ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

004.
Sawyer Wright


Pamiętała go z jednej ze spraw w Mississauga. Nie z akt, nie ze zdjęć dołączonych do raportu, tylko z zimnego popołudnia, kiedy stali we trójkę na tyłach opuszczonego magazynu, a wiatr wciskał się pod kołnierz munduru. Betonowe podwórze było niemal puste. Kilka samochodów stało pod ścianą, dalej ciągnęło się ogrodzenie zwieńczone drutem, a na mokrym asfalcie odbijało się blade światło z latarni.
Sawyer Wright siedział wtedy na masce samochodu, z łokciami opartymi o kolana. Wyglądał tak, jakby znalazł się tam przez przypadek, choć Beatriz doskonale wiedziała, że nic w jego obecności przypadkowe nie było. W ręku trzymał papierosa, którego popiół osypywał się na ziemię przy każdym mocniejszym ruchu palców. Daniel stał obok niej, z rękami skrzyżowanymi na piersi, zdecydowanie zbyt blisko jak na zwykłą rozmowę.
Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że zaczyna się niecierpliwić.
Wright wiedział to chyba jeszcze lepiej. Co kilka sekund zerkał na Beatriz, nie na Daniela. Kiedy mówiła, odpowiadał jej. Kiedy pytanie zadawał Daniel, jego spojrzenie przesuwało się gdzieś w bok albo zatrzymywało na papierosie. Nie dlatego, że lubił Beatriz bardziej. Po prostu przy niej nie musiał zastanawiać się, czy za chwilę rozmowa przestanie być rozmową.
Daniel miał krótki lont. Wystarczyło kilka razy usłyszeć to samo „nic nie wiem”, żeby jego twarz zaczęła twardnieć. Beatriz pamiętała moment, w którym odsunął się od samochodu i zrobił krok w stronę Wrighta. Niewielki. Prawie niezauważalny. Ale Sawyer od razu zsunął nogi z maski i wyprostował się.
Beatriz weszła między nich, zanim którykolwiek zdążył zrobić coś więcej.
– Spokojnie.
Daniel spojrzał na nią długo. Potem cofnął się o pół kroku, ale nie odszedł. Wright natomiast znów oparł się o samochód, jakby właśnie tego potrzebował – odrobiny przestrzeni i świadomości, że kobieta stojąca przed nim nie przyszła po to, żeby urządzać mu pokaz siły.
Później, kiedy Daniel na chwilę odszedł na bok odebrać telefon, Sawyer sam zaczął mówić. Nie dużo. Tyle, ile uważał za konieczne. Beatriz nie naciskała. Pozwalała mu mówić, a on najwyraźniej doceniał fakt, że nie musi walczyć o każde zdanie. Zapamiętała to. Nie jego słowa, nie szczegóły sprawy. Ten prosty mechanizm.
Z Danielem rozmowa była próbą siły.
Z nią – rozmową.
Minęły lata, ale Beatriz nadal pamiętała ten obraz. Może właśnie dlatego nazwisko Wrighta wróciło do niej teraz, kiedy Daniel zniknął, a ona sama została odsunięta na boczny tor. Potrzebowała kogoś spoza oficjalnych procedur. Kogoś, kto potrafił poruszać się tam, gdzie mundur otwierał mniej drzwi, niż kiedyś sądziła. Sawyer od lat funkcjonował w tym świecie. Wiedziała, że nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań, jeżeli odpowiednio przedstawi mu sprawę. A Beatriz zamierzała przedstawić ją tak, żeby zainteresowała go bardziej niż możliwość odmowy.
Deszcz zaczął padać jeszcze zanim zapadła pełna noc. Teraz wąski zaułek za barem był już cały mokry, czarny i lśniący od wody. Ceglane ściany pochłaniały większość światła, kontenery stały pod nimi jak ciemne, ciężkie bryły, a na końcu uliczki paliła się pojedyncza lampa, której blask ginął w deszczu, zanim zdążył dotrzeć dalej.
Nad drzwiami zaplecza wisiała mała żarówka. Żółta, słaba, brudna od kurzu. Oświetlała ledwie kilka metrów mokrego asfaltu i kawałek ściany, pozostawiając całą resztę w niemal zupełnej ciemności.
Beatriz stała właśnie na jej granicy. Ciemna kurtka chroniła ją przed większą częścią deszczu, choć kręcone włosy zdążyły nasiąknąć wilgocią. Czarne loki ciężej opadały na ramiona, kilka wilgotnych pasm przykleiło się do policzka. Nie poprawiała ich. Papieros tlił się między jej palcami, a jego żar rozcinał mrok krótkim, pomarańczowym błyskiem przy każdym zaciągnięciu. Dym mieszał się z zapachem mokrego betonu i deszczu.
Stała bez ruchu, patrząc na drzwi. Wiedziała, że Sawyer tu bywa. Wiedziała też, że nie lubił być szukany. Dlatego nie zapukała. Nie dzwoniła. Nie zostawiła wiadomości.
Po prostu czekała.
W końcu drzwi zaplecza otworzyły się gwałtownie. Sawyer ciężko wypchnął je barkiem i wyszedł na zewnątrz. Przez krótką chwilę jego sylwetka znalazła się w prostokącie żółtego światła. Potem drzwi zaczęły się zamykać, a wraz z nimi światło zniknęło, pozostawiając go znowu w ciemności.
Beatriz odczekała sekundę.
– Widzę, że pewne nawyki się nie zmieniają, co, Wright?
Żar papierosa rozjarzył się mocniej. Dopiero wtedy wyszła z cienia. Jeden krok. Potem drugi. Światło nad drzwiami złapało najpierw mokre loki, później zarys jej twarzy, linię szczęki i oczy. Reszta sylwetki nadal pozostawała częściowo zanurzona w mroku.
Deszcz osiadał na jej włosach i ramionach. Cienka smuga dymu uniosła się przed twarzą i rozpłynęła w czarnym powietrzu.
Beatriz zatrzymała się kilka kroków od niego, spokojna jak wtedy, kiedy jeszcze pracowała w Mississauga i potrafiła jednym spojrzeniem odsunąć Daniela od kolejnej głupiej decyzji.
Tyle że tym razem nie przyszła tutaj prowadzić sprawy.
Przyszła zaproponować mu interes.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— sześć —
You can't change the cards you were dealt
just the way you play the hand

Tego dnia upewnił się, że będzie pił . s a m .
Bo nie potrzebował kolejnych kłopotów o ładnych oczach ani dodatkowych zobowiązań w mieście, w którym przez ograniczony czas miał pracować na jednym stanowisku i nad jednym zleceniem, wyjątkowo starając się kogoś utrzymać przy życiu, zamiast go tego życia pozbawić. Odmiana wydawała się miła, kiedy o niej usłyszał — choć zdecydowanie milsza była zaproponowana za to zlecenie kwota — ale wystarczyło kilka tygodni, żeby panna Adler odarła go z tego jakże naiwnego złudzenia.
Gdyby nie to zlecenie, Toronto nie byłoby z pewnością jego pierwszym wyborem. Z wielu względów, a tylko najbardziej przyziemny polegał na jego niechęci do dudniących metropolii z ich rozkrzyczanymi mieszkańcami. Nie; za tą niechęcią stały nazwiska zbyt duże, żeby mówić o nich głośno i sumy zbyt wysokie, żeby móc o nich zapomnieć. I dlatego Sawyer nigdy nie zdecydowałby się na zatrzymanie się w tym mieście, gdyby nie fakt — o ironio — że właśnie tutaj mógł zarobić szybko zadziwiająco dużą sumę pieniędzy. Tych samych, których potrzebował, żeby uwolnić część swoich północnych kontaktów, zamrożonych niestety nie z uwagi na surową i długą zimę.
Ostatecznie jednak jakie było prawdopodobieństwo, że znajdą go w tej pierdolonej metropolii, jeśli nie będzie się wychylał? Niemal zerowe. Dlatego wyrwał się tego wieczora do kiepskiego baru.

W swoim życiu Sawyer zrezygnował z wielu zasad i odrzucił prawie wszystkie reguły obowiązujące ogół społeczeństwa, jakie normalnym ludziom dawały poczucie bezpieczeństwa i wrażenie czegoś tak śmiesznie złudnego jak sprawiedliwość; zrzucił skórę z fałszywymi danymi tak wiele razy, że niektóre nazwiska już dawno zatarły mu się w pamięci; zamordował tylu ludzi, że mógłby zapełnić ciałami niejeden cmentarz; pogrzebał własną moralność, empatię, sentymentalizm, a wraz z nimi zapewne również człowieczeństwo; jednak to jedno pozostało niezmienne na przestrzeni lat:
Nie współpracował z psami.
Starał się trzymać od nich na dystans na tyle, na ile mógł sobie na to pozwolić, nie budząc niepotrzebnych podejrzeń. Nie był jednak skończonym idiotą — mimo nieskończonych szkół — i wiedział, że jego nazwisko pojawia się w niejednych aktach i raportach w całej Ameryce Północnej oraz części Południowej i na policyjnych tablicach korkowych osób najchętniej widzianych za kratami, a w najgorszym przypadku martwych oraz przypuszczalnie także w obrzydliwie mokrych snach niejednego gliniarza. Sawyer wiedział, że nie jest już tak anonimowy, jak jeszcze dziesięć lat temu, kiedy stawiał pierwsze kroki w tym zawodzie, a jego kartotekę znaczył jedynie . n i e w i n n y . ślad kilku lat pozbawienia wolności za napad i kradzieże. Że policjanci gonią go tak samo, jak goniły go nazwiska zdecydowanie gorsze niż cały wymiar sprawiedliwości obu kontynentów razem wziętych. I, co najważniejsze, że nic na niego nie mają, skoro wciąż chodzi jako wolny człowiek.
Mimo to unikał ich jak ognia, kiedy tylko mógł. Nie zawsze było to jednak możliwe.
Jak tej nocy.
Sawyer wyczuł obecność człowieka jeszcze zanim go zobaczył, kiedy zrobił pierwszy krok w deszczu po opuszczeniu baru po cichu tylnym wyjściem (prowadził go stary znajomy, który miał wystarczająco oleju w głowie, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań). I bynajmniej nie chodziło o zapach. Nie, raczej . o b e c n o ś ć . . Coś na poziomie prymitywnej intuicji bardziej niż zmysłów czy świadomego, logicznego rozumowania, coś instynktownego, odzywającego się krótkim skurczem żołądka, a reakcji z ciała nauczył się słuchać już dawno.
Jednak nie usłyszał jej, zanim się nie odezwała i nie zobaczył, zanim nie weszła w krąg światła; a nawet wtedy kontur jej sylwetki został niebezpiecznie zamazany w cieniu, pozostawiając ruch jej rąk jedynie w sferze domysłów dla przyzwyczajonych do barowego światła oczu Sawyera. Obie te rzeczy zrobiła jednak łaskawie szybko. A on spiął w odpowiedzi mięśnie i zmrużył oczy, odwracając się w jej stronę z pozornie leniwą nonszalancją. Poza tym pozostał bez ruchu. W pozycji, z której potrafiłby zaatakować, zanim serce wykona jeden pełny skurcz. O krok od drzwi, które zamknęły się za jego plecami na sekundę po tym, jak jej głos zniknął w deszczowej nocy sprawiającej, że cały świat wydawał się lepiej wygłuszony, a miasto cichsze niż zwykle.
Zatrzymał wzrok na jej twarzy i zmełł w zębach przekleństwo. . Z n a ł . j ą .
Niektóre rzeczy faktycznie się nie zmieniały.
A jednak patrząc wstecz, nic nie było takie samo.
— Gdybym tylko mógł się odwdzięczyć tą imponującą pamięcią co do nawyków i nazwisk — warknął sarkastycznie, chociaż ostatnie, na co miał teraz ochotę, to wymienianie się z tą kobietą uprzejmościami i przerzucanie nazwiskami. Gdzieś na peryferiach świadomości zamajaczyło nazwisko przypisane do twarzy otoczonej burzą loków, ale nie na tyle wyraźnie, żeby Sawyer mógł tę myśl złapać i nazwać. To było coś hiszpańskiego, coś przywodzącego na myśl Amerykę Łacińską. Hernández? Martínez? — Niestety mam przykry zwyczaj ignorowania tych detali, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi, których już nigdy w życiu nie chciałbym spotkać — dodał beznamiętnie, nie licząc rzecz jasna, że sama pogarda wystarczy, żeby się jej pozbyć.
Chociaż nie pamiętał jej nazwiska, ono miało w tym momencie znaczenie przynajmniej marginalne. Za to Sawyer zapamiętał rzeczy naprawdę istotne. Wspomnienia wiążące się niebezpiecznie z innym miastem i ludźmi, przed którymi miał się nie wychylać i którzy stanowili główny problem przyjęcia zlecenia Christophera Adlera w Toronto. I prosty, chociaż niezmiernie wkurwiający fakt, że była psem.
Jego czujność lekko przytępił wypity drink, ale nie na tyle, żeby pozbawić go odruchów. Potoczył szybkim, choć nie nerwowym spojrzeniem po okolicy, ale nie wyłapał żadnego ruchu innego człowieka. Co prawda nie znaczyło to jeszcze, że ich nie było, ale pierwsza obserwacja też miała znaczenie. Następna pojawiła się myśl, że nie mogła tu przecież przyjść sama. Nie drgnął mimo to, nie zrobił ani kroku w przód, ani się nie cofnął, ani tym bardziej nie odwrócił się, żeby odejść. A chociaż czuł, jak deszcz wdziera się pod kołnierz skórzanej kurtki, nie poprawił go ani nie schował rąk do kieszeni; wolał mieć pełną swobodę ruchu. Na wszelki wypadek.
— Coś jednak się zmienia, w twoim przypadku zadziwiająco na lepsze — rzucił. I chociaż przez ułamek sekundy te słowa mogły brzmieć na komplement, Sawyer zaraz ten miraż rozwiał: — Gdzie twój mundur?
Prawdziwe pytanie brzmiało inaczej: Czego chcesz?
Nie wątpił jednak, że i bez niego kobieta sama go zaraz oświeci. I że cokolwiek miała do powiedzenia, nie spodoba mu się to.
Pomyślał przelotnie ze znużeniem, że kłopoty o ładnych oczach same go znalazły, ba, że czekały na niego w mroku. Tyle że tym razem ich nie wybierał. I — co do tego miał kurewską pewność — te nie mogły się skończyć tak przyjemnie, jak jego ostatnie.

Beatriz Gonzalez
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Kącik jej ust zadrżał subtelnie w odpowiedzi. Nie mógł tego jednak zobaczyć. Wciąż stała zatopiona w mroku, a żarząca się końcówka papierosa była zbyt marnym źródłem światła, by wydobyć z ciemności coś więcej niż zarys jej sylwetki. Dym mieszał się z wilgotnym, nocnym powietrzem i szybko znikał w deszczu, który od dobrych kilku minut padał jednostajnie, ciężko, niemal bez przerwy. Krople uderzały o metalowe elementy zaplecza, blaszany daszek i stare kontenery, tworząc jednostajny szum, który z pozoru powinien zagłuszać wszystko. W praktyce tylko potęgował wrażenie, że znajdowali się gdzieś poza światem, w wąskim skrawku przestrzeni odciętym od ulicy, ludzi i wszystkich zasad, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydawały się oczywiste.
– Zawsze miałeś w y j ą t k o w o słabą pamięć do nazwisk.
Odgryzła się, choć tym razem ton jej głosu nie był już tak ostry. Zabrzmiał wyżej, bardziej zdradzając napięcie pod spokojnie wypowiedzianymi słowami.
Papieros miał pomóc.
Przynajmniej tak sobie wmawiała. Miał rozluźnić zaciśnięte mięśnie, uporządkować myśli, dać jej kilka minut tej znajomej iluzji, że wszystko wciąż znajduje się pod kontrolą. Że skoro jest w stanie stać spokojnie, palić papierosa i odpowiadać z ironią, to sytuacja rzeczywiście nie jest jeszcze tak zła.
Tyle że dym nie potrafił oszukać ani serca, ani sumienia.
Jej nonszalancja była tylko cienką warstwą, pod którą od kilku godzin wszystko zaczynało się gotować. Każda kolejna myśl przypominała kroplę wrzuconą na rozgrzaną patelnię. Syknęła i zniknęła, ale za chwilę pojawiała się następna.
Wright nie musiał o tym wiedzieć.
Nigdy nie była dobra w całkowitym ukrywaniu emocji ani zamiarów. Potrafiła kłamać wtedy, kiedy wymagała tego praca. Potrafiła przemilczeć rzeczy, które powinny zostać przemilczane. Potrafiła nawet przybrać odpowiednią minę, odpowiedni ton, odpowiednią wersję siebie.
Ale nie była Danielem. On potrafił zakopać prawdę tak głęboko, że człowiek przez lata mógłby żyć obok niej i nie domyślić się nawet, że coś leży pod ziemią. Jego tajemnice z czasem okazały się znacznie mroczniejsze właśnie dlatego, że tak długo pozostawały skrywane. W tamtym duecie Gonzalez zawsze grała tego dobrego glinę. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość coraz mniej pozwalała jej wierzyć, że podział na dobrych i złych rzeczywiście jest tak prosty.
– Och, już nie bądź taki. – Cmoknęła, a w słowach wciąż pobrzmiewał cień ironii. – Koniec końców nam się zawsze jakoś rozmawiało.
J a k o ś.
Słowo-klucz. Małe, wygodne i wystarczająco niejednoznaczne, żeby zmieścić w sobie wszystkie ich rozmowy – te niepotrzebne, te wymuszone, te, w których oboje jedynie badali grunt, oraz te, w których znacznie więcej zostało przemilczane, niż rzeczywiście wypowiedziane.
Nie można było powiedzieć, że rozmawiało im się dobrze. Nie można też było powiedzieć, że źle. Po prostu j a k o ś . Warto było jednak pamiętać, że Gonzalez zawsze wolała rozmawiać, podczas gdy Reed zdecydowanie lepiej czuł się wtedy, gdy rozmowa się kończyła, a zaczynały rękoczyny. Ironia losu polegała na tym, że człowiek porywczy i gwałtowny prywatnie potrafił być zadziwiająco skryty, natomiast to Betty, zwykle trzymająca się procedur i rozsądku, bywała znacznie bardziej porywcza, niż ktokolwiek miał okazję się przekonać.
Tak jak teraz. Teraz wcale nie przypominała kobiety, która przyszła tutaj z dokładnie przemyślanym planem. Bardziej przypominała kogoś, kto zorientował się, że siedzi w garnku znacznie dłużej, niż powinien, a woda zaczęła robić się naprawdę ciepła.
Jeszcze nie wrzała. Ale niewiele jej brakowało.
Kolejne kroki wyprowadziły ją z cienia i pozwoliły wreszcie przypisać głos oraz zarys sylwetki do konkretnej twarzy. Mokra noc przestawała ukrywać szczegóły. Słabe światło padające zza drzwi zaplecza odbijało się na mokrym chodniku i połyskujących kałużach, rozbijając mrok na krótkie, blade smugi. Deszcz osiadał na jej kurtce, na włosach, na rzęsach. Czuła pojedyncze krople spływające po karku, chłodne i nieprzyjemne, ale prawie ich nie zauważała.
Wyłapała moment, w którym Wright zaczął się rozglądać. Nieufność pojawiła się na jego twarzy niemal od razu. Nie mogła mu się dziwić. Byli z zupełnie różnych światów. Tam, gdzie pojawiał się glina, prędzej czy później pojawiały się również problemy. Zwykle nieproszone. Jej obecność nie sugerowała wprawdzie obławy, ale wcale nie oznaczała, że kłopotów nie było.
Wręcz przeciwnie. Westchnęła ciężko. Pstryknęła papierosem, posyłając niedopałek przed siebie. Żar przeciął na moment ciemność, po czym zniknął wśród mokrego betonu. Przydeptała go podeszwą buta, rozmazując resztki popiołu po wilgotnej nawierzchni.
– Jestem s a m a – odpowiedziała na niezadane pytanie. Albo raczej na to, które wyczytała z jego spojrzenia.
Wzruszyła ramionami i próbowała nadać temu wszystkiemu lekkości. Nie wychodziło jej. Schowała więc dłonie głęboko do kieszeni, rozchylając nieznacznie kurtkę.
Gdzie twój mundur?
Tam, gdzie zostawiła również resztki dumy, kiedy ruszyła po metody, po które jeszcze niedawno przysięgałaby, że nigdy nie sięgnie. Ironia polegała na tym, że nawet teraz nie uważała się za kogoś, kto porzucił swoje zasady.
Jeszcze nie.
Po prostu coraz trudniej było ich przestrzegać, kiedy rzeczywistość konsekwentnie udowadniała jej, że sama uczciwość nie zawsze wystarcza. Życie miało brzydki zwyczaj weryfikowania ideałów dokładnie wtedy, kiedy człowiek najbardziej chciał przy nich pozostać. Dosięgało jej niesprawiedliwością, a potem oczekiwało, że nadal będzie zachowywać się tak, jakby świat był miejscem, w którym wszystko można załatwić właściwą drogą.
– Jestem tu prywatnie. – powtórzyła, choć nie tymi samymi słowami. – Podsłuchu też nie mam, chcesz sprawdzić?
Kącik ust znów uniósł się lekko. Ironia była prostsza. Ironia nie wymagała przyznania się, że tak naprawdę od kilku minut sama nie wie, co powiedzieć. Wsadziła ręce jeszcze głębiej do kieszeni i spojrzała na Wrighta swoimi czekoladowymi oczami.
Tym razem grymas zniknął. Pozostała jedynie powaga. Pokręciła głową, jakby próbowała jeszcze raz przemówić samej sobie do rozsądku. Jakby gdzieś po drodze wciąż istniała możliwość, że odwróci się, odejdzie i wróci do swojego świata, w którym problemy rozwiązywało się inaczej.
Przez moment naprawdę miała ochotę to zrobić. Bo jak do tego doszło? Jakim sposobem znalazła się w miejscu, w którym musiała prosić o pomoc człowieka, który brał pieniądze za wykonywanie zleceń? Któremu kiedyś upiekło się tylko dlatego, że sprzedał im kilka informacji? Którego sama najchętniej wsadziłaby za kratki, gdyby tylko dostała wystarczająco dużo powodów i możliwości?
A teraz stała tutaj. W deszczu. Bez munduru. Bez odznaki. Bez poczucia, że wciąż znajduje się po właściwej stronie granicy. I miała mu zaoferować coś, co można było określić mianem wzajemnej pomocy, choć nawet ona wiedziała, że to określenie jest wyjątkowo elegancką nazwą dla sytuacji, w której obie strony mają coś do stracenia.
Właściwie musiała uciec się do małego szantażu. I chyba właśnie to uwierało ją najbardziej. Nie dlatego, że Wright na niego nie zasługiwał. Nie dlatego, że miała wobec niego jakieś szczególne wyrzuty sumienia. Tylko dlatego, że pierwszy raz od dawna miała świadomość, iż przekracza granicę nie dlatego, że ktoś ją do tego zmusił, ale dlatego, że sama zdecydowała, że tym razem cel jest ważniejszy niż metoda.
To była dokładnie ta logika, której nauczył ją Daniel, choć nigdy nie chciała się od niego niczego nauczyć. I nagle zdała sobie sprawę, że najbardziej przerażało ją nie to, że może przegrać. Przerażało ją to, że żeby wygrać, zaczynała przypominać ludzi, z którymi przez lata walczyła.
Deszcz spływał po jej włosach, ciężkich od wilgoci. Ciemne loki przyklejały się do skroni i policzków, poruszając się ciężko przy każdym obrocie głowy. Kiedy odwróciła twarz, pojedynczy kosmyk osiadł jej na policzku. Odkleiła go powoli, wsuwając za ucho.
– Kurwa... Nie wierzę, że o to proszę... – słowa wydostały się niemal szeptem, bardziej do niej samej niż do niego. Prychnęła cicho i na moment przekręciła twarz w bok.
Spojrzenie zatrzymało się na ciemnej ścianie połyskującej od deszczu i słabego światła znad drzwi zaplecza. Woda zbierała się na nierównej powierzchni, spływając cienkimi strużkami ku ziemi. Całe otoczenie było szare, mokre i zimne, a jednak gdzieś głębiej czuła nieprzyjemne ciepło.
Jakby ten przeklęty garnek rzeczywiście stał już na ogniu.
Półmrok układał się na jej twarzy, uwydatniając dołeczki w policzkach, lekko zadarty nos i mocno zaciśniętą szczękę. Mięśnie przy żuchwie pracowały niemal niezauważalnie, ilekroć próbowała powstrzymać kolejną falę wątpliwości.
W końcu odwróciła się z powrotem. Spojrzała na niego już bez ironii. Bez tej cienkiej warstwy luzu, która wcześniej pozwalała jej udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Teraz nie było już sensu.
– Mam problem, Wright.
Powiedziała to powoli, spokojnie, ważąc każde słowo, jakby każde kolejne było cięższe od poprzedniego. Jakby musiała je najpierw przełknąć, zanim pozwoliła mu opaść pomiędzy nich. Smakowały goryczą.
– I, gratulacje, padło na ciebie.
Krótka pauza. Deszcz nadal uderzał o blaszany dach. Gdzieś dalej przejechał samochód, rozcinając noc smugą świateł, która na moment przemknęła po mokrym asfalcie i zaraz zniknęła.
– Pomożesz mi się z nim uporać.
Zuchwałe? Być może. Bezczelne? Prawdopodobnie. Ale była pod ścianą. I coraz wyraźniej czuła, że jeśli teraz nie zrobi czegoś, czego sama nigdy nie wyobrażała sobie zrobić, za chwilę nie będzie już żadnego wyboru.
Tylko wrzątek.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Eastbound Brewing Co.”