowała chronić resztki swojej godności, nim utonie wraz z nią w tym jeziorze, ale zdawała sobie sprawę z tego, że jej próby to raczej syzyfowe prace, a nie coś co miało zostać wysłuchane przez bóstwa jeziora. Wszyscy wyglądali jakby byli w pełnej gotowości ocenić jej bieliźniany stan udzielić jej pomocy, a ten ich zapał przyprawiał ją o zawrót głowy. czy można jednak się jej dziwić? Wszyscy byli w nią tacy wpatrzeni, a Wendy cóż… ta uwaga schlebiała, choć zdecydowanie wolałaby w bardziej komfortowej pozycji zaprezentować im swoje bikini - przykładowo podczas biegu w kierunku jeziora. To z dobrym podkładem w tle może wyglądać naprawdę ekstra, kto nie oglądał słonecznego patrolu ręka w górę? No właśnie, wszyscy oglądali to wiedzą! Zamiast słonecznego patrolu mieli jednak film o leniwcu zwisającym z drzewa, przyrodniczy taki. Załapali się w sam raz na scenę grozy, jak leniwiec spada do jeziora. Na szczęście poza zwisem Wendy daleko było do leniwca, a jej ruchy nie były powolne i ociężałe, więc szybko złapała się swojego wybawiciela rękami i wbiła w niego swoje maślane spojrzenie.
— Taka ze mnie Wendy jak z kury orzeł — bąknęła, bo halo?! Gdzie jej magiczny pył i umiejętności latania? Wtedy sama by siebie uratowała, chociaż teraz nie byłaby pewna czy posiadając magiczne umiejętności nie udawałaby celowo mugola. No spójrzcie na niego! Tutaj idealnie siadłby podkład ze słonecznego patrolu. Boże, czy ktoś to widział?! Jak potrząsnął głową, a włosy zafalowały w powietrzu opadając na te idealne rysy twarzy. Piękna, żywa boja. Aż wydała z siebie ciche westchnięcie przygryzając lekko wargę czując się tak, jakby właśnie znalazła się w nienajgorszym wstępie do kolejnej oklepanej komedii romantycznej. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że pewnie wygląda jak skończona desperatka więc nieco zmieszana oderwała spojrzenie od niego i rozglądnęła się wokół, co okazało się o wiele gorszym pomysłem. Wszyscy się w nich wpatrywali i choć niełatwo speszyć Gardner to jednak grupie strażaków się to udało.
— Usługi na najwyższym poziomie tylko u Alvina i jego wiewiórek — zażartowała z jego kolegów, ale ten po lewej stronie był tak rudy, że po prostu zadziałały na nią skojarzenia i te ich komentarze rzucane z brzegu, którym w myślach przypisywała piskliwe głosiki. — Alvin i wiewiórki, świetna bajka! — wtrąciła; no doprawdy Wendy świetny tekst. Na miarę przyniosłam arbuza z Dirty Dancing, ALE może tego nie usłyszał, bo wszyscy nagle zaczęli klaskać, a ona oblała się rumieńcem. Woda może i była orzeźwiająca, ale jej to jakoś dziwnie gorąco się zrobiła. Nie była pewna czy to kwestia całej sytuacji czy zasługa uroku jej bohatera, no ale sama zdecydowanie będzie musiała się znów zanurzyć tylko może w tym bezpieczniejszym miejscu, wydzielonym do kąpieli i już wcześniej przez nią sprawdzonym. Tuż obok kocyka, na który zamierzała teraz się oddelegować po skończonej akcji.
No właśnie, ale czy była zakończona? Niby byli już na brzegu, a jednak wciąż trzymał ją w ramionach. — Chyba cała, straty jedynie w odrobinie godności, które teraz znajduje się gdzieś w tym mulistym dnie i lekki ból w kostce — przyznała nie robiąc z tego wielkiej sprawy, bo była skręcona już wcześniej, więc w najgorszym wypadku odnowiła sobie kontuzje. Rzecz w tym, że u niej to naprawdę była codzienność, urodziła się z wadą wrodzoną w postaci pechowych wpadek i nauczyła się z tym żyć.
— A ty? — zapytała nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić, puścić się? W sensie jego się puścić, stanąć na ziemi, cokolwiek? Z grzeczności wypadało zapytać czy on też był cały, w końcu z impetem w niego wpadła, prawda? Ale przecież widziała, że był cały… idealny — Jesteś cały? — Cały był przystojny. I mokry. Nie jej wina, że w obliczu tak sprzyjających warunków odbierało jej rozum i odpalał się jej uroczy tryb: rumiane policzki, trzepot rzęs i delikatnie przygryziona warga. Widocznie miała jeszcze resztki godności do wykończenia, warto spróbować.
Obrazek
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Leniwiec czy nie, księżniczka czy nie, syrenka czy nie — przez chwilę mogła poczuć się jak ta piotrusiowa Wendy. Może co prawda pyłku marzeń nie miała i chwilowo błękitnej sukienki też nie, ale za to przez ułamki sekund latała… jeśli definicję latania obejść naokoło i swobodny spadek siłą grawitacji tak nazwać. No i jak już mu wpadła w te ramiona, to jeszcze ostatecznie wyszło, że ważyła tyle, co piórko. Jak piotrusiowa Wendy zapewne mogła ważyć. Konkluzja była zatem jedna — była trochę jak Wendy od Walta Disneya.
Chociaż jak tak na nią patrzył — a patrzył chętnie — to znacznie bardziej wolał to, że nie była piotrusiową Wendy. Tamta jednak uciekła za braćmi do Nibylandii i to właśnie ten element najbardziej Fontaine’owi nie leżał. Jasne, kraina wiecznego dzieciństwa, marzeń i wyobraźni brzmiała wręcz idealnie, ale w całej swojej niefrasobliwości Alvin jednak nie był na tyle naiwny by wierzyć, że niekończąca się zabawa to dobry pomysł.
Raz był na takiej imprezie. Siedem dni nieustannej zabawy. Po czwartym dniu zgonował, a jak się nazywał nie pamiętał już po pierwszej nocy.
Nic, kurde, przyjemnego.
— Przy odpowiedniej argumentacji i odrobinie wiary, nawet z orła można zrobić kurę — rzucił na to jej bąknięcie, a potem sam się zorientował, że w Piotrusiu Panie też chodziło o wiarę i znowu przypomniał sobie o Nibylandii, o uciekającej Wendy i tych wszystkich brutalniejszych odmianach wersji Disneya, gdzie Piotrek więził najstarszą córkę Darlingów i… Im dłużej o tym myślał, tym jego mózg bardziej galopował w coraz to inne zakątki i wątki i zanim się zorientował, wspominał Teddy, bo Teddy Darling, Wendy Darling, a od Teddy umysł pokierował go do remizy, z remizy do wpadki z telefonem tego cholernego ranka parę dni wcześniej, co się przypadkiem dowiedział o ćwiczeniach, od wpadki do innych wpadek, których przecież wcale nie miał tak mało… a to wszystko w ciągu paru sekund, gdy jego ślepia wciąż były wpatrzone w dziewczynę w jego ramionach, a jej własne spojrzenie w niego. Nie umknął mu moment, w którym westchnęła i przygryzła wargę i nie umknęło mu też, że jego wzrok od razu powędrował za tym ruchem, do jej ust, śledząc go uważnie.
Oho.
Oh nie.
Zamrugał, przypominając sobie o swoich resztkach manier i odwrócił w końcu spojrzenie, dokładnie tak, jak i ona się odwróciła, rozglądając dookoła. Też to zrobił, z braku laku patrząc na tych debili na brzegu, którzy nie kwapili się do pomocy. Gorzej. Robili sobie z Fontaine’a jaja, jakby wszyscy byli w romcomie albo innym sitcomie. I Wendy tu też nie odstawała, rzucając żartami o wiewiórkach. Zerknął znowu na nią, cały uśmiechnięty, rozpromieniony, jakby miał konkurować ze słońcem na blaski.
W sumie tego jednego nazywam Szymonem — skomentował ciszej, niemalże wprost do jej ucha, nachylając się przy tym nieznacznie, bo dobrze wiedział, że rudzielec potrafił czytać z ruchu warg i jeszcze by to zrozumiał i wtedy Alvin miałby przechlapane — bo Szymon nie lubił być nazywany Szymonem. I nigdy nie chciał zaśpiewać. Na widok orzechów też zawsze rzucał mu mordercze spojrzenie, a potem rzucał czymkolwiek co miał pod ręką. Ostatnio: laczkiem. Fontaine wciąż miał po tym guza, ale zdecydowanie warto było szaleć tak. Kiedy Wendy skomentowała samą bajkę, Alvin wzruszył ramionami, parskając przy tym cicho śmiechem. — Wiesz, że nigdy jej nie widziałem?
I była to, niestety albo stety, prawda. To było chyba to samo zjawisko, co ludzie mieszkający w górach, którzy po tych górach nie chodzili albo co, co mieszkali nad morzem i rzadko się w nim kąpali.
Zatrzymał się w końcu, brodząc w wodzie już po kostki, i usilnie starał się zignorować kolegów, którzy teraz w trójkę latali wokół kota, jakby był najwyższą świętością. Lepiej w sumie dla niego, bo miał chwilę dłużej z Wendy, a ona akurat wspomniała coś o stratach w godności i Alvin już miał proponować wspólne nurkowanie, żeby ją odnaleźć, kiedy padł tekst i bolącej kostce i Fontaine’owi momentalnie mina zrzedła. Uśmiech zastąpiło coś bardziej posępnego, zmartwionego nawet, lokując się zmarszczonymi brwiami i znacznie intensywniejszym spojrzeniem. Przesunął wzrok wzdłuż jej ciała, unosząc przy tym ramię pod jej kolanami, żeby wznieść wyżej jej nogi i mieć lepszy widok na wspomnianą kostkę.
Lewa? Prawa? — Już się przyglądał i już oceniał, już obmyślał plan na wszelkie zapobiegnięcie opuchlizny i całej reszty nieprzyjemności. Nie miał co prawda pojęcia o tym, że dziewczyna już wcześniej sobie coś zrobiła, ale i bez tego to, że nic wielkiego sobie z tego nie robiła nie pozostało bez echa. Poprawił nieznacznie chwyt, bo bez wyporu wody została sama siła jego mięśni i podniósł w końcu łeb, rozglądając się za jej miejscem do leżakowania. Za kocykiem, plecakiem czy czymkolwiek, co by zdradziło, gdzie się rozbiła, jak tylko przyszła nad jezioro. Nie mógł jej przecież dać iść tak samej, kiedy (nie)skarżyła się na bok kostki. Serce by go zabolało, jakby po tej informacji miał ją puścić i jednocześnie być współwinnym kuśtykaniu.
A ja spoko — odpowiedział, mocniej zaciskając palce na jej skórze, już chyba dostatecznie dając jej do zrozumienia, że nie ma żadnego puszczania się. Znaczy jego. Z gałęzi już się puściła, więc z kolejnym musiała poczekać. Spojrzał na krótką chwilę w dół, na nią, żeby dodać: — Cały i zdrowy. Straty jedynie w Twoim numerze telefonu.
Najwyraźniej i jego godność leżała gdzieś na dnie razem z jej i mogli faktycznie iść ich poszukać. Albo tkwić dalej w tym, co się tu działo, obie formy spędzania czasu odpowiadały Alvinowi. Ale najpierw — kostka.
A żeby zająć się kostką, musiał bezpiecznie przeholować ją na kocyk, bo w końcu dopiero co oświadczył jej, że dostanie usługę premium. Dla klientów VIP transport mógł być też pod drzwi domu, ale na to resztki godności jeszcze mu nie pozwalały. Jeszcze.
Na szczęście zanim zapytał o jej chwilowe plażowe obozowisko, kot sam je wskazał, uciekając trzem strażakom i czmychając w stronę kocyka, na którym rozwalił się, jakby był jego panem i władcą.
Chodź, zobaczymy co Ci się stało. — Bo może poza kostką było coś jeszcze, co należało obejrzeć. Może podrapała sobie wnętrza dłoni, jak się trzymała gałęzi i trzeba je było opatrzyć. Może… może. Nie wiedział, miał dopiero zamiar się dowiedzieć.
Ej, Sajmon, weź mi podaj wodę z plecaka — rzucił do Szymona i Szymon planował rzucić w niego koszulką — którą ściągnął, żeby wejść w końcu do jeziora — ale powstrzymał się, bo Alvin trzymał wciąż Wendy i nawet nie wiedział, że była mu talizmanem ochronnym. Wiedział za to, że gdyby wzrok mógł zabijać, to Szymon byłby właśnie mordercą, a Fontaine wąchałby kwiatki od spodu. Na szczęście wzrok nie mógł zabijać i chłopak wyszedł kompletnie z wody, stając wreszcie na twardym, stabilnym gruncie piasku, a nie śliskich kamyczkach. Ruszył z wolna, ostrożnie, w stronę kocyka okupowanego przez futrzastą królową i usadził na nim najdelikatniej jak się dało syrenko-leniwco księżniczkę. Koc w tym momencie chyba był tronem dla dwóch pań, a on, jako ten giermek czy inny błazen-sługus, wziął klęknął przed Wendy. Jeszcze nie z pierścionkiem. Jak na podrzędnego mieszczucha, cechował się za to wyjątkową kulturą, bo nie dotknął jej, tylko grzecznie poprosił. — Mogę?

I'm at your mercy, my mermaidy-slothy princess
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Hot summer nights, mid-july, when you and I were forever wild. The crazy days, city lights, the way you'd play with me like a child.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dla takiego przystojniaka mogła się wcielić w każdą bajkową postać i odegrać rolę życia, bo cholera jasna! Wystarczyło spojrzeć w te jego orzechowe oczy i człowiek przepadał, a przynajmniej ona przepadła. Ba! Spadła prosto w jego ramiona, przez chwilę lecąc niczym bajkowa Wendy Darling. Dosłownie przez bardzo krótką chwilę, bo niestety (a raczej bardzo stety, bo inaczej ominęłoby ją to cudowne lądowanie w jego ramionach) nie miała pyłku wróżek ze sobą, choć na upartego jakby wymieszała odrobinę piasku z resztkami brokatu, które pałętał się praktycznie w każdej jej torbie, mogłaby improwizować i udawać, że ma magiczny pył. Tylko cholibka po co?! Po co sobie komplikować życie, skoro można było spaść prosto w te umięśnione ramiona i być damą w opresji in real life? No właśnie!
Nie taki miała plan na dzisiejszy dzień, ale musiała przyznać, że to zawiśnięcie w jego ramionach, gdy wokół otaczała ich woda, wcale nie było takim złym scenariuszem. Miał pewny chwyt, duże ramiona i oczy, które właśnie skupiły się na niej. Akurat w tej chwili, gdy przygryzała wargę i pozwalała swoim myślom odpłynąć w krainę fantazji. Lecz oni wciąż stali w tym samym miejscu i nigdzie nie odbywali. Ziemia do Wendy, mamy pożar w strefie policzkowej. Spłonęła rumieńcem czując na sobie jego intensywne spojrzenie. Chciała jakoś rozładować to chwilowe napięcie, na szczęście Alvin ponownie ruszył z ratunkiem, tym razem w porę mrugając i odwracając wzrok. Bardzo starała się w tym krótkim czasie przywołać takie myśli, by opanować malujący się coraz wyraźniej rumieniec na jej twarzy i gdy już myślała, że się jej to udało wtedy Alvin pochylił się w jej stronę rzucając jakby nigdy nic wzmiankę o Szymonie. Szkoda tylko, że czując jego oddech muskający jej skórę przeszył ją dreszcz. Ten dreszcz, przyjemny taki co przemyka wzdłuż kręgosłupa. Odruchowo skuliła się lekko w jego ramionach, by jakoś stłumić ten prąd i zaśmiała próbując odgadnąć, który ze stojących na brzegu strażaków był Szymonem. Ten rudy. To musiał być ten rudy gość, który przywitał ich trochę skwaszoną miną a trochę ironicznym uśmiechem. Ten sam, który rzucił wcześniej komentarz: O tak, prawdziwy kotek…
Niezbyt długo przejmowała się jednak rumieńcem, bo szybko wróciła do swojego rozpromienionego ratownika obdarzając go pełnym oburzenia spojrzeniem. Zatrzepotała mokrymi rzęsami, by szeroko otworzyć oczy, a przy tym poprawiła się i złapała go mocniej za szyję, bo przez chwile była pewna, że spadnie z wrażenia… a raczej z szoku. — Nigdy nie widziałeś Alvina i Wiewiórek?! — wykrzyknęła, może odrobinę za głośno, ale w ramach przeproszenia pogładziła go dłonią po uchu, w ramach ukojenia bólu. Ręce które leczą, huh. — To chyba zrządzenie losu, bo ja znam niektóre kwestie na pamięć! Los zesłał mnie z nieba — dokładniej to z drzewa — w twoje objęcia nie bez powodu — i była bardzo pewna swojego zdania na ten temat. — Musimy popracować nad twoją edukacją kulturową, bo masz bardzo duże braki — tak, to brzmiało jak zaproszenie: ty + ja + maraton Alvina i Wiewiórek? HOT! Głupiec by z tego zrezygnował.
Wspólne nurkowanie w poszukiwaniu jej godności byłoby ciekawym doświadczeniem, mogłoby stac się nawet wyprawą bez końca (w końcu mowa o poszukiwaniu jej godności… niedoczekanie) przeplataną niesamowitymi historiami, zamiast tego Alvin ściągnął brwi i obdarzył ją zmartwionym spojrzeniem. To się jej nie podobało. Nie to, że on. on nawet zmartwiony wyglądał cholernie dobrze, ale ta zmiana nastroju nie przypadła jej do gustu. — Prawa, zdecydowanie prawa — dodała cicho, bo to ona została wcześniej uszkodzona i to ona teraz dała ponownie o sobie znać. Boże, jaki to byłby pech jakby sobie uszkodziła też drugą. Jak kuśtykać, jak obie bolą? Musiałaby zarezerwować go jako swój transport do końca dnia, bo głupotą było szukać nowego nosiciela, skoro ten tak świetnie się sprawował.
Zdecydowanie poczuła, że nie zamierzał jej puszczać, gdy pewniej ułożył swoje dłonie podtrzymując jej ciało, a ona o mały włos nie palnęła durnym tekstem, że strażacy są od gaszenia ognia, a nie wzniecania, więc co on najlepszego robi?! Bo halo, ziemia! Jakoś zrobiło się gorąco. Chociaż to może wina słońca, które skupiło się na ich skórze, kiedy wyszli na brzeg? Nie, to zdecydowanie wina Alvina, a ona zdecydowanie zbyt długo zawiesiła na nim swoje rozmarzone spojrzenie i dopiero jego tekst o numerze telefonu sprowadził ją na ziemię. — To akurat można nadrobić szybciej niż twoje braki serialowe — zapewniła posyłając mu lekki uśmiech, czując jak po części płonie też że wstydu. Już który to raz została przez niego przyłapana, jak się mu przygląda?! Z a g a p i ł a się, ale nie potrafiła się opanować. Nie po tym, jak odstawił ją na wskazane miejsce wcześniej sprawiając, że poczuła się zaopiekowana. Dziewczyny lubią to, a jak mówią, że nie lubią to totalnie kłamią.
Zignorowała Szymona, pozostałych strażaków zresztą też, ale nie umywali się do jej wybawcy i dała się odstawić na kocyk, na którym już rozbestwił się mały kociak. Ten sam, który parę chwil wcześniej był jej zupełnie obcy, a teraz leżał na jej kocyku udając najlepszego pupila. Przez niego wychodziła na jakąś desperatkę, co odwaliła numer na kota w celu podrywu i zwrócenia na siebie uwagi, a to przecież nie tak! — O ty… — już zamierzała dać mu reprymendę, ale nagle Alvin uklęknął przed nią, a cała scena była iście filmowa. Przystojny strażak, w dodatku mokry, no i strażak, a przy tym przystojny? Wspominała już, że był cholernie przystojny? Bo był. Damn. Mogę?! Cholera, bierz co chcesz, wszystko weź! — aż chciało się rzec. W myślach odtworzyła teraz chyba wszystkie kiczowate komedie romantyczne i chwilę jej zajęło zrozumienie, że tu chodzi nie o jej rękę, a nogę. Przełknęła ślinę, odgarnęła mokre kosmyki z twarzy i starała się przybrać jakąś opanowaną i dojrzałą minę, rzecz jasna nie wyszło. Nie mogła przestać się uśmiechać. — Tylko ostrożnie, ostatnio ją skręciłam i chyba sobie poprawiłam — poprosiła, a kot w tym czasie nie siląc się na żadną ostrożność wskoczył na jej mokry brzuch i zaczął trącać głową o jej ciało, łasząc się i pomrukując. Szczególnie upodobał sobie jej biust, ciekawe czy wyobrażał sobie teraz, że główkuje, czy co? Speszona szybko ulokowała dłoń na głowie kociaka hamując jego ruchy i drapiąc za uchem, by skupić jego uwagę na swojej ręce.
Swojego wybawcę też chętnie posmyrałaby za uchem i może dałaby mu nawet pogłówkować.
Znaczy co?
Słońce strasznie mocno grzało tego dnia, prawda?
Obrazek
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
ODPOWIEDZ

Wróć do „Colonel Samuel Smith Park”