Czuła, jak cała dłoń ją piecze, ale ten ból nie był niczym w porównaniu z tym, który czuła wewnątrz. W środku bolało ją o wiele mocniej. Uderzyła go, ale nie poczuła żadnej satysfakcji, żadnej ulgi. Było tylko gorzej. Co u licha sobie myślała? Że jeden cios wymaże pięć lat milczenia? Że odzyska swój święty spokój? O nie, wręcz przeciwnie! Zamiast ulgi tylko sobie dołożyła, bo pozwoliła przerwać swoją
udawaną obojętność i obnażyła się przed nim ze swoimi uczuciami. Zamiast trwać i rolę swoją grać, rolę kobiety sukcesu i żony O’Connella, to pokazała, że wciąż jest tą skrzywdzoną dziewczyną sprzed pięciu lat, która do tej pory nie dała upustu emocjom. Emocjom, które na jego widok wzbierały niebezpiecznie.
W tej jednej krótkiej chwili dotarło też do niej, że naprawdę nie był żadną pieprzoną iluzją. Nie był duchem, nie był też halucynacją z powodu ataku paniki i stęsknionej wyobraźni. Był tutaj całym sobą. Stał przed nią. Czuła jego zapach, przyglądała się jego sylwetce, gdy piekące uczucie rozchodziło się po jej dłoni, a jego policzek nabierał nowego koloru.
Był tutaj.
Po co?
Łzy zbierały się w jej oczach, jakby naprawdę jedyne co chciała teraz wiedzieć to:
dlaczego?
Dlaczego zniknął bez słowa? Dlaczego wrócił?
I zła była, c h o l e r n i e zła, bo zauważyła, jak jego spojrzenie zatrzymuje się na jej oczach. Wiedziała, że dostrzegł te niechciane łzy, które starała się za wszelką cenę ukryć. Chciała być obojętną panią O’Connell, a wystarczyło tylko jedno jego spojrzenie, by znów była rozdygotaną Penny.
To nie ona była jego chorobą. To on był jej chorobą, a ona pomimo upływu lat, wielu
leków i poukładanego życia wciąż nie wytworzyła na niego żadnej odporności.
Sprawy służbowe.
Nie musiał nawet podnosić ręki, by sprawić, że czuła się teraz tak, jakby ją spoliczkował. Te dwa słowa były okrutną kpiną. Pięć lat jej życia zbył dwoma słowami i lekkim wzruszeniem ramion, stojąc z dłońmi w kieszeni. Czuła wzbierającą w niej wściekłość, gdy cofała się do wspomnień z ostatnich lat. Do co nocnych koszmarów, lęków i rozpaczy. Do tych wszystkich nagłych pobudek w nocy, gdy zalewał ją pot i nie mogła złapać powietrza. Do tych wszystkich wieczorów, podczas których Liam trzymał ją za rękę zapewniając, że już teraz wszystko będzie dobrze, choć nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Jak miało być dobrze, gdy pod sercem nosiła dziecko człowieka, który zapadł się pod ziemię. Mężczyzny, którego kochała i w którego całą sobą wierzyła. Ufała, że nie porzuciłby jej bezmyślnie, dlatego tak długo wierzyła w to, że stała się mu krzywda. Coś, z czym przez długi czas nie potrafiła się pogodzić. Minęło naprawdę dużo czasu nim ramiona Liama dały jej poczucie bezpieczeństwa, dom i zrozumienie. Wierzył w nią i w to, że stanie na nogi. Każdego wieczoru kładł się obok niej po dniu, w którym raz po raz udowadniał jej, że jest dla niego najważniejsza.
Był kochający, wyrozumiały i obecny.
Ale nie był Jonathanem.
W głębi duszy nienawidziła siebie za tą myśl, która niejednokrotnie do niej wracała wraz z wspomnieniami starego vana, szumy wiatru i ramion człowieka, które obejmowały ją, gdy obserwowali wschodzące słońce. Nienawidziła siebie za to, że pomimo jego zniknięcia czuła się tak, jakby prowadziła podwójne życie - poukładanej żony, która w głębi siebie wciąż była ruiną, tęsknie czekająca na kogoś zupełnie innego.
Czekała…
…i wrócił.
—
Sprawy służbowe? — powtórzyła chłodno, choć głos się jej łamał i spojrzała na jego zobojętniałą twarz. Naprawdę taki był? Zdystansowany, obojętny, niewzruszony? —
Zniknąłeś na pięć lat! Zostawiłeś mnie samą, totalnie rozbitą i bez żadnego wyjaśnienia, nawet jednego pieprzonego słowa, listu, wiadomości głosowej. Znaku, że kurwa żyjesz! — i poleciało, lawina słów wypadła z niej pod wpływem wzbierającej na sile wściekłości. —
A teraz stajesz tu jakby nigdy nic i pieprzysz, że to były sprawy służbowe?! — zaśmiała się, przez łzy więc na próżno było tutaj szukać jakiejkolwiek wesołości. O, z kolei ironii było mnóstwo. —
Nie masz bladego pojęcia przez co przeszłam — a może miał? Może wiedział więcej niż myślała, albo to on głupio sądził, że wiedział o niej w s z y s t k o. Gówno wiedział! Nie miał pojęcia, że jej życie to pasmo udawania. Udawania przed mężem, przed córką i co gorsza przed samą sobą, że sobie radzi; że tamten etap zostawiła za sobą.
I kiedy myślała, że gorzej już być nie może usłyszała to.
Nie planowałem tego.
—
Czego? Czego niby nie planowałeś?! Ucieczki, czy powrotu? — prychnęła wycofując się o krok w stronę swojego samochodu. Czuła, że nie chce tego słuchać, tego jak wypowiada jej imię i jak rzuca kolejne puste słowa na wiatr, choć mijają się z prawdą. —
I niby zupełnie przypadkiem byłeś w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze? Nie pieprz — i kiedy już sądziła, że jedyne co jest w stanie teraz zrobić to wycofać się i wrócić do domu zaproponował jej podwózkę do domu.
Zaśmiała się.
Autentycznie zaśmiała się mu prosto w twarz.
—
Chyba oszalałeś, Welts — pokiwała głową z niedowierzaniem wymierzając kluczyk w swojego SUV-a, a światła zamigotały, na znak, że może wsiąść. Uratował ją, ale nie czuła się mu nic winna. To on był winien jej wyjaśnienia, ale była w zbyt wielkim szoku, by to na nim wymusić. Ledwo siłę w sobie zebrała, by wejść do własnego samochodu i zamknąć za sobą drzwi. Dłonie zacisnęła na kierownicy próbując unormować swój oddech, bo w stresie z trudem łapała powietrze i rozejrzała się wokół.
Jej samochód był przepełniony dowodami na to, kim się stała i jak jej życie wyglądało bez niego. W pojemniku na kubek znajdowała się jakaś świecowa kredka i kinderek. Na tylnym siedzeniu tuż obok dziecięcego fotelika, leżał różowy kocyk i książeczka, a miejsce honorowe pasażera zajmowała maskotka Carltona, którą mała Daisy ciągała ze sobą wszędzie, jako największa kibicka Maple Leafs.
I wystarczyłoby, gdyby teraz odpaliła samochód i odjechała nie oglądając się za siebie. Wystarczyło wrzucić bieg, wcisnąć gaz i wrócić do dawnego życia, jakby nigdy nic. Szkoda tylko, że gdy wbiła spojrzenie w lusterko to zastygła. Widziała odbicie człowieka, który już raz ją zrujnował i robił to po raz kolejny bez zawahania. Zacisnęła dłonie na kierownicy, ale nie potrafiła ruszyć.
Utknęła.
𝓙𝓸𝓷𝓪𝓽𝓱𝓪𝓷 𝓦𝓮𝓵𝓽𝓼