Ilekroć spoglądała w jego kierunku, czuła się onieśmielona. Serce biło jej szybciej, a każde słowo, które kryło w sobie cichy komplement sprawiało, że na jej policzki wchodził ciepły róż. Starała się zgonić to na chłód jesiennego wiatru, który owiewał jej twarz i drażnił wrażliwą skórę. Starała się nie myśleć o tym, że miał piękne, niebieskie oczy i że jego uśmiech, nieco szelmowski, ale jednocześnie sprawiał, że od razu sama chciała powtórzyć ten gest w jego kierunku. Był przeciwnością tego, co dotychczas spotkała w życiu, Był nagłym przecinkiem, pojawiając się kompletnie niezapowiedziany, a nawet nie zapraszany, chociaż Autumn bardzo chętnie otwierała swoje drzwi jeszcze szerzej, wykazując się
niezwykłą gościnnością. Może ta dobroć bijąca od niego sprawiała, że jej empatyczne serduszko radowało się, spotykając drugą, dobrą osobę? Może w tym całym życiu, podyktowanym pod zasady i stworzone scenariusze, potrzebowała powiewu niewiadomej? Czegoś, co ona realnie chciała, a nie tego, co ktoś uważał dla niej za dobre rozwiązanie? W tym momencie pragnęła móc spędzić z nim jeszcze chwilkę czasu dłużej, jednak głupio było jej o to prosić. Nie umiała wyjść z inicjatywą, poprosić o numer, bo była kompletnie słaba w podrywach — ba, nie miała nawet kiedy tego przećwiczyć! Dlatego stała tak onieśmielona i miała nadzieję, że jego zachwyt nie był chwilowy, a nieco bardziej przypadła mu do gustu… jezus, przecież nie mogła tak myśleć! Nie mogła tego chcieć…
…a jednak bardzo chciała, żeby ktoś szczerze i bezinteresownie przepadł dla niej.
— Jak najbardziej, okienka spędzam na campusie, bo póki co dojeżdżam z Edynburga — wyjaśniła, nawet nie myśląc, że mógł chcieć wiedzieć, czy jej serce było zajęte; bo nie było. Choć czysto technicznie, sama zajęta była, przez chorą wizję rodziców i swoje niespełnione marzenia. Nie było to dla niej ważne, bo priorytetem nie był dla niej człowiek, który nic o niej nie wiedział i nie wykazywał zbytnio zainteresowania, aby dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Tkwiła uwięziona w klatce, gdzie nie mogła ani wyważyć prętów, ani wyłamać kłódki. Nie miała klucza ani siły, żeby krzyczeć wystarczająco głośno, aby prosić o ratunek, chociaż może teraz, może w tym właśnie momencie, miała okazję, aby zacząć błagać o danie jej szansy, aby postawić na życie po swojemu… ale potem w jej głowie bzyczała głucha cisza.
Nie miała odwagi, przeciwstawić się rodzicom.
— Wiem, że to działanie na ich korzyść, żeby już nie cierpiały, jednak wiesz… budzi się również empatia wobec tych ludzi, którzy właśnie żegnają członka rodziny. — Wiedziała, że nie każdy będzie tak do tego podchodzić. Dla niektórych było to
tylko zwierzę, ale dla innych był to nieodłączny element codzienności, ktoś bliski, superbohater, i utrata go może być przytłaczająca. Nie dość, że będzie musiała nauczyć się opanowywać własne emocje, to chyba zapisze się na jakiś kurs wspierania ludzi, aby umieć odpowiedzieć im coś pozytywnego, bo póki co na samą myśl miała ochotę się popłakać — a co dopiero w momencie, kiedy zobaczy pogrążonego w żałobie klienta ze łzami w oczach.
— No, w zasadzie tak. W mniejszym lub większym stopniu będziemy zbawiać świat. — Uśmiechnęła się rozbawiona. Doceniała to, jak nawet przez sekundę nie próbował umniejszać jej przyszłemu zawodowi, a jedynie wspierał ją i pocieszał dobrym słowem. Zrobiło jej się niewyobrażalnie ciepło na sercu, choć nadal sądziła, że jeśli chodziło o zbawienie świata, to ona będzie to robić w zdecydowanie mniejszym stopniu.
Czuła, jak jej policzki nabierają różowego odcieniu. Nie była przyzwyczajona do komplementów, a tym bardziej
takich komplementów. Musiała zaczerpnąć dwa razy świeżego powietrza, żeby doprowadzić emocje do spokoju.
— Oh no tak, hokej. Niesamowicie brutalny sport — stwierdziła, marszcząc lekko nos.
— Wybacz mi, jeśli uraziłam twoje zainteresowania, ale jest to trochę niebezpieczne. Zakładam, że filmy dość dobrze oddają prawdziwość tego okładania się kijami — dodała, chcąc się usprawiedliwić i jedynie nie zniechęcić go do siebie tym, że może była nieco… uprzedzona. Nie lubiła przemocy i nie miała zamiaru tego ukrywać.
— Deal, wchodzę w to. Zrobimy szybkie ukulturalnienie, żebyś mógł wdrążyć się w klimat. Może po czasie edukację również trzeba będzie przenieść w teren? — podobno na świeżym powietrzu przyswajało się lepiej… nie wiedziała, ile będą trwać ich korepetycje, ale w jeszcze jakiś cieplejszy dzień albo wiosną… mogliby pójść na piknik.
Odprowadziła go wzrokiem, a z zamyślenia wyrwało ją chrząknięcie po swojej prawej. Spojrzała na panią profesor, która prawdopodobnie udała się do drzwi, żeby zamknąć je i rozpocząć wykład, a zamiast tego zastała w drzwiach rozmarzoną i zakochaną studentkę.
— Panienko Ashford, zapraszam. — Kiwnęła w kierunku sali, z kompletnie pokerową miną i z niezadowolonym spojrzeniem, które zawsze jej towarzyszyło…. chociaż dziewczyna była w stanie zaryzykować stwierdzenie, że przez twarz kobiety przemknął cień rozbawienia. Autumn pochyliła głowę, wchodząc do sali i zajmując puste miejsce w środkowym rzędzie, żeby spróbować skupić się na zajęciach, mimo że jej głowa była zajęta czymś zupełnie innym — a przede wszystkim niebieskimi oczami, które wpatrywały się w nią z fascynacją nawet w jej myślach. To spojrzenie wżarło się w jej umysł i sprawiało, że kompletnie nie mogła się skupić. Nie sądziła, aby ich korepetycje mogły być szczególnie efektywne… ale chyba warto spróbować? Wydawał się być
dobrym nauczycielem. Wychodząc z zajęć była dość rozdarta. Nie chciała być nachalna i biegać po całej uczelni w poszukiwaniu nieznajomego. Może powinna zdać się na los? Jeśli ta relacja będzie miała pójść w jakimś kierunku, to po prostu na siebie wpadną? Nieco pomagała swojemu szczęściu, przechodząc wypatrywała go w tłumie ludzi, a siedząc na innych zajęciach wpatrywała się w dziedziniec za oknem, jakby miał się tam nagle pojawić. Już nieco opadała z nadziei, że być może nie był… jej pisany.
Wyszła z budynku i dojrzała go na ławce. Serce zabiło jej mocniej, jakby bez jego widoku ledwo co zmuszało się do pracy.
— Przeżyłam, ale jakim kosztem. — Uśmiechnęła się promiennie i spojrzała na kolorowy liść, który jej wręczył.
— Wygląda na bajecznie wyjątkowy — stwierdziła, po raz kolejny dzisiejszego dnia zrzucając winę na wiatr, który swoim zimnem
z pewnością wywoływał na jej buzi lekki rumieniec. Czuła się oczarowana tym małym, może dla niektórych banalnym gestem; ale przecież musiał spojrzeć na tego liścia i przede wszystkim, pomyśleć o niej i stwierdzić, że jej się spodoba — że doceni jak piękny był i że miał w sobie coś, co go wyróżniało.
— Bardzo chętnie. I wolę kawę, jeszcze długi wieczór przede mną — zaśmiała się cicho.
Udali się w kierunku pobliskiej, uniwersyteckiej kawiarni, gdzie zamówili swoje napoje i usiedli przy stoliku znajdującym się lekko na uboczu. W międzyczasie Autumn schowała liścia między kartki jednej z książek, żeby przypadkiem nic mu się nie stało. Chciała, żeby ta pamiątka przetrwała przez dłuższy czas. Rozmawiali długo, z jednej strony na błahe tematy, z drugiej zahaczając o tematy studenckie, zupełnie na neutralnym gruncie, ale dziewczyna chłonęła każde jego słowo z wyjątkową fascynacją. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak dobrze jej się z kimś rozmawiało; zupełnie, jakby znali się od lat. Zupełnie, jakby od teraz poznali się
na lata. Zapomniała przez chwilę, że ktoś napisał już jej życiowy scenariusz, że kilkadziesiąt kilometrów stąd, w jej rodzinnym Edynburgu, był chłopak, którego los był tak samo przesądzony jak ten jej.
I nawet nie brała pod uwagę możliwości, że ta znajomość z niebieskookim nieznajomym, skończy się okropnie złamanym sercem.
k o n i e c
Maggio Winters