Zbieram wszystkie okruszki z zioła z blatu, który jest poprzecierany w miejscach, gdzie ludzie zwykle kręcą blanty lub szurają kartą, i wsypuję je do rozszerzonej końcówki, a potem kilka razy uderzam ustnikiem o stół, żeby wszystko się ładnie ubiło. Nowy ziomeczek gada przez chwilę z Grandą, opowiadając jej jaki ciężki miał dzień i dlaczego tyle im zeszło, a blondyna wbija we mnie spojrzenie i coś pierdoli o szklankach. Więc też się na nią gapię -
To była szklanka Sida, ale Granda w pewnym momencie uznała, że robi mu dzisiaj na obiad zupę z petów i już zaczęła, co nie Sid? - odpowiadam przenosząc spojrzenie na chłopaka, on parska śmiechem, telefoniara też i tylko Granda puszcza mi wzrok, który mógłby zabijać, gdyby dało się zabić samym spojrzeniem. Skręcam końcówkę jointa, po czym umieszczam go sobie w ustach i wyjmuję z kieszeni swoją ciężką, benzynową zapalniczkę z lwem wygrawerowanym na froncie, otwieram ją z głośnym klikiem, przesuwam palcem po krzesiwie i wreszcie odpalam blanta, mocno zaciągając się znajomym dymem. Pachnie bardzo aromatycznie, ciężko, jakby trochę ziemisto, Madox mówił, że ma świetny temat i fakt, już pierwszy buch sprawił, że moje powieki stały się jakieś takie ciężkie, zaś usta same przybrały kształt uśmiechu. Zamykam zapalniczkę z równie głośnym klikiem i od razu chowam ją do kieszeni, żeby mi ktoś przypadkiem nie zakosił, wszyscy wiemy jak to bywa z zapalniczkami. Podaję skręta dalej, do tej typiary z telefonem, a kiedy blondi znowu się odzywa to chyba wszyscy, a przynajmniej ja, Sid oraz dupa z kanapy, najpierw spoglądamy za okno a potem znowu na dziewczynę -
Kto? Gołąb? - wpierw się dziwię, ale już za moment pochylam się lekko w przód, wspierając łokcie na kolanach -
Słyszałem, że to kamery rządowe - rzucam cicho, tak pół żartem, pół serio. Gapię się na blondi, ale widzę kątem oka, że Sid przewraca oczami, Granda natomiast parska głośno -
Tak, kurwa, a ziemia jest płaska, koniec tego pierdolenia, wzielibyście się za robotę - te słowa kieruje głównie do Sida, bo to przed nim ląduje worek z towarem - brązowym, dużym kamieniem, który kruszy się nieznacznie pod wpływem uderzenia -
Znajdę sprzęt - dziewczyna kiwa głową i przechodzi do otwartej kuchni, a jej facet z wolna sięga po samarkę. Tymczasem diler zwraca się do swojej towarzyszki -
Zostaniemy trochę dłużej, ok, Joy? A właśnie, to jest Joy, a tamta to Granda, to Sid, Bao, a to - przedstawia jej wszystkich po kolei, zawieszając się dopiero na mnie -
Jego nie znam, ja jestem Mikey - kiwa głową, zajmując jedno z wolnych krzeseł -
Bill - rzucam, a potem wbijam spojrzenie w Joy i przesuwam się na kanapie bliżej, jak się okazało, Bao. Patrzy na mnie ze skrzywioną miną, wzdycha ciężko wywracając oczami, ale przesuwa się kawałek, żebyśmy zrobili więcej miejsca dla tamtej małej blondyneczki -
Chcesz tu usiąść? - pytam się jej, bo chyba nie będzie tak stać jak ten kołek, skoro zapowiadało się, że wizyta potrwa trochę dłużej -
Dobra, to kto chce? Ile robić? - pyta Sid, przesuwa spojrzeniem po zgromadzeniu. On i Granda to wiadomo, Mikey kiwa głową, Bao też, a wzrok Sida zatrzymuje się w końcu na mnie oraz Joy. Po tej kłótni z Gabą czułem się tak, jakby wraz z nią odeszła też cząstka mnie odpowiedzialna za doświadczanie szczęścia. Pomimo tego, że wciąż umiałem żartować, śmiać się i raczyć innych niewybredną gadką, to w środku odczuwałem po prostu pustkę, zupełnie jakby wyrwała mi serce i wzięła je ze sobą, może pożarła jak jakaś zła królowa z dawnych baśni. W końcu od lat należało tylko do niej. I może właśnie chęć wypełnienia tej pustki czymkolwiek sprawiła, że kiedy Sid zapytał komu strzała, to pomyślałem a chuj, ja chcę. Opiaty nigdy mnie nie kręciły, te wszystkie opiowraki leżące na ulicach przyprawiały mnie o mdłości, nie rozumiałem co ludzie widzą w takim obrzydliwym upodleniu się. Co innego koks, MDMA, psychodeliki, po nich przynajmniej czułeś, że żyjesz, że możesz wszystko. A to? Raz w szpitalu pielęgniarka podała mi tramal i potem przez pół nocy miałem omamy. Ale ból zniknął momentalnie i może po części liczyłem na to, że teraz też zniknie, chociaż tamten fizyczny był dosłownie niczym w porównaniu do tego, jak bardzo cierpiałem w tym momencie z żalu i tęsknoty -
Ja też chcę - informuję w końcu, a Granda z hukiem zamyka jedną z kuchennych szafek i patrzy na mnie mocno zdziwiona -
Ty? A ty przypadkiem nie mówiłeś, że gardzisz opiowrakami? - śmieje się, na co marszczę nos i od razu sięgam po argumenty nie do obalenia, wyciągam z kieszeni stówę -
Dorzucę się - oczy Grandy rozszerzają się, wychyla się w moją stronę, zaciskając szczupłe palce na banknocie, wyrywa mi go z ręki, po czym chowa sobie do stanika -
Dobra, to rób dla wszystkich, a ty, Bill, nie boisz się zastrzyku? - tym razem mruży ślepia i posyła mi jakiś taki łobuzerski uśmiech -
Myślałem, że będę mógł to wciągnąć albo zapalić? - bo niektóre ćpuny i tak robiły, ale Granda już parska krótkim śmiechem, w międzyczasie odbierając od tamtej z telefonem skręta. Umieszcza go sobie między wargami, ściągając porządnego bucha zanim znowu się odezwie -
Nie, bo wtedy marnujesz towar, albo ładujesz w kanał albo zostajesz przy blantach - opada na podłokietnik wielkiego, skórzanego fotela Sida. Wiem, że mnie prowokuje, że może jeszcze liczy na to, że zrezygnuję -
No to myślałem, że będziesz dobrą koleżanką i mi pomożesz - mówię, ale Granda kręci głową -
Nie ma chuja, ja się boję igieł, mną zajmuje się Sid - cmoka go krótko w skroń. Odwracam się do Bao, ale ona od razu posyła mi spojrzenie w stylu
na mnie nie licz, więc nawet nie pytam -
To mną też zajmie się Sid, co? - wgapiam się w niego, a on wymienia krótkie, porozumiewawcze spojrzenie z Mikeyem i również kręci łepetyną -
Sory stary, lubię cię, ale nie ma szans. Z tym jest trochę jak z masażem stóp, niby nic, ale nie zrobiłbyś drugiemu facetowi - noooo, powiedzmy, że jestem w stanie to zrozumieć. Czyli na drugiego też nie ma co liczyć, a skoro prawie wszyscy już zdążyli odmówić to zostaje mi -
To może ty, Joy? Wspomożesz nowicjusza? - pytam, a wszystkie oczy zwracają się w stronę blondynki, nawet tego gołębia z parapetu.
Joyce Smythe