ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

004.
Sawyer Wright


Pamiętała go z jednej ze spraw w Mississauga. Nie z akt, nie ze zdjęć dołączonych do raportu, tylko z zimnego popołudnia, kiedy stali we trójkę na tyłach opuszczonego magazynu, a wiatr wciskał się pod kołnierz munduru. Betonowe podwórze było niemal puste. Kilka samochodów stało pod ścianą, dalej ciągnęło się ogrodzenie zwieńczone drutem, a na mokrym asfalcie odbijało się blade światło z latarni.
Sawyer Wright siedział wtedy na masce samochodu, z łokciami opartymi o kolana. Wyglądał tak, jakby znalazł się tam przez przypadek, choć Beatriz doskonale wiedziała, że nic w jego obecności przypadkowe nie było. W ręku trzymał papierosa, którego popiół osypywał się na ziemię przy każdym mocniejszym ruchu palców. Daniel stał obok niej, z rękami skrzyżowanymi na piersi, zdecydowanie zbyt blisko jak na zwykłą rozmowę.
Nie musiała na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że zaczyna się niecierpliwić.
Wright wiedział to chyba jeszcze lepiej. Co kilka sekund zerkał na Beatriz, nie na Daniela. Kiedy mówiła, odpowiadał jej. Kiedy pytanie zadawał Daniel, jego spojrzenie przesuwało się gdzieś w bok albo zatrzymywało na papierosie. Nie dlatego, że lubił Beatriz bardziej. Po prostu przy niej nie musiał zastanawiać się, czy za chwilę rozmowa przestanie być rozmową.
Daniel miał krótki lont. Wystarczyło kilka razy usłyszeć to samo „nic nie wiem”, żeby jego twarz zaczęła twardnieć. Beatriz pamiętała moment, w którym odsunął się od samochodu i zrobił krok w stronę Wrighta. Niewielki. Prawie niezauważalny. Ale Sawyer od razu zsunął nogi z maski i wyprostował się.
Beatriz weszła między nich, zanim którykolwiek zdążył zrobić coś więcej.
– Spokojnie.
Daniel spojrzał na nią długo. Potem cofnął się o pół kroku, ale nie odszedł. Wright natomiast znów oparł się o samochód, jakby właśnie tego potrzebował – odrobiny przestrzeni i świadomości, że kobieta stojąca przed nim nie przyszła po to, żeby urządzać mu pokaz siły.
Później, kiedy Daniel na chwilę odszedł na bok odebrać telefon, Sawyer sam zaczął mówić. Nie dużo. Tyle, ile uważał za konieczne. Beatriz nie naciskała. Pozwalała mu mówić, a on najwyraźniej doceniał fakt, że nie musi walczyć o każde zdanie. Zapamiętała to. Nie jego słowa, nie szczegóły sprawy. Ten prosty mechanizm.
Z Danielem rozmowa była próbą siły.
Z nią – rozmową.
Minęły lata, ale Beatriz nadal pamiętała ten obraz. Może właśnie dlatego nazwisko Wrighta wróciło do niej teraz, kiedy Daniel zniknął, a ona sama została odsunięta na boczny tor. Potrzebowała kogoś spoza oficjalnych procedur. Kogoś, kto potrafił poruszać się tam, gdzie mundur otwierał mniej drzwi, niż kiedyś sądziła. Sawyer od lat funkcjonował w tym świecie. Wiedziała, że nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań, jeżeli odpowiednio przedstawi mu sprawę. A Beatriz zamierzała przedstawić ją tak, żeby zainteresowała go bardziej niż możliwość odmowy.
Deszcz zaczął padać jeszcze zanim zapadła pełna noc. Teraz wąski zaułek za barem był już cały mokry, czarny i lśniący od wody. Ceglane ściany pochłaniały większość światła, kontenery stały pod nimi jak ciemne, ciężkie bryły, a na końcu uliczki paliła się pojedyncza lampa, której blask ginął w deszczu, zanim zdążył dotrzeć dalej.
Nad drzwiami zaplecza wisiała mała żarówka. Żółta, słaba, brudna od kurzu. Oświetlała ledwie kilka metrów mokrego asfaltu i kawałek ściany, pozostawiając całą resztę w niemal zupełnej ciemności.
Beatriz stała właśnie na jej granicy. Ciemna kurtka chroniła ją przed większą częścią deszczu, choć kręcone włosy zdążyły nasiąknąć wilgocią. Czarne loki ciężej opadały na ramiona, kilka wilgotnych pasm przykleiło się do policzka. Nie poprawiała ich. Papieros tlił się między jej palcami, a jego żar rozcinał mrok krótkim, pomarańczowym błyskiem przy każdym zaciągnięciu. Dym mieszał się z zapachem mokrego betonu i deszczu.
Stała bez ruchu, patrząc na drzwi. Wiedziała, że Sawyer tu bywa. Wiedziała też, że nie lubił być szukany. Dlatego nie zapukała. Nie dzwoniła. Nie zostawiła wiadomości.
Po prostu czekała.
W końcu drzwi zaplecza otworzyły się gwałtownie. Sawyer ciężko wypchnął je barkiem i wyszedł na zewnątrz. Przez krótką chwilę jego sylwetka znalazła się w prostokącie żółtego światła. Potem drzwi zaczęły się zamykać, a wraz z nimi światło zniknęło, pozostawiając go znowu w ciemności.
Beatriz odczekała sekundę.
– Widzę, że pewne nawyki się nie zmieniają, co, Wright?
Żar papierosa rozjarzył się mocniej. Dopiero wtedy wyszła z cienia. Jeden krok. Potem drugi. Światło nad drzwiami złapało najpierw mokre loki, później zarys jej twarzy, linię szczęki i oczy. Reszta sylwetki nadal pozostawała częściowo zanurzona w mroku.
Deszcz osiadał na jej włosach i ramionach. Cienka smuga dymu uniosła się przed twarzą i rozpłynęła w czarnym powietrzu.
Beatriz zatrzymała się kilka kroków od niego, spokojna jak wtedy, kiedy jeszcze pracowała w Mississauga i potrafiła jednym spojrzeniem odsunąć Daniela od kolejnej głupiej decyzji.
Tyle że tym razem nie przyszła tutaj prowadzić sprawy.
Przyszła zaproponować mu interes.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— sześć —
You can't change the cards you were dealt
just the way you play the hand

Tego dnia upewnił się, że będzie pił . s a m .
Bo nie potrzebował kolejnych kłopotów o ładnych oczach ani dodatkowych zobowiązań w mieście, w którym przez ograniczony czas miał pracować na jednym stanowisku i nad jednym zleceniem, wyjątkowo starając się kogoś utrzymać przy życiu, zamiast go tego życia pozbawić. Odmiana wydawała się miła, kiedy o niej usłyszał — choć zdecydowanie milsza była zaproponowana za to zlecenie kwota — ale wystarczyło kilka tygodni, żeby panna Adler odarła go z tego jakże naiwnego złudzenia.
Gdyby nie to zlecenie, Toronto nie byłoby z pewnością jego pierwszym wyborem. Z wielu względów, a tylko najbardziej przyziemny polegał na jego niechęci do dudniących metropolii z ich rozkrzyczanymi mieszkańcami. Nie; za tą niechęcią stały nazwiska zbyt duże, żeby mówić o nich głośno i sumy zbyt wysokie, żeby móc o nich zapomnieć. I dlatego Sawyer nigdy nie zdecydowałby się na zatrzymanie się w tym mieście, gdyby nie fakt — o ironio — że właśnie tutaj mógł zarobić szybko zadziwiająco dużą sumę pieniędzy. Tych samych, których potrzebował, żeby uwolnić część swoich północnych kontaktów, zamrożonych niestety nie z uwagi na surową i długą zimę.
Ostatecznie jednak jakie było prawdopodobieństwo, że znajdą go w tej pierdolonej metropolii, jeśli nie będzie się wychylał? Niemal zerowe. Dlatego wyrwał się tego wieczora do kiepskiego baru.

W swoim życiu Sawyer zrezygnował z wielu zasad i odrzucił prawie wszystkie reguły obowiązujące ogół społeczeństwa, jakie normalnym ludziom dawały poczucie bezpieczeństwa i wrażenie czegoś tak śmiesznie złudnego jak sprawiedliwość; zrzucił skórę z fałszywymi danymi tak wiele razy, że niektóre nazwiska już dawno zatarły mu się w pamięci; zamordował tylu ludzi, że mógłby zapełnić ciałami niejeden cmentarz; pogrzebał własną moralność, empatię, sentymentalizm, a wraz z nimi zapewne również człowieczeństwo; jednak to jedno pozostało niezmienne na przestrzeni lat:
Nie współpracował z psami.
Starał się trzymać od nich na dystans na tyle, na ile mógł sobie na to pozwolić, nie budząc niepotrzebnych podejrzeń. Nie był jednak skończonym idiotą — mimo nieskończonych szkół — i wiedział, że jego nazwisko pojawia się w niejednych aktach i raportach w całej Ameryce Północnej oraz części Południowej i na policyjnych tablicach korkowych osób najchętniej widzianych za kratami, a w najgorszym przypadku martwych oraz przypuszczalnie także w obrzydliwie mokrych snach niejednego gliniarza. Sawyer wiedział, że nie jest już tak anonimowy, jak jeszcze dziesięć lat temu, kiedy stawiał pierwsze kroki w tym zawodzie, a jego kartotekę znaczył jedynie . n i e w i n n y . ślad kilku lat pozbawienia wolności za napad i kradzieże. Że policjanci gonią go tak samo, jak goniły go nazwiska zdecydowanie gorsze niż cały wymiar sprawiedliwości obu kontynentów razem wziętych. I, co najważniejsze, że nic na niego nie mają, skoro wciąż chodzi jako wolny człowiek.
Mimo to unikał ich jak ognia, kiedy tylko mógł. Nie zawsze było to jednak możliwe.
Jak tej nocy.
Sawyer wyczuł obecność człowieka jeszcze zanim go zobaczył, kiedy zrobił pierwszy krok w deszczu po opuszczeniu baru po cichu tylnym wyjściem (prowadził go stary znajomy, który miał wystarczająco oleju w głowie, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań). I bynajmniej nie chodziło o zapach. Nie, raczej . o b e c n o ś ć . . Coś na poziomie prymitywnej intuicji bardziej niż zmysłów czy świadomego, logicznego rozumowania, coś instynktownego, odzywającego się krótkim skurczem żołądka, a reakcji z ciała nauczył się słuchać już dawno.
Jednak nie usłyszał jej, zanim się nie odezwała i nie zobaczył, zanim nie weszła w krąg światła; a nawet wtedy kontur jej sylwetki został niebezpiecznie zamazany w cieniu, pozostawiając ruch jej rąk jedynie w sferze domysłów dla przyzwyczajonych do barowego światła oczu Sawyera. Obie te rzeczy zrobiła jednak łaskawie szybko. A on spiął w odpowiedzi mięśnie i zmrużył oczy, odwracając się w jej stronę z pozornie leniwą nonszalancją. Poza tym pozostał bez ruchu. W pozycji, z której potrafiłby zaatakować, zanim serce wykona jeden pełny skurcz. O krok od drzwi, które zamknęły się za jego plecami na sekundę po tym, jak jej głos zniknął w deszczowej nocy sprawiającej, że cały świat wydawał się lepiej wygłuszony, a miasto cichsze niż zwykle.
Zatrzymał wzrok na jej twarzy i zmełł w zębach przekleństwo. . Z n a ł . j ą .
Niektóre rzeczy faktycznie się nie zmieniały.
A jednak patrząc wstecz, nic nie było takie samo.
— Gdybym tylko mógł się odwdzięczyć tą imponującą pamięcią co do nawyków i nazwisk — warknął sarkastycznie, chociaż ostatnie, na co miał teraz ochotę, to wymienianie się z tą kobietą uprzejmościami i przerzucanie nazwiskami. Gdzieś na peryferiach świadomości zamajaczyło nazwisko przypisane do twarzy otoczonej burzą loków, ale nie na tyle wyraźnie, żeby Sawyer mógł tę myśl złapać i nazwać. To było coś hiszpańskiego, coś przywodzącego na myśl Amerykę Łacińską. Hernández? Martínez? — Niestety mam przykry zwyczaj ignorowania tych detali, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi, których już nigdy w życiu nie chciałbym spotkać — dodał beznamiętnie, nie licząc rzecz jasna, że sama pogarda wystarczy, żeby się jej pozbyć.
Chociaż nie pamiętał jej nazwiska, ono miało w tym momencie znaczenie przynajmniej marginalne. Za to Sawyer zapamiętał rzeczy naprawdę istotne. Wspomnienia wiążące się niebezpiecznie z innym miastem i ludźmi, przed którymi miał się nie wychylać i którzy stanowili główny problem przyjęcia zlecenia Christophera Adlera w Toronto. I prosty, chociaż niezmiernie wkurwiający fakt, że była psem.
Jego czujność lekko przytępił wypity drink, ale nie na tyle, żeby pozbawić go odruchów. Potoczył szybkim, choć nie nerwowym spojrzeniem po okolicy, ale nie wyłapał żadnego ruchu innego człowieka. Co prawda nie znaczyło to jeszcze, że ich nie było, ale pierwsza obserwacja też miała znaczenie. Następna pojawiła się myśl, że nie mogła tu przecież przyjść sama. Nie drgnął mimo to, nie zrobił ani kroku w przód, ani się nie cofnął, ani tym bardziej nie odwrócił się, żeby odejść. A chociaż czuł, jak deszcz wdziera się pod kołnierz skórzanej kurtki, nie poprawił go ani nie schował rąk do kieszeni; wolał mieć pełną swobodę ruchu. Na wszelki wypadek.
— Coś jednak się zmienia, w twoim przypadku zadziwiająco na lepsze — rzucił. I chociaż przez ułamek sekundy te słowa mogły brzmieć na komplement, Sawyer zaraz ten miraż rozwiał: — Gdzie twój mundur?
Prawdziwe pytanie brzmiało inaczej: Czego chcesz?
Nie wątpił jednak, że i bez niego kobieta sama go zaraz oświeci. I że cokolwiek miała do powiedzenia, nie spodoba mu się to.
Pomyślał przelotnie ze znużeniem, że kłopoty o ładnych oczach same go znalazły, ba, że czekały na niego w mroku. Tyle że tym razem ich nie wybierał. I — co do tego miał kurewską pewność — te nie mogły się skończyć tak przyjemnie, jak jego ostatnie.

Beatriz Gonzalez
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Kącik jej ust zadrżał subtelnie w odpowiedzi. Nie mógł tego jednak zobaczyć. Wciąż stała zatopiona w mroku, a żarząca się końcówka papierosa była zbyt marnym źródłem światła, by wydobyć z ciemności coś więcej niż zarys jej sylwetki. Dym mieszał się z wilgotnym, nocnym powietrzem i szybko znikał w deszczu, który od dobrych kilku minut padał jednostajnie, ciężko, niemal bez przerwy. Krople uderzały o metalowe elementy zaplecza, blaszany daszek i stare kontenery, tworząc jednostajny szum, który z pozoru powinien zagłuszać wszystko. W praktyce tylko potęgował wrażenie, że znajdowali się gdzieś poza światem, w wąskim skrawku przestrzeni odciętym od ulicy, ludzi i wszystkich zasad, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydawały się oczywiste.
– Zawsze miałeś w y j ą t k o w o słabą pamięć do nazwisk.
Odgryzła się, choć tym razem ton jej głosu nie był już tak ostry. Zabrzmiał wyżej, bardziej zdradzając napięcie pod spokojnie wypowiedzianymi słowami.
Papieros miał pomóc.
Przynajmniej tak sobie wmawiała. Miał rozluźnić zaciśnięte mięśnie, uporządkować myśli, dać jej kilka minut tej znajomej iluzji, że wszystko wciąż znajduje się pod kontrolą. Że skoro jest w stanie stać spokojnie, palić papierosa i odpowiadać z ironią, to sytuacja rzeczywiście nie jest jeszcze tak zła.
Tyle że dym nie potrafił oszukać ani serca, ani sumienia.
Jej nonszalancja była tylko cienką warstwą, pod którą od kilku godzin wszystko zaczynało się gotować. Każda kolejna myśl przypominała kroplę wrzuconą na rozgrzaną patelnię. Syknęła i zniknęła, ale za chwilę pojawiała się następna.
Wright nie musiał o tym wiedzieć.
Nigdy nie była dobra w całkowitym ukrywaniu emocji ani zamiarów. Potrafiła kłamać wtedy, kiedy wymagała tego praca. Potrafiła przemilczeć rzeczy, które powinny zostać przemilczane. Potrafiła nawet przybrać odpowiednią minę, odpowiedni ton, odpowiednią wersję siebie.
Ale nie była Danielem. On potrafił zakopać prawdę tak głęboko, że człowiek przez lata mógłby żyć obok niej i nie domyślić się nawet, że coś leży pod ziemią. Jego tajemnice z czasem okazały się znacznie mroczniejsze właśnie dlatego, że tak długo pozostawały skrywane. W tamtym duecie Gonzalez zawsze grała tego dobrego glinę. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość coraz mniej pozwalała jej wierzyć, że podział na dobrych i złych rzeczywiście jest tak prosty.
– Och, już nie bądź taki. – Cmoknęła, a w słowach wciąż pobrzmiewał cień ironii. – Koniec końców nam się zawsze jakoś rozmawiało.
J a k o ś.
Słowo-klucz. Małe, wygodne i wystarczająco niejednoznaczne, żeby zmieścić w sobie wszystkie ich rozmowy – te niepotrzebne, te wymuszone, te, w których oboje jedynie badali grunt, oraz te, w których znacznie więcej zostało przemilczane, niż rzeczywiście wypowiedziane.
Nie można było powiedzieć, że rozmawiało im się dobrze. Nie można też było powiedzieć, że źle. Po prostu j a k o ś . Warto było jednak pamiętać, że Gonzalez zawsze wolała rozmawiać, podczas gdy Reed zdecydowanie lepiej czuł się wtedy, gdy rozmowa się kończyła, a zaczynały rękoczyny. Ironia losu polegała na tym, że człowiek porywczy i gwałtowny prywatnie potrafił być zadziwiająco skryty, natomiast to Betty, zwykle trzymająca się procedur i rozsądku, bywała znacznie bardziej porywcza, niż ktokolwiek miał okazję się przekonać.
Tak jak teraz. Teraz wcale nie przypominała kobiety, która przyszła tutaj z dokładnie przemyślanym planem. Bardziej przypominała kogoś, kto zorientował się, że siedzi w garnku znacznie dłużej, niż powinien, a woda zaczęła robić się naprawdę ciepła.
Jeszcze nie wrzała. Ale niewiele jej brakowało.
Kolejne kroki wyprowadziły ją z cienia i pozwoliły wreszcie przypisać głos oraz zarys sylwetki do konkretnej twarzy. Mokra noc przestawała ukrywać szczegóły. Słabe światło padające zza drzwi zaplecza odbijało się na mokrym chodniku i połyskujących kałużach, rozbijając mrok na krótkie, blade smugi. Deszcz osiadał na jej kurtce, na włosach, na rzęsach. Czuła pojedyncze krople spływające po karku, chłodne i nieprzyjemne, ale prawie ich nie zauważała.
Wyłapała moment, w którym Wright zaczął się rozglądać. Nieufność pojawiła się na jego twarzy niemal od razu. Nie mogła mu się dziwić. Byli z zupełnie różnych światów. Tam, gdzie pojawiał się glina, prędzej czy później pojawiały się również problemy. Zwykle nieproszone. Jej obecność nie sugerowała wprawdzie obławy, ale wcale nie oznaczała, że kłopotów nie było.
Wręcz przeciwnie. Westchnęła ciężko. Pstryknęła papierosem, posyłając niedopałek przed siebie. Żar przeciął na moment ciemność, po czym zniknął wśród mokrego betonu. Przydeptała go podeszwą buta, rozmazując resztki popiołu po wilgotnej nawierzchni.
– Jestem s a m a – odpowiedziała na niezadane pytanie. Albo raczej na to, które wyczytała z jego spojrzenia.
Wzruszyła ramionami i próbowała nadać temu wszystkiemu lekkości. Nie wychodziło jej. Schowała więc dłonie głęboko do kieszeni, rozchylając nieznacznie kurtkę.
Gdzie twój mundur?
Tam, gdzie zostawiła również resztki dumy, kiedy ruszyła po metody, po które jeszcze niedawno przysięgałaby, że nigdy nie sięgnie. Ironia polegała na tym, że nawet teraz nie uważała się za kogoś, kto porzucił swoje zasady.
Jeszcze nie.
Po prostu coraz trudniej było ich przestrzegać, kiedy rzeczywistość konsekwentnie udowadniała jej, że sama uczciwość nie zawsze wystarcza. Życie miało brzydki zwyczaj weryfikowania ideałów dokładnie wtedy, kiedy człowiek najbardziej chciał przy nich pozostać. Dosięgało jej niesprawiedliwością, a potem oczekiwało, że nadal będzie zachowywać się tak, jakby świat był miejscem, w którym wszystko można załatwić właściwą drogą.
– Jestem tu prywatnie. – powtórzyła, choć nie tymi samymi słowami. – Podsłuchu też nie mam, chcesz sprawdzić?
Kącik ust znów uniósł się lekko. Ironia była prostsza. Ironia nie wymagała przyznania się, że tak naprawdę od kilku minut sama nie wie, co powiedzieć. Wsadziła ręce jeszcze głębiej do kieszeni i spojrzała na Wrighta swoimi czekoladowymi oczami.
Tym razem grymas zniknął. Pozostała jedynie powaga. Pokręciła głową, jakby próbowała jeszcze raz przemówić samej sobie do rozsądku. Jakby gdzieś po drodze wciąż istniała możliwość, że odwróci się, odejdzie i wróci do swojego świata, w którym problemy rozwiązywało się inaczej.
Przez moment naprawdę miała ochotę to zrobić. Bo jak do tego doszło? Jakim sposobem znalazła się w miejscu, w którym musiała prosić o pomoc człowieka, który brał pieniądze za wykonywanie zleceń? Któremu kiedyś upiekło się tylko dlatego, że sprzedał im kilka informacji? Którego sama najchętniej wsadziłaby za kratki, gdyby tylko dostała wystarczająco dużo powodów i możliwości?
A teraz stała tutaj. W deszczu. Bez munduru. Bez odznaki. Bez poczucia, że wciąż znajduje się po właściwej stronie granicy. I miała mu zaoferować coś, co można było określić mianem wzajemnej pomocy, choć nawet ona wiedziała, że to określenie jest wyjątkowo elegancką nazwą dla sytuacji, w której obie strony mają coś do stracenia.
Właściwie musiała uciec się do małego szantażu. I chyba właśnie to uwierało ją najbardziej. Nie dlatego, że Wright na niego nie zasługiwał. Nie dlatego, że miała wobec niego jakieś szczególne wyrzuty sumienia. Tylko dlatego, że pierwszy raz od dawna miała świadomość, iż przekracza granicę nie dlatego, że ktoś ją do tego zmusił, ale dlatego, że sama zdecydowała, że tym razem cel jest ważniejszy niż metoda.
To była dokładnie ta logika, której nauczył ją Daniel, choć nigdy nie chciała się od niego niczego nauczyć. I nagle zdała sobie sprawę, że najbardziej przerażało ją nie to, że może przegrać. Przerażało ją to, że żeby wygrać, zaczynała przypominać ludzi, z którymi przez lata walczyła.
Deszcz spływał po jej włosach, ciężkich od wilgoci. Ciemne loki przyklejały się do skroni i policzków, poruszając się ciężko przy każdym obrocie głowy. Kiedy odwróciła twarz, pojedynczy kosmyk osiadł jej na policzku. Odkleiła go powoli, wsuwając za ucho.
– Kurwa... Nie wierzę, że o to proszę... – słowa wydostały się niemal szeptem, bardziej do niej samej niż do niego. Prychnęła cicho i na moment przekręciła twarz w bok.
Spojrzenie zatrzymało się na ciemnej ścianie połyskującej od deszczu i słabego światła znad drzwi zaplecza. Woda zbierała się na nierównej powierzchni, spływając cienkimi strużkami ku ziemi. Całe otoczenie było szare, mokre i zimne, a jednak gdzieś głębiej czuła nieprzyjemne ciepło.
Jakby ten przeklęty garnek rzeczywiście stał już na ogniu.
Półmrok układał się na jej twarzy, uwydatniając dołeczki w policzkach, lekko zadarty nos i mocno zaciśniętą szczękę. Mięśnie przy żuchwie pracowały niemal niezauważalnie, ilekroć próbowała powstrzymać kolejną falę wątpliwości.
W końcu odwróciła się z powrotem. Spojrzała na niego już bez ironii. Bez tej cienkiej warstwy luzu, która wcześniej pozwalała jej udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Teraz nie było już sensu.
– Mam problem, Wright.
Powiedziała to powoli, spokojnie, ważąc każde słowo, jakby każde kolejne było cięższe od poprzedniego. Jakby musiała je najpierw przełknąć, zanim pozwoliła mu opaść pomiędzy nich. Smakowały goryczą.
– I, gratulacje, padło na ciebie.
Krótka pauza. Deszcz nadal uderzał o blaszany dach. Gdzieś dalej przejechał samochód, rozcinając noc smugą świateł, która na moment przemknęła po mokrym asfalcie i zaraz zniknęła.
– Pomożesz mi się z nim uporać.
Zuchwałe? Być może. Bezczelne? Prawdopodobnie. Ale była pod ścianą. I coraz wyraźniej czuła, że jeśli teraz nie zrobi czegoś, czego sama nigdy nie wyobrażała sobie zrobić, za chwilę nie będzie już żadnego wyboru.
Tylko wrzątek.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ze znajomym mrowieniem — czujności, nie strachu — pod skórą Sawyer rozważył myśl przecinającą umysł jak błyskawica; czy ktoś w ciemności celuje mu właśnie potylicę? Czy niewielki punkt lasera przesuwa się po moknącym materiale skórzanej kurtki, wymierzając odległość od drugiego chrząstkozrostu mostkowego do piątej przestrzeni międzyżebrowej, szukając czystego strzału? A może niżej, znajduje miejsce na udzie, w miejscu, w którym kula złamie trzon kości udowej, żeby uniemożliwić mu ucieczkę, ale nie rozmowę?
Sawyer nigdy nie dotarł w swojej edukacyjnej karierze do tej klasy, w której uczono anatomii człowieka — a jednak w nietypowych okolicznościach poznał układ kostny, mięśniowy i rozkład organów w ciele człowieka lepiej niż niejeden lekarz. A lepiej niż każdy z nich wiedział, jak . u s z k o d z i ć . wszystkie powyższe.
Teraz jednak był to tylko odruch, myśl szybsza niż mgnienie oka, wypracowany przez lata instynkt, którego nie starał się tępić. Dlatego nie spojrzał w dół, żeby się przekonać, że nie ma tam ślizgającej się po ubraniach kropki. Nie zamierzał — nie chciał — odwracać wzroku od kobiety, która stała tu z całą pewnością, żeby szukać widma zagrożenia, które być może w ogóle nie istniało. Bo miała mundur czy nie, ta kobieta wciąż była w jego oczach psem. A z psami zawsze było łatwiej, przynajmniej pod pewnymi względami:
Działali zgodnie z jasno określonymi zasadami, trzymając się procedur, które ironicznie wiązały im ręce w nadgarstkach skuteczniej niż kajdanki noszone przy pasie.
Dlatego tak łatwo było z nimi . w y g r a ć . . Zwłaszcza, kiedy było się przyzwyczajonym do grania z większymi drapieżnikami, których nie wiązało nic; ani moralność, ani zasady, ani procedury. Dla których jedynym bogiem był czysty zysk, a ciała pozostawione za plecami — odpadem i co najwyżej bólem głowy dla ludzi pokroju kobiety stojącej przed nim.
Sawyer zignorował jej ironiczny komentarz, jakby ten nigdy nie padł, skupiając się na jej ruchach bardziej niż na pustych słowach. Żarzący się przy jej ustach papieros przyciągnął wzrok tylko na chwilę, zanim zorientował się, że poświęca mu zbyt wiele uwagi. Zmrużył oczy, chociaż nawet to nie mogło mu pomóc w przeskoczeniu bariery źrenic wciąż przyzwyczajonych do jasnych, barowych świateł, nikogo więcej jednak nie widział. Wydawało się niemal niemożliwe, żeby przegapił obecność innego człowieka w ciemności za jej plecami, nawet jeśli deszcz skutecznie utrudniał obserwację.
To ona wykonała pierwszy ruch — albo drugi, jeśli pierwszym było czekanie na niego w miejscu, w którym spodziewała się go zastać samego — i wyszła w światło lampy przy zapleczu, jakie oświetlało go od początku. Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce i zatrzymał go na twarzy akurat w momencie, w którym znów się odezwała.
S a m a ?
Przyszła sama?
Nie uwierzył jej, rzecz jasna — bo nie wierzył, żeby jakiś pies mógł być tak naiwny ani tak odważny — a na jego twarzy odmalował się wyraz pogardy, bardziej jak cień rzucony przez lampę za jego plecami niż faktyczny grymas. Kiedy kobieta schowała ręce do kieszeni kurtki, jego wzrok automatycznie wślizgnął się pod wierzchni materiał i przesunął w miejsce przy pasku na biodrze, tam, gdzie policjanci zwykli przypinać kaburę. Z tego miejsca nie mógł dostrzec, czy faktycznie tam jest.
— Sama. Jasne — warknął, wracając wzrokiem do jej twarzy. Odważna, naiwna czy wiedziała coś, o czym on nie wiedział? — W takim razie mam nadzieję, że jesteś przynajmniej uzbrojona. — Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy z tymi słowami, był łatwy do przeoczenia. A jednak w jakiś sposób zmieniał jej wyraz całkowicie. — Doświadczenie mi mówi, że żadne miasto nie jest bezpieczne po zmroku dla samotnych kobiet. Nawet Toronto.
Szczególnie Toronto, jeśli on był akurat w mieście.
Po co go szukała? To pytanie nie przestawało tłuc się we wnętrzu czaszki, a wypity alkohol nie ułatwiał koncentracji; Sawyer zaczynał prawie żałować, że w ogóle go dotknął, bo chociaż była to tylko jedna szklanka, i tak wyraźnie czuł jej wpływ. Koncentrację rozpraszającą się łatwiej niż zwykle i swoje lekko opóźnione reakcje. Lekko, jednak wystarczająco w świecie, w którym o przeżyciu mogły decydować milisekundy i pierwszy odruch.
Prychnął na dźwięk jej ironicznego komentarza i wolno pokręcił głową na boki w wyrazie niedowierzania. Ugryzł się jednak w język i puścił go mimo uszu. Póki co.
Pytanie wciąż odbijało się echem, a on wreszcie poczuł subtelną zmianę ciężaru w układzie między nimi, na moment przed tym, jak znów się odezwała; wtedy, kiedy odwróciła spojrzenie i przesunęła palcami po niesfornym kosmyku włosów. To nie było nic konkretnego, tylko intuicja, która odezwała się skurczem w żołądku. Nie pośpieszał jej jednak. Stał cierpliwie, nieruchomo, samemu nie odrywając spojrzenia od jej profilu nawet na ułamek sekundy, żeby niczego nie przeoczyć. A kiedy kobieta wreszcie się odezwała, Sawyer się nie zaśmiał. Nie parsknął. Nie drgnął nawet i to nie z wątpliwej jakości szacunku do kogoś, kto kiedyś łaskawie spróbował się z nim dogadać, zamiast wymachiwać bronią i prężyć mięśnie w śmiesznej nadziei, że go tym przestraszy i skłoni do gadania. Chociaż to i tak było więcej, niż mógł powiedzieć o większości policjantów, z którymi miał kiedykolwiek do czynienia.
Chociaż miał kurewską ochotę się zaśmiać.
I odejść.
Nie zrobił tego tylko dlatego, że kiedy ponownie na niego spojrzała, w jej oczach nie było ani rozbawienia, ani ironii, ani nawet kpiny czy pogardy. Nie było w nim nic poza powagą — a przynajmniej nic, co mógłby dostrzec w kiepskim świetle, które padało na jej twarz pod kątem, wydobywając z niej więcej charakteru i ostrych konturów, niż ich Sawyer zapamiętał z ostatniego spotkania. Zacisnął dłonie w pięści, wolno, niemal leniwie i nonszalancko — gdyby nie jasny przekaz tego gestu — a później równie niespiesznie je rozprostował, zanim pozwolił im się rozluźnić i opaść palcom swobodnie ku mokremu asfaltowi.
Kiedy już mogło zacząć się wydawać, że Sawyer nic nie odpowie na jej dziwne wyznanie, czy raczej przynajmniej nieodpowiedni rozkaz w stosunku do okoliczności — w jego mniemaniu nie miała środków nacisku, żeby dyktować warunki — wreszcie mężczyzna drgnął. Zrobił krok w jej stronę, a światło lampy rozlało się ostrzej po jego profilu, kiedy się zbliżył. Zatrzymując się, przeniósł ciężar ciała mocniej na wiodącą nogę.
— Nie słyszałem żadnej prośby — oznajmił lodowato.
Ponownie zacisnął pięści, jakby rozgrzewał palce zziębniętych i przemoczonych dłoni. Chłód jednak był wyjątkowo jego sojusznikiem; pomagał chociaż częściowo pozbyć się lepkiego wrażenia sennego rozluźnienia, którym kłamliwie karmił wypity alkohol.
To nie było Hernández. Gonzalez.
— I nie sądzę, żebym miał ci w czymkolwiek pomóc, nawet gdybym chciał — dodał lekceważąco, przechylając głowę w bok, aż przyjemnie chrupnęło mu w szyi. — A uwierz mi, że za chuja nie chcę. Mam wyjebane na twoje problemy, Gonzalez.
Zrobił jeszcze jeden krok i chociaż dzielący ich dystans wciąż był większy niż na wyciągnięcie ręki, chociaż oboje mieli pełną swobodę ruchu, i tak nabrał realnego ciężaru groźby. Sawyer rozwiązywał problemy za pieniądze, to prawda. Dało się go kupić i puścić tropem ofiary jak wściekłego psa, również prawda. Nigdy jednak, za żadne pieniądze, nie przyjąłby zlecenia od kogoś z organów ścigania.
Zresztą naprawdę nie sądził, żeby pod tymi uroczymi lokami i za ciemnymi tęczówkami zdeterminowanego wzroku w ogóle mogła pojawić się myśl o tym, żeby mu . z a p ł a c i ć . za pomoc.
— Przyjście tutaj było głupim pomysłem — rzucił, mrużąc nieznacznie oczy i nie odrywając spojrzenia od jej twarzy. — I głupio było zakładać, że pomogę ci w tym, cokolwiek wydawało ci się, że osiągniesz, czekając na mnie. Więc może zrób tego wieczoru przynajmniej jedną mądrą rzecz i wracaj do domu, zanim miasto przypomni sobie, jak bardzo lubi samotne policjantki w cywilu — wycedził niskim, cichym głosem.
Była wtedy z . k o l e g ą , . ale jego nazwisko zniknęło w jego pamięci zupełnie pod warstwą spostrzeżeń, jakie zachowały się na jego temat. Teraz było to przynajmniej nieistotne — jedyna opcja, w której drugi pies, ten bardziej narwany, mógłby go zainteresować, zakładała, że siedzi na jakimś balkonie ze snajperką.
Ale w końcu to też był tylko pies. Dlatego Sawyer zaryzykował; jego dusza hazardzisty potrzebowała minimum adrenaliny, żeby się zadowolić, a ta decyzja pozwoliła ją nakarmić chociaż częściowo:
Odwrócił się niespiesznie na wiodącej nodze plecami do niej, wcisnął ręce w kieszenie kurtki i ruszył przed siebie, żeby odejść.

Beatriz Gonzalez
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sawyer Wright


Peel Regional Police Headquarters, Mississauga, 2022 rok

Ekspres do kawy stojący wciśnięty w róg pomieszczenia, na starej szafce obok kserokopiarki, ledwo wypluwał z siebie ciemną ciecz, która w swoim pierwotnym założeniu przypominać miała kawę. Ciemna, wodnista lura spływała do papierowego kubka cienkim strumieniem, a każdy kolejny odgłos pracy urządzenia wywoływał ten sam suchy pomruk, jakby ekspres sam miał dość ludzi, dla których przez całą noc musiał być jedyną rzeczą utrzymującą ich przy życiu.
W tle pracowała kserokopiarka. Co kilka chwil pikała krótko, mechanicznie, sygnalizując zakończenie kolejnej strony. Potem następował szelest papieru, przesunięcie kartki, otwarcie szuflady i kolejna porcja dokumentów trafiała na rosnącą stertę. Szum przekładanych arkuszy mieszał się z ciężkimi westchnieniami, ziewnięciami tłumionymi w dłonie i tym charakterystycznym pomrukiem ludzi, którzy zbyt długo byli na nogach, by nadal udawać, że jeszcze funkcjonują normalnie.
Korytarzem co jakiś czas niosły się cięższe kroki. Buty uderzały o posadzkę równym rytmem, a plastikowe elementy wyposażenia ocierały się o odznaki, pasy i kabury. Wszystko rozchodziło się głuchym echem po budynku, sygnalizując nadejście kolejnego funkcjonariusza albo kogoś, kto jeszcze nie skończył swojej nocnej zmiany, choć jego twarz od dawna sugerowała, że najchętniej skończyłby ją kilka godzin wcześniej. Biurowy gwar po całonocnym dyżurze miał w sobie coś osobliwego. Nie był głośny. Był ciężki. Każdy dźwięk wydawał się bardziej wyraźny, bo wszyscy byli już zbyt zmęczeni, żeby go ignorować.
Na środku pomieszczenia stały cztery biurka zsunięte ze sobą tak, by stworzyć jeden duży, prostokątny blat. Taki układ powstał zapewne z konieczności, a z czasem zaczął przypominać improwizowane centrum dowodzenia. Dokumenty leżały wszędzie. Jedne były uporządkowane w stosach, inne rozrzucone bez ładu, jeszcze inne ktoś wcześniej podkreślił, zaznaczył albo opisał na marginesach. Kubki po kawie stały obok notatek. Długopisy walały się pomiędzy fotografiami. Na części kartek widniały godziny, nazwiska i numery telefonów, które kilka godzin wcześniej miały jeszcze znaczenie, a teraz zaczynały zlewać się ludziom przed oczami w jedną wielką, pozbawioną sensu plątaninę cyfr.
Pośrodku tego wszystkiego, z głową schowaną między ramionami i opartą na blacie, znajdowała się męska sylwetka. Ramiona i klatka piersiowa unosiły się równomiernie, choć płytko. Spał. A przynajmniej próbował, bo trudno było powiedzieć, czy organizm rzeczywiście odpoczywał, czy tylko na kilka minut wyłączył człowieka, który od dawna przestał dostarczać mu odpowiednią ilość snu.
Jimmy Pott stał przy kserokopiarce i siorbał zawartość kubka, na którym widniał napis shit happens. Niewiele mogło lepiej podsumować ich ostatnie dni. Wyciągnął kolejną kartkę, spojrzał na nią bez większego zainteresowania i dołożył do sterty stojącej obok. Nawet nie zamierzał zwracać uwagi Stevowi, że powinien się już ogarnąć. W tej chwili każdy miał większy problem niż facet, który zasnął na środku biura.
Wszyscy byli wkurwieni. I wszyscy byli zmęczeni. Najgorsze było jednak to, że nie zmęczyli się pracą, która przynosiła efekty. Zmęczyli się staniem w miejscu.
W rogu pomieszczenia osobno ustawiono niewielki stolik, na którym stało urządzenie wciąż migające pojedynczym światłem. Bob siedział przy nim w słuchawkach, lekko pochylony nad blatem. Właśnie wyprostował plecy i przeciągnął się tak mocno, że chrupnięcie kilku stawów rozeszło się po pomieszczeniu zaskakująco głośno. Skrzywił twarz, jakby sam dźwięk uświadomił mu, ile godzin spędził skulony nad sprzętem.
Całą noc spędzili na słuchaniu i układaniu papierów z tego, co udało się im uzbierać. Fragmentów rozmów. Nazwisk. Numerów. Powiązań. Pustych miejsc, które próbowali wypełnić. Strzępów informacji, które osobno nie znaczyły praktycznie nic, ale zestawione razem zaczynały tworzyć kontury czegoś większego.
Duży Lemmy wciąż jednak pozostawał poza ich zasięgiem. Nie mieli jego zdjęć. Nie wiedzieli, gdzie dokładnie przebywał. Nie wiedzieli, jak się do niego dostać ani kto tak naprawdę znajdował się na jego najbliższym szczeblu. Mieli pseudonim, który w podsłuchach padł już kilka razy, i nic, co pozwoliłoby pewnie przypisać mu konkretną twarz.
Wciąż krążyli wokół płotek. Ale przynajmniej zaczęli je rozpoznawać. Nauczyli się rozpoznawać Sida. Ten charakterystycznie przeciągał samogłoski, jakby każde zdanie musiało mieć kilka sekund więcej, niż wymagało tego jego znaczenie. Potrafili już wyłapać go po głosie, zanim jeszcze padło jego imię. Rozpoznawali Diddy’ego. Ten mówił szybko, czasem tak szybko, że słowa niemal zlewały mu się ze sobą, a przekleństwa traktował jak przecinki. Ostatnio dotarli również do Łasicy. Ją było chyba najłatwiej odróżnić od reszty, bo była jedyną kobietą, która regularnie rozmawiała z Sidem i Diddym.
Małe rzeczy. Prawie żadne. A jednak przez ostatnie tygodnie każde nazwisko, każdy głos i każdy numer zaczynały być dla nich kolejnym kawałkiem układanki. Problem w tym, że układanka nadal nie miała najważniejszego elementu. Chłopaki gadali ze sobą. Byli obserwowani. Czasami udawało się ich uchwycić na zdjęciach, czasami kamera złapała samochód, czasami numer rejestracyjny. Na ich tablicy przybywało twarzy. Fotografie zaczynały zasłaniać kolejne fragmenty korkowej powierzchni. Przy niektórych nazwiskach pojawiały się dodatkowe kartki, strzałki i notatki. Jedne połączenia prowadziły donikąd. Inne kończyły się kolejną ślepą uliczką. Wciąż jednak brakowało najważniejszego. Nie wiedzieli, który jest kim.
Frustracja rosła z każdym kolejnym dniem. Morgan i White siedzieli drugi dzień w wozie, próbując robić zdjęcia i nie zasnąć za kierownicą. Steve spał właśnie na środku biura, jakby jego organizm postanowił zwyczajnie wyłączyć się bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Pott stał przy kserokopiarce, siorbiąc tę przeklętą kawę i zastanawiając się, po jakiego chuja właściwie zarywali kolejną noc, skoro rano znowu mieli mieć dokładnie tyle samo odpowiedzi, co wieczorem.
Liczył przynajmniej na młodą parkę. Może Gonzalez i Reed zdołali wyciągnąć coś z Wrighta. O nim również w końcu udało się zdobyć trochę informacji, choć mężczyzna nie należał do tych, którzy chętnie dzielili się czymkolwiek, co mogłoby zaszkodzić jego własnej skórze.
Pott musiał przyznać, choć całkiem niechętnie, że Gonzalez i Reed radzili sobie całkiem nieźle. Nadal nie rozumiał, jakim cudem ta dwójka w ogóle potrafiła pracować razem. Żarli się ze sobą jak pies z kotem. Nie było praktycznie dnia, żeby nie rzucili sobie jakiejś uwagi, nie podważyli swoich decyzji albo nie doprowadzili drugiego do szału. A jednak, kiedy przychodziło do roboty, coś w tym ich absurdalnym duecie działało.
Mała, kręconowłosa złośnica, której burzę włosów często widziało się pierwszą, zanim jeszcze zauważyło się resztę sylwetki, mówiła szybko, zdecydowanie i z irytującą tendencją do przypominania każdemu w promieniu kilku metrów, że coś jest niezgodne z protokołem. Pott był przekonany, że gdyby dostała kiedyś mandat za brak zachowania regulaminowej odległości od hydrantu, zrobiłaby z tego trzygodzinną dyskusję o błędach proceduralnych. Wkurwiała go niemiłosiernie. Musiał jednak przyznać, że dobrze łączyła kropki. Co więcej, paradoksalnie bywała bardziej skłonna do dogadania się z ludźmi, niż jej bucowaty partner.
Daniel Reed miał natomiast tę irytującą cechę człowieka, który sprawiał wrażenie, jakby każdą rozmowę traktował jak pojedynek, którego nie zamierzał przegrać. Nawet kiedy nie miał racji, potrafił wyglądać, jakby to świat musiał się nad tym zastanowić, a nie on.
W Wigilię Steve omal nie wybił Reedowi zębów za kilka sprośnych komentarzy rzuconych w kierunku tyłka jego żony. Prawda była taka, że Steve miał pełne prawo chcieć go udusić. Pott też posłałby komuś kilka soczystych słów, gdyby jakiś żigolo zaczął obrażać jego żonę. Tamtego wieczoru napięcie wisiało w powietrzu jak kabel pod napięciem, wystarczyło tylko dotknąć.
Pott pamiętał to dobrze. Nie spodziewał się po ich małej, półkrwistej Hiszpance, że zdoła wskoczyć bez strachu między dwóch facetów, którzy w tamtej chwili mieli znacznie więcej masy i adrenaliny niż ona. Mogła oberwać przypadkiem. Mogła dostać w twarz, zanim którykolwiek z nich zdążył się opamiętać. A jednak weszła tam bez wahania. Może właśnie dlatego, mimo całej tej irytującej energii, Pott zaczął traktować ją trochę inaczej. Nie musiał jej lubić. Wystarczyło, że ją szanował.
Nagłe trzaśnięcie drzwiami w korytarzu i energiczne kroki sprawiły, że uniósł głowę. Znał ten rytm. Ktoś szedł szybko. Zdecydowanie za szybko, jak na człowieka, który właśnie skończył spokojną rozmowę. Pott odruchowo spojrzał w kierunku wejścia. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć, w drzwiach pojawiła się parka. Jakby przyciągnął ich własnymi myślami.
Pott wyprostował się, kiwnął głową i poprawił szelki.
– I co?
Reed odpowiedział mu w swoim stylu. Rzucił dokumentami na blat tak zdecydowanie, że część kartek przesunęła się po powierzchni i zsunęła na sam brzeg. Huk wystarczył, żeby śpiący Steve poderwał głowę. Kartka papieru, która przykleiła mu się wcześniej do czoła, odkleiła się przy tym gwałtownym ruchu i opadła na blat.
Steve zamrugał kilka razy, zupełnie nieprzytomny, rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem skrzywił się, kiedy jako jedną z pierwszych rzeczy po przebudzeniu zobaczył twarz Daniela.
– Trochę to trwało, ale... – zaczęła Beatriz, kierując się w stronę dzbanka z lurą, która od jakiegoś czasu stała na podgrzewaczu.
– … Wright wydał nam miejsce spotkania wymiany – wtrącił się jej Daniel.
Głośno odsunął krzesło naprzeciwko Steva i opadł na nie ciężko. Po chwili założył nogę na blat i rozsiadł się wygodnie, jakby nie przyszedł właśnie do zmęczonego zespołu z potencjalnie ważną informacją, tylko właśnie wrócił z odbierania orderu za zasługi.
Betty spiorunowała go wzrokiem. Pott westchnął.
– Tylko tyle?
Nie potrafił ukryć rozczarowania. Tyle czasu spędzili na maglowaniu Wrighta. Godziny pytań, naciskania, wracania do tych samych tematów, sprawdzania, gdzie kłamie, gdzie zaczyna się gubić, a gdzie najpewniej mówi prawdę.
A ostatecznie mieli dostać tylko informację o spotkaniu kilku płotek. Pott nawet nie liczył, że pojawi się tam ktoś wyżej niż Diddy czy Sid.
– Lepsze coś niż nic – odparła Betty. Sięgnęła po papierowy kubek z ciemną cieczą i przez chwilę przyglądała się jej, jakby zastanawiała się, czy organizm naprawdę aż tak bardzo potrzebuje kofeiny, by zaakceptować coś, co miało smakować jak kawa. – Jeśli na gorącym uczynku złapiemy chociaż płotkę, zawsze istnieje szansa, że zgodzi się pójść na współpracę.
– Pod warunkiem, że Wright nas nie wychujał i rzucił adresem na odczepkę.
Daniel odchylił się na jednej nóżce krzesła, balansując przez chwilę niebezpiecznie, i obserwował na przemian Gonzalez i grubego Jimmy’ego. Cmoknął pod nosem.
– Bądź dobrej myśli, Pott. Jak Betty. – Sarkazm był tak wyraźny, że nie trzeba było go nawet dopowiadać.
Gonzalez prychnęła tylko głośno, ale nie powiedziała nic więcej. Uchyliła kubek, chcąc wypić cokolwiek, co postawi ją na nogi, ale ledwie płyn dotknął jej języka, skrzywiła się mocno. Kwaśny smak natychmiast rozlał się po ustach.
Pott spojrzał na nią z politowaniem.
– Dobra?
Betty spojrzała na niego spode łba.
– Mhm.
Nie była dobra. Żadne z nich nie było.


aktualnie

W takim razie mam nadzieję, że jesteś przynajmniej uzbrojona.
Troska? Czy zwykła próba sprawdzenia, czy faktycznie miała przy sobie broń? Nie miało to znaczenia. Nie odpowiedziała. Przestąpiła tylko z nogi na nogę, czując, jak wilgoć wciska się pod ubranie, a chłodne powietrze osiada na skórze. Oczywiście, że była uzbrojona. Nie przyszłaby tutaj bez broni. Nie w takich okolicznościach.
W podobnych momentach broń nie dawała jej jednak tego komfortu, który powinna. Była raczej przypomnieniem, że sytuacja, w której się znalazła, nie należała do normalnych. Że nie przyszła tu jako policjantka wykonująca zadanie, z partnerem obok i wsparciem kilka minut dalej. Przyszła sama.
Wiedziała, jak się bronić. Znała chwyty, znała podstawowe zasady, wiedziała, jak wykorzystać przewagę zaskoczenia. Wiedziała również, że szkolenie nie czyniło człowieka nieśmiertelnym. Nie miałaby większych szans z przeciwnikiem znacznie większym od siebie. Tym bardziej nie z grupą. Doskonale wiedziała, w jakim miejscu się kręciła. To były te zakamarki miasta, w których po zmroku zmieniały się zasady. Miejsca, w których znacznie łatwiej było natknąć się na ćpuna, który desperacko potrzebował pieniędzy na kolejną działkę, niż na kogoś, kto zwyczajnie wracał do domu. Miejsca, gdzie samotna kobieta mogła zostać uznana za łatwy cel, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył zauważyć odznakę.
Mogła spotkać kogoś, kto chciał ją obrabować. Mogła trafić na grupę, której członkowie uznaliby, że nadarzająca się okazja jest zbyt dobra, by ją zmarnować. Ba – sam Wright stanowił zagrożenie. Był niebezpiecznym człowiekiem. Nie takim, którego niebezpieczeństwo było widoczne na pierwszy rzut oka. Właśnie przeciwnie. Wright należał do tych ludzi, przy których człowiek zaczynał uważać na każdy gest, każde słowo i każdy krok, bo nigdy nie wiedział, w którym momencie druga osoba przestanie udawać, że rozmawia.
Bez większego problemu mógłby ją poskładać, gdyby tylko chciał. Nie lekceważyła go. Odznaka wcale jej nie chroniła. Nie tutaj. Nie teraz. Nie w chwili, kiedy sama pchała się w paszczę nocy, licząc, że ta paszcza nie zdecyduje się zacisnąć zębów. Ryzykowała. I doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie przemyślała dokładnie planu. Właściwie trudno było nawet nazwać to planem. Był to impuls obudowany kilkoma argumentami, potrzeba działania, która pojawiła się szybciej niż rozsądek. Nie wiedziała, jakie faktyczne miała możliwości. Nie wiedziała, ile była w stanie ugrać.
Wiedziała tylko, że musiała zrobić coś, zanim zrobi to ktoś inny. Chciała odnaleźć Daniela. Nie. M u s i a ł a go odnaleźć. Zanim on odnajdzie ją. Wiedział, że była w Toronto. To samo w sobie stanowiło już problem. Nie musiał wiedzieć, gdzie mieszkała, żeby któregoś dnia pojawić się pod jej pracą. Oczywiście ryzykowałby wiele, zważywszy na fakt, że był poszukiwany, i przy odrobinie pecha wpadłby prosto w ręce władz.
Ale Daniel nigdy nie należał do ludzi, którzy pozostawiali wszystko przypadkowi. Nie wiedział, gdzie mieszkała. Jeszcze. Tyle że skoro układał się z półświatkiem, znalezienie kogoś, kto za odpowiednią cenę zdobyłby jej adres, nie byłoby szczególnie trudne. Nie chciała czekać, aż ktoś zapuka do jej drzwi. Nie chciała obudzić się w środku nocy z lufą przy skroni i świadomością, że spóźniła się o jeden krok.
Niby znała Daniela tyle czasu. A jednak teraz okazywało się, że nie miała pojęcia, jak zachowa się, kiedy ją zobaczy. Przerabiała w głowie każdy możliwy scenariusz. Smutek. Żal. Wściekłość. Złość. Poczucie zdrady. Może przede wszystkim zdrada. Nie powiedziała mu, że policja przygotowywała nalot. Wiedziała. Mogła ostrzec. Nie zrobiła tego. Zamiast wyciągnąć rękę, pozwoliła, by system wykonał swoją pracę. Pozwoliła, żeby Daniel poniósł konsekwencje. Skazała go na półtora roku więzienia – i choć wiedziała, że przy tym wszystkim nie była jedyną osobą odpowiedzialną za jego wybory, jej własne sumienie nie interesowało się szczegółami.
Może kiedy ją zobaczy, będzie chciał się dowiedzieć, dlaczego. Może będzie chciał wyrównać rachunki. Może spojrzy na nią dokładnie tak, jak Wright patrzył na nią teraz – jak na kogoś, kto przekroczył granicę, której nie dało się już cofnąć. Dlatego potrzebowała być pierwsza. Co zrobi, gdy już go odnajdzie, nadal nie wiedziała. Łapała się każdej okazji. Każdego śladu. Każdego człowieka, który mógłby powiedzieć jej choć odrobinę więcej albo nakierować na dobrą ścieżkę.
I choć wewnątrz paliło ją poczucie zdrady – poczucie, że robi wszystko niezgodnie ze sobą, że zaczyna poruszać się po granicy między prawem a tym, co właściwe, że coraz częściej przestaje rozumieć, gdzie jedno kończy się, a zaczyna drugie – doszła do wniosku, że musi spróbować. Choćby ten jeden raz.
Mam wyjebane w twoje problemy, Gonzalez.
Słowa Wrighta wciąż brzmiały jej w głowie. Nie cofnęła się, kiedy zrobił krok w jej stronę. Nawet jeśli gdzieś głęboko, pod żebrami, czuła to czysto ludzkie drżenie związane z poczuciem zagrożenia, starała się stać nieruchomo. Bezruch był teraz jedyną rzeczą, nad którą miała jakąkolwiek kontrolę.
Skupiona. Czujna. Patrzyła na niego uważnie. Mogłaby przysiąc, że zapomniała nawet o mruganiu. Jakby bała się, że jedna mikrosekunda, jeden krótkotrwały ruch powie mu więcej, niż powinna. Że jeśli spojrzy gdzieś indziej, przeoczy coś w jego twarzy. Ruch dłoni. Napięcie szczęki. Zmianę ciężaru ciała. Albo że przegapi moment, w którym jej jedyna szansa zniknie. Rozpłynie się w ciemności.
Przyjście tutaj było głupim pomysłem. I głupio było zakładać, że pomogę ci w tym, cokolwiek wydawało ci się, że osiągniesz, czekając na mnie.
Miał rację. Głupie było przychodzenie tutaj. Głupie było myślenie, że może poprosić go o pomoc. Głupie było wierzyć bezgranicznie Danielowi. I może najbardziej głupia była wiara, że świat dało się nadal dzielić na białe i czarne. Że policjanci byli krystaliczni. Że prawo zawsze samo się broniło. Że po właściwej stronie wystarczyło stanąć, by automatycznie mieć rację. Wszystko zaczynało szarzeć.
Obserwowała, jak Wright odwraca się. Wbiła wzrok w jego plecy. W sylwetkę oddalającą się od niej powoli, spokojnie, jakby to on zakończył tę rozmowę i tym samym postawił kropkę. Zagryzła dolną wargę. Powinna go słuchać. Powinna dać sobie spokój. Odpuścić. Pozwolić, żeby ten nagły przypływ irracjonalnej odwagi rozmył się wraz z nocą.
Pokręciła głową. Nie mogła. Przetarła rękawem czoło, czując, jak krople deszczu zaczynają wpadać jej do oczu. Wilgoć zbierała się na rzęsach, włosy przyklejały się do skroni, a chłód coraz wyraźniej przenikał przez ubranie. Przez moment stała jeszcze bez słowa, patrząc na oddalającą się sylwetkę.
I wtedy coś w niej pękło. Nie był to nagły przypływ odwagi. Raczej ostatnia próba złapania się czegokolwiek.
– 2770 Drew Road! – rzuciła nagle do oddalającego się mężczyzny. Jej głos przeciął noc, zanim zdążyła pomyśleć, czy to naprawdę dobry pomysł. Jakby została oświecona czymś, co teoretycznie mogło go zatrzymać. Adres. Coś, co powinien pamiętać. Coś, co miało znaczenie, skoro pamiętał ją. Pamiętał jej nazwisko. Pamiętał, że była gliną.
To właśnie ten adres przekazał im Sawyer Wright cztery lata wcześniej, kiedy maglowali go przez tyle czasu, że większość ludzi dawno przestałaby już odróżniać prawdę od kolejnej próby zmylenia tropu.
Starszy kompleks magazynowy w Mississauga. Niepozorny wjazd. Wąska droga prowadząca pomiędzy zabudowaniami. Ogrodzenie. Tylny plac, na którym nocą praktycznie nikt nie zaglądał. Miejsce wystarczająco zwyczajne, żeby nie wzbudzało podejrzeń, i wystarczająco odosobnione, żeby kilka osób mogło spotkać się tam po zmroku bez zwracania na siebie większej uwagi.
Nikt wtedy nie wierzył, że Wright mówi prawdę. A przynajmniej nikt nie wierzył w to do końca. Za dużo razy karmili ich fałszywymi tropami. Za dużo razy trafiali na nazwiska ludzi, którzy okazywali się jedynie kolejnymi warstwami chroniącymi tych stojących wyżej. Wydawało się więc logiczne, że i ten adres okaże się niczym więcej niż kolejnym ślepym zaułkiem.
Nikt jednak nie spodziewał się tego, kogo ostatecznie mieli tam spotkać. Spodziewali się płotek. Kogoś pokroju Sida, Diddy’ego czy Łasiczki. Kogoś, kogo można było zatrzymać, przestraszyć, przycisnąć i być może przekonać do współpracy. Kogoś, kto wiedział wystarczająco dużo, żeby otworzyć kolejne drzwi. Nie spodziewali się, że jedne z tych drzwi okażą się prowadzić znacznie wyżej. Bo w ręce policji miał wpaść nie kolejny pionek. Nie kolejna anonimowa płotka. Nie człowiek, którego nazwisko pojawiłoby się na jednym z wielu zdjęć przypiętych do korkowej tablicy.
A Declan Patrick Doyle.
Człowiek znany w półświatku jako Rooke.
I kuzyn samego Dużego Lemmy’ego.
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Serce tłukło mu się przyjemnie o żebra, a adrenalina sączyła się do krwi. Wybijało mocny i równy rytm — przypominając Sawyerowi, że właśnie dla takich momentów żył — kiedy odwracał się plecami do przeciwnika, prezentując w żółtym światle zaplecza najłatwiejszą pozycję strzelecką świata dla kogoś, kto mógłby w niego mierzyć z wysokości. Z rękami w kieszeniach straciłby cholernie dużo czasu reakcji, gdyby ktoś na niego wyskoczył z tych cieni, których nie zdążył — albo nie mógł — sprawdzić, w końcu w strugach deszczu łatwo byłoby przeoczyć człowieka czy dwóch za kontenerami na śmieci. Natomiast z karabinem wyborowym nie miałby żadnych szans, niezależnie od tego gdzie by stanął i jak trzymałby dłonie. Ze wzrokiem wbitym beznamiętnie w jeden punkt przed sobą, poruszał się jednak idealnie środkiem ulicy, żeby dać sobie maksymalnie dużo czasu, gdyby faktycznie ktoś tam na niego czekał.
Serce się tłukło, kiedy szedł.
A jednak nikt na niego nie wyskoczył. Żaden z głębokich cieni się nie poruszył. Nie usłyszał za plecami nawet szelestu mogącego sugerować, że kobieta wykonała jakiś ruch. Może źle ją ocenił; może jednak zamierzała posłuchać głosu rozsądku przemawiającego między nimi tembrem głosu Sawyera i zapomnieć nie tylko o tym, że się tu spotkali — ale że spotkali się . w . o g ó l e . gdziekolwiek. Odchodził coraz dalej, niespiesznym, wręcz leniwym krokiem, z niejakim zaskoczeniem — a może nawet zawodem — zdając sobie sprawę, że mówiła prawdę przynajmniej w tym jednym: była sama. Albo ten drugi uznał, że więcej korzyści będą mieli z wolnego Sawyera Wrighta niż martwego czy rannego.
Tego drugiego pamiętał raczej z twarzy i zachowania niż twardych danych i dokumentów czy policyjnej odznaki, którą błysnął mu przed nosem na ułamek sekundy, jakby w jego świecie to cokolwiek zmieniało. A jeśli już, jakby mogło to zmienić sytuację na lepszą; nie mogło. Pamiętał też, że cierpliwość nie była jego mocną stroną, że impulsywność tego faceta brała górę nad opanowaniem. Pamiętał, w jaki sposób strzepywał popiół z papierosa; zbyt często, zbyt nerwowo. Pamiętał też, jak wyraźnie faceta wkurwiało, kiedy zamiast jemu, Sawyer odpowiadał jej. Bawiło go to wtedy, mimo to nie przestawał obserwować ani nie pozwalał sobie na lekceważenie. I nie porzucał czujności, wszytą w jego ciało jak druga skóra.
W każdym razie moment, w którym mogli wykonać ruch, właśnie minął.
Sawyer uznał więc sprawę za zamkniętą, a rozmowę — za zakończoną.
Właśnie wtedy kobieta się odezwała, a jej głos z determinacją przedarł się przez częściowo zagłuszone deszczem nocne życie Toronto. Adres, który usłyszał za plecami, brzmiał na przypadkowy, niemający żadnej wagi ani znaczenia, niemal desperacki. Nic w nim jednak nie było z przypadku. Nie w momencie, kiedy ze wszystkich możliwych na świecie ulic i zaułków, padł akurat w miejscu, w którym znajdował się w odległości zaledwie kilku kroków od Gonzalez. Jednej z trzech osób, w tym jego, które wiedziały. Dlatego Sawyer zamarł; nie tylko zatrzymał się, nie, całe jego ciało . z a m a r z ł o . w bezruchu.
Skurcz i rozkurcz. Pauza. Spokojny wdech.
A później niespodziewanie się zaśmiał; krótko, szczekliwie, dźwiękiem, który prędzej mógłby wydać dziki wilk niż człowiek i który odbił się echem od wąskich ścian uliczki, a później zniknął pod czarnym niebem, zasnutym gęstymi, ciężkimi chmurami. Odwrócił się bokiem w jej stronę i z rękami wciąż wepchniętymi w kieszenie spojrzał ponad ramieniem na jej częściowo oświetloną twarz. Oczy mu błyszczały, a usta wyginał paskudny uśmiech.
— Więc chciałaś się po prostu umówić na kawę?! — rzucił głosem przesyconym ironią, przekrzykując monotonny szum deszczu bębniący na blaszanych dachach, kontenerach na śmieci stłoczonych po jednej stronie alejki i asfalcie, a także ryk samochodu przejeżdżającego gdzieś dalej główną ulicą. — Trzeba było tak od razu.
Z pamięcią Sawyer nie miał kłopotów; po prostu zapamiętywał tylko to, co było dla niego istotne. I dlatego teraz, na jedno mgnienie oka, wspomnienie wróciło do niego jak żywe; w jaskrawych barwach, uzupełnione o detale, których istnienie zauważał tak odruchowo, że niemal mimowolnie. Tamtego lata miał na koncie jedną niezbyt czystą śmierć, a przez to tarczę strzelecką krzywo wymalowaną na plecach i do niej całymi tygodniami nieudolnie mierzyli ludzie pokroju Gonzalez.
Ona i ten drugi przyszli w innej sprawie i na początku Sawyer — o ironio — pomyślał, że odmiana będzie . m i ł a . . Nie była. Okazali się jeszcze bardziej męczący i zdesperowani w biegu z wywieszonymi ozorami w niekończącej się gonitwie po policyjny wynik. Dlatego dał im wtedy byle co. Ochłap, po który szkoda byłoby się schylić, nawet gdyby leżał samotnie na ulicy.
Adres. I datę.
2770 Drew Road. O północy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego sierpnia.
A co za tym idzie, kilka płotek, z których — tego akurat Sawyer był pewien, bo podczas roboty poznał osobiście większość z tych tchórzliwych skurwieli — nie wycisnęliby nawet pół informacji, niezależnie od tego, czy na przesłuchania wysłaliby swoich najlepszych ludzi. I to nie tylko dlatego, że policjanci nie mogli — oficjalnie — nikogo . t o r t u r o w a ć ; . ale dlatego, że nawet na torturach ci zbyt nerwowi i zbyt napaleni gówniarze i tak niczego by im nie powiedzieli. Ostatecznie nie mogli zdradzić czegoś, czego od początku nie byli świadomi.
Właściwie zrobił Dużemu Lemmy’emu przysługę, że pozbył się dla niego tych szczurów, zanim wyjechał z miasta.
Zrobił też przysługę samemu sobie, rzecz jasna — każda przysługa w jego wykonaniu, nawet jeśli z pozoru mogła wyglądać na wielkoduszną i bezinteresowną, nigdy taką w rzeczywistości nie była i ostatecznie zawsze sprowadzała się do tego, żeby to jemu żyło się wygodniej — bo właśnie ten ochłap informacji pozwolił mu kupić sobie nie tylko święty spokój od irytujących pytań i nachalnej obecności psów w jego życiu, ale też częściową . w o l n o ś ć . . Mógł wyjechać z miasta jako wolny człowiek, nawet jeśli tarcza strzelecka na jego plecach nie została zmyta, a tylko niechlujnie starta rękawem. To wystarczyło.
Bo on, mimo wszystko, nigdy nie starał się udowadniać, że nie można go kupić.
Niektórzy po prostu musieli zapłacić inną walutą i więcej niż pozostali.
Nieproporcjonalnie więcej.
Pamiętał również ich miny, kiedy go po tej rozmowie puszczali. Śmieszyło go to, na jak zadowolonych z siebie wyglądali. Jak im się wydawało, że dostali w swoje zachłanne łapy jakiś konkret, który mogli przypiąć na jedną z tych przestarzałych korkowych tablic, żeby pod koniec miesiąca móc się popisać liczbami przed swoimi przełożonymi, żeby zdecydowali się na jakąś równie śmieszną podwyżkę. Albo chociaż lepszy automat do kawy.
O tak, Sawyer w swoim życiu spędził na posterunkach rozrzuconych po całym kraju zbyt wiele czasu, żeby nie zdążyć się przekonać, jak chujowe mają tam automaty — w ostatnim, ledwie kilka miesięcy temu, dostał czarną kawę przezroczystą jak herbata parzona drugi raz z tej samej torebki, ale dzięki temu przynajmniej można było zauważyć pływające w niej, ugotowane we wrzątku mrówki.
To wszystko było jednak gówno warte. Tamto miejsce nic nie znaczyło. . N i c .
— Obawiam się tylko, że akurat tam kawa już dawno wystygła, skarbie — dodał, nie przestając się uśmiechać. Tak samo jak trupy, które najpewniej tam zostawił Sawyer, kiedy im ten adres podawał. — Może umówimy się gdzieś następnym razem. Chociaż, szczerze mówiąc — zrobił krótką pauzę i zmrużył oczy — mam nadzieję, że żadnego już nie będzie.
Mimo to Gonzalez przykuła jego uwagę wystarczająco, żeby zdecydował się zatrzymać. Żeby się odwrócił. Żeby jeszcze przez chwilę pociągnął tę farsę.

Beatriz Gonzalez
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
ODPOWIEDZ

Wróć do „Eastbound Brewing Co.”