Niebieskie oczy wręcz ją hipnotyzowały, a burza jasnych włosów przyciągała swoją uwagę, aż kusząc, aby zatopić w nich swoje palce…
Chwila, o czym ona do reszty myślała?
Nie była romantyczką, miłość i jej uniesienia znała najbardziej z kartek papieru, więc może przez to czuła się właśnie jak jedna z bohaterek powieści romantycznej. Gdyby tylko wiedziała, że nieznajomy już po kilku minutach umiał stworzyć dla niej krótką rymowankę… byłoby to dla niej niesamowite, a serce z pewnością biłoby jeszcze mocniej; bo jak to możliwe, że to właśnie ona zawróciła komuś tak w głowie? Nigdy nie podejrzewała, że spotkałoby ją coś tak równie mocnego… przecież miała ustalone już życie. Nie mogła,
nie powinna.
A jednak jego spojrzenie zatrzymywało się na niej, powoli przesuwając się po jej buzi, co z każdą kolejną sekundą wypalało na jej skórze przyjemne ciepło. Bił od niego spokój, który wydawał się być tak kompletnie nieznajomy, a jednocześnie potrzebny. Nie miała tego w swoim życiu, te magnetyzujące ciepło i dobroć, które chciała zostawić przy sobie i rozkoszować się tym. Bezinteresowność i to opanowanie, nawet jeśli z pozoru, było teraz dla niej rzeczą, którą łaknęła. Teraz zastanawiała się, gdzie on był wcześniej — zanim na jej palec został symbolicznie wsunięty pierścionek zaręczynowy, a którego ona i tak nie nosiła, bo puste obietnice były dla niej warte tyle, co
nic. Dlaczego podświadomie odczuwała tęsknotę, z każdą kolejną minutą przyglądania mu się? Czy ich dusze kiedyś były razem splątane, przez co wewnętrznie płakała z radości, że nareszcie udało im się odnaleźć? Autumn wiedziała, że miał w sobie coś, co zostało z niej wyrwane i zagubione; co musiało z czasem odnaleźć się i włożyć w to brakujące miejsce, aby poczuła się kompletna. On dawał jej poczucie, jakby właśnie trzymał brakujący kawałek układanki, który będzie w niej tkwił, dopóki on sam będzie dzierżyć miejsce przy jej boku.
— Czas pokaże, prawda? — Chciałaby, aby studia były momentem jej życia, który będzie wspominać z szerokim uśmiechem. I nawet jeśli jej dorosłość nie potoczy się według wyśnionych zamiarów czy chęci, to liczyła, że przynajmniej przeżyje coś własnego, co nie było zaplanowanym scenariuszem, podyktowanym przez kogoś innego, a co wypłynęło prosto z jej serca i potrzeb, które tłumiła głęboko w sobie.
— Cóż, profesor Kratcher nie jest… zbyt przyjemną osobą — powiedziała, pochylając się nieco w jego kierunku, żeby delikatnie ściszyć głos, a żeby tylko on ją usłyszał. W końcu ciężko stwierdzić, jakie przyjemniaczki mogą akurat przechodzić obok nich.
— Nie wiem, czy nie będę musiała przyjąć twojej propozycji. W końcu lepiej jest zrozumieć coś od początku niż robić sobie zaległości w późniejszej części semestru — zasugerowała, uznając to za dobrą wymówkę, aby móc się z nim jeszcze kiedyś spotkać. No i w zasadzie byłyby to dwie pieczenie na jednym ogniu, bo chemii organicznej naprawdę nie lubiła i być może z przystojnym… znaczy, kompetentnym towarzystwem, łatwiej byłoby jej pojąć co nieco.
— W takim razie cześć, świeżaku. Chcesz się razem pogubić po tym zamku? — zapytała z rozbawieniem, zaraz impulsywnie wyciągając przed siebie rękę, aby przedstawić mu się.
— Autumn — zdradziła swoje imię, nadal pozostając nieznajomą, chociaż już… mniej. Po jego następnym słowach sama zarumieniła się — i to bardziej niż by chciała.
— Może nie gubmy się w pierwszym tygodniu zajęć… — zasugerowała, chcąc wyjść z tego obronną ręką i na pewno odsunąć od siebie jego wzrok, który zdecydowanie padał na jej zaróżowione policzki. W końcu później… później niech się gubią, Tylko Ashford potrzebowała nieco chwili, aby rozkręcić się w nowym towarzystwie.
— Dziękuję, naprawde. Będę mieć to na uwadze — rzuciła, kiwając głową.
— Nie masz tylu przedmiotów? Jejku, może powinnam się wcześniej zainteresować, które kierunki oszczędzają kręgosłup — zaśmiała się cicho. Miała wrażenie, że jest to absolutnie upierdliwe. Już kilka podręczników miała w tablecie, ale nadal musiała dźwigać tak niepotrzebne rzeczy jak atlas zwierząt. Prawie jak w podstawówce, może powinna sprawić sobie wózek na kółkach? Znowu czuła ciepło na policzkach, gdy nazwał ją piękną… cholera jasna. Uśmiechnęła się nieśmiało, zaraz zerkając na niego kątem oka.
— Weterynarię. A ty? Czym masz zamiar zbawić świat? — zażartowała, idąc dość spokojnym krokiem. W jego towarzystwie czas zdawał się aż tak bardzo nie pędzić.
— Czy to będzie niemiłe, jak zapytam, czy nie jesteś stąd? — zapytała, bardziej obracając buzię w jego kierunku, żeby przyjrzeć się przystojnemu profilowi swojego nowego
kolegi.
— Nie zrozum mnie źle, poznaję po akcencie. — A ona chciałaby poznać go całego. Każdą ciekawostkę i każdą błahostkę — tylko nie wiedziała jeszcze, czy z planami na jej przyszłość, będzie jej to w ogóle dane.
Maggio Winters