36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

004.
Sawyer Wright


Pamiętała go z jednej ze spraw w Mississauga. Nie z akt, nie ze zdjęć dołączonych do raportu, tylko z zimnego popołudnia, kiedy stali we trójkę na tyłach opuszczonego magazynu, a wiatr wciskał się pod kołnierz munduru. Betonowe podwórze było niemal puste. Kilka samochodów stało pod ścianą, dalej ciągnęło się ogrodzenie zwieńczone drutem, a na mokrym asfalcie odbijało się blade światło z latarni.
Sawyer Wright siedział wtedy na masce samochodu, z łokciami opartymi o kolana. Wyglądał tak, jakby znalazł się tam przez przypadek, choć Beatriz doskonale wiedziała, że nic w jego obecności przypadkowe nie było. W ręku trzymał papierosa, którego popiół osypywał się na ziemię przy każdym mocniejszym ruchu palców. Daniel stał obok niej, z rękami skrzyżowanymi na piersi, zdecydowanie zbyt blisko jak na zwykłą rozmowę.
Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że zaczyna się niecierpliwić.
Wright wiedział to chyba jeszcze lepiej. Co kilka sekund zerkał na Beatriz, nie na Daniela. Kiedy mówiła, odpowiadał jej. Kiedy pytanie zadawał Daniel, jego spojrzenie przesuwało się gdzieś w bok albo zatrzymywało na papierosie. Nie dlatego, że lubił Beatriz bardziej. Po prostu przy niej nie musiał zastanawiać się, czy za chwilę rozmowa przestanie być rozmową.
Daniel miał krótki lont. Wystarczyło kilka razy usłyszeć to samo „nic nie wiem”, żeby jego twarz zaczęła twardnieć. Beatriz pamiętała moment, w którym odsunął się od samochodu i zrobił krok w stronę Wrighta. Niewielki. Prawie niezauważalny. Ale Sawyer od razu zsunął nogi z maski i wyprostował się.
Beatriz weszła między nich, zanim którykolwiek zdążył zrobić coś więcej.
– Spokojnie.
Daniel spojrzał na nią długo. Potem cofnął się o pół kroku, ale nie odszedł. Wright natomiast znów oparł się o samochód, jakby właśnie tego potrzebował – odrobiny przestrzeni i świadomości, że kobieta stojąca przed nim nie przyszła po to, żeby urządzać mu pokaz siły.
Później, kiedy Daniel na chwilę odszedł na bok odebrać telefon, Sawyer sam zaczął mówić. Nie dużo. Tyle, ile uważał za konieczne. Beatriz nie naciskała. Pozwalała mu mówić, a on najwyraźniej doceniał fakt, że nie musi walczyć o każde zdanie. Zapamiętała to. Nie jego słowa, nie szczegóły sprawy. Ten prosty mechanizm.
Z Danielem rozmowa była próbą siły.
Z nią – rozmową.
Minęły lata, ale Beatriz nadal pamiętała ten obraz. Może właśnie dlatego nazwisko Wrighta wróciło do niej teraz, kiedy Daniel zniknął, a ona sama została odsunięta na boczny tor. Potrzebowała kogoś spoza oficjalnych procedur. Kogoś, kto potrafił poruszać się tam, gdzie mundur otwierał mniej drzwi, niż kiedyś sądziła. Sawyer od lat funkcjonował w tym świecie. Wiedziała, że nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań, jeżeli odpowiednio przedstawi mu sprawę. A Beatriz zamierzała przedstawić ją tak, żeby zainteresowała go bardziej niż możliwość odmowy.
Deszcz zaczął padać jeszcze zanim zapadła pełna noc. Teraz wąski zaułek za barem był już cały mokry, czarny i lśniący od wody. Ceglane ściany pochłaniały większość światła, kontenery stały pod nimi jak ciemne, ciężkie bryły, a na końcu uliczki paliła się pojedyncza lampa, której blask ginął w deszczu, zanim zdążył dotrzeć dalej.
Nad drzwiami zaplecza wisiała mała żarówka. Żółta, słaba, brudna od kurzu. Oświetlała ledwie kilka metrów mokrego asfaltu i kawałek ściany, pozostawiając całą resztę w niemal zupełnej ciemności.
Beatriz stała właśnie na jej granicy. Ciemna kurtka chroniła ją przed większą częścią deszczu, choć kręcone włosy zdążyły nasiąknąć wilgocią. Czarne loki ciężej opadały na ramiona, kilka wilgotnych pasm przykleiło się do policzka. Nie poprawiała ich. Papieros tlił się między jej palcami, a jego żar rozcinał mrok krótkim, pomarańczowym błyskiem przy każdym zaciągnięciu. Dym mieszał się z zapachem mokrego betonu i deszczu.
Stała bez ruchu, patrząc na drzwi. Wiedziała, że Sawyer tu bywa. Wiedziała też, że nie lubił być szukany. Dlatego nie zapukała. Nie dzwoniła. Nie zostawiła wiadomości.
Po prostu czekała.
W końcu drzwi zaplecza otworzyły się gwałtownie. Sawyer ciężko wypchnął je barkiem i wyszedł na zewnątrz. Przez krótką chwilę jego sylwetka znalazła się w prostokącie żółtego światła. Potem drzwi zaczęły się zamykać, a wraz z nimi światło zniknęło, pozostawiając go znowu w ciemności.
Beatriz odczekała sekundę.
– Widzę, że pewne nawyki się nie zmieniają, co, Wright?
Żar papierosa rozjarzył się mocniej. Dopiero wtedy wyszła z cienia. Jeden krok. Potem drugi. Światło nad drzwiami złapało najpierw mokre loki, później zarys jej twarzy, linię szczęki i oczy. Reszta sylwetki nadal pozostawała częściowo zanurzona w mroku.
Deszcz osiadał na jej włosach i ramionach. Cienka smuga dymu uniosła się przed twarzą i rozpłynęła w czarnym powietrzu.
Beatriz zatrzymała się kilka kroków od niego, spokojna jak wtedy, kiedy jeszcze pracowała w Mississauga i potrafiła jednym spojrzeniem odsunąć Daniela od kolejnej głupiej decyzji.
Tyle że tym razem nie przyszła tutaj prowadzić sprawy.
Przyszła zaproponować mu interes.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— sześć —
You can't change the cards you were dealt
just the way you play the hand

Tego dnia upewnił się, że będzie pił . s a m .
Bo nie potrzebował kolejnych kłopotów o ładnych oczach ani dodatkowych zobowiązań w mieście, w którym przez ograniczony czas miał pracować na jednym stanowisku i nad jednym zleceniem, wyjątkowo starając się kogoś utrzymać przy życiu, zamiast go tego życia pozbawić. Odmiana wydawała się miła, kiedy o niej usłyszał — choć zdecydowanie milsza była zaproponowana za to zlecenie kwota — ale wystarczyło kilka tygodni, żeby panna Adler odarła go z tego jakże naiwnego złudzenia.
Gdyby nie to zlecenie, Toronto nie byłoby z pewnością jego pierwszym wyborem. Z wielu względów, a tylko najbardziej przyziemny polegał na jego niechęci do dudniących metropolii z ich rozkrzyczanymi mieszkańcami. Nie; za tą niechęcią stały nazwiska zbyt duże, żeby mówić o nich głośno i sumy zbyt wysokie, żeby móc o nich zapomnieć. I dlatego Sawyer nigdy nie zdecydowałby się na zatrzymanie się w tym mieście, gdyby nie fakt — o ironio — że właśnie tutaj mógł zarobić szybko zadziwiająco dużą sumę pieniędzy. Tych samych, których potrzebował, żeby uwolnić część swoich północnych kontaktów, zamrożonych niestety nie z uwagi na surową i długą zimę.
Ostatecznie jednak jakie było prawdopodobieństwo, że znajdą go w tej pierdolonej metropolii, jeśli nie będzie się wychylał? Niemal zerowe. Dlatego wyrwał się tego wieczora do kiepskiego baru.

W swoim życiu Sawyer zrezygnował z wielu zasad i odrzucił prawie wszystkie reguły obowiązujące ogół społeczeństwa, jakie normalnym ludziom dawały poczucie bezpieczeństwa i wrażenie czegoś tak śmiesznie złudnego jak sprawiedliwość; zrzucił skórę z fałszywymi danymi tak wiele razy, że niektóre nazwiska już dawno zatarły mu się w pamięci; zamordował tylu ludzi, że mógłby zapełnić ciałami niejeden cmentarz; pogrzebał własną moralność, empatię, sentymentalizm, a wraz z nimi zapewne również człowieczeństwo; jednak to jedno pozostało niezmienne na przestrzeni lat:
Nie współpracował z psami.
Starał się trzymać od nich na dystans na tyle, na ile mógł sobie na to pozwolić, nie budząc niepotrzebnych podejrzeń. Nie był jednak skończonym idiotą — mimo nieskończonych szkół — i wiedział, że jego nazwisko pojawia się w niejednych aktach i raportach w całej Ameryce Północnej oraz części Południowej i na policyjnych tablicach korkowych osób najchętniej widzianych za kratami, a w najgorszym przypadku martwych oraz przypuszczalnie także w obrzydliwie mokrych snach niejednego gliniarza. Sawyer wiedział, że nie jest już tak anonimowy, jak jeszcze dziesięć lat temu, kiedy stawiał pierwsze kroki w tym zawodzie, a jego kartotekę znaczył jedynie . n i e w i n n y . ślad kilku lat pozbawienia wolności za napad i kradzieże. Że policjanci gonią go tak samo, jak goniły go nazwiska zdecydowanie gorsze niż cały wymiar sprawiedliwości obu kontynentów razem wziętych. I, co najważniejsze, że nic na niego nie mają, skoro wciąż chodzi jako wolny człowiek.
Mimo to unikał ich jak ognia, kiedy tylko mógł. Nie zawsze było to jednak możliwe.
Jak tej nocy.
Sawyer wyczuł obecność człowieka jeszcze zanim go zobaczył, kiedy zrobił pierwszy krok w deszczu po opuszczeniu baru po cichu tylnym wyjściem (prowadził go stary znajomy, który miał wystarczająco oleju w głowie, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań). I bynajmniej nie chodziło o zapach. Nie, raczej . o b e c n o ś ć . . Coś na poziomie prymitywnej intuicji bardziej niż zmysłów czy świadomego, logicznego rozumowania, coś instynktownego, odzywającego się krótkim skurczem żołądka, a reakcji z ciała nauczył się słuchać już dawno.
Jednak nie usłyszał jej, zanim się nie odezwała i nie zobaczył, zanim nie weszła w krąg światła; a nawet wtedy kontur jej sylwetki został niebezpiecznie zamazany w cieniu, pozostawiając ruch jej rąk jedynie w sferze domysłów dla przyzwyczajonych do barowego światła oczu Sawyera. Obie te rzeczy zrobiła jednak łaskawie szybko. A on spiął w odpowiedzi mięśnie i zmrużył oczy, odwracając się w jej stronę z pozornie leniwą nonszalancją. Poza tym pozostał bez ruchu. W pozycji, z której potrafiłby zaatakować, zanim serce wykona jeden pełny skurcz. O krok od drzwi, które zamknęły się za jego plecami na sekundę po tym, jak jej głos zniknął w deszczowej nocy sprawiającej, że cały świat wydawał się lepiej wygłuszony, a miasto cichsze niż zwykle.
Zatrzymał wzrok na jej twarzy i zmełł w zębach przekleństwo. . Z n a ł . j ą .
Niektóre rzeczy faktycznie się nie zmieniały.
A jednak patrząc wstecz, nic nie było takie samo.
— Gdybym tylko mógł się odwdzięczyć tą imponującą pamięcią co do nawyków i nazwisk — warknął sarkastycznie, chociaż ostatnie, na co miał teraz ochotę, to wymienianie się z tą kobietą uprzejmościami i przerzucanie nazwiskami. Gdzieś na peryferiach świadomości zamajaczyło nazwisko przypisane do twarzy otoczonej burzą loków, ale nie na tyle wyraźnie, żeby Sawyer mógł tę myśl złapać i nazwać. To było coś hiszpańskiego, coś przywodzącego na myśl Amerykę Łacińską. Hernández? Martínez? — Niestety mam przykry zwyczaj ignorowania tych detali, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi, których już nigdy w życiu nie chciałbym spotkać — dodał beznamiętnie, nie licząc rzecz jasna, że sama pogarda wystarczy, żeby się jej pozbyć.
Chociaż nie pamiętał jej nazwiska, ono miało w tym momencie znaczenie przynajmniej marginalne. Za to Sawyer zapamiętał rzeczy naprawdę istotne. Wspomnienia wiążące się niebezpiecznie z innym miastem i ludźmi, przed którymi miał się nie wychylać i którzy stanowili główny problem przyjęcia zlecenia Christophera Adlera w Toronto. I prosty, chociaż niezmiernie wkurwiający fakt, że była psem.
Jego czujność lekko przytępił wypity drink, ale nie na tyle, żeby pozbawić go odruchów. Potoczył szybkim, choć nie nerwowym spojrzeniem po okolicy, ale nie wyłapał żadnego ruchu innego człowieka. Co prawda nie znaczyło to jeszcze, że ich nie było, ale pierwsza obserwacja też miała znaczenie. Następna pojawiła się myśl, że nie mogła tu przecież przyjść sama. Nie drgnął mimo to, nie zrobił ani kroku w przód, ani się nie cofnął, ani tym bardziej nie odwrócił się, żeby odejść. A chociaż czuł, jak deszcz wdziera się pod kołnierz skórzanej kurtki, nie poprawił go ani nie schował rąk do kieszeni; wolał mieć pełną swobodę ruchu. Na wszelki wypadek.
— Coś jednak się zmienia, w twoim przypadku zadziwiająco na lepsze — rzucił. I chociaż przez ułamek sekundy te słowa mogły brzmieć na komplement, Sawyer zaraz ten miraż rozwiał: — Gdzie twój mundur?
Prawdziwe pytanie brzmiało inaczej: Czego chcesz?
Nie wątpił jednak, że i bez niego kobieta sama go zaraz oświeci. I że cokolwiek miała do powiedzenia, nie spodoba mu się to.
Pomyślał przelotnie ze znużeniem, że kłopoty o ładnych oczach same go znalazły, ba, że czekały na niego w mroku. Tyle że tym razem ich nie wybierał. I — co do tego miał kurewską pewność — te nie mogły się skończyć tak przyjemnie, jak jego ostatnie.

Beatriz Gonzalez
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Kącik jej ust zadrżał subtelnie w odpowiedzi. Nie mógł tego jednak zobaczyć. Wciąż stała zatopiona w mroku, a żarząca się końcówka papierosa była zbyt marnym źródłem światła, by wydobyć z ciemności coś więcej niż zarys jej sylwetki. Dym mieszał się z wilgotnym, nocnym powietrzem i szybko znikał w deszczu, który od dobrych kilku minut padał jednostajnie, ciężko, niemal bez przerwy. Krople uderzały o metalowe elementy zaplecza, blaszany daszek i stare kontenery, tworząc jednostajny szum, który z pozoru powinien zagłuszać wszystko. W praktyce tylko potęgował wrażenie, że znajdowali się gdzieś poza światem, w wąskim skrawku przestrzeni odciętym od ulicy, ludzi i wszystkich zasad, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydawały się oczywiste.
– Zawsze miałeś w y j ą t k o w o słabą pamięć do nazwisk.
Odgryzła się, choć tym razem ton jej głosu nie był już tak ostry. Zabrzmiał wyżej, bardziej zdradzając napięcie pod spokojnie wypowiedzianymi słowami.
Papieros miał pomóc.
Przynajmniej tak sobie wmawiała. Miał rozluźnić zaciśnięte mięśnie, uporządkować myśli, dać jej kilka minut tej znajomej iluzji, że wszystko wciąż znajduje się pod kontrolą. Że skoro jest w stanie stać spokojnie, palić papierosa i odpowiadać z ironią, to sytuacja rzeczywiście nie jest jeszcze tak zła.
Tyle że dym nie potrafił oszukać ani serca, ani sumienia.
Jej nonszalancja była tylko cienką warstwą, pod którą od kilku godzin wszystko zaczynało się gotować. Każda kolejna myśl przypominała kroplę wrzuconą na rozgrzaną patelnię. Syknęła i zniknęła, ale za chwilę pojawiała się następna.
Wright nie musiał o tym wiedzieć.
Nigdy nie była dobra w całkowitym ukrywaniu emocji ani zamiarów. Potrafiła kłamać wtedy, kiedy wymagała tego praca. Potrafiła przemilczeć rzeczy, które powinny zostać przemilczane. Potrafiła nawet przybrać odpowiednią minę, odpowiedni ton, odpowiednią wersję siebie.
Ale nie była Danielem. On potrafił zakopać prawdę tak głęboko, że człowiek przez lata mógłby żyć obok niej i nie domyślić się nawet, że coś leży pod ziemią. Jego tajemnice z czasem okazały się znacznie mroczniejsze właśnie dlatego, że tak długo pozostawały skrywane. W tamtym duecie Gonzalez zawsze grała tego dobrego glinę. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość coraz mniej pozwalała jej wierzyć, że podział na dobrych i złych rzeczywiście jest tak prosty.
– Och, już nie bądź taki. – Cmoknęła, a w słowach wciąż pobrzmiewał cień ironii. – Koniec końców nam się zawsze jakoś rozmawiało.
J a k o ś.
Słowo-klucz. Małe, wygodne i wystarczająco niejednoznaczne, żeby zmieścić w sobie wszystkie ich rozmowy – te niepotrzebne, te wymuszone, te, w których oboje jedynie badali grunt, oraz te, w których znacznie więcej zostało przemilczane, niż rzeczywiście wypowiedziane.
Nie można było powiedzieć, że rozmawiało im się dobrze. Nie można też było powiedzieć, że źle. Po prostu j a k o ś . Warto było jednak pamiętać, że Gonzalez zawsze wolała rozmawiać, podczas gdy Reed zdecydowanie lepiej czuł się wtedy, gdy rozmowa się kończyła, a zaczynały rękoczyny. Ironia losu polegała na tym, że człowiek porywczy i gwałtowny prywatnie potrafił być zadziwiająco skryty, natomiast to Betty, zwykle trzymająca się procedur i rozsądku, bywała znacznie bardziej porywcza, niż ktokolwiek miał okazję się przekonać.
Tak jak teraz. Teraz wcale nie przypominała kobiety, która przyszła tutaj z dokładnie przemyślanym planem. Bardziej przypominała kogoś, kto zorientował się, że siedzi w garnku znacznie dłużej, niż powinien, a woda zaczęła robić się naprawdę ciepła.
Jeszcze nie wrzała. Ale niewiele jej brakowało.
Kolejne kroki wyprowadziły ją z cienia i pozwoliły wreszcie przypisać głos oraz zarys sylwetki do konkretnej twarzy. Mokra noc przestawała ukrywać szczegóły. Słabe światło padające zza drzwi zaplecza odbijało się na mokrym chodniku i połyskujących kałużach, rozbijając mrok na krótkie, blade smugi. Deszcz osiadał na jej kurtce, na włosach, na rzęsach. Czuła pojedyncze krople spływające po karku, chłodne i nieprzyjemne, ale prawie ich nie zauważała.
Wyłapała moment, w którym Wright zaczął się rozglądać. Nieufność pojawiła się na jego twarzy niemal od razu. Nie mogła mu się dziwić. Byli z zupełnie różnych światów. Tam, gdzie pojawiał się glina, prędzej czy później pojawiały się również problemy. Zwykle nieproszone. Jej obecność nie sugerowała wprawdzie obławy, ale wcale nie oznaczała, że kłopotów nie było.
Wręcz przeciwnie. Westchnęła ciężko. Pstryknęła papierosem, posyłając niedopałek przed siebie. Żar przeciął na moment ciemność, po czym zniknął wśród mokrego betonu. Przydeptała go podeszwą buta, rozmazując resztki popiołu po wilgotnej nawierzchni.
– Jestem s a m a – odpowiedziała na niezadane pytanie. Albo raczej na to, które wyczytała z jego spojrzenia.
Wzruszyła ramionami i próbowała nadać temu wszystkiemu lekkości. Nie wychodziło jej. Schowała więc dłonie głęboko do kieszeni, rozchylając nieznacznie kurtkę.
Gdzie twój mundur?
Tam, gdzie zostawiła również resztki dumy, kiedy ruszyła po metody, po które jeszcze niedawno przysięgałaby, że nigdy nie sięgnie. Ironia polegała na tym, że nawet teraz nie uważała się za kogoś, kto porzucił swoje zasady.
Jeszcze nie.
Po prostu coraz trudniej było ich przestrzegać, kiedy rzeczywistość konsekwentnie udowadniała jej, że sama uczciwość nie zawsze wystarcza. Życie miało brzydki zwyczaj weryfikowania ideałów dokładnie wtedy, kiedy człowiek najbardziej chciał przy nich pozostać. Dosięgało jej niesprawiedliwością, a potem oczekiwało, że nadal będzie zachowywać się tak, jakby świat był miejscem, w którym wszystko można załatwić właściwą drogą.
– Jestem tu prywatnie. – powtórzyła, choć nie tymi samymi słowami. – Podsłuchu też nie mam, chcesz sprawdzić?
Kącik ust znów uniósł się lekko. Ironia była prostsza. Ironia nie wymagała przyznania się, że tak naprawdę od kilku minut sama nie wie, co powiedzieć. Wsadziła ręce jeszcze głębiej do kieszeni i spojrzała na Wrighta swoimi czekoladowymi oczami.
Tym razem grymas zniknął. Pozostała jedynie powaga. Pokręciła głową, jakby próbowała jeszcze raz przemówić samej sobie do rozsądku. Jakby gdzieś po drodze wciąż istniała możliwość, że odwróci się, odejdzie i wróci do swojego świata, w którym problemy rozwiązywało się inaczej.
Przez moment naprawdę miała ochotę to zrobić. Bo jak do tego doszło? Jakim sposobem znalazła się w miejscu, w którym musiała prosić o pomoc człowieka, który brał pieniądze za wykonywanie zleceń? Któremu kiedyś upiekło się tylko dlatego, że sprzedał im kilka informacji? Którego sama najchętniej wsadziłaby za kratki, gdyby tylko dostała wystarczająco dużo powodów i możliwości?
A teraz stała tutaj. W deszczu. Bez munduru. Bez odznaki. Bez poczucia, że wciąż znajduje się po właściwej stronie granicy. I miała mu zaoferować coś, co można było określić mianem wzajemnej pomocy, choć nawet ona wiedziała, że to określenie jest wyjątkowo elegancką nazwą dla sytuacji, w której obie strony mają coś do stracenia.
Właściwie musiała uciec się do małego szantażu. I chyba właśnie to uwierało ją najbardziej. Nie dlatego, że Wright na niego nie zasługiwał. Nie dlatego, że miała wobec niego jakieś szczególne wyrzuty sumienia. Tylko dlatego, że pierwszy raz od dawna miała świadomość, iż przekracza granicę nie dlatego, że ktoś ją do tego zmusił, ale dlatego, że sama zdecydowała, że tym razem cel jest ważniejszy niż metoda.
To była dokładnie ta logika, której nauczył ją Daniel, choć nigdy nie chciała się od niego niczego nauczyć. I nagle zdała sobie sprawę, że najbardziej przerażało ją nie to, że może przegrać. Przerażało ją to, że żeby wygrać, zaczynała przypominać ludzi, z którymi przez lata walczyła.
Deszcz spływał po jej włosach, ciężkich od wilgoci. Ciemne loki przyklejały się do skroni i policzków, poruszając się ciężko przy każdym obrocie głowy. Kiedy odwróciła twarz, pojedynczy kosmyk osiadł jej na policzku. Odkleiła go powoli, wsuwając za ucho.
– Kurwa... Nie wierzę, że o to proszę... – słowa wydostały się niemal szeptem, bardziej do niej samej niż do niego. Prychnęła cicho i na moment przekręciła twarz w bok.
Spojrzenie zatrzymało się na ciemnej ścianie połyskującej od deszczu i słabego światła znad drzwi zaplecza. Woda zbierała się na nierównej powierzchni, spływając cienkimi strużkami ku ziemi. Całe otoczenie było szare, mokre i zimne, a jednak gdzieś głębiej czuła nieprzyjemne ciepło.
Jakby ten przeklęty garnek rzeczywiście stał już na ogniu.
Półmrok układał się na jej twarzy, uwydatniając dołeczki w policzkach, lekko zadarty nos i mocno zaciśniętą szczękę. Mięśnie przy żuchwie pracowały niemal niezauważalnie, ilekroć próbowała powstrzymać kolejną falę wątpliwości.
W końcu odwróciła się z powrotem. Spojrzała na niego już bez ironii. Bez tej cienkiej warstwy luzu, która wcześniej pozwalała jej udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Teraz nie było już sensu.
– Mam problem, Wright.
Powiedziała to powoli, spokojnie, ważąc każde słowo, jakby każde kolejne było cięższe od poprzedniego. Jakby musiała je najpierw przełknąć, zanim pozwoliła mu opaść pomiędzy nich. Smakowały goryczą.
– I, gratulacje, padło na ciebie.
Krótka pauza. Deszcz nadal uderzał o blaszany dach. Gdzieś dalej przejechał samochód, rozcinając noc smugą świateł, która na moment przemknęła po mokrym asfalcie i zaraz zniknęła.
– Pomożesz mi się z nim uporać.
Zuchwałe? Być może. Bezczelne? Prawdopodobnie. Ale była pod ścianą. I coraz wyraźniej czuła, że jeśli teraz nie zrobi czegoś, czego sama nigdy nie wyobrażała sobie zrobić, za chwilę nie będzie już żadnego wyboru.
Tylko wrzątek.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ze znajomym mrowieniem — czujności, nie strachu — pod skórą Sawyer rozważył myśl przecinającą umysł jak błyskawica; czy ktoś w ciemności celuje mu właśnie potylicę? Czy niewielki punkt lasera przesuwa się po moknącym materiale skórzanej kurtki, wymierzając odległość od drugiego chrząstkozrostu mostkowego do piątej przestrzeni międzyżebrowej, szukając czystego strzału? A może niżej, znajduje miejsce na udzie, w miejscu, w którym kula złamie trzon kości udowej, żeby uniemożliwić mu ucieczkę, ale nie rozmowę?
Sawyer nigdy nie dotarł w swojej edukacyjnej karierze do tej klasy, w której uczono anatomii człowieka — a jednak w nietypowych okolicznościach poznał układ kostny, mięśniowy i rozkład organów w ciele człowieka lepiej niż niejeden lekarz. A lepiej niż każdy z nich wiedział, jak . u s z k o d z i ć . wszystkie powyższe.
Teraz jednak był to tylko odruch, myśl szybsza niż mgnienie oka, wypracowany przez lata instynkt, którego nie starał się tępić. Dlatego nie spojrzał w dół, żeby się przekonać, że nie ma tam ślizgającej się po ubraniach kropki. Nie zamierzał — nie chciał — odwracać wzroku od kobiety, która stała tu z całą pewnością, żeby szukać widma zagrożenia, które być może w ogóle nie istniało. Bo miała mundur czy nie, ta kobieta wciąż była w jego oczach psem. A z psami zawsze było łatwiej, przynajmniej pod pewnymi względami:
Działali zgodnie z jasno określonymi zasadami, trzymając się procedur, które ironicznie wiązały im ręce w nadgarstkach skuteczniej niż kajdanki noszone przy pasie.
Dlatego tak łatwo było z nimi . w y g r a ć . . Zwłaszcza, kiedy było się przyzwyczajonym do grania z większymi drapieżnikami, których nie wiązało nic; ani moralność, ani zasady, ani procedury. Dla których jedynym bogiem był czysty zysk, a ciała pozostawione za plecami — odpadem i co najwyżej bólem głowy dla ludzi pokroju kobiety stojącej przed nim.
Sawyer zignorował jej ironiczny komentarz, jakby ten nigdy nie padł, skupiając się na jej ruchach bardziej niż na pustych słowach. Żarzący się przy jej ustach papieros przyciągnął wzrok tylko na chwilę, zanim zorientował się, że poświęca mu zbyt wiele uwagi. Zmrużył oczy, chociaż nawet to nie mogło mu pomóc w przeskoczeniu bariery źrenic wciąż przyzwyczajonych do jasnych, barowych świateł, nikogo więcej jednak nie widział. Wydawało się niemal niemożliwe, żeby przegapił obecność innego człowieka w ciemności za jej plecami, nawet jeśli deszcz skutecznie utrudniał obserwację.
To ona wykonała pierwszy ruch — albo drugi, jeśli pierwszym było czekanie na niego w miejscu, w którym spodziewała się go zastać samego — i wyszła w światło lampy przy zapleczu, jakie oświetlało go od początku. Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce i zatrzymał go na twarzy akurat w momencie, w którym znów się odezwała.
S a m a ?
Przyszła sama?
Nie uwierzył jej, rzecz jasna — bo nie wierzył, żeby jakiś pies mógł być tak naiwny ani tak odważny — a na jego twarzy odmalował się wyraz pogardy, bardziej jak cień rzucony przez lampę za jego plecami niż faktyczny grymas. Kiedy kobieta schowała ręce do kieszeni kurtki, jego wzrok automatycznie wślizgnął się pod wierzchni materiał i przesunął w miejsce przy pasku na biodrze, tam, gdzie policjanci zwykli przypinać kaburę. Z tego miejsca nie mógł dostrzec, czy faktycznie tam jest.
— Sama. Jasne — warknął, wracając wzrokiem do jej twarzy. Odważna, naiwna czy wiedziała coś, o czym on nie wiedział? — W takim razie mam nadzieję, że jesteś przynajmniej uzbrojona. — Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy z tymi słowami, był łatwy do przeoczenia. A jednak w jakiś sposób zmieniał jej wyraz całkowicie. — Doświadczenie mi mówi, że żadne miasto nie jest bezpieczne po zmroku dla samotnych kobiet. Nawet Toronto.
Szczególnie Toronto, jeśli on był akurat w mieście.
Po co go szukała? To pytanie nie przestawało tłuc się we wnętrzu czaszki, a wypity alkohol nie ułatwiał koncentracji; Sawyer zaczynał prawie żałować, że w ogóle go dotknął, bo chociaż była to tylko jedna szklanka, i tak wyraźnie czuł jej wpływ. Koncentrację rozpraszającą się łatwiej niż zwykle i swoje lekko opóźnione reakcje. Lekko, jednak wystarczająco w świecie, w którym o przeżyciu mogły decydować milisekundy i pierwszy odruch.
Prychnął na dźwięk jej ironicznego komentarza i wolno pokręcił głową na boki w wyrazie niedowierzania. Ugryzł się jednak w język i puścił go mimo uszu. Póki co.
Pytanie wciąż odbijało się echem, a on wreszcie poczuł subtelną zmianę ciężaru w układzie między nimi, na moment przed tym, jak znów się odezwała; wtedy, kiedy odwróciła spojrzenie i przesunęła palcami po niesfornym kosmyku włosów. To nie było nic konkretnego, tylko intuicja, która odezwała się skurczem w żołądku. Nie pośpieszał jej jednak. Stał cierpliwie, nieruchomo, samemu nie odrywając spojrzenia od jej profilu nawet na ułamek sekundy, żeby niczego nie przeoczyć. A kiedy kobieta wreszcie się odezwała, Sawyer się nie zaśmiał. Nie parsknął. Nie drgnął nawet i to nie z wątpliwej jakości szacunku do kogoś, kto kiedyś łaskawie spróbował się z nim dogadać, zamiast wymachiwać bronią i prężyć mięśnie w śmiesznej nadziei, że go tym przestraszy i skłoni do gadania. Chociaż to i tak było więcej, niż mógł powiedzieć o większości policjantów, z którymi miał kiedykolwiek do czynienia.
Chociaż miał kurewską ochotę się zaśmiać.
I odejść.
Nie zrobił tego tylko dlatego, że kiedy ponownie na niego spojrzała, w jej oczach nie było ani rozbawienia, ani ironii, ani nawet kpiny czy pogardy. Nie było w nim nic poza powagą — a przynajmniej nic, co mógłby dostrzec w kiepskim świetle, które padało na jej twarz pod kątem, wydobywając z niej więcej charakteru i ostrych konturów, niż ich Sawyer zapamiętał z ostatniego spotkania. Zacisnął dłonie w pięści, wolno, niemal leniwie i nonszalancko — gdyby nie jasny przekaz tego gestu — a później równie niespiesznie je rozprostował, zanim pozwolił im się rozluźnić i opaść palcom swobodnie ku mokremu asfaltowi.
Kiedy już mogło zacząć się wydawać, że Sawyer nic nie odpowie na jej dziwne wyznanie, czy raczej przynajmniej nieodpowiedni rozkaz w stosunku do okoliczności — w jego mniemaniu nie miała środków nacisku, żeby dyktować warunki — wreszcie mężczyzna drgnął. Zrobił krok w jej stronę, a światło lampy rozlało się ostrzej po jego profilu, kiedy się zbliżył. Zatrzymując się, przeniósł ciężar ciała mocniej na wiodącą nogę.
— Nie słyszałem żadnej prośby — oznajmił lodowato.
Ponownie zacisnął pięści, jakby rozgrzewał palce zziębniętych i przemoczonych dłoni. Chłód jednak był wyjątkowo jego sojusznikiem; pomagał chociaż częściowo pozbyć się lepkiego wrażenia sennego rozluźnienia, którym kłamliwie karmił wypity alkohol.
To nie było Hernández. Gonzalez.
— I nie sądzę, żebym miał ci w czymkolwiek pomóc, nawet gdybym chciał — dodał lekceważąco, przechylając głowę w bok, aż przyjemnie chrupnęło mu w szyi. — A uwierz mi, że za chuja nie chcę. Mam wyjebane na twoje problemy, Gonzalez.
Zrobił jeszcze jeden krok i chociaż dzielący ich dystans wciąż był większy niż na wyciągnięcie ręki, chociaż oboje mieli pełną swobodę ruchu, i tak nabrał realnego ciężaru groźby. Sawyer rozwiązywał problemy za pieniądze, to prawda. Dało się go kupić i puścić tropem ofiary jak wściekłego psa, również prawda. Nigdy jednak, za żadne pieniądze, nie przyjąłby zlecenia od kogoś z organów ścigania.
Zresztą naprawdę nie sądził, żeby pod tymi uroczymi lokami i za ciemnymi tęczówkami zdeterminowanego wzroku w ogóle mogła pojawić się myśl o tym, żeby mu . z a p ł a c i ć . za pomoc.
— Przyjście tutaj było głupim pomysłem — rzucił, mrużąc nieznacznie oczy i nie odrywając spojrzenia od jej twarzy. — I głupio było zakładać, że pomogę ci w tym, cokolwiek wydawało ci się, że osiągniesz, czekając na mnie. Więc może zrób tego wieczoru przynajmniej jedną mądrą rzecz i wracaj do domu, zanim miasto przypomni sobie, jak bardzo lubi samotne policjantki w cywilu — wycedził niskim, cichym głosem.
Była wtedy z . k o l e g ą , . ale jego nazwisko zniknęło w jego pamięci zupełnie pod warstwą spostrzeżeń, jakie zachowały się na jego temat. Teraz było to przynajmniej nieistotne — jedyna opcja, w której drugi pies, ten bardziej narwany, mógłby go zainteresować, zakładała, że siedzi na jakimś balkonie ze snajperką.
Ale w końcu to też był tylko pies. Dlatego Sawyer zaryzykował; jego dusza hazardzisty potrzebowała minimum adrenaliny, żeby się zadowolić, a ta decyzja pozwoliła ją nakarmić chociaż częściowo:
Odwrócił się niespiesznie na wiodącej nodze plecami do niej, wcisnął ręce w kieszenie kurtki i ruszył przed siebie, żeby odejść.

Beatriz Gonzalez
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Peel Regional Police Headquarters, Mississauga, 2022 rok

Ekspres do kawy stojący wciśnięty w róg pomieszczenia, na starej szafce obok kserokopiarki, ledwo wypluwał z siebie ciemną ciecz, która w swoim pierwotnym założeniu przypominać miała kawę. Ciemna, wodnista lura spływała do papierowego kubka cienkim strumieniem, a każdy kolejny odgłos pracy urządzenia wywoływał ten sam suchy pomruk, jakby ekspres sam miał dość ludzi, dla których przez całą noc musiał być jedyną rzeczą utrzymującą ich przy życiu.
W tle pracowała kserokopiarka. Co kilka chwil pikała krótko, mechanicznie, sygnalizując zakończenie kolejnej strony. Potem następował szelest papieru, przesunięcie kartki, otwarcie szuflady i kolejna porcja dokumentów trafiała na rosnącą stertę. Szum przekładanych arkuszy mieszał się z ciężkimi westchnieniami, ziewnięciami tłumionymi w dłonie i tym charakterystycznym pomrukiem ludzi, którzy zbyt długo byli na nogach, by nadal udawać, że jeszcze funkcjonują normalnie.
Korytarzem co jakiś czas niosły się cięższe kroki. Buty uderzały o posadzkę równym rytmem, a plastikowe elementy wyposażenia ocierały się o odznaki, pasy i kabury. Wszystko rozchodziło się głuchym echem po budynku, sygnalizując nadejście kolejnego funkcjonariusza albo kogoś, kto jeszcze nie skończył swojej nocnej zmiany, choć jego twarz od dawna sugerowała, że najchętniej skończyłby ją kilka godzin wcześniej. Biurowy gwar po całonocnym dyżurze miał w sobie coś osobliwego. Nie był głośny. Był ciężki. Każdy dźwięk wydawał się bardziej wyraźny, bo wszyscy byli już zbyt zmęczeni, żeby go ignorować.
Na środku pomieszczenia stały cztery biurka zsunięte ze sobą tak, by stworzyć jeden duży, prostokątny blat. Taki układ powstał zapewne z konieczności, a z czasem zaczął przypominać improwizowane centrum dowodzenia. Dokumenty leżały wszędzie. Jedne były uporządkowane w stosach, inne rozrzucone bez ładu, jeszcze inne ktoś wcześniej podkreślił, zaznaczył albo opisał na marginesach. Kubki po kawie stały obok notatek. Długopisy walały się pomiędzy fotografiami. Na części kartek widniały godziny, nazwiska i numery telefonów, które kilka godzin wcześniej miały jeszcze znaczenie, a teraz zaczynały zlewać się ludziom przed oczami w jedną wielką, pozbawioną sensu plątaninę cyfr.
Pośrodku tego wszystkiego, z głową schowaną między ramionami i opartą na blacie, znajdowała się męska sylwetka. Ramiona i klatka piersiowa unosiły się równomiernie, choć płytko. Spał. A przynajmniej próbował, bo trudno było powiedzieć, czy organizm rzeczywiście odpoczywał, czy tylko na kilka minut wyłączył człowieka, który od dawna przestał dostarczać mu odpowiednią ilość snu.
Jimmy Pott stał przy kserokopiarce i siorbał zawartość kubka, na którym widniał napis shit happens. Niewiele mogło lepiej podsumować ich ostatnie dni. Wyciągnął kolejną kartkę, spojrzał na nią bez większego zainteresowania i dołożył do sterty stojącej obok. Nawet nie zamierzał zwracać uwagi Stevowi, że powinien się już ogarnąć. W tej chwili każdy miał większy problem niż facet, który zasnął na środku biura.
Wszyscy byli wkurwieni. I wszyscy byli zmęczeni. Najgorsze było jednak to, że nie zmęczyli się pracą, która przynosiła efekty. Zmęczyli się staniem w miejscu.
W rogu pomieszczenia osobno ustawiono niewielki stolik, na którym stało urządzenie wciąż migające pojedynczym światłem. Bob siedział przy nim w słuchawkach, lekko pochylony nad blatem. Właśnie wyprostował plecy i przeciągnął się tak mocno, że chrupnięcie kilku stawów rozeszło się po pomieszczeniu zaskakująco głośno. Skrzywił twarz, jakby sam dźwięk uświadomił mu, ile godzin spędził skulony nad sprzętem.
Całą noc spędzili na słuchaniu i układaniu papierów z tego, co udało się im uzbierać. Fragmentów rozmów. Nazwisk. Numerów. Powiązań. Pustych miejsc, które próbowali wypełnić. Strzępów informacji, które osobno nie znaczyły praktycznie nic, ale zestawione razem zaczynały tworzyć kontury czegoś większego.
Duży Lemmy wciąż jednak pozostawał poza ich zasięgiem. Nie mieli jego zdjęć. Nie wiedzieli, gdzie dokładnie przebywał. Nie wiedzieli, jak się do niego dostać ani kto tak naprawdę znajdował się na jego najbliższym szczeblu. Mieli pseudonim, który w podsłuchach padł już kilka razy, i nic, co pozwoliłoby pewnie przypisać mu konkretną twarz.
Wciąż krążyli wokół płotek. Ale przynajmniej zaczęli je rozpoznawać. Nauczyli się rozpoznawać Sida. Ten charakterystycznie przeciągał samogłoski, jakby każde zdanie musiało mieć kilka sekund więcej, niż wymagało tego jego znaczenie. Potrafili już wyłapać go po głosie, zanim jeszcze padło jego imię. Rozpoznawali Diddy’ego. Ten mówił szybko, czasem tak szybko, że słowa niemal zlewały mu się ze sobą, a przekleństwa traktował jak przecinki. Ostatnio dotarli również do Łasicy. Ją było chyba najłatwiej odróżnić od reszty, bo była jedyną kobietą, która regularnie rozmawiała z Sidem i Diddym.
Małe rzeczy. Prawie żadne. A jednak przez ostatnie tygodnie każde nazwisko, każdy głos i każdy numer zaczynały być dla nich kolejnym kawałkiem układanki. Problem w tym, że układanka nadal nie miała najważniejszego elementu. Chłopaki gadali ze sobą. Byli obserwowani. Czasami udawało się ich uchwycić na zdjęciach, czasami kamera złapała samochód, czasami numer rejestracyjny. Na ich tablicy przybywało twarzy. Fotografie zaczynały zasłaniać kolejne fragmenty korkowej powierzchni. Przy niektórych nazwiskach pojawiały się dodatkowe kartki, strzałki i notatki. Jedne połączenia prowadziły donikąd. Inne kończyły się kolejną ślepą uliczką. Wciąż jednak brakowało najważniejszego. Nie wiedzieli, który jest kim.
Frustracja rosła z każdym kolejnym dniem. Morgan i White siedzieli drugi dzień w wozie, próbując robić zdjęcia i nie zasnąć za kierownicą. Steve spał właśnie na środku biura, jakby jego organizm postanowił zwyczajnie wyłączyć się bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Pott stał przy kserokopiarce, siorbiąc tę przeklętą kawę i zastanawiając się, po jakiego chuja właściwie zarywali kolejną noc, skoro rano znowu mieli mieć dokładnie tyle samo odpowiedzi, co wieczorem.
Liczył przynajmniej na młodą parkę. Może Gonzalez i Reed zdołali wyciągnąć coś z Wrighta. O nim również w końcu udało się zdobyć trochę informacji, choć mężczyzna nie należał do tych, którzy chętnie dzielili się czymkolwiek, co mogłoby zaszkodzić jego własnej skórze.
Pott musiał przyznać, choć całkiem niechętnie, że Gonzalez i Reed radzili sobie całkiem nieźle. Nadal nie rozumiał, jakim cudem ta dwójka w ogóle potrafiła pracować razem. Żarli się ze sobą jak pies z kotem. Nie było praktycznie dnia, żeby nie rzucili sobie jakiejś uwagi, nie podważyli swoich decyzji albo nie doprowadzili drugiego do szału. A jednak, kiedy przychodziło do roboty, coś w tym ich absurdalnym duecie działało.
Mała, kręconowłosa złośnica, której burzę włosów często widziało się pierwszą, zanim jeszcze zauważyło się resztę sylwetki, mówiła szybko, zdecydowanie i z irytującą tendencją do przypominania każdemu w promieniu kilku metrów, że coś jest niezgodne z protokołem. Pott był przekonany, że gdyby dostała kiedyś mandat za brak zachowania regulaminowej odległości od hydrantu, zrobiłaby z tego trzygodzinną dyskusję o błędach proceduralnych. Wkurwiała go niemiłosiernie. Musiał jednak przyznać, że dobrze łączyła kropki. Co więcej, paradoksalnie bywała bardziej skłonna do dogadania się z ludźmi, niż jej bucowaty partner.
Daniel Reed miał natomiast tę irytującą cechę człowieka, który sprawiał wrażenie, jakby każdą rozmowę traktował jak pojedynek, którego nie zamierzał przegrać. Nawet kiedy nie miał racji, potrafił wyglądać, jakby to świat musiał się nad tym zastanowić, a nie on.
W Wigilię Steve omal nie wybił Reedowi zębów za kilka sprośnych komentarzy rzuconych w kierunku tyłka jego żony. Prawda była taka, że Steve miał pełne prawo chcieć go udusić. Pott też posłałby komuś kilka soczystych słów, gdyby jakiś żigolo zaczął obrażać jego żonę. Tamtego wieczoru napięcie wisiało w powietrzu jak kabel pod napięciem, wystarczyło tylko dotknąć.
Pott pamiętał to dobrze. Nie spodziewał się po ich małej, półkrwistej Hiszpance, że zdoła wskoczyć bez strachu między dwóch facetów, którzy w tamtej chwili mieli znacznie więcej masy i adrenaliny niż ona. Mogła oberwać przypadkiem. Mogła dostać w twarz, zanim którykolwiek z nich zdążył się opamiętać. A jednak weszła tam bez wahania. Może właśnie dlatego, mimo całej tej irytującej energii, Pott zaczął traktować ją trochę inaczej. Nie musiał jej lubić. Wystarczyło, że ją szanował.
Nagłe trzaśnięcie drzwiami w korytarzu i energiczne kroki sprawiły, że uniósł głowę. Znał ten rytm. Ktoś szedł szybko. Zdecydowanie za szybko, jak na człowieka, który właśnie skończył spokojną rozmowę. Pott odruchowo spojrzał w kierunku wejścia. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć, w drzwiach pojawiła się parka. Jakby przyciągnął ich własnymi myślami.
Pott wyprostował się, kiwnął głową i poprawił szelki.
– I co?
Reed odpowiedział mu w swoim stylu. Rzucił dokumentami na blat tak zdecydowanie, że część kartek przesunęła się po powierzchni i zsunęła na sam brzeg. Huk wystarczył, żeby śpiący Steve poderwał głowę. Kartka papieru, która przykleiła mu się wcześniej do czoła, odkleiła się przy tym gwałtownym ruchu i opadła na blat.
Steve zamrugał kilka razy, zupełnie nieprzytomny, rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem skrzywił się, kiedy jako jedną z pierwszych rzeczy po przebudzeniu zobaczył twarz Daniela.
– Trochę to trwało, ale... – zaczęła Beatriz, kierując się w stronę dzbanka z lurą, która od jakiegoś czasu stała na podgrzewaczu.
– … Wright wydał nam miejsce spotkania wymiany – wtrącił się jej Daniel.
Głośno odsunął krzesło naprzeciwko Steva i opadł na nie ciężko. Po chwili założył nogę na blat i rozsiadł się wygodnie, jakby nie przyszedł właśnie do zmęczonego zespołu z potencjalnie ważną informacją, tylko właśnie wrócił z odbierania orderu za zasługi.
Betty spiorunowała go wzrokiem. Pott westchnął.
– Tylko tyle?
Nie potrafił ukryć rozczarowania. Tyle czasu spędzili na maglowaniu Wrighta. Godziny pytań, naciskania, wracania do tych samych tematów, sprawdzania, gdzie kłamie, gdzie zaczyna się gubić, a gdzie najpewniej mówi prawdę.
A ostatecznie mieli dostać tylko informację o spotkaniu kilku płotek. Pott nawet nie liczył, że pojawi się tam ktoś wyżej niż Diddy czy Sid.
– Lepsze coś niż nic – odparła Betty. Sięgnęła po papierowy kubek z ciemną cieczą i przez chwilę przyglądała się jej, jakby zastanawiała się, czy organizm naprawdę aż tak bardzo potrzebuje kofeiny, by zaakceptować coś, co miało smakować jak kawa. – Jeśli na gorącym uczynku złapiemy chociaż płotkę, zawsze istnieje szansa, że zgodzi się pójść na współpracę.
– Pod warunkiem, że Wright nas nie wychujał i rzucił adresem na odczepkę.
Daniel odchylił się na jednej nóżce krzesła, balansując przez chwilę niebezpiecznie, i obserwował na przemian Gonzalez i grubego Jimmy’ego. Cmoknął pod nosem.
– Bądź dobrej myśli, Pott. Jak Betty. – Sarkazm był tak wyraźny, że nie trzeba było go nawet dopowiadać.
Gonzalez prychnęła tylko głośno, ale nie powiedziała nic więcej. Uchyliła kubek, chcąc wypić cokolwiek, co postawi ją na nogi, ale ledwie płyn dotknął jej języka, skrzywiła się mocno. Kwaśny smak natychmiast rozlał się po ustach.
Pott spojrzał na nią z politowaniem.
– Dobra?
Betty spojrzała na niego spode łba.
– Mhm.
Nie była dobra. Żadne z nich nie było.


aktualnie

W takim razie mam nadzieję, że jesteś przynajmniej uzbrojona.
Troska? Czy zwykła próba sprawdzenia, czy faktycznie miała przy sobie broń? Nie miało to znaczenia. Nie odpowiedziała. Przestąpiła tylko z nogi na nogę, czując, jak wilgoć wciska się pod ubranie, a chłodne powietrze osiada na skórze. Oczywiście, że była uzbrojona. Nie przyszłaby tutaj bez broni. Nie w takich okolicznościach.
W podobnych momentach broń nie dawała jej jednak tego komfortu, który powinna. Była raczej przypomnieniem, że sytuacja, w której się znalazła, nie należała do normalnych. Że nie przyszła tu jako policjantka wykonująca zadanie, z partnerem obok i wsparciem kilka minut dalej. Przyszła sama.
Wiedziała, jak się bronić. Znała chwyty, znała podstawowe zasady, wiedziała, jak wykorzystać przewagę zaskoczenia. Wiedziała również, że szkolenie nie czyniło człowieka nieśmiertelnym. Nie miałaby większych szans z przeciwnikiem znacznie większym od siebie. Tym bardziej nie z grupą. Doskonale wiedziała, w jakim miejscu się kręciła. To były te zakamarki miasta, w których po zmroku zmieniały się zasady. Miejsca, w których znacznie łatwiej było natknąć się na ćpuna, który desperacko potrzebował pieniędzy na kolejną działkę, niż na kogoś, kto zwyczajnie wracał do domu. Miejsca, gdzie samotna kobieta mogła zostać uznana za łatwy cel, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył zauważyć odznakę.
Mogła spotkać kogoś, kto chciał ją obrabować. Mogła trafić na grupę, której członkowie uznaliby, że nadarzająca się okazja jest zbyt dobra, by ją zmarnować. Ba – sam Wright stanowił zagrożenie. Był niebezpiecznym człowiekiem. Nie takim, którego niebezpieczeństwo było widoczne na pierwszy rzut oka. Właśnie przeciwnie. Wright należał do tych ludzi, przy których człowiek zaczynał uważać na każdy gest, każde słowo i każdy krok, bo nigdy nie wiedział, w którym momencie druga osoba przestanie udawać, że rozmawia.
Bez większego problemu mógłby ją poskładać, gdyby tylko chciał. Nie lekceważyła go. Odznaka wcale jej nie chroniła. Nie tutaj. Nie teraz. Nie w chwili, kiedy sama pchała się w paszczę nocy, licząc, że ta paszcza nie zdecyduje się zacisnąć zębów. Ryzykowała. I doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie przemyślała dokładnie planu. Właściwie trudno było nawet nazwać to planem. Był to impuls obudowany kilkoma argumentami, potrzeba działania, która pojawiła się szybciej niż rozsądek. Nie wiedziała, jakie faktyczne miała możliwości. Nie wiedziała, ile była w stanie ugrać.
Wiedziała tylko, że musiała zrobić coś, zanim zrobi to ktoś inny. Chciała odnaleźć Daniela. Nie. M u s i a ł a go odnaleźć. Zanim on odnajdzie ją. Wiedział, że była w Toronto. To samo w sobie stanowiło już problem. Nie musiał wiedzieć, gdzie mieszkała, żeby któregoś dnia pojawić się pod jej pracą. Oczywiście ryzykowałby wiele, zważywszy na fakt, że był poszukiwany, i przy odrobinie pecha wpadłby prosto w ręce władz.
Ale Daniel nigdy nie należał do ludzi, którzy pozostawiali wszystko przypadkowi. Nie wiedział, gdzie mieszkała. Jeszcze. Tyle że skoro układał się z półświatkiem, znalezienie kogoś, kto za odpowiednią cenę zdobyłby jej adres, nie byłoby szczególnie trudne. Nie chciała czekać, aż ktoś zapuka do jej drzwi. Nie chciała obudzić się w środku nocy z lufą przy skroni i świadomością, że spóźniła się o jeden krok.
Niby znała Daniela tyle czasu. A jednak teraz okazywało się, że nie miała pojęcia, jak zachowa się, kiedy ją zobaczy. Przerabiała w głowie każdy możliwy scenariusz. Smutek. Żal. Wściekłość. Złość. Poczucie zdrady. Może przede wszystkim zdrada. Nie powiedziała mu, że policja przygotowywała nalot. Wiedziała. Mogła ostrzec. Nie zrobiła tego. Zamiast wyciągnąć rękę, pozwoliła, by system wykonał swoją pracę. Pozwoliła, żeby Daniel poniósł konsekwencje. Skazała go na półtora roku więzienia – i choć wiedziała, że przy tym wszystkim nie była jedyną osobą odpowiedzialną za jego wybory, jej własne sumienie nie interesowało się szczegółami.
Może kiedy ją zobaczy, będzie chciał się dowiedzieć, dlaczego. Może będzie chciał wyrównać rachunki. Może spojrzy na nią dokładnie tak, jak Wright patrzył na nią teraz – jak na kogoś, kto przekroczył granicę, której nie dało się już cofnąć. Dlatego potrzebowała być pierwsza. Co zrobi, gdy już go odnajdzie, nadal nie wiedziała. Łapała się każdej okazji. Każdego śladu. Każdego człowieka, który mógłby powiedzieć jej choć odrobinę więcej albo nakierować na dobrą ścieżkę.
I choć wewnątrz paliło ją poczucie zdrady – poczucie, że robi wszystko niezgodnie ze sobą, że zaczyna poruszać się po granicy między prawem a tym, co właściwe, że coraz częściej przestaje rozumieć, gdzie jedno kończy się, a zaczyna drugie – doszła do wniosku, że musi spróbować. Choćby ten jeden raz.
Mam wyjebane w twoje problemy, Gonzalez.
Słowa Wrighta wciąż brzmiały jej w głowie. Nie cofnęła się, kiedy zrobił krok w jej stronę. Nawet jeśli gdzieś głęboko, pod żebrami, czuła to czysto ludzkie drżenie związane z poczuciem zagrożenia, starała się stać nieruchomo. Bezruch był teraz jedyną rzeczą, nad którą miała jakąkolwiek kontrolę.
Skupiona. Czujna. Patrzyła na niego uważnie. Mogłaby przysiąc, że zapomniała nawet o mruganiu. Jakby bała się, że jedna mikrosekunda, jeden krótkotrwały ruch powie mu więcej, niż powinna. Że jeśli spojrzy gdzieś indziej, przeoczy coś w jego twarzy. Ruch dłoni. Napięcie szczęki. Zmianę ciężaru ciała. Albo że przegapi moment, w którym jej jedyna szansa zniknie. Rozpłynie się w ciemności.
Przyjście tutaj było głupim pomysłem. I głupio było zakładać, że pomogę ci w tym, cokolwiek wydawało ci się, że osiągniesz, czekając na mnie.
Miał rację. Głupie było przychodzenie tutaj. Głupie było myślenie, że może poprosić go o pomoc. Głupie było wierzyć bezgranicznie Danielowi. I może najbardziej głupia była wiara, że świat dało się nadal dzielić na białe i czarne. Że policjanci byli krystaliczni. Że prawo zawsze samo się broniło. Że po właściwej stronie wystarczyło stanąć, by automatycznie mieć rację. Wszystko zaczynało szarzeć.
Obserwowała, jak Wright odwraca się. Wbiła wzrok w jego plecy. W sylwetkę oddalającą się od niej powoli, spokojnie, jakby to on zakończył tę rozmowę i tym samym postawił kropkę. Zagryzła dolną wargę. Powinna go słuchać. Powinna dać sobie spokój. Odpuścić. Pozwolić, żeby ten nagły przypływ irracjonalnej odwagi rozmył się wraz z nocą.
Pokręciła głową. Nie mogła. Przetarła rękawem czoło, czując, jak krople deszczu zaczynają wpadać jej do oczu. Wilgoć zbierała się na rzęsach, włosy przyklejały się do skroni, a chłód coraz wyraźniej przenikał przez ubranie. Przez moment stała jeszcze bez słowa, patrząc na oddalającą się sylwetkę.
I wtedy coś w niej pękło. Nie był to nagły przypływ odwagi. Raczej ostatnia próba złapania się czegokolwiek.
– 2770 Drew Road! – rzuciła nagle do oddalającego się mężczyzny. Jej głos przeciął noc, zanim zdążyła pomyśleć, czy to naprawdę dobry pomysł. Jakby została oświecona czymś, co teoretycznie mogło go zatrzymać. Adres. Coś, co powinien pamiętać. Coś, co miało znaczenie, skoro pamiętał ją. Pamiętał jej nazwisko. Pamiętał, że była gliną.
To właśnie ten adres przekazał im Sawyer Wright cztery lata wcześniej, kiedy maglowali go przez tyle czasu, że większość ludzi dawno przestałaby już odróżniać prawdę od kolejnej próby zmylenia tropu.
Starszy kompleks magazynowy w Mississauga. Niepozorny wjazd. Wąska droga prowadząca pomiędzy zabudowaniami. Ogrodzenie. Tylny plac, na którym nocą praktycznie nikt nie zaglądał. Miejsce wystarczająco zwyczajne, żeby nie wzbudzało podejrzeń, i wystarczająco odosobnione, żeby kilka osób mogło spotkać się tam po zmroku bez zwracania na siebie większej uwagi.
Nikt wtedy nie wierzył, że Wright mówi prawdę. A przynajmniej nikt nie wierzył w to do końca. Za dużo razy karmili ich fałszywymi tropami. Za dużo razy trafiali na nazwiska ludzi, którzy okazywali się jedynie kolejnymi warstwami chroniącymi tych stojących wyżej. Wydawało się więc logiczne, że i ten adres okaże się niczym więcej niż kolejnym ślepym zaułkiem.
Nikt jednak nie spodziewał się tego, kogo ostatecznie mieli tam spotkać. Spodziewali się płotek. Kogoś pokroju Sida, Diddy’ego czy Łasiczki. Kogoś, kogo można było zatrzymać, przestraszyć, przycisnąć i być może przekonać do współpracy. Kogoś, kto wiedział wystarczająco dużo, żeby otworzyć kolejne drzwi. Nie spodziewali się, że jedne z tych drzwi okażą się prowadzić znacznie wyżej. Bo w ręce policji miał wpaść nie kolejny pionek. Nie kolejna anonimowa płotka. Nie człowiek, którego nazwisko pojawiłoby się na jednym z wielu zdjęć przypiętych do korkowej tablicy.
A Declan Patrick Doyle.
Człowiek znany w półświatku jako Rooke.
I kuzyn samego Dużego Lemmy’ego.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Serce tłukło mu się przyjemnie o żebra, a adrenalina sączyła się do krwi. Wybijało mocny i równy rytm — przypominając Sawyerowi, że właśnie dla takich momentów żył — kiedy odwracał się plecami do przeciwnika, prezentując w żółtym światle zaplecza najłatwiejszą pozycję strzelecką świata dla kogoś, kto mógłby w niego mierzyć z wysokości. Z rękami w kieszeniach straciłby cholernie dużo czasu reakcji, gdyby ktoś na niego wyskoczył z tych cieni, których nie zdążył — albo nie mógł — sprawdzić, w końcu w strugach deszczu łatwo byłoby przeoczyć człowieka czy dwóch za kontenerami na śmieci. Natomiast z karabinem wyborowym nie miałby żadnych szans, niezależnie od tego gdzie by stanął i jak trzymałby dłonie. Ze wzrokiem wbitym beznamiętnie w jeden punkt przed sobą, poruszał się jednak idealnie środkiem ulicy, żeby dać sobie maksymalnie dużo czasu, gdyby faktycznie ktoś tam na niego czekał.
Serce się tłukło, kiedy szedł.
A jednak nikt na niego nie wyskoczył. Żaden z głębokich cieni się nie poruszył. Nie usłyszał za plecami nawet szelestu mogącego sugerować, że kobieta wykonała jakiś ruch. Może źle ją ocenił; może jednak zamierzała posłuchać głosu rozsądku przemawiającego między nimi tembrem głosu Sawyera i zapomnieć nie tylko o tym, że się tu spotkali — ale że spotkali się . w . o g ó l e . gdziekolwiek. Odchodził coraz dalej, niespiesznym, wręcz leniwym krokiem, z niejakim zaskoczeniem — a może nawet zawodem — zdając sobie sprawę, że mówiła prawdę przynajmniej w tym jednym: była sama. Albo ten drugi uznał, że więcej korzyści będą mieli z wolnego Sawyera Wrighta niż martwego czy rannego.
Tego drugiego pamiętał raczej z twarzy i zachowania niż twardych danych i dokumentów czy policyjnej odznaki, którą błysnął mu przed nosem na ułamek sekundy, jakby w jego świecie to cokolwiek zmieniało. A jeśli już, jakby mogło to zmienić sytuację na lepszą; nie mogło. Pamiętał też, że cierpliwość nie była jego mocną stroną, że impulsywność tego faceta brała górę nad opanowaniem. Pamiętał, w jaki sposób strzepywał popiół z papierosa; zbyt często, zbyt nerwowo. Pamiętał też, jak wyraźnie faceta wkurwiało, kiedy zamiast jemu, Sawyer odpowiadał jej. Bawiło go to wtedy, mimo to nie przestawał obserwować ani nie pozwalał sobie na lekceważenie. I nie porzucał czujności, wszytą w jego ciało jak druga skóra.
W każdym razie moment, w którym mogli wykonać ruch, właśnie minął.
Sawyer uznał więc sprawę za zamkniętą, a rozmowę — za zakończoną.
Właśnie wtedy kobieta się odezwała, a jej głos z determinacją przedarł się przez częściowo zagłuszone deszczem nocne życie Toronto. Adres, który usłyszał za plecami, brzmiał na przypadkowy, niemający żadnej wagi ani znaczenia, niemal desperacki. Nic w nim jednak nie było z przypadku. Nie w momencie, kiedy ze wszystkich możliwych na świecie ulic i zaułków, padł akurat w miejscu, w którym znajdował się w odległości zaledwie kilku kroków od Gonzalez. Jednej z trzech osób, w tym jego, które wiedziały. Dlatego Sawyer zamarł; nie tylko zatrzymał się, nie, całe jego ciało . z a m a r z ł o . w bezruchu.
Skurcz i rozkurcz. Pauza. Spokojny wdech.
A później niespodziewanie się zaśmiał; krótko, szczekliwie, dźwiękiem, który prędzej mógłby wydać dziki wilk niż człowiek i który odbił się echem od wąskich ścian uliczki, a później zniknął pod czarnym niebem, zasnutym gęstymi, ciężkimi chmurami. Odwrócił się bokiem w jej stronę i z rękami wciąż wepchniętymi w kieszenie spojrzał ponad ramieniem na jej częściowo oświetloną twarz. Oczy mu błyszczały, a usta wyginał paskudny uśmiech.
— Więc chciałaś się po prostu umówić na kawę?! — rzucił głosem przesyconym ironią, przekrzykując monotonny szum deszczu bębniący na blaszanych dachach, kontenerach na śmieci stłoczonych po jednej stronie alejki i asfalcie, a także ryk samochodu przejeżdżającego gdzieś dalej główną ulicą. — Trzeba było tak od razu.
Z pamięcią Sawyer nie miał kłopotów; po prostu zapamiętywał tylko to, co było dla niego istotne. I dlatego teraz, na jedno mgnienie oka, wspomnienie wróciło do niego jak żywe; w jaskrawych barwach, uzupełnione o detale, których istnienie zauważał tak odruchowo, że niemal mimowolnie. Tamtego lata miał na koncie jedną niezbyt czystą śmierć, a przez to tarczę strzelecką krzywo wymalowaną na plecach i do niej całymi tygodniami nieudolnie mierzyli ludzie pokroju Gonzalez.
Ona i ten drugi przyszli w innej sprawie i na początku Sawyer — o ironio — pomyślał, że odmiana będzie . m i ł a . . Nie była. Okazali się jeszcze bardziej męczący i zdesperowani w biegu z wywieszonymi ozorami w niekończącej się gonitwie po policyjny wynik. Dlatego dał im wtedy byle co. Ochłap, po który szkoda byłoby się schylić, nawet gdyby leżał samotnie na ulicy.
Adres. I datę.
2770 Drew Road. O północy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego sierpnia.
A co za tym idzie, kilka płotek, z których — tego akurat Sawyer był pewien, bo podczas roboty poznał osobiście większość z tych tchórzliwych skurwieli — nie wycisnęliby nawet pół informacji, niezależnie od tego, czy na przesłuchania wysłaliby swoich najlepszych ludzi. I to nie tylko dlatego, że policjanci nie mogli — oficjalnie — nikogo . t o r t u r o w a ć ; . ale dlatego, że nawet na torturach ci zbyt nerwowi i zbyt napaleni gówniarze i tak niczego by im nie powiedzieli. Ostatecznie nie mogli zdradzić czegoś, czego od początku nie byli świadomi.
Właściwie zrobił Dużemu Lemmy’emu przysługę, że pozbył się dla niego tych szczurów, zanim wyjechał z miasta.
Zrobił też przysługę samemu sobie, rzecz jasna — każda przysługa w jego wykonaniu, nawet jeśli z pozoru mogła wyglądać na wielkoduszną i bezinteresowną, nigdy taką w rzeczywistości nie była i ostatecznie zawsze sprowadzała się do tego, żeby to jemu żyło się wygodniej — bo właśnie ten ochłap informacji pozwolił mu kupić sobie nie tylko święty spokój od irytujących pytań i nachalnej obecności psów w jego życiu, ale też częściową . w o l n o ś ć . . Mógł wyjechać z miasta jako wolny człowiek, nawet jeśli tarcza strzelecka na jego plecach nie została zmyta, a tylko niechlujnie starta rękawem. To wystarczyło.
Bo on, mimo wszystko, nigdy nie starał się udowadniać, że nie można go kupić.
Niektórzy po prostu musieli zapłacić inną walutą i więcej niż pozostali.
Nieproporcjonalnie więcej.
Pamiętał również ich miny, kiedy go po tej rozmowie puszczali. Śmieszyło go to, na jak zadowolonych z siebie wyglądali. Jak im się wydawało, że dostali w swoje zachłanne łapy jakiś konkret, który mogli przypiąć na jedną z tych przestarzałych korkowych tablic, żeby pod koniec miesiąca móc się popisać liczbami przed swoimi przełożonymi, żeby zdecydowali się na jakąś równie śmieszną podwyżkę. Albo chociaż lepszy automat do kawy.
O tak, Sawyer w swoim życiu spędził na posterunkach rozrzuconych po całym kraju zbyt wiele czasu, żeby nie zdążyć się przekonać, jak chujowe mają tam automaty — w ostatnim, ledwie kilka miesięcy temu, dostał czarną kawę przezroczystą jak herbata parzona drugi raz z tej samej torebki, ale dzięki temu przynajmniej można było zauważyć pływające w niej, ugotowane we wrzątku mrówki.
To wszystko było jednak gówno warte. Tamto miejsce nic nie znaczyło. . N i c .
— Obawiam się tylko, że akurat tam kawa już dawno wystygła, skarbie — dodał, nie przestając się uśmiechać. Tak samo jak trupy, które najpewniej tam zostawił Sawyer, kiedy im ten adres podawał. — Może umówimy się gdzieś następnym razem. Chociaż, szczerze mówiąc — zrobił krótką pauzę i zmrużył oczy — mam nadzieję, że żadnego już nie będzie.
Mimo to Gonzalez przykuła jego uwagę wystarczająco, żeby zdecydował się zatrzymać. Żeby się odwrócił. Żeby jeszcze przez chwilę pociągnął tę farsę.

Beatriz Gonzalez
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Więc chciałaś się po prostu umówić na kawę?! Trzeba było tak od razu.
Kilka kroków postawionych po mokrej nawierzchni odpowiedziało mu głuchym dźwiękiem, który ginął niemal natychmiast pod jednostajnym szelestem deszczu. Woda spływała po metalowych drabinkach pożarniczych, obijała się o kontenery i śmietniki stojące przy ścianach budynków, wdzierała się pod kołnierz kurtki i oblepiała ubranie ciężką, nieprzyjemną wilgocią. Światło latarni z równoległej ulicy docierało tutaj już tylko szczątkowo, rozcinając ciemność bladymi smugami i sprawiając, że sylwetki obojga pojawiały się i znikały w zależności od tego, jak padł na nie blask. Twarz Beatriz raz była wyraźna, innym razem rozpływała się w mroku, a krople wody połyskujące na jej policzkach mogły z powodzeniem udawać łzy, gdyby ktoś patrzył z odpowiednio dużej odległości.
Skracała dystans świadomie, choć każdy kolejny krok kosztował ją więcej, niż chciała po sobie pokazać. Nie na tyle, by móc mówić ciszej, ale wystarczająco, by dać mu do zrozumienia, że nie zamierzała stać w miejscu i prowadzić tej rozmowy z bezpiecznej odległości. Wiedziała jednak, że wraz z każdym metrem odbiera sobie część przewagi, której i tak miała niewiele. Zawodowy instynkt podpowiadał jej, żeby zachować przestrzeń, kontrolować ręce mężczyzny i pozostawić sobie możliwość szybkiej reakcji. Człowiek stojący przed nią nie był przecież przypadkowym podejrzanym. Był najemnikiem. Sawyerem Wrightem. Kimś, kto prawdopodobnie potrafił zabić szybciej, niż większość ludzi zdążyłaby zrozumieć, że znalazła się w niebezpieczeństwie. I właśnie dlatego jej własna decyzja wydawała się tak absurdalna. Zamiast zwiększać dystans, konsekwentnie go zmniejszała.
Przystanęła, gdy zauważyła, że również on się zatrzymał. Sam ten niewielki ruch uznała za rodzaj sukcesu. Nie uśmiechnęła się jednak. Stała w napięciu, wsłuchana w odgłos własnego serca, które biło zdecydowanie za szybko jak na spokojną rozmowę. Przez krótką chwilę przemknęła jej przez głowę myśl, której nie chciała dopuszczać do świadomości. Czy Sawyer wyciągnie broń? Czy nagle uzna, że zadała o jedno pytanie za dużo, weszła o jeden krok za daleko i zaczęła dotykać przeszłości, do której nie zamierzał wracać? Mogła przecież skończyć ten dialog równie szybko, jak każdy inny problem rozwiązuje się przy użyciu przemocy. Beatriz wiedziała o tym doskonale. Policjantka czy nie, nadal pozostawała człowiekiem podatnym na kulę, na nóż, na błąd drugiego człowieka. Mundur nie czynił jej nietykalną.
A jednak to właśnie ona była teraz tutaj. Wchodziła na grząski grunt, którego ciężar zaczynała czuć pod stopami coraz wyraźniej. Im dalej posuwała się w przeszłość Daniela, tym mniej miała pewności, czy jeszcze prowadzi śledztwo, czy już tylko próbuje wyswobodzić się z czegoś, co dawno temu zostało wokół niej zawiązane. Z każdym kolejnym pytaniem tonęła coraz głębiej w bagnie jego historii. Jeszcze była zanurzona tylko po kostki. Wciąż mogła się cofnąć. Wciąż mogła udawać, że nie usłyszała pewnych nazwisk, nie znalazła pewnych informacji i nie zaczęła łączyć ze sobą faktów. Tyle że wiedziała również, że kiedy już weszło się wystarczająco daleko, odwrót przestawał być prostą decyzją. Im gwałtowniej próbowało się wyrwać nogę, tym głębiej grzęzło się w ziemi. Musiała działać teraz. Zanim będzie za późno.
Sawyer obrócił się powoli. Słabe światło z ulicy dosięgnęło jego twarzy tylko na tyle, by wydobyć z ciemności zarys profilu. Reszta ginęła w deszczu i cieniu. Beatriz poczuła, jak napięcie zaciska się mocniej w jej klatce piersiowej. To nie był już zwykły stres. Był w tym czysty, ludzki strach, pozbawiony wszelkiej otoczki heroizmu, którą łatwo było zasłaniać się w myślach. W filmach policjanci zawsze wiedzieli, co robić. Stali naprzeciwko uzbrojonego człowieka z odpowiednią pewnością siebie, a sytuacja rozwijała się zgodnie z logiką scenariusza. W rzeczywistości wystarczył jeden zły gest. Jedno nieporozumienie. Jedna dłoń wsunięta do kieszeni o sekundę za długo.
Miała świadomość przewagi, którą dawała jej broń, ale miała również świadomość własnego ograniczenia. Dłonie mogła mieć wolne, lecz nie dlatego, że czuła się bezpiecznie. Wręcz przeciwnie. Zostawiając je w kieszeniach, świadomie odbierała sobie kilka cennych sekund potrzebnych do sięgnięcia do kabury. To było ryzyko. Kolejne z wielu. Tyle że musiała sprawić, by Sawyer nie poczuł się osaczony. Nie mogła podejść do niego jak policjantka prowadząca przesłuchanie, bo wtedy najpewniej cała rozmowa skończyłaby się, zanim zdążyłaby wypowiedzieć najważniejsze zdanie.
Dlatego wybrała ironię.
– Kawa? Jeśli już, to wino – odparła, wsuwając dłonie jeszcze głębiej do kieszeni. – A wino smakuje lepiej, gdy poleży jakiś czas.
Brzmiało lekko. Prawie nonszalancko. W środku wcale takie nie było. Z każdym kolejnym krokiem coraz wyraźniej czuła ciężar własnych słów. Wstyd palił ją pod skórą mocniej niż zimno, a poczucie winy wracało z każdym metrem, który dzielił ją od mężczyzny. Nie podobało jej się, że musi tutaj być. Nie podobało jej się jeszcze bardziej, że potrzebowała jego pomocy. Jako policjantka powinna ścigać ludzi takich jak on, nie próbować przekonać ich, żeby zechcieli z nią współpracować. Cała sytuacja była odwróceniem porządku, który znała. W normalnym świecie to Sawyer siedziałby po drugiej stronie stołu, a ona zadawałaby pytania. Tutaj to ona stała w deszczu, świadomie wystawiając się na ryzyko, bo nie miała innej drogi, żeby dotrzeć tam, gdzie chciała.
Przeszła jeszcze kilka kroków. Został między nimi najwyżej metr. Dopiero z tej odległości mogła przyjrzeć mu się naprawdę. Zmrużonym oczom, które obserwowały ją uważnie, z wyczekiwaniem, ale również z bezgraniczną ostrożnością. Kroplom wody spływającym po twarzy i krótkich włosach, które pod wpływem wilgoci przylgnęły do czoła. Kurtka połyskiwała w nocnym świetle, a deszcz zbierał się na jej powierzchni, po czym spływał cienkimi strużkami w dół. Beatriz przez moment miała irracjonalne wrażenie, że patrzy na człowieka, którego zna, choć przecież go nie znała. Jakby wszystkie informacje, które posiadała, zderzały się z tym jednym, prostym faktem, że stał tutaj naprawdę. Tak samo podatny na błąd jak ona. Tak samo zdolny do podjęcia jednej decyzji, która mogła zmienić wszystko.
Może umówimy się gdzieś następnym razem. Chociaż szczerze mówiąc, mam nadzieję, że żadnego już nie będzie.
Uśmiechnęła się krzywo. Z takiej odległości nie mógł mieć problemu, żeby go dostrzec. Pojawił się ten drobny dołeczek w policzku, który zwykle odbierał jej twarzy część surowości, ale tym razem nie było w tym geście nawet cienia prawdziwego rozbawienia. Był to uśmiech pozbawiony ciepła. Trochę ironiczny, trochę pobłażliwy, ale przede wszystkim zmęczony, jakby sama Beatriz wiedziała, jak niedorzecznie brzmią słowa wypowiadane właśnie do człowieka, którego jeszcze niedawno mogłaby próbować zatrzymać.
– Nie bądź taki pewien – odparła spokojnie. – Bo jeszcze może się okazać, że to ty będziesz zabiegać o moje towarzystwo.
Była w tym kolejna zuchwałość, może nawet przesada. A jednak za słowami kryło się coś więcej. Nie był to flirt ani próba gry dla samej gry. Potrzebowała utrzymać jego uwagę. Sprawić, by nadal słuchał. Musiała zyskać jeszcze trochę czasu, zanim wypowie to, po co naprawdę tu przyszła. Kiedy jednak patrzyła na niego, coraz wyraźniej zastanawiała się, co najlepszego robi.
Czuła, jak pod warstwą zawodowej pewności siebie zaczyna odpadać wszystko, czym zwykle podpierała się w trudnych sytuacjach. Nie była teraz sierżant Gonzalez, nie była funkcjonariuszką, która zna procedury i potrafi wejść do pokoju z wystarczającą pewnością, by inni automatycznie zaczęli odpowiadać na pytania. Była kobietą stojącą w deszczu naprzeciw płatnego zabójcy i próbującą ułożyć się z nim w sprawie, która w utopijnym świecie powinna być rozwiązana przez reprezentantów wymiaru sprawiedliwości. Sama myśl o tym pozostawiała w niej niesmak. To było jak powolne przesuwanie granicy, której jeszcze niedawno pilnowała z całą surowością.
Dłonie wciąż miała w kieszeniach. Zacisnęła je mocniej w pięści nie po to, by się bić, a żeby przypomnieć sobie, że nadal nad sobą panuje. Żeby dać sobie ten wewnętrzny impuls, który mówił, że nie może się teraz wycofać. Nie miała wyjścia. I wtedy dotarło do niej coś jeszcze. Jeśli Sawyer rzeczywiście nie wiedział wszystkiego, co wydarzyło się po przekazaniu jej adresu, mogła właśnie trzymać w dłoni jedyny element układanki, którego mu brakowało. To zmieniło wszystko. Beatriz przestała się uśmiechać.
– Och, ty nic nie wiesz, prawda, Wright? – Tym razem ton jej głosu nie miał w sobie ani ironii, ani próby rozładowania sytuacji. Był poważny i ostrożny. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy nieco dłużej, niż pozwalała na to zwykła konwersacja, szukając choćby najmniejszego drgnięcia mięśnia, zmiany w oczach, czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić jej przypuszczenie. Nie podobało jej się, że była gotowa na taki rodzaj poświęcenia. Jeszcze mniej podobało jej się, że była gotowa wykorzystać jego niewiedzę, jeśli miało jej to pomóc dotrzeć do celu.
Ale potrzebowała go. Niezależnie od tego, jak bardzo nie chciała tego przyznać. Przetarła mokre czoło, zsuwając nadmiar wody znad oczu, po czym pochyliła się lekko do przodu, nie spuszczając z niego wzroku. Dzielił ich teraz tak niewielki dystans, że nie potrzebowała już podnosić głosu.
– Masz w ogóle jakiekolwiek pojęcie, kogo nam wydałeś cztery lata temu? – Pozwoliła, by pytanie zawisło pomiędzy nimi, cięższe niż wszystkie wcześniejsze żarty i zaczepki. Deszcz nadal padał tak samo. Metalowe konstrukcje przy ścianach nadal odbijały krople tym samym monotonnym rytmem. Ale dla Beatriz przestrzeń wokół nich nagle jakby ucichła. – Kto pojawił się cztery lata temu na przekazaniu?
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uważaj. Nic się tutaj nie zgadza.
Instynkt, chociaż lekko przytępiony drinkiem, wciąż pracował pod skórą, równolegle do zmysłów, a jednocześnie jakby nieco poza nimi. Ponad nimi. I właśnie ten instynkt wrzeszczał mu do ucha z wraz przyspieszonym pulsem, że coś tutaj jest nie tak. Niewłaściwość sytuacji nie była z rodzaju drobnych, była raczej oczywista, a mimo to Sawyer nie potrafił jej uchwycić ani nazwać. Mógł ją tylko odczuwać i obserwować; to, jak poruszała się policjantka, jak się ustawiała i co robiła z dłońmi, gdzie patrzyła i jakich słów używała. Dlaczego przyszła sama, bez munduru, skoro nie łączyło ich zupełnie nic cywilnego, a nawet to, co ich luźno wiązało w przeszłości, było tylko niewiele znaczącym strzępem informacji? Ba, więcej nawet: dlaczego na niego . c z e k a ł a ? . Był pewien, że rzucony przez nią adres nic nie znaczy i niczego nie zmienia, więc po co wracała do tamtego magazynu, nawet jeśli tak niewinną wzmianką? Skąd brała się jej pewność, że najemnik zareaguje na tą śmieszną prośbę o pomoc, która z proszeniem miała póki co niewiele wspólnego? Bo Sawyer po prostu nie mógł uwierzyć, że była tak naiwna, żeby liczyć na jego dobre serce.
Pamiętał ją.
A im dłużej patrzył na nią w cieniach nocy i strugach deszczu, tym więcej szczegółów do niego wracało. I chociaż mógłby powiedzieć o niej różne rzeczy — kilka nawet całkiem pochlebnych — to z pewnością nie to, że była naiwna. Albo głupia.
Dlaczego więc jej zachowanie wydawało mu się tak irracjonalne?
Szła za nim, była więc bliżej niż wcześniej, kiedy Sawyer odwrócił się w jej kierunku. Nie spięło go to jednak ani nie zaniepokoiło, nie wywołało właściwie żadnej reakcji; nauczył się kontrolować ciało i przestrzeń wokół siebie. Nie potrzebował nerwowych ruchów, żeby udowodnić, że wciąż ma przewagę. A tutaj, w ciemności nocy, był przekonany, że ją posiada; albo to ona miała wybitną obstawę, trzymającą nerwy idealnie na wodzy i nieruchomą do tego stopnia, żeby przeoczyły ją jego oczy drapieżnika przyzwyczajone do pracy nocą. Nie poruszył się również na dźwięk jej komentarza, chociaż faktycznie: wino było zdecydowanie lepszym porównaniem. Byłby docenił tę uwagę, gdyby miała jakieś znaczenie, ale jak wszystko pozostałe do tej pory — nie miała. To wciąż były tylko puste słowa, których słuchał z wątpliwej jakości uprzejmości, chociaż jej pokłady, szczupłe w przypadku Sawyera, zaczęły się wyczerpywać.
Zagryzł więc za zębami słowa o tym, że nie zwykł pić z psami.
Częściowo dlatego, że jej cięta uwaga była wystarczająco błyskotliwa, żeby gdzieś na samym dnie świadomości wzbudzić w nim rozbawienie; suche, słabe, niemające praktycznie żadnych szans przebicia się na powierznię choćby w wyrazie oczu, ale wciąż było to rozbawienie. Głównie jednak dlatego, że kobieta nie tylko zaczynała go irytować — irytacja drapała go pod skórą za każdym razem, kiedy w pobliżu przebywał ktokolwiek z organów ścigania, jak odruch bezwarunkowy, którego nie dało się stępić — ale też intrygować.
Nie cofnął się nawet o cal, kiedy Gonzalez zatrzymała się tak blisko, że znalazł się w zasięgu jej ręki. Albo raczej to ona znalazła się w jego. Przesunął ciężar spojrzenia na krótko w dół, na jej wargi, kiedy wygiął je grymas, a później znów mimowolnie wrócił do oczu i znów przeszło mu przez myśl, że najgorsze problemy mają zwykle najładniejszy kształt. Jednak ten uśmiech również, jak większość elementów jej postawy, miał w sobie coś . n i e w ł a ś c i w e g o . . I chociaż patrzył prosto na nią, jednocześnie część jego uwagi pozostawała rozproszona, bo Sawyer nie przestawał szukać ruchu na peryferiach widzenia, w cieniach i w deszczu.
— Nie schlebiaj sobie — odparł zimno i beznamiętnie na jej uwagę, a jego twarz pozostała poważna i nieruchoma.
Chociaż przecież dobrze wiedział, że jego towarzystwo nie było przyjemne ani pożądane dla żadnego policjanta tak długo, jak nie siedział przykuty do stołu przesłuchań albo po drugiej stronie krat w areszcie. I że tym stwierdzeniem ktoś taki jak Gonzalez bynajmniej sobie nie schlebia.
W wtedy padło pytanie, które na ułamek sekundy zaburzyło równy, lekko przyspieszony rytm pracy jego serca. Nic oczywistego. Nic, co pozwoliłby po sobie pokazać. A jednak . c o ś . zadrżało. Mocniej zmrużył oczy, napiął mięśnie barków, powstrzymał prychnięcie nosem.
Jak to: kogo wydał?
U W A Ż A J.
Intuicja oszalała na to jedno potknięcie w pulsie, mimo to Sawyer zdawał sobie sprawę, że jest obserwowany. I że ktoś pracujący przy przestępczości zorganizowanej wyłapie każdy detal, każdą drobną zmianę oddechu czy grymasu. Nie zamierzał dać jej niczego, szczególnie że póki co wciąż nie wyglądało na to, żeby Gonzalez sama miała coś w zamian.
Dlatego zamiast odpowiedzieć na jej prowokację, spojrzał na jej szyję; jasny fragment skóry niknący za postawionym kołnierzem i w cieniu rzucanym przez podbródek, lśniący od padającego deszczu, przed którym kobieta nijak się nie chroniła. Nie widział tętnicy szyjnej z tej odległości, w ciemności nocy i strugach deszczu, wiedział jednak, że tam jest. Równy, rytmiczny puls, którego zwykły człowiek na co dzień nie zauważał, chociaż zawdzięczał mu życie; jej mógł być teraz spokojny albo nienaturalnie przyspieszony adrenaliną, ale bez kontaktu fizycznego nie dało się stwierdzić. Wiedział też w jaki sposób złapać i ile należy przytrzymać, żeby go . u s p o k o i ć . na zawsze.
Jakiś niewielki fragment jego świadomości chciał to zrobić; brutalne zwierzę szarpiące się w klatce żeber warczało mu do ucha, że w ten sposób można uciszyć każdy krzyk i usunąć prawie każdy problem.
Jednak dużo większa część jestestwa zdawała sobie sprawę, że nie jest to prawdą. Że istnieją ludzie, których śmierć jest dopiero początkiem problemów. Że pozbycie się kogoś nie zawsze jest najlepszym z rozwiązań, nawet jeśli zwykle najprostszym.
I właśnie ta dominująca część charakteru Sawyera nakazała mu ostrożność, dzięki której przeżył w tym zawodzie więcej lat, niż mogła podpowiadać logika. I wciąż był wolnym człowiekiem… Przynajmniej w świetle prawa. Dlatego teraz też powstrzymał swoje żądze, z powrotem założył bestii kaganiec na pysk i leniwie podniósł wzrok z kobiecej szyi, chociaż zatrzymał go tam tak długo i tak wymownie, że żadna werbalna groźba nie była już właściwie potrzebna. Z jego twarzy zniknęły jakiekolwiek objawy uczuć, nawet znudzenia, kiedy znów spojrzał jej w oczy.
— Daruj sobie ten teatr i oświeć mnie, Gonzalez. Bo póki co jedyne co robisz, to marnujesz mój czas i swoją fryzurę. — Kącik jego ust drgnął, ostatecznie jednak warg nie wygiął żaden, nawet kpiący, uśmiech. — A kiedy zaczynam się nudzić, zwykle robi się nieprzyjemnie — dodał od niechcenia, chociaż pod grubą warstwą chłodu i opanowania poczuł nagle delikatny, swędzący ruch niepewności. Nie strachu ani paniki, na to było zdecydowanie zbyt wcześnie, ale jego wcześniejsza pewność nagle nie była już tak stalowa.
Blefowała.
Musiała blefować.
Bo gdyby coś się spierdoliło, przecież by o tym . g d z i e ś . usłyszał.
Prawda?

Beatriz Gonzalez
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Peel Regional Police Headquarters, Mississauga, Sylwester 2022 roku

Burza kręconych włosów, ujarzmiona w niedbały kucyk, już z daleka rzucała się w oczy, stanowiąc jeden z niewielu bardziej wyrazistych akcentów w pomieszczeniu, w którym dominowały zmęczone twarze, przygaszone światło monitorów i sterty papierów odłożonych na biurka z obietnicą, że ktoś zajmie się nimi później. Beatriz siedziała przy stoliku wciśniętym w kąt pokoju, z jedną słuchawką na uchu i zeszytem otwartym przed sobą. Co jakiś czas zapisywała w nim hasłowo pojedyncze wyrazy, urwane frazy albo nazwiska, które mogły okazać się przydatne, choć coraz trudniej było jej rozstrzygnąć, czy rzeczywiście notowała coś istotnego, czy może po prostu próbowała zająć czymś ręce, żeby nie dać po sobie poznać, jak bardzo była już zmęczona.
Rozsiadła się na siedzeniu, opierając plecy o oparcie. Jedną ręką obejmowała własną talię, drugą zaś, z nadgarstkiem opartym o krawędź stolika, trzymała między palcem wskazującym a środkowym ołówek. Obracała nim i wymachiwała w powietrzu z energią, której zdecydowanie nie można było przypisać jej zainteresowaniu toczącą się nieopodal rozmową. Wręcz przeciwnie. Próbowała w ten sposób przetrwać kolejne dywagacje Diddy'ego i Sida na temat piersi jednej z prostytutek z klubu nocnego, w którym obaj regularnie bywali. Gdyby jeszcze dyskusja niosła za sobą jakiekolwiek nowe informacje, być może zdołałaby wykazać odrobinę cierpliwości. Nie dowiadywała się jednak niczego, czego nie słyszałaby już wcześniej, a sam klub został sprawdzony niemal natychmiast po tym, jak po raz pierwszy padła jego slangowa nazwa.
Bez większego powodzenia.
Do lokalu, w którym pojawiali się ich podejrzani, nie zaglądał ani Duży Lemmy, ani ktokolwiek, kto mógłby zaprowadzić ich bliżej człowieka stojącego na szczycie całej siatki. Owszem, przewijali się tam ludzie obracający się w półświatku, a miejscowe płotki nie stroniły od sprzedawania kokainy na rogu ulicy, ale tego rodzaju znajomości nie wystarczały, by dotrzeć do kogoś pokroju Lemmy'ego. Była to jedna z tych pozornie obiecujących wskazówek, które po sprawdzeniu okazywały się kolejnym ślepym zaułkiem. W policyjnej robocie podobne rozczarowania należały do codzienności, lecz nie oznaczało to, że Beatriz nauczyła się przyjmować je z entuzjazmem. Zwłaszcza kiedy zamiast spędzać ostatnie godziny starego roku w dowolnym miejscu, które nie pachniałoby przegrzaną elektroniką i kawą pozostawioną zbyt długo w dzbanku, musiała siedzieć na nasłuchu i cierpliwie czekać, aż wydarzy się coś, co uzasadni jej obecność przy sprzęcie.
Pocieszała się jedynie tym, że przynajmniej w jednym miała rację. To dzięki niej i Reedowi udało się wyciągnąć od Wrighta adres wymiany, który ostatecznie zaprowadził ich do magazynu Rooke'a. Trudno było nazwać to nieznaczącym sukcesem, zważywszy na czas, jaki zespół poświęcił na próbę zbliżenia się do ludzi Dużego Lemmy'ego. Jimmy Pott zdążył już jednak sprowadzić jej osiągnięcie do poziomu zwyczajnego szczęścia nowicjusza, kwitując jej sprzeciw głośnym prychnięciem. Według niego pojawienie się w magazynie Rooke'a było zwykłym zbiegiem okoliczności, który nie powinien stanowić podstawy do wyciągania jakichkolwiek daleko idących wniosków na temat jej zdolności śledczych.
Sam Rooke, zarówno podczas zatrzymania, jak i późniejszego przesłuchania, nabierał wody w usta. Milczał w każdym języku świata, nie zdradzając niczego, co mogłoby zaszkodzić jemu samemu albo ludziom, z którymi współpracował. Niezależnie od tego, jak mocno próbowali wywrzeć na nim presję, jak starannie dobierali pytania i ile razy wracali do tych samych wątków, nie zamierzał ułatwiać im zadania. W jego przypadku milczenie nie było oznaką braku wiedzy. Przeciwnie, przypominało starannie wyuczoną umiejętność, wypracowaną przez kogoś, kto doskonale wiedział, że czasami najbezpieczniejszą odpowiedzią jest nie powiedzieć absolutnie niczego.
Beatriz potarła kark, obracając głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym odchyliła ją do tyłu, próbując rozruszać zesztywniałe mięśnie. Coś nieprzyjemnie chrupnęło jej w szyi. Skrzywiła się, przymykając na moment oczy, i dopiero wtedy uświadomiła sobie, jak długo siedziała już w jednej pozycji. Godziny spędzone na obserwacji potrafiły dać się we znaki bardziej niż niejedna akcja w terenie. Tam przynajmniej człowiek miał czym zająć ciało, a adrenalina skutecznie odciągała uwagę od zmęczenia. Tutaj pozostawało siedzenie, wpatrywanie się w aparaturę i oczekiwanie, aż ktoś po drugiej stronie popełni błąd, który okaże się dostatecznie znaczący, by cały ten wysiłek nabrał sensu.
Nieco pocieszał ją fakt, że z całej ekipy właściwie tylko Steve Carlson dostał wolne. Komendant wyjątkowo przychylił się do jego prośby, ponieważ mężczyźnie w nadchodzącym roku miało urodzić się drugie dziecko. Nawet Beatriz, która nie zamierzała udawać, że cieszy ją perspektywa sylwestrowej służby, potrafiła zrozumieć, dlaczego akurat jemu pozwolono spędzić ten wieczór z rodziną. Cała reszta musiała jednak pozostać na posterunku. Złapanie Rooke'a stanowiło przełom, ale nie zakończenie sprawy, a w ich pracy nie było niczego gorszego niż przedwczesne uznanie, że najważniejsza część zadania została już wykonana.
Aresztowanie kuzyna Dużego Lemmy'ego wywołało poruszenie we frakcjach siatki. Przynajmniej tak zakładali, choć na tym etapie trudno było jednoznacznie określić, jak szerokie były konsekwencje zatrzymania i kto dokładnie zdążył już się o nim dowiedzieć. Dlatego konieczna była wzmożona obserwacja, zbieranie informacji oraz cierpliwe wypatrywanie błędu ze strony kogoś, kto znajdował się wyżej w hierarchii. Nie chodziło o to, by za wszelką cenę sprowokować reakcję. Wystarczyłoby, gdyby ktokolwiek z ludzi Lemmy'ego uznał, że musi coś naprawić, zamknąć niewygodny temat albo zabezpieczyć interesy, które nagle znalazły się pod większą presją niż dotychczas.
Daniel Reed uważał jednak, że to strata czasu. Według niego Duży Lemmy był zbyt wprawionym graczem, by dać się złapać na tak oczywistą przynętę. Nie należał do tych, którzy działali pod wpływem impulsu albo pozwalali, by emocje dyktowały im kolejne posunięcia. Człowiek, który utrzymywał się na szczycie przez tyle lat, musiał wiedzieć, kiedy się wycofać, kiedy przeczekać i kiedy pozwolić, by cudzy problem pozostał cudzym problemem. Reed nie widział powodu, by zakładać, że akurat w tym przypadku miałoby być inaczej.
Jimmy Pott i Bob Mackenzie mieli na ten temat zgoła odmienne zdanie. Ich zdaniem nawet najwięksi bossowie nie byli wyłącznie pozbawionymi emocji maszynami, które potrafiły liczyć ryzyko z dokładnością do ostatniego dolara. Duży Lemmy wziął swojego kuzyna pod skrzydła i otoczył go opieką, a takie powiązania nie znikały automatycznie tylko dlatego, że rozsądek podpowiadał zachowanie dystansu. Rodzina stanowiła osobną kategorię, nawet w środowisku, w którym lojalność często kończyła się tam, gdzie zaczynały się poważniejsze problemy. Pott i Mackenzie byli przekonani, że zatrzymanie Rooke'a nie może pozostać bez echa. Ktoś będzie chciał dowiedzieć się, co się stało, zabezpieczyć jego interesy albo upewnić się, że zatrzymany nie zacznie mówić. A jeśli tak, prędzej czy później będzie musiał wykonać ruch.
Beatriz pozostawała gdzieś pomiędzy obiema teoriami. Podzielała przekonanie Reeda, że liczenie na pochopną reakcję człowieka pokroju Dużego Lemmy'ego było dość naiwne, ale nie zamierzała też odrzucać argumentów Potta i Mackenziego. Uważność była wskazana, szczególnie w sytuacji, w której nie znali pełnego obrazu wydarzeń. To jednak nie oznaczało, że powinni z góry zakładać, iż boss narkotykowy zapomni o własnych zasadach i pozwoli emocjom doprowadzić się do błędu. Na rynku nie pojawił się wczoraj. Jeśli rzeczywiście udało mu się zbudować tak rozległą sieć wpływów, musiał wiedzieć, że ludzie czasem trafiają za kratki, a niektóre interesy wymagają poświęcenia nawet tych, których najchętniej chciałoby się ochronić.
Zresztą, nie mieli jeszcze wystarczająco wielu informacji, by przesądzać o czymkolwiek. Mogli snuć teorie, spierać się o prawdopodobne scenariusze i godzinami analizować każdy drobny szczegół, ale dopóki nie pojawił się konkretny trop, pozostawało im czekać. A Beatriz, choć potrafiła docenić wartość cierpliwości, nie należała do osób, które dobrze znosiły bezczynność.
Sprawa Rooke'a ciągnęła się od sierpnia. Miesiące pracy, kolejne nazwiska, obserwacje, przesłuchania i ślepe uliczki złożyły się na dochodzenie, które nadal nie dawało im odpowiedzi na najważniejsze pytania. DP Doyle siedział w więzieniu, choć co jakiś czas pojawiali się kolejni prawnicy, opłacani przez kuzyna, składający wnioski o kaucję i możliwość wykupienia wolności ich człowieka. Próby te nie ustawały, a ich uporczywość sama w sobie stanowiła przypomnienie, że po drugiej stronie wciąż znajdowali się ludzie dysponujący środkami, kontaktami i determinacją, by nie pozwolić sprawie zniknąć z ich pola widzenia.
Nie lepiej przedstawiała się sytuacja samego więźnia. W murach zakładu karnego również wrzało, a Rooke został już dwukrotnie przeniesiony po tym, jak odnaleziono go poważnie pobitego przez współwięźniów. Tego rodzaju zdarzenia rzadko można było uznać za przypadkowe, zwłaszcza kiedy dotyczyły człowieka, którego nazwisko mogło mieć znaczenie dla kilku rywalizujących ze sobą grup. Nasunęło to kolejne podejrzenia: być może chodziło o wojny między gangami, być może o wewnętrzne rozłamy, a być może o coś, czego jeszcze nie potrafili dostrzec, ponieważ brakowało im kluczowego elementu układanki. Nie mogli wykluczyć żadnej z tych możliwości, choć każda z nich prowadziła do kolejnych pytań, na które na razie nie mieli odpowiedzi.
Beatriz przesunęła ołówek po stronie zeszytu, zapisując kolejne słowo. Potem zawiesiła końcówkę nad papierem i przez kilka sekund wpatrywała się w notatkę, nie bardzo pamiętając, dlaczego właściwie uznała ją za wartą zapisania. Jedna słuchawka wciąż tkwiła w uchu, ale nawet przez nią docierały do niej głosy Diddy'ego i Sida, którzy najwyraźniej nie zamierzali szybko porzucić tematu swojej ulubionej bywalczyni klubu. Beatriz westchnęła cicho, zamknęła zeszyt i potarła palcami nasadę nosa. Gdyby ktoś zapytał ją w tej chwili, czego najbardziej pragnęła, odpowiedź nie wymagałaby dłuższego namysłu: chciała, żeby cokolwiek wreszcie się wydarzyło.
Jak na zawołanie, kwadrans przed północą drzwi pomieszczenia jednostki otworzyły się z takim impetem, że kilka osób odruchowo podniosło głowy znad papierów i monitorów .Do środka wparowali Daniel i Bob.
Beatriz przeniosła spojrzenie w kierunku hałasu, najpierw spoglądając na niespodziewanych gości, a potem na papierową torbę, którą jeden z nich trzymał w dłoni. Jej wzrok był nieco senny, powieki cięższe niż zwykle, a wyraz twarzy zdradzał, że nie zamierzała bez walki rezygnować z ostatnich resztek spokoju, jakie udało jej się zachować.
– Jesteśmy gotowi świętować! – oznajmił Daniel, podnosząc białą, papierową torebkę nad głowę z entuzjazmem człowieka, który właśnie wrócił z misji ratunkowej, a nie wyszedł po zakupy.
Bob natychmiast mu zawtórował, najwyraźniej podzielając jego przekonanie, że ostatnie minuty starego roku nie powinny upłynąć im wyłącznie na obserwowaniu czerwonej lampki i liczeniu kolejnych minut do zmiany daty. Bez większego zastanowienia zaczął rozstawiać papierowe kubeczki na biurkach, które od pewnego czasu stały złączone ze sobą, tworząc prowizoryczny, całkiem pokaźny stół. Nie było w tym niczego szczególnie eleganckiego ani nawet dobrze zorganizowanego, ale w warunkach, w jakich przyszło im spędzać sylwestra, podobne detale nie miały większego znaczenia.
Beatriz przewróciła oczami i ziewnęła przeciągle, nie próbując nawet ukryć swojego braku entuzjazmu.
– Jesteśmy na służbie – skwitowała, odwracając głowę z powrotem w kierunku sprzętu. Czerwona lampka wciąż migała w równych odstępach, przypominając jej o zadaniu, które miało pozostać najważniejsze niezależnie od tego, ile papierowych kubeczków rozstawiono na biurkach i jak bardzo Daniel postanowił zamienić policyjną jednostkę w miejsce sylwestrowej zabawy. Jeszcze trochę, a kontrolka chyba dosłownie wypali jej się w świadomości. Zaczynała odnosić wrażenie, że nawet gdyby zamknęła oczy, nadal widziałaby tę samą czerwoną poświatę, pulsującą uporczywie pod powiekami.
– Goonzaaalez – przeciągnął Daniel, wyraźnie ignorując jej argument. Kilka susów wystarczyło, by pokonał dzielącą ich odległość. Stanął za jej krzesłem, położył dłonie na jej karku i ścisnął go lekko, jakby chciał w ten sposób rozmasować zesztywniałe mięśnie albo przynajmniej zmusić ją, by na chwilę przestała udawać, że nie zauważa jego obecności. Nachylił się obok jej ucha i delikatnie potrząsnął jej głową w przód i w tył. – Wyluuuzj trochę, nalejemy ci tylko odrobinkę.
– Tylko o d r o b i n k ę ! – zawtórował mu Bob, wyciągając szampana z białej torby.
Beatriz przymknęła powieki i pokręciła głową, wypuszczając z siebie ciche westchnienie. Nie miała najmniejszej ochoty tłumaczyć po raz kolejny, że obecność na służbie zobowiązywała ich do czegoś więcej niż fizycznego przebywania w budynku komendy. Z drugiej strony doskonale wiedziała, że Daniel nie zamierza odpuścić tak łatwo. W jego przypadku odmowa często stanowiła jedynie początek negocjacji, a im wyraźniej ktoś dawał mu do zrozumienia, że nie ma ochoty na jego towarzystwo, tym bardziej był skłonny próbować własnego szczęścia.
– No weeź – ciągnął, zbliżając policzek do jej policzka. Przesunął dłonie z karku na ramiona. Poczuła, jak jego palce zaciskają się na nich nieco mocniej, po czym rozluźniają chwyt, jakby dla podkreślenia, że w gruncie rzeczy nie zamierzał robić niczego poza irytowaniem jej do skutku. Beatriz doskonale znała ten sposób bycia. Daniel miał w sobie nieprzyzwoitą łatwość rozbrajania napięcia żartem, nawet wtedy, kiedy sytuacja wcale nie wymagała dodatkowego rozluźnienia. Potrafił zachowywać się tak, jakby żadne zmartwienie nie było na tyle poważne, by nie można było na moment odłożyć go na bok. Czasem było to całkiem przydatne. Innym razem miała ochotę osobiście wyrzucić go za drzwi. – Dam ci nawet buziaka o północy, żeby ci smutno nie było – dodał, najwyraźniej przekonany, że właśnie przedstawił argument nie do odparcia.
Bob zarechotał głośno, wyraźnie rozbawiony perspektywą, którą Daniel malował przed nimi z taką pewnością siebie, jakby pocałunek w ramach noworocznego prezentu rzeczywiście stanowił najwyższy dowód koleżeńskiej troski. Beatriz pochyliła się do przodu, wymykając się spod uścisku Reeda, po czym szturchnęła go łokciem w brzuch. Nie na tyle mocno, by rzeczywiście zrobić mu krzywdę, ale wystarczająco, by zrozumiał, że jego propozycja nie spotkała się z oczekiwanym entuzjazmem.
– Spadaj – odgryzła się. Wypowiedziane słowo zagłuszyło krótkie jęknięcie bólu Daniela, natychmiast wymieszane z jego rechotem. Zareagował tak, jakby właśnie osiągnął zamierzony efekt, a nie dostał łokciem w brzuch. Beatriz pokręciła głową, próbując powstrzymać uśmiech, który nieproszony pojawił się gdzieś w kąciku jej ust. Nie zamierzała dawać mu satysfakcji, ale też nie była w stanie udawać, że jego obecność nie poprawiła jej nastroju choć odrobinę. W całym tym zamieszaniu, po godzinach spędzonych na czekaniu i słuchaniu cudzych dywagacji, odrobina głupiego humoru okazywała się całkiem skutecznym sposobem na przetrwanie kolejnych minut.
Za pięć dwunasta na blacie przed nią wylądował papierowy, jeszcze pusty kubeczek.
Bob siłował się z butelką szampana, próbując otworzyć ją na czas, i pod nosem wyzywał wszystkich, którzy odpowiadali za przygotowanie ich sylwestrowej celebracji. Pomyśleli o wszystkim, tylko nie o czymś, co pozwoliłoby szybko odkorkować butelkę. Najwyraźniej w jego wyobrażeniu przygotowanie noworocznego toastu wymagało znacznie mniej wysiłku, niż okazało się w praktyce. Co rusz zmieniał sposób, w jaki trzymał szkło, szarpał za korek, a potem rzucał kolejne przekleństwo, jakby odpowiednio stanowcze słownictwo miało przekonać butelkę do współpracy.
Daniel tymczasem usadowił się na blacie jednego z biurek pośrodku pomieszczenia. Jedną stopę oparł o siedzisko krzesła, a łokieć o kolano, obracając w dłoniach własny papierowy kubek. Z boku wyglądał na człowieka, który całkowicie pogodził się z tym, że sylwester nie przebiegnie zgodnie z planem, a mimo to zamierzał wydobyć z niego tyle przyjemności, ile tylko się dało. W końcu podniósł wzrok na Beatriz, posyłając jej porozumiewawcze perskie oczko. Następnie ułożył usta w przesadnie wyraźny dzióbek, demonstracyjnie przypominając jej o obiecanym buziaku.
Kolejny rechot obu mężczyzn poniósł się po pomieszczeniu. Beatriz odpowiedziała im wymownym przewróceniem oczami, choć cień rozbawienia wciąż czaił się na jej twarzy. Mogła udawać oburzoną, mogła rzucać w Daniela kolejnymi złośliwościami, a nawet przysiąc, że jeśli jeszcze raz się do niej zbliży, pożałuje każdej podjętej w życiu decyzji. Ostatecznie znała go jednak zbyt dobrze, by łudzić się, że groźby tego rodzaju wywarłyby na nim jakiekolwiek wrażenie.
Przez krótką chwilę pozwoliła sobie po prostu siedzieć i obserwować ten absurdalny spektakl. Papierowe kubeczki, szampan, który nie chciał się otworzyć, Daniel usadowiony na biurku jak gospodarz przyjęcia i Bob, najwyraźniej gotów stoczyć osobistą wojnę z korkiem. W innych okolicznościach mogłaby nawet uznać, że nie jest to najgorszy sposób na zakończenie roku. Oczywiście pod warunkiem, że nikt nie oczekiwałby od niej porzucenia stanowiska ani udawania, że znajdujący się przed nią sprzęt przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Cichy śmiech zdążył jednak ledwie wydostać się z jej gardła, zanim został zduszony w zarodku. Nieoczekiwanie korytarz wypełnił się szybkimi, ciężkimi krokami, przeplatanymi urywanym oddechem. Dźwięk zbliżał się z taką intensywnością, że wszyscy niemal równocześnie odwrócili głowy w kierunku drzwi. Bob, odruchowo pojmując, że butelka szampana może okazać się w tej chwili najmniej pożądanym rekwizytem, błyskawicznie schował ją za plecami. Daniel zsunął stopę z krzesła, a uśmiech, który jeszcze przed sekundą nie schodził mu z twarzy, nabrał nieco ostrożniejszego charakteru.
W drzwiach pojawił się Jimmy Pott. Oparł się ciężko o framugę, jakby ostatnie metry korytarza pokonał biegiem i dopiero teraz pozwolił sobie na chwilę odpoczynku. Dyszał, a spocone czoło przecierał dłonią, próbując jednocześnie złapać oddech. W jego postawie było coś, co natychmiast pozbawiło pomieszczenie wcześniejszej beztroski. Nie przyszedł z kolejnym żartem, nie zamierzał też dołączać do ich prowizorycznego przyjęcia. Beatriz wyprostowała się na siedzeniu, obserwując go uważniej. Ołówek zastygł między jej palcami, a resztki rozbawienia stopniowo znikały z twarzy.
Daniel, któremu najwyraźniej jeszcze nie zdążyło przejść, uniósł brwi i posłał starszemu koledze jeden ze swoich najbardziej bezczelnych uśmieszków.
– Co tam, staruszku? Śpieszyłeś się też całować Betty o północy? Za późno, zaklepane…
Pott uniósł spojrzenie. Zmarszczył mocno brwi i popatrzył po twarzach młodszych kolegów, zatrzymując wzrok na Danielu, a następnie na Bobie, którego sylwetka z pewnością prezentowałaby się znacznie mniej podejrzanie, gdyby nie fakt, że za plecami ukrywał butelkę szampana.
– Żarty na bok, Reed. Przestań chować szampana, Mackenzie. I tak nic dziś nie popijecie – zaczął, wciąż ciężko dysząc.
Przerwał na moment, nabrał głębszy oddech i wyprostował się na tyle, na ile pozwalało mu zmęczenie. Potem uniósł rękę, w której trzymał kilka kartek. Papier zaszeleścił w nagłej ciszy, przyciągając spojrzenia wszystkich obecnych. Beatriz poczuła, jak coś nieprzyjemnie zaciska się jej w żołądku. Nie wiedziała jeszcze, co się wydarzyło, ale znała Potta wystarczająco dobrze, by rozpoznać moment, w którym błazeńskie komentarze przestawały mieć znaczenie.
– Jesteśmy w czarnej dupie, moi drodzy.
Na moment zamilkł, jakby sam musiał jeszcze raz zebrać myśli przed wypowiedzeniem kolejnych słów. Potem spojrzał na nich wszystkich i przekazał wiadomość, która w jednej chwili pozbawiła ich resztek sylwestrowego nastroju.
– Rooke popełnił samobójstwo w celi.
Słowa zawisły w powietrzu ciężej niż jakikolwiek dźwięk, który do tej pory wypełniał pomieszczenie. Bob przestał się ruszać, a ręka Daniela, dotąd swobodnie oparta o kolano, znieruchomiała. Beatriz nie od razu zareagowała. Przez krótką, osobliwie rozciągniętą chwilę wpatrywała się w Potta, próbując przetworzyć informację, która nijak nie pasowała do obrazu sprawy, jaki zdążyli sobie zbudować. Rooke, człowiek, którego zatrzymanie miało otworzyć przed nimi kolejne drzwi, nagle nie mógł już powiedzieć ani słowa. Wszystkie pytania, na które wciąż czekali, wszystkie niewiadome, które zamierzali rozwikłać, i wszystkie tropy, które mogły doprowadzić ich dalej, właśnie znalazły się w jeszcze większym chaosie.
A potem dobiegły ich dźwięki fajerwerków. Gdzieś na zewnątrz niebo rozbłysło pierwszymi kolorami, a odległe wybuchy poniosły się pomiędzy budynkami w Mississauga. Ktoś na ulicy krzyczał, ktoś inny śmiał się głośno, a gdzieś dalej kolejni ludzie witali nowy rok, wznosząc toasty i obejmując bliskich. Świat nie zamierzał zatrzymać się tylko dlatego, że na komendzie właśnie posypała się kolejna część prowadzonego śledztwa.
Wybiła północ.
Nadszedł nowy rok.

aktualnie

Chłód i dystans Sawyera Wrighta bynajmniej nie wydały się Beatriz Gonzalez nie na miejscu. Trudno byłoby zresztą oczekiwać czegokolwiek innego po człowieku, którego przeszłość, towarzystwo i profesja nie zachęcały do obdarzania obcych bezwarunkowym zaufaniem. Nie oczekiwała od niego przyjazności, ciepła ani nawet zwyczajnej uprzejmości. Tym bardziej nie zakładała, że rozmowa, na którą zdecydowała się w tych okolicznościach, przebiegnie łatwo i przyjemnie. Doskonale wiedziała, z jakim ryzykiem wiązało się zbliżanie do kogoś takiego jak on, a jednak od chwili, w której postanowiła pójść tym tropem, nie miała zamiaru wycofywać się wyłącznie dlatego, że rzeczywistość okazała się mniej przychylna, niż zakładała. Każde kolejne słowo, każde spojrzenie i najmniejszy gest mogły przeważyć szalę na jej niekorzyść. Nie potrzebowała szczególnej wyobraźni, by dostrzec, że w ich układzie to ona miała zdecydowanie więcej do stracenia, a Sawyer nie należał do ludzi, którzy przejmowaliby się konsekwencjami cudzych decyzji.
Dreszcz przebiegł wzdłuż jej pleców, kiedy w ciemności jego oczu dostrzegła coś, czego nie potrafiła jednoznacznie nazwać, choć instynkt podpowiadał jej, by nie lekceważyć tego wrażenia. Nie chodziło wyłącznie o niechęć, którą Wright okazywał jej bez większego wysiłku. Było w tym spojrzeniu coś znacznie bardziej niepokojącego, ledwie dostrzegalny ruch, skupienie, które na krótką chwilę przeniosło się na jej szyję. Jakby rozważał, jak niewiele trzeba, by dosięgnąć jej jednym ruchem. Jakby sam fakt, że znalazła się tak blisko, był wystarczającym powodem, aby zapragnął odsunąć ją od siebie w sposób, który nie pozostawiałby miejsca na kolejne pytania. Beatriz nie zamierzała jednak przyznawać przed sobą, że ta myśl zrobiła na niej większe wrażenie, niż powinna. Czuła niepokój, owszem. Rozsądek podpowiadał jej, że byłoby skrajnie nieodpowiedzialne ignorować sygnały ostrzegawcze, ale doświadczenie nauczyło ją również, że strach sam w sobie nie stanowił powodu, by rezygnować z działania. Należało go rozpoznać, ocenić i pilnować, by nie przejął kontroli nad podejmowanymi decyzjami.
Nie ułatwiało jej to jednak sytuacji. Niechęć Sawyera była niemal namacalna, przeszywała ją na wskroś z podobną intensywnością co chłód i wilgoć bijące od nocnego powietrza. Deszcz nie zamierzał odpuszczać. Spływał po jej włosach, osiadał na rzęsach i zbierał się na końcach ciemnych loków, które wymknęły się spod kontroli i przyklejały do policzków. Woda wsiąkała w materiał kurtki, przenikając przez kolejne warstwy ubrania i stopniowo odbierając jej ciepło. Gdzieś nad nimi światło ulicznej latarni rozpraszało się w gęstych kroplach, przez co asfalt połyskiwał nierównymi smugami żółci i bladej bieli. Boczną uliczkę otaczały ciemne fasady budynków, zamknięte drzwi zapleczy i okna, za którymi o tej porze nie działo się nic, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Od czasu do czasu dobiegł ich odległy szum przejeżdżającego samochodu, rozcinającego kołami wodę na głównej drodze, ale tutaj, z dala od większego ruchu, noc zdawała się zawieszona w osobliwej ciszy. Nie była to jednak cisza kojąca. Raczej taka, w której każde poruszenie, każdy oddech i szelest mokrego materiału stawały się nieproporcjonalnie wyraźne.
Jak inaczej miała to rozegrać? Stanąć przed nim, grzecznie poprosić o pomoc, wyłożyć wszystkie karty na stół i pozwolić, by odprawił ją z kwitkiem, zanim zdążyłaby wyjaśnić, dlaczego w ogóle zdecydowała się go odszukać? A gdyby powiedziała mu wprost, co się dzieje, czy w ogóle zechciałby jej wysłuchać? Czy uznałby, że postradała zmysły, że desperacja odebrała jej resztki rozsądku i zaczęła dopatrywać się powiązań tam, gdzie ich nie było? Beatriz nie miała gwarancji, że jej przypuszczenia okażą się słuszne, podobnie jak nie mogła być pewna, że Sawyer Wright będzie zainteresowany czymkolwiek, co miała mu do zaoferowania. Mimo to była tutaj. Stała na mokrym chodniku, w bocznej uliczce, z przemoczoną kurtką i włosami, które za kilka minut prawdopodobnie nadawałyby się wyłącznie do ponownego umycia, próbując przekonać do współpracy człowieka, którego najchętniej trzymałaby z dala od czyichś problemów.
Nie schlebiaj sobie.
Nie schlebiała. A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki mógł to sobie wyobrażać. Nie zakładała, że Wright zainteresuje się jej losem, że wzruszy go policyjna odznaka ani że nagle obudzi się w nim poczucie odpowiedzialności za bałagan, który pomagał niegdyś współtworzyć. Nie oczekiwała też, że odnajdzie w niej coś, co skłoni go do wyciągnięcia pomocnej dłoni wyłącznie z dobrej woli. Beatriz nie była aż tak naiwna. Prowadziła rodzaj zaczepnej gierki, sprawdzając, ile może sobie pozwolić, zanim jego cierpliwość całkowicie się wyczerpie. Nie robiła tego dlatego, że szczególnie podobało jej się balansowanie na granicy własnego bezpieczeństwa. Chodziło o utrzymanie jego uwagi, o przeciągnięcie tej rozmowy choćby o kilka minut, jeśli właśnie tyle miało ją dzielić od uzyskania odpowiedzi. Sawyer nie mógł po prostu zniknąć w ciemności, pozostawiając ją z kolejnym ślepym zaułkiem i świadomością, że być może właśnie zmarnowała jedną z niewielu szans na odnalezienie Daniela.
Daruj sobie ten teatr i oświeć mnie, Gonzalez. Bo póki co jedyne co robisz, to marnujesz mój czas i swoją fryzurę. A kiedy zaczynam się nudzić, zwykle robi się nieprzyjemnie.
Jeśli miała to być groźba, zadziałała przynajmniej w tych zakamarkach podświadomości, do których rozsądek nie zawsze potrafił dotrzeć na czas. Jeśli zaś Sawyer rzucił to od niechcenia, nie przywiązując większej wagi do własnych słów, efekt pozostawał ten sam. Niemal natychmiast poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Zacisnęła na krótką chwilę szczękę, bardziej po to, by powstrzymać odruchową odpowiedź, niż z powodu samego lęku. Nie musiała udowadniać mu, że potrafiła być równie nieprzyjemna. Nie o to tutaj chodziło. Nie mogła jednak powstrzymać irytacji, która pojawiała się za każdym razem, gdy próbowała odczytać Sawyera Wrighta i po raz kolejny przekonywała się, jak niewiele miała do dyspozycji.
Jak cholernie trudno było go rozgryźć. Jego twarz nie zdradzała niczego ponad to, co sam postanowił jej pokazać. Nie znalazła tam ani śladu zniecierpliwienia, które mogłaby wykorzystać, ani wyraźnej oznaki rozbawienia, która pozwoliłaby jej uwierzyć, że sytuacja nie była tak napięta, jak się wydawała. Kamienna maska, pozbawiona nawet najmniejszej szczeliny, przez którą mogłaby zajrzeć głębiej. Mógł blefować. Mógł być wściekły, poirytowany albo po prostu zmęczony jej obecnością. Mógł też odczuwać coś zupełnie innego, czego nie potrafiła sobie nawet wyobrazić. Strach? Niechęć? A może rozpoznawał w jej słowach coś, co uruchamiało wspomnienia, do których nie chciał wracać? Nie miała żadnej możliwości, by to zweryfikować, a próby wyczytania z jego spojrzenia czegokolwiek przypominały wróżenie z cienia, który zmieniał kształt wraz z każdym ruchem światła.
Wypuściła ciężko powietrze z ust. W zimnie oddech zmienił się w bladą smugę pary, która na moment zawisła pomiędzy nimi, po czym rozpłynęła się w deszczowym powietrzu. Uniosła dłoń i odgarnęła kolejny mokry kosmyk przyklejony do policzka. Loki, zwykle tworzące wokół jej głowy burzę, teraz straciły nieco ze swojej objętości, obciążone wodą i przywierające do karku. Skrzywiła się ledwie zauważalnie, kiedy zimne pasmo musnęło jej skórę. Komentarz Wrighta trafił w nią na tyle celnie, by przypomnieć, że nawet w tej sytuacji nie tracił okazji do wbicia szpilki. Gdyby nie okoliczności, być może odpowiedziałaby mu czymś równie złośliwym, nawet nie zastanawiając się nad tym dłużej. Teraz miała jednak inne zmartwienia, a przemoczona fryzura plasowała się na samym końcu listy rzeczy, które zasługiwały na jej uwagę.
– Wedle życzenia – odparła cierpko. Wyprostowała się nieznacznie, poprawiając ułożenie ramion, jakby samą postawą mogła odzyskać część pewności siebie, której nie zamierzała oddawać mu bez walki. Ruch był drobny, niemal niezauważalny. Nie zamierzała jednak dawać mu powodów, by uznał ją za przestraszoną na tyle, by można było zbyć ją jednym ostrzejszym spojrzeniem. Wzięła krótki oddech, po czym skupiła wzrok na jego twarzy, starając się nie rozpraszać ani padającym deszczem, ani nieprzyjemnym chłodem, który coraz wyraźniej dawał się we znaki.
– Na pewno poznałeś Rooke’a, kuzyna Dużego Lemmy’ego – zaczęła. – Musiałeś, skoro dla nich pracowałeś.
Wypowiedziała te słowa spokojnie, nie podnosząc głosu. Nie miała zamiaru opowiadać Sawyerowi historii, którą oboje znali przynajmniej w części. Nie potrzebowała też przypominać mu, jak wyglądała jego własna przeszłość. Wystarczyło położyć przed nim konkretny fakt i sprawdzić, co z nim zrobi. Przyglądała mu się uważnie, ale nie nachalnie, starając się uchwycić najmniejszą zmianę, która mogłaby zdradzić, że trafiła w czuły punkt. Bezskutecznie. Woda spływała po jego sylwetce, a cienie rzucane przez słabe uliczne oświetlenie pogłębiały rysy twarzy, czyniąc ją jeszcze trudniejszą do odczytania. Beatriz miała wrażenie, że równie dobrze mogłaby przemawiać do zamkniętych drzwi, a mimo to ciągnęła dalej.
– Widzisz, okazałeś się policji bardziej pomocny, niż przypuszczałeś. A Rooke’owi tak mało brakowało… – dodała, unosząc dłoń. Zestawiła palec wskazujący z kciukiem, pozostawiając pomiędzy nimi zaledwie wąską szczelinę. Gest był prosty, nieco demonstracyjny, ale dobrze oddawał sens tego, co chciała przekazać. Niewiele brakowało. – ... by zacząć sypać.
Opuściła rękę i ponownie przeczesała palcami mokre loki, odgarniając je z twarzy. Woda zebrała się na końcówkach włosów i spłynęła po jej nadgarstku, wsiąkając w mankiet kurtki. Nie zwróciła na to większej uwagi. Cała jej koncentracja skupiała się teraz na mężczyźnie stojącym naprzeciwko, na pytaniu, które zamierzała zadać, i na tym, jak wiele mogła zaryzykować, zanim Wright uzna, że przekroczyła granicę jego cierpliwości.
– Powiedz, co zrobisz z wiedzą, że omyłkowo pomogłeś nam wsadzić do pierdla kuzyna największego bossa narkotykowego w Toronto? – zapytała, mrużąc oczy. Nie ruszyła się z miejsca, choć instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, że należałoby zachować w tej chwili nieco większą przestrzeń. Nie była na tyle nierozsądna, by nie dostrzegać ryzyka wynikającego z tej bliskości. Deszcz uderzał o asfalt z równą, jednostajną częstotliwością. Woda płynęła wzdłuż krawężnika, zbierając się w płytkich zagłębieniach i rozbijając odbicia latarni na drżące, nieregularne plamy światła. Gdzieś dalej metalowa pokrywa pojemnika na śmieci zadźwięczała pod uderzeniem spływającej z rynny wody. Beatriz usłyszała to wyraźnie być może dlatego, że pomiędzy nią a Sawyerem nie było już niczego, co mogłoby zagłuszyć tę chwilową pustkę. .
– Możesz być najlepszym najemnikiem na świecie, Wright. Ale nie wygrasz z całym gangiem – powiedziała w końcu, chowając ręce do kieszeni kurtki. Miała nadzieję, że ten gest nie zdradził, jak bardzo potrzebowała ogrzać palce. Wsunęła dłonie głębiej w materiał, czując pod opuszkami wilgotną podszewkę, i na moment zacisnęła je w pięści. Zimno powoli odbierało czucie koniuszkom palców, a mokre ubranie stawało się coraz cięższe. Nie było to jednak jedyne źródło dyskomfortu.
Przełknęła ślinę i uniosła podbródek. Nie chciała, żeby zamilknięcie zostało odebrane jako zawahanie, dlatego pozwoliła sobie na krótką pauzę, zanim kontynuowała. Nie musiała mówić głośniej. Deszcz i tak sprawiał, że powietrze wokół nich zdawało się gęste, a odległość między nimi niewielka. Ważniejsze było to, by każde słowo wybrzmiało dostatecznie jasno.
– Tak samo, jak nie wygrasz z policją.
Nie zamierzała udawać, że policja była organizacją nieomylną, zwartą i zawsze skutecznie realizującą własne cele. Pracowała w niej wystarczająco długo, by znać jej ograniczenia, wewnętrzne tarcia i momenty, w których procedury zamiast pomagać, potrafiły jedynie opóźniać nieuniknione. Wiedziała, że ludzie tacy jak Duży Lemmy nie utrzymywali się na szczycie przez przypadek, a ich pozycja rzadko zależała wyłącznie od pieniędzy czy brutalnej siły. Liczyły się kontakty, lojalność, umiejętność wywierania nacisku i znajomość cudzych słabości.
– Ale jest jeden człowiek, który może okazać się pomocny w tej sprawie.
Tym razem zrobiła dłuższą pauzę.
Podniosła wzrok na Sawyera. Krople deszczu spływały jej po skroniach, zatrzymywały się na linii żuchwy, by po chwili opaść na kołnierz kurtki. W oddali ponownie przemknęły światła samochodu, przez moment rozjaśniając mokrą nawierzchnię, po czym zniknęły za rogiem. Beatriz poczuła, że w tej nieprzyjaznej, ciasnej uliczce czas jakby zwolnił, a jednocześnie każda kolejna sekunda przybliżała ją do chwili, w której będzie musiała zmierzyć się z odpowiedzią, niezależnie od tego, jaka by ona nie była. Nie zamierzała już odwracać wzroku ani zasłaniać się kolejnym żartem. Wcześniejsze zaczepki miały utrzymać jego uwagę, ale teraz potrzebowała czegoś innego: by zrozumiał, że nie przyszła tutaj po to, by urządzać sobie z nim słowne przepychanki.
– Dlatego musisz mi pomóc go znaleźć – dokończyła. Zacisnęła palce w kieszeniach, czując, jak zimne i wilgotne dłonie niechętnie układają się w pięści. Nie spuściła spojrzenia. Pozwoliła, by pomiędzy nimi ponownie zapadła cisza, tym razem pozbawiona wcześniejszej zaczepności. Nie zamierzała już wypełniać jej kolejnymi słowami tylko po to, by uciec od niepewności. Teraz kolej należała do niego.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niepokój skrobał go za siatkówką oka i we wnętrzu potylicy, irytująco jednostajnie, chociaż tak subtelnie, że ktoś mniej wyczulony na reakcje swojego organizmu mógłby to drapanie przeoczyć. Jednak nie Sawyer. On czuł wyraźnie, jak nerwowość rozprzestrzenia się po organizmie; w drugiej warstwie tętna pulsującego w skroniach niczym jego słabe echo, w niewielkim procencie powietrza, którego nie wypuszczał z płuc do końca przy wydechu, w napięciu dłoni, kiedy wyciągnął je z kieszeni i pozwolił im znów opaść luźno wzdłuż ciała. A także w tym szczególnym dyskomforcie — jednym z niewielu, który był irracjonalnie naprawdę przyjemny — jaki powodował w ciele ucisk Glocka wciśniętego za pasek spodni na lędźwiach i ukrytego przed niechcianymi spojrzeniami ciężką skórzaną kurtką. Skupiony na własnym wnętrzu, Sawyer czuł to wszystko o wiele wyraźniej niż zimny deszcz spływający strugami po ubraniach i lepiący mu włosy do czoła, a także przenikliwy chłód wieczora przechodzącego w noc; to wszystko, co zwykły człowiek opisałby jako dokuczliwe i na co zwracałby największą uwagę.
Dla niego jednak ulewa i noc były jedynie tłem. Oswoił się z pracą w każdych warunkach, przyzwyczaił ciało do niewygody, nauczył się koncentrować na tych elementach, które stanowiły prawdziwe źródło potencjalnego zagrożenia. Teraz nie była nim ani woda, ani ciemność, ani chłód.
Mogła za to być nim ta kobieta, która stała przed nim z butną pewnością, że będzie jej potrzebował, nawet jeśli to znalazła go tylko po to, żeby go . p o p r o s i ć . o pomoc. Przyglądał się jej uważnie, nie dostał jednak ani jednej podpowiedzi, nawet skąpego skrawka reakcji na jego zaczepkę oraz groźbę; tę werbalną i tę, do wypowiedzenia której Sawyer potrzebował wyłącznie spojrzenia. Aż wreszcie Gonzalez się odezwała i po raz pierwszy tego wieczora powiedziała coś, co osiadło na jego ramionach realnym ciężarem. Dwa nazwiska, z których spodziewał się usłyszeć co najwyżej jedno — z uwagi na łączącą ich przeszłość i adres, który przed chwilą rzuciła w noc gdzieś za jego plecami.
Serce uderzyło mocniej o żebra, kiedy zrozumiał jej insynuację: Rooke był na tej wymianie. Był w miejscu, w którym nie powinien się znaleźć, tym samym, które Sawyer podał policji, żeby się od niego odpierdolili.
Spuścił raczej odruchowo wzrok na jej dłoń, kiedy kobieta ją podniosła, nie rejestrując dokładnego układu jej palców ani sarkazmu, a jedynie suchy fakt, że nie było w niej pistoletu. Później z jej ust popłynęły kolejne słowa, przetykane idealnie wyważonymi pauzami, najwyraźniej dla wzmożenia napięcia, i Sawyer je wszystkie słyszał, choć bardziej jakby padały gdzieś obok niego niż do niego. Przy każdym mrugnięciu pod powiekami pojawiały się obrazy i wspomnienia, krótkie migawki, których nie dało się złapać, złożone ze wspomnień i konsekwencji, jeśli policjantka mówiła prawdę. Właśnie: . j e ś l i . . Zaciśnięcie szczęk wyostrzyło linię jego żuchwy pod zarostem, kiedy przez umysł przetoczył mu się huragan myśli.
Duży Lemmy.
Wiele się o nim mówiło w półświatku, a jeszcze więcej — plotkowało za jego plecami. Głównie dlatego, że zwykłym płotkom nie dane było poznać go osobiście, ale też z prostego faktu ludzkiej natury: bo ludzie uwielbiali tworzyć mity i legendy o rzeczach, których sami nie potrafili osiągnąć i których do końca nie rozumieli. Sawyer słyszał więc niestworzone historie o mafii z Mississauga i jej bossie, godzinami marnując czas w spelunach i podłych barach, gdzie starał się dowiedzieć czegoś więcej o półświatku i znaleźć zlecenia, za które zapłacono by mu w gotówce, szybko i bez zadawania zbędnych pytań. Słuchał ich zwykle z obojętnością wymalowaną na twarzy i z kiepskim piwem w kuflu przed sobą, w półmroku przecinanym światłem żółtych nagich żarówek, bo nikt w takich miejscach nie zadawał sobie trudu znalezienia choćby byle jakiego klosza. Najchętniej opowiadali o nim ci najbardziej porywczy, najgłośniejsi i najgłupsi młodzi mężczyźni chlejący w barach i szukający pretekstu do bójki, napakowani testosteronem i narkotykami — ci sami, którzy zwykle ginęli pierwsi, kiedy sprawy zaczynały się sypać. Chłopaki z biednych rodzin albo wprost z ulicy, bez przeszłości i wizji na przyszłość, nielegalni imigranci i drobni przestępcy uważający się za mafiosów i gangsterów tylko dlatego, że mieli pistolety wciśnięte pretensjonalnie za paski spodni, kastety w kieszeniach i siłę mięśni, choć to wszystko razem wzięte i tak nie równoważyło braku wyobraźni. Sawyer słuchał ich wyssanych z palca opowieści — nie z ciekawości, ale dlatego że słuchanie zwykle się opłacało — nie wierzył jednak w żadne ich słowo. Chociaż ci faceci mówili o Dużym Lemmym z taką pewnością, jakby był ich bliskim znajomym, w przeważającej większości nigdy nie znaleźli się z nim nawet w tym samym pomieszczeniu.
Sawyer spotkał go osobiście. I właśnie dlatego milczał najgłośniej w tych momentach, w których ludzie wygadywali o Lemmym niestworzone bzdury.
Wciąż pamiętał dzień, w którym zobaczył go po raz pierwszy; w Toronto pojawił się wtedy jeszcze z Alfiem. Przez dwa tygodnie zbierali informacje i uruchamiali kontakty starego, żeby dostać się na w pobliże szczytu. Wtedy też Sawyer nasłuchał się mitów o jego sile, o szybkości i świetnym oku, o śmiertelnych strzałach z setek jardów, intrygach, konotacjach i o niekończących się wpływach z ust płotek z ulicy. Wtedy Lemmy wydał mu się przynajmniej półbogiem, więc kiedy go wreszcie spotkał, dał się porwać jego magnetyzmowi i charyzmie, a lęk wszyty pod skórę dopisał całą resztę. Wielbiłby go pewnie jak cała reszta prostaków, gdyby nie Alfie i jego pragmatyzm. Nie zrozumiał go wtedy, zwyzywał od najgorszych i skończyło się na rękoczynach, jednak lata później Sawyer dorósł wystarczająco, żeby zrozumieć prawdę. Duży Lemmy był na szczycie nie dlatego, że był najsilniejszy, najszybszy ani nawet nie dlatego, że był najsprytniejszy, najmądrzejszy albo najbardziej agresywny wśród gwałtownie mnożącej się konkurencji na rynku, który stale się rozrastał, a każdego dnia pożerał najtwardszych ze skurwieli, jakich nosił ten świat, trawił ich i wypluwał ich truchła na ulicach miast. Nie; jego fenomen nie leżał w rzeczach tak trywialnych jak fizyczne atrybuty, nawet nie w strachu, który budził u podwładnych — chociaż lęk zawsze grał kluczową rolę w hierarchii gangów, bo lękiem najłatwiej było zarządzać i manipulować — ale w czymś ważniejszym niż wszystkie powyższe. W gotowości do zrobienia . w s z y s t k i e g o , . żeby tę władzę dostać i utrzymać. Reszta była tylko dodatkiem do rdzenia, jaki stanowiła jego zdyscyplinowana wola i determinacja.
Jednak Rooke… Rooke to była zupełnie inna historia. I przy okazji żywy dowód na to, że selekcja naturalna nie podlega przypadkowi, który niezmiennie Sawyera fascynował, kiedy miał nieprzyjemność z nim współpracować.
Chociaż byli bliską rodziną, kuzynami w pierwszej linii, i na pierwszy rzut oka mieli w twarzach wypisane pokrewieństwo, pod względem charakterów nie mogli się bardziej różnić. Tam, gdzie Lemmy był chłodnym strategiem, tam Rooke wpadał ze swoją lwią ambicją, porywczością i wręcz hazardową skłonnością do skrajnego, żeby nie powiedzieć głupiego, ryzyka. Jeśli ktoś Rooke’owi rozkazywał — a rozkazów nie znosił prawie tak samo jak czarnych i psów — można się było spodziewać, że zrobi dokładnie na odwrót. Nie znosił zakazów, ledwie przełykał sugestie. Był nieprzewidywalny, ale też odważny i lojalny, a przede wszystkim zaś — był rodziną bossa. Mógł pozwolić sobie na więcej. W końcu krew bywała cięższa niż złoto.
Z tą myślą Sawyer ponownie mrugnął — kropelki otrząsnęły się z jego rzęs, ale zaraz zastąpiły je kolejne ze strużek płynących po twarzy — i obrazy się cofnęły. Myśli się uspokoiły. Oddech ponownie się pogłębił. Znów znalazł się w alejce przy tylnym wyjściu z baru, stał w strugach deszczu, a przed sobą miał zaciętą twarz kobiety, której prawie nie znał.
Dlatego musisz mi pomóc go znaleźć.
Uśmiechnął się w pierwszej reakcji; krzywo, brzydko, grymasem niemającym nic wspólnego z wesołością, podczas gdy jego oczy pozostały lodowato zimne i nieruchomo wbite w te jej.
— M u s z ę ? — powtórzył wreszcie po kobiecie, leniwie przeciągając sylaby tego pojedynczego słowa, jakby naprawdę było najważniejszym z tych, które właśnie między nimi padły z jej ust. Jakby cała reszta nie miała znaczenia i stanowiła jedynie biały szum; te wszystkie niebezpieczne oskarżenia, które mogłyby okazać się katastrofą dla przebywającego w Toronto Sawyera, gdyby tylko oczywiście były prawdą. Znalazłby się cholernie blisko śmiertelnego zagrożenia, o którym dotychczas nie miał nawet pojęcia i być może ktoś pozbyłby się go, zanim zdążyłby się dowiedzieć, czym zasłużył na osiem gram ołowiu w mózgu. Sama myśl o konsekwencjach burzyła mu krew w żyłach i wyła w tyle potylicy alarmem ostrzegawczym, który nie chciał dać się uciszyć. Z drugiej strony Gonzalez powiedziała przecież wyraźnie, że Rooke nie zaczął sypać, nawet jeśli nie mógł ufać ani jednemu z jej słów.
Tylko dlaczego Gonzalez miałaby kłamać?
Sawyer nie miał pojęcia. Jednak nie było też ani jednego powodu, dla którego miałby jej uwierzyć. Mimo to nie zamierzał bagatelizować tych ostrzeżeń; musiał je sprawdzić. Później. Teraz, cóż, teraz chciał przyłożyć nacisk do tej idealnie gładkiej powierzchni jej determinacji i sprawdzić, jak radzi sobie pod presją. Dlatego nie poruszył już palcami, tak jak to robił wcześniej, nie zacisnął pięści ani ich nie rozprostował. Nie spojrzał też ponownie w dół, na jej szyję. Zamiast tego przeniósł ciężar ciała nieznacznie do przodu, bardziej jak przypadek niż faktyczny ruch w jej stronę.
— To ty mi coś powiedz, Gonzalez, bo mnie to kurewsko ciekawi — wychrypiał niskim głosem, w którym coś zdawało się wrzeć w kontraście do chłodu, jaki bił od jego sylwetki. — Czy przychodząc tu, naprawdę sądziłaś, że twoje słowo ma dla mnie jakieś znaczenie? Że wystarczy rzucić mi ochłapy, żebym zaczął się trząść ze strachu i pobiegł za tobą z podkulonym ogonem? — warknął i odwrócił głowę, żeby bezceremonialnie splunąć na mokry asfalt gdzieś w bok. Kiedy znów na nią spojrzał, w jego oczach malowała się pogarda. — Niskie masz o mnie mniemanie.
Wciąż miała dłonie w kieszeniach, nie mógł tego nie zauważyć. I nawet jeśli ktoś tam był i ją osłaniał, najwyraźniej z jakiegoś niezrozumiałego powodu potrzebowała go żywego, ponadto stali teraz tak blisko, że żaden snajper nie podjąłby się próby strzału w ciemnościach i w deszczu, ryzykując paskudny rykoszet i stawiając na szali życie Gonzalez.
Pewność, że nikt nie przestrzeli mu płuca, w końcu przeważyła. A kiedy Sawyer znów się odezwał, głos miał już spokojny:
— Tak się skupiłaś na liczeniu moich szans, że zapomniałaś o swoich.
Jaka jest szansa, że wygra z jedną kobietą w ciemnym zaułku?
Chociaż bestia ryczała mu w skroniach, żeby sięgnąć do gardła i móc wreszcie zatopić kły w jej miękkiej skórze, Sawyer uciszył ją jednym kopniakiem. Zamiast tego gwałtownie sięgnął po połę jej mokrej kurtki, zacisnął na niej stalowy uchwyt palców i szarpnął, przyciągając kobietę zdecydowanie bliżej siebie. Ten gest był nagły, niepoprzedzony nawet krótkim grymasem czy jakąkolwiek zapowiedzią tego, co nadchodzi; wynikał z wcześniejszego przechylenia ciężaru, był naturalną kontynuacją tamtego ruchu, a nie nowym ruchem. Wszystko to zajęło nie więcej niż dwa uderzenia serca, w których ciężar rozmowy niebezpiecznie się przechylił, a ich twarze znalazły się tak blisko, że oboje mogli dostrzec najlżejszy cień na dnie źrenic tego drugiego w wątłym świetle pojedynczej latarni.
Sawyer był cierpliwy. Ale był też drapieżnikiem.
— W co ty grasz, co? Dalej chcesz dorwać Dużego Lemmy’ego? — wycedził przez zaciśnięte szczęki, ale nie dał jej nawet cienia szansy na odpowiedź. Kontynuował natychmiast: — Nie, gdyby chodziło ci o tego skurwiela, nie przyszłabyś sama i nie rozmawialibyśmy w tych uroczych okolicznościach. Ty szukasz kogoś innego. — Sawyer raczej stwierdził fakt, nie zapytał i zmrużył oczy, jakby potrzebował ją lepiej zobaczyć. Tyle że teraz wreszcie widział ją . d o s k o n a l e . . — A to spotkanie nie znajdzie się w oficjalnych policyjnych raportach, prawda?
Cóż, teraz już mogłoby się w nich znaleźć, chociaż raczej pod kategorią: rażące naruszenie cielesnej nietykalności. Wciąż jednak było to tylko puste pytanie retoryczne w jego ustach i Sawyer nie liczył ani nie czekał na żadną odpowiedź. Tamto nie miało znaczenia, zwłaszcza że czuł już na języku smak tego, które się naprawdę liczyło:
— Kogo?
Czuł bijące od jej ciała ciepło wyraźniej niż wcześniej. Niż kiedykolwiek.
Mimo wszystko miał klarowną świadomość, że zabicie jej byłoby tylko kolejnym problemem na wydłużającej się niebezpiecznie liście.

Beatriz Gonzalez
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
ODPOWIEDZ

Wróć do „Eastbound Brewing Co.”