ODPOWIEDZ
31 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
169 cm
koordynatorka oprawy meczowej i wydarzeń Toronto Maple Leafs
Awatar użytkownika
Sunny, yesterday my life was filled with rain. Sunny, you smiled at me and really eased the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek


𝟘𝟘𝟙

Wakacje zawsze były czasem zasłużonego oddechu, choć trzeba przyznać, że w ogólnym rozrachunku ten rok dla Toronto Maple Leafs był… b e z n a d z i e j n y. Po raz pierwszy od dekady nie awansowali do fazy play-off, a w stracie bramek szli na rekord. Fakt, że kapitan początkiem roku zerwał więzadło nie pomogło, bo wykluczyło go z gry do końca sezonu. Kilku innych mocnych zawodników też leczyło swoje kontuzje, a to nie pomagało. Jedynym pozytywnym akcentem sezonu był fakt, że wygrali loterię draftu, a tym samym mogli wybrać największą młodą gwiazdę do swoich szeregów i odmienić losy drużyny. Może w tym roku nie zdobyli trofeum sportowego, ale przynajmniej dostali szansę na wyjście z tego kryzysu. Wiadomo, że o wiele lepiej pracowało się, gdy drużyna wygrywała, a w tym roku cóż… momentami naprawdę pragnęła, by się już skończył. Dlatego z radością rozkoszowała się wolnym spędzając całe dnie z córką, bawiąc się w ogrodzie i odhaczając z listy wszystkie place i sale zabaw w mieście odpowiednie dla czterolatki, bo ileż można było siedzieć w domu, prawda? Chociaż ich domową sielankę też bardzo sobie ceniła. Mała uwielbiała zaczynać dzień od maślanych gofrów w kształcie klonowego liścia, najlepiej takich z jagodami i kawałkami czekolady! Tak się składało, że Penny była mistrzynią śniadań i sącząc czarną kawę krążyła przy blacie tworząc magię o poranku. Po śniadaniu zawsze był czas na poranny obchód po ogródku i chwilę zabawy pod wielkim klonem, pod którym stał kamper. To tam popijały sobie herbatkę z plastikowych kubków i zajadały się babkami z piasku. Najchętniej nie wychodziłaby dzisiaj z domu, ale wieczorem organizowany był event przedsezonowy, zamknięta impreza dla sponsorów, zarządu i składu drużyny, a to wymagało dla niej powrotu do pracy. Daisy też nie była z tego powodu zadowolona, ale koniec końców pomogła jej pomalować paznokcie niewidocznym lakierem, ułożyć fryzurę i wybrać szpilki, a potem zasnęła w ramionach Liama, gdy już Penelope była w swoim zawodowym żywiole. Zawodowym, bo życiowo nie odnajdywała się pośród takich imprez. Przez cztery lata spędzone u boku Liama powinna się przyzwyczaić do podobnych spotkań, a jednak imprezy pełne blichtru, sponsorów i gwiazd nie były w jej top ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. Alkohol lał się strumieniami, a ona odliczała już czas do końca imprezy, na której jeden młody gwiazdor poczuł się zdecydowanie zbyt pewnie względem niej i kiepsko zniósł odmowę. Było już grubo po północy, gdy opuściła lokal i zeszła na podziemny parking. Hałas ustał, a samotny marsz po opustoszałym parkingu był wyciszający. Natychmiast odczuła ulgę i jedyne o czym myślała to powrót do domu… do łóżka. Kiedy idąc wyciągała kluczki samochodu z torebki, stukot jej szpilek przerwał dźwięk nadjeżdżającego pojazdu, który w ostatniej chwili zatrzymał się tuż przed nią oślepiając ją światłami. — Dziewczyna od imprez wymyka się z zabawy bez pożegnania? — usłyszała męski głos, kolejno dostrzegła męską sylwetkę rysującą się tuż przed nią, a zaraz potem twarz tego bezczelnego gwiazdora, któremu pół godziny temu zdecydowanie odmówiła drinka w prywatnej loży. Nie skomentowała jego uwagi, zamiast tego zrobiła krok w stronę swojego samochodu starając się go ignorować, ale on przysunął się do niej dalej prowokując. — Wskakuj, Poli… Posy? Peny! Odwiozę cię i zrobimy sobie powtórkę z imprezy, nikt nie musi o tym wiedzieć — prychnęła próbując go ominąć i z wszystkich sił starając się nie dopuszczać do siebie myśli, w jak beznadziejnym położeniu aktualnie się znalazła. Atak paniki był niewskazany. Nie teraz, gdy musiała z tego jakoś wybrnąć. — Nigdzie z tobą nie jadę. Ty jesteś pijany, a ja wracam do domu. Zejdź mi z drogi — rzuciła chłodno zaciskając w dłoni kluczyki, a potem zrobiła krok w bok, ale on wysunął dłoń w jej stronę, jakby chciał jej powiedzieć: nie tak prędko i zaraz złapał ją za nadgarstek wytrącając jej z rąk kluczyki, które teraz potoczyły się w stronę jego samochodu. Czuła, że nie tylko kluczyki wymknęły się z jej rąk. Straciła kontrolę i strach ją przejął. Nagle była na pustym betonowym parkingu, bez świadków, z mężczyzną, który zdecydowanie miał przewagę nad nią nawet pomimo ilości wlanego w siebie alkoholu. — Daj spokój, nie bądź taka niedostępna — zaśmiał się kpiąco przyciągając ją do siebie wykręcając przy tym nadgarstek. — Puszczaj mnie! — zawołała i choć starała się brzmieć pewnie próbując wyszarpnąć z jego zaciśniętej dłoni swoją rękę, prawda była taka, że w jej głosie słychać już było tylko przerażenie. Czuła ucisk w gardle, czuła jak stopniowo zaczyna brakować jej powietrza, a serce… zaczyna walić jak oszalałe. Znów była sama.

𖹭
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
39 y/o
For good luck!
188 cm
let me take care of your money
Awatar użytkownika
I was wrong to say I loved her, I was wrong to think I’m right
When I told her it was over, well my darling, I had lied
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01.
Chciałby powiedzieć, że to był przypadek. Że po prostu był tutaj, na tym parkingu, zupełnym zrządzeniem losu, tak jak wtedy, gdy się poznali te parę lat temu i parę pięter wyżej, na trybunach. Chciałby powiedzieć, że jej nie śledził.
Ale to byłoby kłamstwo. Paskudne, perfidne kłamstwo.
Śledził ją od tygodni. Lat, jeśli doliczyć te wszystkie razy, kiedy wysyłał swoje kontakty, by mieli na nią oko i zdali mu raport co u niej. Wiedział o jej nowym domu. O jej małżeństwie. O jej dziecku. O tym wszystkim, co zrobiła, żeby sobie poradzić.
O tym do czego się posunęła, żeby sobie poradzić po tym, co on jej zrobił. Jak ją zostawił.
O jej bólu. O jej panice. O strachu.
O tym, że nie powinno go tu w ogóle być, bo skoro udało mu się zachować dystans przez cztery lata, to teraz powinien był być po drugiej stronie globu i kontynuować wysyłanie opłaconych znajomych, którzy siedzieliby tu, zamiast niego.
A jednak. Czarny, świeżo wypolerowany bentley stał na parkingu w miejscu, z którego kierowca miał idealny widok na jej samochód. Bo dzisiaj nie tylko kłamstwo było tu paskudne i perfidne. On też był. Wyjątkowo.
— Nie powinieneś tego robić — odezwał się głos w słuchawce ukrytej w jego uchu. Jonathan wzniósł spojrzenie z ekranu tableta, którego trzymał w dłoni na wsteczne lusterko. Była tam kamera. I Q., która go przez nią obserwowała. I on wiedział, że to robiła. A ona wiedziała, że on wiedział.
— Wielu rzeczy nie powinienem — odpowiedział, znowu spoglądając w ekran. Przesunął po nim palcem, zmieniając ujęcie na kolejną z kamer stadionu, do której Q. podłączyła go godzinę temu. — A jednak je robię. Ty też.
Usłyszał westchnięcie. Nie skomentował.
Raz, że nie musiał. Podobnych rozmów przeprowadzili tysiące. Dwa, że nie zdążył.
Stukot obcasów rozszedł się echem po przestrzeni parkingu i wdarł do jego uszu. Wiedział, że już wracała, bo mignęła mu na tablecie sekundy wcześniej, ale czym innym było widzieć ją w cyfrowej wersji, malowanej pikselami, a co innego na żywo. Wyuczony latami treningu organizm nie zareagował, ale to nie znaczyło, że nic nie poczuł. Poczuł. Prawdopodobnie za mocno.
— I jakie masz plany?
Tak po prawdzie nic nie planował. Chciał ją tylko, o zgrozo, zobaczyć. Nic więcej. Ale w chwili, w której jej drogę przeciął samochód, a morda, która z niego wyszła była dokładnie tą samą mordą, którą Nate jakiś czas temu widział przez kamery, jak próbowała ją nieudolnie poderwać, była chwilą, w której zrewidował wszystkie swoje plany. Odrobinę.
— Nie rób nic głupiego.
Nie zamierzał. Naprawdę nie. Chciał tylko obserwować sytuację z boku, może wezwać ochronę. Może — może — nacisnąć klakson i uświadomić mężczyznę, że nie są sami i tym sposobem go spławić.
A potem gość postanowił nie dawać jej spokoju i cokolwiek Welts nie planował, poszło się walić.
— Nate!
Wyciągnął słuchawkę z ucha dokładnie w tym samym momencie, w którym otworzył drzwi samochodu. Idąc, poprawił poły marynarki, pozwalając sobie poczuć ciężar broni za paskiem. Potem mankiety. Jak zupełnie przypadkowy, dystyngowany dżentelmen, który zbłądził z toczącej się na górze imprezy.
Podszedł do nich od jej tyłu. Nie mogła go jeszcze widzieć, ale on widział ją doskonale. Jej nadgarstek w żelaznym uścisku tamtego; jej napiętą postawę, która zdradzała strach. Głos, który tylko to potwierdzał. Ciało lecące ku drugiemu, gdy znowu szarpnął, chcąc ją przyciągnąć bliżej.
— Wybaczcie, ale… — rzucił, gdy już był o krok za nią i nie było opcji, żeby nachalna gwiazda mogła go dalej ignorować. Ich spojrzenia się skrzyżowały, a twarz Nate’a wykrzywiła się w było nie było pogodnym półuśmiechu. — ... kojarzycie którędy do toalety?
— Nie, spierdalaj, ku— — I to było na tyle. Palce Weltsa zacisnęły się na nadgarstku niedoszłego kryminalisty i wbiły mocno w miękką tkankę, pod którą szły żyły. Wystarczyło, żeby puścił Penny, ale nie wystarczyło, żeby nie chciał się bronić. A to się akurat świetnie składało.
Gość uderzył z prawej, szeroko, z zamachu, trochę zbyt wielkiego i nie trafił w nic. Jonathan zdążył odchylić się w bok, poczuł ruch powietrza przy skroni i bez większego tracenia czasu przyciągnął go do siebie za trzymany nadgarstek. Gdy na niego leciał, pięść wycelowana w splot słoneczny już wychodziła mu na powitanie. Skulił się, zaczął kaszleć. Welts przytrzymał go przy sobie.
— Trenerowi lepiej powiedz, że się potknąłeś, jeśli nie chcesz skończyć ze skandalem i na przedwczesnej emeryturze — poradził i wreszcie go puścił, popychając w kierunku odpalonego samochodu. Zamiast jednak odwrócić się i naocznie sprawdzić co z Penny, pochylił się i sięgnął po kluczyki, które wcześniej upuściła.
Naprawdę był paskudny i perfidny.
Ale potrzebował jeszcze chwili. Dwóch sekund.

I've got it bad for you
31 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
169 cm
koordynatorka oprawy meczowej i wydarzeń Toronto Maple Leafs
Awatar użytkownika
Sunny, yesterday my life was filled with rain. Sunny, you smiled at me and really eased the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

The stars, the moon, they have all been blown out
You left me in the dark
No dawn, no day, I'm always in this twilight
In the shadow of your heart


Bała się.
W tej jednej krótkiej chwili, kiedy poczuła nagłe, silne przyciągnięcie i uderzył ją zapach alkoholu zmieszanego z potem oraz ciepły oddech na własnej szyi pomyślała sobie, że w zasadzie nie ma żadnych szans. Nie przestała walczyć, bo przez cały czas w głowie szukała sposobu na wyjście z tej nieszczęsnej sytuacji, tracąc jednocześnie czas na szarpaninę, z której nic nie wynikało.
— Wybaczcie, ale… — zamarła.
Po jednej pieprzonej nutce rozpoznałaby ten głos.
To było jasne.
Z w a r i o w a ł a.
Odbiło jej, wpadła w panikę i jej mózg uznał, że dobrze będzie przywołać w myślach kogoś, kto był jej bezpiecznym oparciem. Kogoś, kto kojarzył się ze spokojem i ochroną.
Pieprzenie!
Przecież od lat to nie on dbał o jej poczucie bezpieczeństwa. Gorzej, bo był tym kto je zaburzył. Osobą, która porzuciła ją w momencie, kiedy najbardziej go potrzebowała.
Postradała więc zmysły, tylko takie wytłumaczenie na to miała.
Serce waliło tak szybko, a z każdą chwilą zdawało się przyspieszać. W chwili, gdy zrozumiała, że nie są już sami ciało zareagowało wręcz natychmiastowo, jakby w jednej sekundzie opuściła gardę i pozwoliła, by panika zalała jej ciało. Świat wokół stracił na ostrości, za to wyraźniej słyszała swój przyspieszony i ciężki oddech. Oddech, który z każdą kolejną sekundą wykonywała z większym trudem, jakby coś zaciskało się na jej klatce piersiowej coraz mocniej, coraz ciaśniej.
Odcięła się, a wszystko co działo się wokół wydawało się nierealne. Zarejestrowała męską sylwetkę, więc ktoś naprawdę tutaj był, a jej umysł w stresie płatał jej okrutny żart, podkładając jego głos pod jakiegoś przypadkowego człowieka na parkingu. To tylko bardziej mieszało jej w głowie. Kątem oka dostrzegła jak pijany hokeista kuli się, kaszle i słyszała jak przeklinając jej wybawcę pakuje się do samochodu wołając na koniec. — Jesteś skończona! Lepiej zacznij się rozglądać za nową pracą — ale do niej nie docierało zarówno to, jak i fakt, że została uratowana. Słyszała jak samochód rusza, ale ciało pozostało napięte. Fala gorąca zalała ją, a myśli szalały.
Paranoja, postradałam zmysły.
Żołądek wywrócił się na drugą stronę, poczuła jak ślina zbiera się w jej ustach. Była pewna, że zaraz zwymiotuje. Stała w miejscu obserwując męską sylwetkę, która schylała się po jej kluczyki, a jej umysł szedł w zaparte wmawiając jej, że to on... ale to nie mógł być on. Nie po tym jak przez bite pięć lat uczyła się żyć bez niego, budując bezpieczny dom dla Daisy u boku kogoś innego.
Powinna czuć się już bezpieczniej, dlaczego więc panikowała?
Dlaczego na myśl, że to mógł być on czuła niepokój?
I ciekawość, ale mama zawsze powtarzała, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Nogi jej drżały, nie mogła się ruszyć, a zarazem czuła, że musi. Zrobiła jeden ciężki krok i potem drugi, a stukot jej obcasów przeciął ciszę, jaka na moment między nimi zapanowała. Zmuszała się do tego napędzana poniekąd myślą o powrocie do domu, ale jednocześnie chciała też udowodnić sobie, że stojący przed nią mężczyzna nie jest tym, za kogo go uważała. Że jest tylko wytworem jej stęsknionej wybujałej wyobraźni i zszarganych nerwów. Zrobiła jeszcze jeden ciężki krok, a stojąc nad mężczyzną ułożyła drżącą dłoń na jego ramieniu.
Otworzyła usta, odetchnęła ciężko. — Dziękuję… — z trudem z siebie wydusiła, a potem zsunęła dłoń z ramienia i wysunęła ją otwartą w jego stronę. — Mogę? Kluczyki… — o b o j ę t n a, taka chciała być i dokładała wszelkich starań by tak brzmieć. Rolę życia teraz odgrywała, bo jedyne czego teraz potrzebowała to tego, by spojrzał w jej stronę. Chciała, by spojrzał w jej oczy, bo musiała upewnić się, że to szaleństwo.
Potrzebowała tego, by wrócić do codzienności, którą niecałe pięć lat temu sobie obrała. Do życia całkiem normalnego.
Prawda była taka, że prowadziła całkowicie zwyczajne życie od… zawsze. Jej rodzice byli przeciętną rodziną, zarabiali wystarczająco na utrzymanie rodziny oraz by opłacić coroczne wspólne wakacje. Posiadali nieduży dom, ale wystarczający dla ich trójki, a i tak liczył się ogród, a tego mieli pod akurat dostatkiem. W szkole bywało różnie, miewała okresy w których była jedną z lepszych uczennic, a potem przychodziły chwile, gdy odwalała głupoty i zrywała się z lekcji, ale nigdy sztywno nie trzymała się zasad, więc można się było tego po niej spodziewać. W pracy dawała z siebie wszystko, ale jak na młodą dziewczynę przestało popełniała gafy, wdawała się w romanse, niekiedy zaszalała zarywając noc i zasypiając do pracy dnia następnego. Popełniała błędy, które nie kosztowały zbyt wiele. W ogólnym rozrachunku była całkowicie zwyczajna, a jednak w tej jej prostocie i normalności on najwyraźniej zobaczył coś niezwykłego. Może coś, czego w jego skomplikowanym życiu mu brakowało.
Życiu, które być może wykracza o wiele dalej, daleko poza przestrzeń ich kampera.
Życiu człowieka, o którym prawdopodobnie nie miała bladego pojęcia.
Życiu, do którego już nigdy nie należała.
A jednak pomimo tych pięciu lat nieobecności wciąż wszędzie go widziała. W tłumie go szukała. W lęku potrzebowała. Musiała upewnić się, że ten, który kucał przed nią z kluczykami w ręce to nie był on, a potem wznowić terapię.
Nate 𖹭
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
39 y/o
For good luck!
188 cm
let me take care of your money
Awatar użytkownika
I was wrong to say I loved her, I was wrong to think I’m right
When I told her it was over, well my darling, I had lied
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jesteś skończona! Lepiej zacznij się rozglądać za nową pracą!
Już kucał, kiedy dotarły do niego pogróżki pijanego celebryty lodowiska. Zadarł głowę i zanim samochód odjechał — a był przecież tuż przy nim — oparł dłoń o drzwi kierowcy. Mocno. Agresywnie. Gdyby zrobił to pięścią, to blacha ugięłaby się pod naporem; że zrobił to otwartą dłonią, to po okolicy rozniosło się jedynie solidne plaśnięcie. Dla kogoś, kto ewentualnie zabłądziłby na parking tak, jak on, mogłoby to wyglądać, jak dosadna pomoc w zamknięciu drzwi za hokeistą. Ale gdyby tylko ktoś widział spojrzenie, jakim obrzucił odgrażającego się pijaczynę, to wiedziałby, że to nie była pomoc. To nie miało w sobie absolutnie nic z pomocy.
Ostrzeżenie.
Ostatnie, zanim miało dojść do czegoś, czego już nie dałoby się naprawić kostkami lodu i marną wymówką o potknięciu na schodach, paroma dniami wolnego i płaczliwym wpisem na social mediach.
Niepewność szczeniaka przeżerała się przez buzujący w nim alkohol, odrzucenie i brawurę, aż w końcu ten zaskomlał coś jeszcze i silnik ożył, a sekundę później czerwone światła tylne znikały za zakrętem wraz z odgłosem pisku opon.
Cisza wróciła na parking.
Nie ma długo.
Słyszał niemiarowe drżenie obcasów o asfalt, gdy drżały jej nogi. Słyszał jej oddech, jego nagły brak, gdy zaczęła panikować. Jego powrót, płytszy i szybszy, kiedy mózg domagał się tlenu od zamrożonego zamieszaniem organizmu.
I wtedy się ruszyła. Jeden krok, drugi. Kącik jego ust poruszył się delikatnie, prawie jakby Jonathan walczył z mimowolnym uśmiechem dumy. Nie spodziewał się, że tak szybko się otrząśnie. Grzeczna dziewczynka.
Nie spodziewał się też, że go dotknie. Jej dłoń wylądowała na jego ramieniu i już rozumiał. Wystarczyło, że poczuł, jak drżenie jej nóg łączyło się z drżeniem jej dłoni. Nabrał powoli powietrza w płuca, tłumiąc w sobie wszelkie ludzkie odruchy, jakie jeszcze w sobie miał. Tłumiąc to, co w ogóle sprawiło, że tutaj był. W Toronto. Na tym parkingu. Tutaj, przed nią, przed jej oczami.
Dwie sekundy.

Potrzebował dwóch sekund.
Dał sobie dwie sekundy.
Dwie sekundy minęły.
Obojętność — którą na niego zrzuciła chwilę po tym, gdy czuł i słyszał, jak drży — była jak kawał kotwicy. Pozwolił jej się pociągnąć na dół. Prosto w toń otchłani.
Zacisnął palce ostatni raz na trzymanych kluczach i powoli uniósł rękę, zatrzymując ją dokładnie nad jej wyciągniętą dłonią. Obrócił się przy tym nieznacznie, na tyle, by mogła zobaczyć prawie profil jego parszywej gęby. Nie patrzył jeszcze na nią, tylko na tę dłoń, która tkwiła ledwie centymetry od niego. Dłoń, która wciąż delikatnie drżała i nie miało to nic wspólnego z tym, że wisiała w powietrzu, a wszystko wspólnego z nim.
Z tym co zrobił.
Wtedy. I teraz.
Bo wrócił.
Niebieskie spojrzenie Nate’a powiodło po długości palców, po miękkiej skórze. I wbrew zdrowemu rozsądkowi i każdemu demonowi pod swoją powierzchnią, wpuścił do głowy wspomnienia. Te wszystkie wspomnienia, które schował głęboko i przysiągł, że zostawi je daleko w tyle.
Kolejne kłamstwo. Bo Penelope też miał zostawić w tyle. Nie zostawił. Wspomnień także nie potrafił. Nie chciał.
W życiu kogoś takiego jak on wspomnienia okazywały się jedyną rzeczą, która pomagała zachować resztki ludzkości. Może dlatego trzymał się ich tak kurczowo. Może dlatego nie potrafił ich puścić.
Może dlatego nie potrafił jej puścić.
Odwrócił się bardziej. Jeszcze bardziej. Tak, że mogła go widzieć bez żadnego problemu. Zanim udało jej się upuścić kluczyki, zamknął jej dłoń swoją. Palcami prześlizgnął się po jej skórze i ujął jej, zginając delikatnie w pięść.
Kiedyś też tak robił. Kiedyś zamykał tak swoje palce na jej. Kiedyś ta dłoń nie wisiałaby drżąc, a sunęła po jego policzku i wyczuwała kilkudniowy zarost pod opuszkami. Wsuwała się w jego włosy. Zaciskała na ramieniu.
Kiedyś ta dłoń niosłaby za sobą wszystko to, czego nigdy nie powinien poczuć.
Teraz? Teraz nie był pewien. Sam zacisnął ją w pięść i równie dobrze mogła zatrzymać się na jego twarzy. Nie uchyliłby się. Nie potrafiłby. Tak, jak nie potrafił w stu procentach być pewny następnego kroku Penny. Kiedyś znał ją na wylot, dzisiaj chciał wierzyć, że nie zmieniła się aż tak bardzo. Że on — jego brak — nie zmienił jej aż tak bardzo.
Ale pięć lat to było kurewsko dużo czasu.
Czasami ludzie potrzebowali mniej, by przy odpowiedniej traumie zmienić się drastycznie.
Jonathan nie wątpił ani przez chwilę, że trauma, którą jej zafundował zamiast swojego ciepła obok, była bardziej, niż odpowiednia. Bardziej, niż wystarczająca.
Spojrzał w końcu wyżej. Pomknął wzrokiem po jej ramieniu, obojczyku, linii żuchwy, ustach — tych ustach — nosie, aż w końcu zatrzymał się na jej oczach. Nie podniósł się, dalej kucając, dając jej wszelką możliwą przewagę. Czekając, aż wyprowadzi cios, na który zasługiwał. Przygotowując się na kolejne drżenie, gdy jej umysł w końcu zrozumie, że mężczyzna przed nią nie jest wytworem jej wyobraźni i obrazem nieśmiesznych, brutalnych halucynacji.
— Cześć, Penny — powiedział w końcu, dokładnie tym samym głosem, którym zawsze się do niej zwracał. Penny. Nie Penelope. Penny. Zawsze Penny. Tylko Penny. Zanim zabrał dłoń z jej własnej, przesunął kciukiem po czerwonościach na jej nadgarstku zwiastujących formujące się siniaki po tym, jak ten frajer nią szarpał.
I znowu poczuł ten ucisk w tyle głowy. Nie do końca złość, nie do końca żal. Ten sam ucisk sprawił, że wyszedł z samochodu. Ten sam ucisk sprawił, że wyszedł z cienia.
Kotwica i otchłań jeszcze nigdy nie wydawały się tak przyjemne.

I've got it really really bad for you
31 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
169 cm
koordynatorka oprawy meczowej i wydarzeń Toronto Maple Leafs
Awatar użytkownika
Sunny, yesterday my life was filled with rain. Sunny, you smiled at me and really eased the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cześć, Penny.

Widziała go, nim zdążył wypowiedzieć te słowa. Obrócił się nieznaczne, ale ten profil znała nie od dziś. Kiedyś godzinami mogła się mu przyglądać, leżąc na boku i dłońmi przeczesując jego włosy, drażniąc skórę w najwrażliwszym miejscu za uchem, muskając jego szyję i obserwując, kiedy w końcu się złamie. Kiedy się podda i dla odmiany nie będzie mógł oderwać dłoni od niej. Ulubionym zajęciem było wręcz podziwianie jego profilu i rejestrowanie nawet najdrobniejszej zmiany w jego wyrazie twarzy. Jedna okrutna decyzja z jego strony sprzed pięciu lat nie była w stanie wymazać tego z jej pamięci. Nawet jeśli przeklinała w myślach ten widok, jego twarz, która przewijała się w jej snach do dziś.
Jego też przeklinała, nieskutecznie najwyraźniej skoro we własnej osobie przed nią kucał.
Umysł jeszcze walczył, a przynajmniej jeszcze chwilę próbował. Halucynacja to, a może duch? Rozmyślała tłumacząc to sobie szokiem, w szoku ludzie widzą różne rzeczy, prawda? Problem w tym, że duchy nie mają ciepłych dłoni, a jego taka była. Czuła bijące od niego ciepło, gdy zamknął jej dłoń w swojej. Dreszcz poczuła, gdy palcami prześlizgnął się po jej skórze. Serce szybciej zabiło, choć nie wiedziała czy targane było żalem, czy może pamięcią mięśniową? I chyba wciąż w głębokim szoku była, bo stojąc tak czekała dalej w milczeniu obserwując jak zaciska jej dłoń w pięść, jak spogląda wyżej i sunie wzrokiem po jej ramieniu, obojczyku, ustach — odruchowo je zacisnęła mocniej, a serce zabiło szybciej, gdy w końcu spojrzał jej w oczy.
Zatkało ją, nie mogła złapać tchu.
Jej obojętność poszła się pieprzyć.

Cześć, Penny.

Słowa niby wypowiedziane jak kiedyś, a brzmiały tak obco. Pewnie dlatego, gdy kciukiem przesunął po wyraźnym zaczerwienieniu zareagowała odruchowo, cofnęła dłoń. Nie miał prawa gładzić jej po rękach. Nie miał prawa tak do niej mówić, jak gdyby nigdy nic! Ależ ją to irytowało, choć wciąż nie była w stanie nic z siebie wydusić kluczyki przerzuciła do drugiej dłoni, a prawą bez zastanowienia wymierzając cios prosto w jego policzek. To był impuls, reakcja na tą odkładaną latami wściekłość wymierzoną w jego kierunku. Dłoń ją zapiekła, ale w środku bolało ją bardziej. Nie mogła uwierzyć, że ma przed sobą tchórza mężczyznę… tego samego, którego lata wcześniej szukała roztrzęsiona na policji, za którym wypłakała morze łez i którego dziecko samotnie wychowywała.

Spoliczkowanie go nie przyniosło żadnej ulgi, zamiast niej poczuła jak łzy napływają pod jej powieki. Nie potrafiła tego powstrzymać, choć próbowała ponownie zaciskając dłoń, tym razem tak mocno, że czuła ból pod naporem własnych paznokci. Usiłowała chyba odwrócić uwagę od bólu, który targał nią od środka. Na marne, bowiem niczym nie dało się zagłuszyć strachu jaki zapanował wewnątrz niej. Czuła, jak jej bezpieczny świat nagle się rozpada. Bańka, która wokół siebie nadmuchała po jego zniknięciu nagle pękła. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że wrócił nagle, niespodziewanie i jakby nigdy nic rzucił do niej:

Cześć, Penny.

— Nie masz prawa — ale do czego właściwie nie miał prawa?

Mówić tak do mnie…
Patrzeć tak na mnie…
Ratować mnie…

— Nie masz prawa tak się do mnie zwracać — nie była już jego Penny, nie była już nawet Murphy. Penelope O’Connell, co najwyżej dla niego. Zrobiła krok w tył i spojrzała na niego z góry, desperacko próbując ukryć cały swój ból, wszystko pod maską obojętności. — Nie po tym jak zniknąłeś bez słowa — walczyła z wszystkich sił, by się całkowicie nie rozsypać, ale prawda była taka, że widok jego twarzy jej w tym nie pomagał. Kiedy patrzyła w jego oczy to lawina wspomnień przemykała przez jej głowę i nie potrafiła jej zatrzymać. Tak jak nie potrafiła uciec, choć w myślach słyszała tylko to uciekaj. Stała jak wryta i myślała o tym swoim idealnie poukładanym życiu, które nagle runęło, bo on… wrócił?

No właśnie, wrócił?

— Co ty tutaj robisz? Czego chcesz? — jakaś cząstka jej nie chciała wiedzieć, zamiast tego pragnęła uciec do poukładanego i wykreowanego życia, zatracić się w nim. Zapomnieć. Z drugiej strony wiedziała, że to niemożliwe i kto wie, czy to nie jej jedyna okazja, by poznać prawdę nim znów zniknie. Bo zniknie na pewno, nie wiązała z nim już żadnych nadziei. Nie miała wobec niego żadnych złudzeń. Był dla niej tylko bolesnym wspomnieniem i wielkim znakiem zapytania.
I ojcem dziecka był, ale tego nie musiał wiedzieć.

Nate 𖹭
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
39 y/o
For good luck!
188 cm
let me take care of your money
Awatar użytkownika
I was wrong to say I loved her, I was wrong to think I’m right
When I told her it was over, well my darling, I had lied
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Moment, w którym obojętność Penelope pękła, był momentem, w którym Jonathan zrozumiał, że dwie sekundy to było za mało. Nie umiał oszacować o ile za mało — o dwa-dzieścia? O dwa-tysiące? Dwa miliony? — ale jego mózg nawet nie skupiał się na liczbach. Po raz pierwszy od lat, umysł nie liczył. Nie kalkulował. Nie dodawał dwóch do dwóch, szesnastu do pięćdziesięciu trzech tysięcy osiemset szesnastu, czternastu tysięcy dziewięćset dwadzieścia siedmiu do ośmiu milionów dziewięćset trzydzieści dziewięciu tysięcy dwieście trzydziestu jeden.
Po prostu nie liczył.
Ale wciąż analizował.
Ta sekunda, która rozciągnęła się między nimi niczym napięta cięciwa i groziła wystrzeleniem strzały. Cofnięta dłoń Penny, marna alegoria cofającej się ręki, która naciąga linkę na łuku.
Ten mikroułamek, podczas którego zniknęła obojętność, rozpadając się na miliony kawałków, niczym rozbite lustro — lustro, którego ani ona ani on mieli już nie być w stanie naprawić i mogli jedynie patrzeć na kalejdoskop mnogości własnych odbić w roztrzaskanych odkłamkach. Ta chwila niepewności; na oddech lub jego wstrzymanie, gdy neurony łączyły wątki i pchały sygnał ciału do ruchu, choć to jeszcze nie do końca potrafiło poruszyć się po dawce otępienia.
Jonathan czekał. I się doczekał.
A kiedy się doczekał, nie mógł nie przyjąć dziwnie masochistycznego poczucia ulgi, która rozlała się po nim ciepłem, tak jak ból pomknął po policzku piekącymi pulsacjami. Nie uchylił się. Mógł, zdążyłby to zrobić ze trzy razy — kiedy zwalniała rękę, kiedy ją unosiła, kiedy była w połowie zamachu. Mógł ją też powstrzymać. Nie zrobił ani jednego ani drugiego. Nie drgnął. Nie zmrużył nawet oczu. Obserwował ją od chwili, kiedy się odwrócił i trwał w tym, patrząc, jak przekłada kluczyki do drugiej dłoni i jak unosi tę prawą. Zamach. Plask. Świetny cios, trafiony tam, gdzie miał, po co miał i dlaczego miał. Pięć lat wściekłości i bólu, które nie mogły znaleźć sobie prawdziwego ujścia przez cały ten czas, które nie miały dokąd pójść i gdzie osiąść, zrobiły swoje. I zrobiły to dobrze. Prawie go naprawdę zabolało — nie tym zwykłym rodzajem bólu w reakcji, gdy silny bodziec uderza w nerw; tym głębszym rodzajem, który wdzierał się swoją intencją w serce i głowę, szarpał za ramiona i mówił: “patrz, do czego doprowadziłeś”.
Ale Jonathan to wiedział. Wiedział od dnia, w którym wrócili z Penny do Toronto i kiedy tej samej nocy zniknął.
Nie. Wiedział wcześniej.
Od dnia, w którym dostał tę pierdoloną informację o śmierci kolejnego informatora.

Nie masz prawa.
Nie miał. To też wiedział. To była prawda tak absolutnie skonstruowana i tak bezużyteczna dla kogoś, kim był, że pozostało mu ją jedynie przyjąć do informacji i zamknąć sprawę po swojemu. Penny widziała w nim tchórza. Widziała w nim — słusznie, ze swojej perspektywy — uciekiniera. Może gdyby kiedykolwiek cokolwiek jej powiedział, jej reakcja byłaby inna, jej spojrzenie byłoby inne. Ale nie powiedział. Nie mógł. Nie chciał. Wciąż przed nią jednak klęczał, a odbicie jej dłoni dalej pulsowało na jego policzku, gdzie skóra zdążyła zrobić się czerwona i prezentować ślad jej palców. Przestał zwracać uwagę na ból dokładnie wtedy, kiedy dostrzegł łzy w jej oczach. Czyli naście uderzeń serca temu.
Zasadniczy problem Jonathana Weltsa polegał na tym, że Penelope Murphy, teraz po mężu O'Connell, była jego jedyną i nieuleczalną chorobą. Taką, której nie wpisał do żadnego raportu i o której wiedziała Q, którą podejrzewał Londyn i o której on sam zorientował się pewnego wieczoru w kamperze, gdy okazało się, że jego mózg zamiast kalkulować straty i kolejne ruchy, liczył ile razy na dobę się zaśmiała. I że, kurwa, nie było w tym nic ze służbowego przyzwyczajenia, a czyste, ludzko zwyczajne zainteresowanie. Uwaga. Coś, co chciał zapamiętać i nie stracić.
Co ty tutaj robisz? Czego chcesz?
Jakże proste to były pytania. Jakże oczywiste. Jakże takie, na które był gotowy i na które miał tysiące odpowiedzi, żadnej prawdziwej. Podniósł się w końcu, nie odwracając od niej wzroku i wkrótce, zamiast patrzeć w górę, patrzył w dół. Nawet w szpilkach była niższa. Ręce, które zwisały mu bezwładnie wzdłuż ciała, drgnęły. Nie ku niej — a może? — choć ostatecznie wylądowały w kieszeniach idealnie skrojonych pod wymiar spodni. Musiał je schować, bo w alternatywie było albo faktyczne sięgnięcie po nią, do niej, bliżej niej, albo po coś innego. A nie było nic innego, poza bronią, po którą nie było teraz szans, żeby sięgnął. Tak samo nie było szans, żeby sięgnął po jedyną słuszną odpowiedź na jej pytania. Po prawdę.
— Sprawy służbowe — mruknął w końcu, wzruszając ramionami. Mógł jej dać za to — pół-prawdę. Odkleił spojrzenie od jej oczu, by powieść nim po ich okolicy, po tej czerwoności od łez; po napiętych mięśniach twarzy, gdy próbowała trzymać się w ryzach, gdy próbowała poskładać roztrzaskane lustro obojętności i złożyć je w całość. Gdyby jej nie znał, dałby się nabrać. Gdyby jej wcześniej nie przeanalizował na miliardy sposobów, z każdym razem tłumacząc się sobie, że kataloguje ją tak, jak katalogował wszystkich — jak cel, nie jak człowieka. Co za perfidne kłamstwo wobec samego siebie.
— Słuchaj, Penny… — Bo przecież to, że nie miał prawa, nie znaczyło, że planował to uszanować. Tego, że miał się nie wychylać też przecież, w końcu, nie uszanował. I nie uszanował samego siebie, dając kolejną pół-prawdę. Więcej, niż pół. — Nie planowałem tego.
Czego? Powrotu? Ucieczki? Pomocy z narwanym gościem? Pokazania się jej?
Całe zawodowe życie spędził na tym, żeby innym ludziom było źle. Gorzej. Najgorzej. Żeby ich rozmiękczać i rozkładać na czynniki pierwsze, szukając luk, tych miejsc, szczelin, które dałyby mu nad nimi przewagę. Był w tym, obiektywnie rzecz biorąc, dobry. Tak go wyszkolono, tego go nauczono. I przez lata traktował to jak rzemiosło, jak każdy inny sposób, by dostać to, co się chciało, jak coś, co wymaga po prostu praktyki, trochę zimnej krwi i trochę więcej obojętności i nie przejmowania się. A teraz stał przed Penelope już nie Murphy, przed kobietą, która miała łzy pod powiekami i nie mógł powiedzieć nic, co by nie zabolało. Co by nie sprawiło, że byłoby jej gorzej.
Chwilę trwał w tej ciszy. chwilę po prostu znowu ją obserwował — to, jak dawała sobie radę albo nie dawała. Wsłuchiwał się w każdy szmer jej oddechu, każdy szelest ruchu, każdy odgłos docierający z oddali, jako tło. I przez sekundę nawet to rozważał. Złamanie swoich własnych zasad i zwrócenie się do tej prawie płaczącej Penny, która udawała obojętną i kryła się za złością, żeby się nie rozpaść; zwrócenie się z prawdą i tylko prawdą, którą nosił w sobie jak brzemię, z całym ciężarem na swoich barkach. Że jej ból był jego sprawką. Że gdyby mógł, to zrobiłby to znowu. Że gdyby miał szansę cofnąć się o te pięć lat i wrócić do Toronto, to zrobiłby to znowu i znowu skazałby ją na te ataki paniki i ogrom cierpienia, bo to, co zrobił, zrobił dla niej. Że prawda była denniejsza, niż milion wymówek i kłamstw.
Że ją kochał.
Że to właśnie przez to wszystko się zaczęło i właśnie przez to się skończyło.
To byłoby porządne posunięcie. Zasługiwała na nie po tylu latach, skoro już odważył się nie być tchórzem.
Ale Nate nie był porządnym człowiekiem. Nigdy nie był. I na tym parkingu, z piekącym policzkiem, który nikł w obliczu jej zaszklonych oczu, zamierzał być w zasadzie najbardziej nie-porządnym gościem, komplikując jej życie po raz kolejny — tym razem z takiego samego powodu, też przez kogoś, kto podjął decyzję za nich i kogoś, kto też wykonał pierwszy ruch na szachownicy przed nim.
— Możemy się przejechać? Odwiozę Cię do domu.
I po drodze może, może nie zrujnuję Cię jeszcze bardziej.
I może, ale tylko może, nie zrujnuję siebie.


Penelope O'Connell
31 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
169 cm
koordynatorka oprawy meczowej i wydarzeń Toronto Maple Leafs
Awatar użytkownika
Sunny, yesterday my life was filled with rain. Sunny, you smiled at me and really eased the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła, jak cała dłoń ją piecze, ale ten ból nie był niczym w porównaniu z tym, który czuła wewnątrz. W środku bolało ją o wiele mocniej. Uderzyła go, ale nie poczuła żadnej satysfakcji, żadnej ulgi. Było tylko gorzej. Co u licha sobie myślała? Że jeden cios wymaże pięć lat milczenia? Że odzyska swój święty spokój? O nie, wręcz przeciwnie! Zamiast ulgi tylko sobie dołożyła, bo pozwoliła przerwać swoją udawaną obojętność i obnażyła się przed nim ze swoimi uczuciami. Zamiast trwać i rolę swoją grać, rolę kobiety sukcesu i żony O’Connella, to pokazała, że wciąż jest tą skrzywdzoną dziewczyną sprzed pięciu lat, która do tej pory nie dała upustu emocjom. Emocjom, które na jego widok wzbierały niebezpiecznie.
W tej jednej krótkiej chwili dotarło też do niej, że naprawdę nie był żadną pieprzoną iluzją. Nie był duchem, nie był też halucynacją z powodu ataku paniki i stęsknionej wyobraźni. Był tutaj całym sobą. Stał przed nią. Czuła jego zapach, przyglądała się jego sylwetce, gdy piekące uczucie rozchodziło się po jej dłoni, a jego policzek nabierał nowego koloru.
Był tutaj.
Po co?
Łzy zbierały się w jej oczach, jakby naprawdę jedyne co chciała teraz wiedzieć to: dlaczego?
Dlaczego zniknął bez słowa? Dlaczego wrócił?
I zła była, c h o l e r n i e zła, bo zauważyła, jak jego spojrzenie zatrzymuje się na jej oczach. Wiedziała, że dostrzegł te niechciane łzy, które starała się za wszelką cenę ukryć. Chciała być obojętną panią O’Connell, a wystarczyło tylko jedno jego spojrzenie, by znów była rozdygotaną Penny.
To nie ona była jego chorobą. To on był jej chorobą, a ona pomimo upływu lat, wielu leków i poukładanego życia wciąż nie wytworzyła na niego żadnej odporności.

Sprawy służbowe.

Nie musiał nawet podnosić ręki, by sprawić, że czuła się teraz tak, jakby ją spoliczkował. Te dwa słowa były okrutną kpiną. Pięć lat jej życia zbył dwoma słowami i lekkim wzruszeniem ramion, stojąc z dłońmi w kieszeni. Czuła wzbierającą w niej wściekłość, gdy cofała się do wspomnień z ostatnich lat. Do co nocnych koszmarów, lęków i rozpaczy. Do tych wszystkich nagłych pobudek w nocy, gdy zalewał ją pot i nie mogła złapać powietrza. Do tych wszystkich wieczorów, podczas których Liam trzymał ją za rękę zapewniając, że już teraz wszystko będzie dobrze, choć nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Jak miało być dobrze, gdy pod sercem nosiła dziecko człowieka, który zapadł się pod ziemię. Mężczyzny, którego kochała i w którego całą sobą wierzyła. Ufała, że nie porzuciłby jej bezmyślnie, dlatego tak długo wierzyła w to, że stała się mu krzywda. Coś, z czym przez długi czas nie potrafiła się pogodzić. Minęło naprawdę dużo czasu nim ramiona Liama dały jej poczucie bezpieczeństwa, dom i zrozumienie. Wierzył w nią i w to, że stanie na nogi. Każdego wieczoru kładł się obok niej po dniu, w którym raz po raz udowadniał jej, że jest dla niego najważniejsza.
Był kochający, wyrozumiały i obecny.
Ale nie był Jonathanem.
W głębi duszy nienawidziła siebie za tą myśl, która niejednokrotnie do niej wracała wraz z wspomnieniami starego vana, szumy wiatru i ramion człowieka, które obejmowały ją, gdy obserwowali wschodzące słońce. Nienawidziła siebie za to, że pomimo jego zniknięcia czuła się tak, jakby prowadziła podwójne życie - poukładanej żony, która w głębi siebie wciąż była ruiną, tęsknie czekająca na kogoś zupełnie innego.

Czekała… …i wrócił.
— Sprawy służbowe? — powtórzyła chłodno, choć głos się jej łamał i spojrzała na jego zobojętniałą twarz. Naprawdę taki był? Zdystansowany, obojętny, niewzruszony? — Zniknąłeś na pięć lat! Zostawiłeś mnie samą, totalnie rozbitą i bez żadnego wyjaśnienia, nawet jednego pieprzonego słowa, listu, wiadomości głosowej. Znaku, że kurwa żyjesz! — i poleciało, lawina słów wypadła z niej pod wpływem wzbierającej na sile wściekłości. — A teraz stajesz tu jakby nigdy nic i pieprzysz, że to były sprawy służbowe?! — zaśmiała się, przez łzy więc na próżno było tutaj szukać jakiejkolwiek wesołości. O, z kolei ironii było mnóstwo. — Nie masz bladego pojęcia przez co przeszłam — a może miał? Może wiedział więcej niż myślała, albo to on głupio sądził, że wiedział o niej w s z y s t k o. Gówno wiedział! Nie miał pojęcia, że jej życie to pasmo udawania. Udawania przed mężem, przed córką i co gorsza przed samą sobą, że sobie radzi; że tamten etap zostawiła za sobą.
I kiedy myślała, że gorzej już być nie może usłyszała to.
Nie planowałem tego.
— Czego? Czego niby nie planowałeś?! Ucieczki, czy powrotu? — prychnęła wycofując się o krok w stronę swojego samochodu. Czuła, że nie chce tego słuchać, tego jak wypowiada jej imię i jak rzuca kolejne puste słowa na wiatr, choć mijają się z prawdą. — I niby zupełnie przypadkiem byłeś w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze? Nie pieprz — i kiedy już sądziła, że jedyne co jest w stanie teraz zrobić to wycofać się i wrócić do domu zaproponował jej podwózkę do domu.
Zaśmiała się.
Autentycznie zaśmiała się mu prosto w twarz.
— Chyba oszalałeś, Welts — pokiwała głową z niedowierzaniem wymierzając kluczyk w swojego SUV-a, a światła zamigotały, na znak, że może wsiąść. Uratował ją, ale nie czuła się mu nic winna. To on był winien jej wyjaśnienia, ale była w zbyt wielkim szoku, by to na nim wymusić. Ledwo siłę w sobie zebrała, by wejść do własnego samochodu i zamknąć za sobą drzwi. Dłonie zacisnęła na kierownicy próbując unormować swój oddech, bo w stresie z trudem łapała powietrze i rozejrzała się wokół.
Jej samochód był przepełniony dowodami na to, kim się stała i jak jej życie wyglądało bez niego. W pojemniku na kubek znajdowała się jakaś świecowa kredka i kinderek. Na tylnym siedzeniu tuż obok dziecięcego fotelika, leżał różowy kocyk i książeczka, a miejsce honorowe pasażera zajmowała maskotka Carltona, którą mała Daisy ciągała ze sobą wszędzie, jako największa kibicka Maple Leafs.
I wystarczyłoby, gdyby teraz odpaliła samochód i odjechała nie oglądając się za siebie. Wystarczyło wrzucić bieg, wcisnąć gaz i wrócić do dawnego życia, jakby nigdy nic. Szkoda tylko, że gdy wbiła spojrzenie w lusterko to zastygła. Widziała odbicie człowieka, który już raz ją zrujnował i robił to po raz kolejny bez zawahania. Zacisnęła dłonie na kierownicy, ale nie potrafiła ruszyć. Utknęła.
𝓙𝓸𝓷𝓪𝓽𝓱𝓪𝓷 𝓦𝓮𝓵𝓽𝓼
♡ ancy ‪‪♡ winniethepooh
(·•᷄‎ࡇ•᷅ )
39 y/o
For good luck!
188 cm
let me take care of your money
Awatar użytkownika
I was wrong to say I loved her, I was wrong to think I’m right
When I told her it was over, well my darling, I had lied
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stał. I słuchał. I stał tak i słuchał i przyjmował każde jej słowo, które uderzało w niego jak pocisk wystrzelony z AK-47, przebijając się przez jego pancerz i trafiając celnie tam, gdzie nie chciał najbardziej. Stał i słuchał i nie pozwalał sobie na najmniejsze drgnięcie mięśnia, mistrzowsko ukrywając się za fasadą wyuczonego opanowania. Penny nie znała go takiego. Wersja Jonathana Weltsa, którą ją karmił przez te lata spędzone razem, przez te wszystkie dni pełne śmiechu i miłości, była wersją ludzką. Ta wersja, ta najbliższa prawdziwej, daleka była od ludzkiej. Była bliższa maszynie, która tylko odbierała bodźce i nie potrafiła już na nie zareagować, bo w nauczaniu maszynowym nie uwzgledniono choćby androidowego substytutu empatii.
Był jak kaczka, po której wszystko spływało.
Tyle że nie do końca wszystko po nim wpływało.Sprawy służbowe były kurewsko tanią wymówką, która nawet w jego własnych uszach brzmiała jak najgorszy banał z trzeciorzędnego kina szpiegowskiego, którym zawsze gardził. Ale przecież całe jego dorosłe życie było jednym wielkim parszywym frazesem utkanym z kłamstw, manipulacji i dalekowzrocznych strategii. Wrzask, w którym brzmiał pozbawiony humorystycznej nuty śmiech i wrzask, w którym dławiła się łzami, a więc i własnym bólem, wibrował w jego uszach i Welts nie mógł zrobić nic poza tym, by dalej stać i dalej, kurwa, słuchać. Trwał niewzruszony, choć pod maską z lodu, za którą z sukcesem ukrywał wszystko, co ludzkie — bo przecież udawanie emocji było prostsze od przeżywania ich naprawdę — coś właśnie zaczęło pękać. Nieuchronnie, powoli, okrutnie. Rysa za rysą na bezsprzecznie gładkiej tafli lodowej elewacji twarzy, która kiedyś potrafiła wykrzywić się w uśmiechu na sam widok jej oczu.
A teraz te oczy płakały. Usta krzyczały. Gardło zdzierało się, serce bolało. A Jonathan stał z dłońmi wbitymi głeboko w kieszenie perfekcyjnie skrojonego garnituru i pozwalał jej na to, bo kim był, żeby jej nie pozwalać; i rozumiał, że to jedyna rzecz jaką mogła teraz w niego cisnąć i jaką mogła walczyć. I że walczyła nią doskonale.
Nie masz bladego pojęcia, przez co przeszłam.
Och, Penny. Żebyś ty wiedziała.Zawsze wiedział wszystko. Znał każdy jej krok; wiedział o jej przyjaciołach, o pracy, o aktywnościach poza pracą, o domu, o małżeństwie… o dziecku, o którym raporty z inwigilacji wkurwiały go i parzyły zatruwały go jednocześnie. Ludzie z lubością opowiadają, że niewiedza bywa błogosławieństwem, ułudą, w której można uwić sobie ciepłe, bezpieczne gniazdko. Bzdura. Gówno prawda. Dla kogoś takiego jak Welts wiedza była jedyną deską ratunku, która pozwalała utrzymać się na powierzchni, gdy cała reszta szła na pieprzone dno i chciała pociągnąć go ze sobą. To, że ta sama wiedza, ta władza, była mieczem obosiecznym i w tym samym momencie była mu też jaden wpuszczanym systematycznie prosto do krwiobiegu, to już nie miało takiego znaczenia. To, że go żarła od środka każdego cholernego dnia, gdy uświadamiał sobie, jak bardzo musiał ją zranić i zrujnować ich, by ocalić jej życie. Prawił sobie te wewnętrzne moralne kazania od pięciu lat, szukając usprawiedliwienia w wyświechtanej idei mniejszego zła. Zostawił ją rozbitą, pogrążoną w traumie — tak. Oczywiście, że tak. Ale, kurwa, żywą. Wybrał jej bezpieczeństwo, choćby kosztem terapii i ataków paniki, choćby kosztem wepchnięcia jej w ramiona kogoś innego, choćby kosztem jej serca i swojej własnej poczytalności. Czy to był błąd? Czy to faktycznie było mniejsze zło? Czy ono w ogóle istniało, czy było tylko marnym, żeby nie powiedzieć chujowym, alibi dla tych którym brakowało odwagi by wziąć na barki pełnię winy za wyrządzone krzywdy? Arogancja i skłonności autodestrukcyjne szeptały mu, że zrobił dobrze, ale zaszklone oczy Penny zadawały temu kłam.
Mimo wszystko, postawiony przed tym samym wyborem, zrobiłby dokładnie to samo. I tak jak teraz, też stałby tu, wystawiając się na jej złość i ból, gdyby to była cena za uratowanie jej tyłka przed nachalnym kretynem.
Bo to był właśnie ten pierwiastek, którego nie planował. Ten pieprzony goguś, o którym jedyne co wiedział, to to, że otarł się dzisiaj o spotkanie z Kostuchą.
Nie planował też jej odpowiadać. Nie chciała pieprzenia, więc wyjątkowo zamierzał to uszanować. Ale wtedy zaśmiała mu się prosto w twarz z tym swoim niedowierzaniem, tym ironicznym parsknięciem tworząc kolejną rysę na masce.
Chyba oszalałeś, Welts.
Welts. Nie Jonathan. Nie Nate, którym kiedyś był; jej bezpieczną przystanią na świecie, który gnał za szybko. Teraz, w jej zranionym umyśle, stał się zaledwie Weltsem, obcym, pozbawionym skrupułów skurwielem znikającym znienacka którego obrazek w pełni podtrzymywał tkwiąc w oazie udawania i kłamania, którego obrazek sam zresztą jej zmalował i sprezentował. Jonathan przyjął i ten cios, tak samo bez słowa. Służbowo cenili go za smykałkę do improwizacji w najgorszych sytuacjach, matka dumna była jak paw, że zna tyle języków, a ojciec doceniał sztuczki manipulacyne, którychpodstaw sam go nauczył. Teraz Welts nie potrafił — i dalej nie chciał — wykrzesać z siebie ani jednej z tych beznadziejnych ripost, które zwykł serwować w kasynach na Lazurowym Wybrzeżu czy na galach w Mediolanie. Milczał, czując smagnięcia uzasadnione wściekłości Penny i coś mu mówiło, że to był tylko powiew wiatru przed potężną burzą.
Patrzył, jak odwracała się na pięcie, widział, jak światła jej samochodu rzucają stroboskopowe cienie na betonowych filarach, obserwował, jak z trudem łapała oddech i wsiadała do samochodu z trzaśnięciem drzwiami, odgradzając się od niego stalą i szkłem. Wystarczyło się wycofać. Pozostało się wycofać. Wrócić do swojego samochodu, założyć maleńką słuchawkę z powrotem i zameldować Q., że wszystko jest w porządku, a potem odejść w cień, tam, gdzie było jego miejsce przez ostatnie pięć lat, które Penny znała jako pustkę i ból. Wystarczyło pozwolić jej odjechać od tego pseudo bezpiecznego życia, w którym nie było krwawych porachunków i strzałów w tył głowy.
Pozostało jej na to pozwolić. Ale Welts nie potrafił. Nie chciał. Nie tym razem. Nie, kiedy Penny wcale nie wciskała pedału gazu i nie odjeżdżała z piskiem opon. Nie, kiedy utknęła, zamiast gnać do swojego perfekcyjnie wykreowanego świata, do którego miała teraz prostą drogę i idealną okazję. Jonathan zatrzymał spojrzenie na jej odbiciu w lusterku i zrobił krok do przodu, najpierw jeden, potem drugi. Trzeci, skręcając na prawo od pojazdu. Czwarty i piąty, mijając drzwi. Pół szóstego, zatrzymując się przy miejscu pasażera. Nacisnął klamkę, szarpnął, zobaczył wszystko to, o czym wiedział już, że woziła. Przynajmniej częściowo wiedział — imienia maskotki w końcu nie znał.
— W takim stanie rozbijesz się na pierwszym zakręcie. — To nie było oskarżenie. Nie był werdykt rzucony na nią ani próba zwrócenia jej uwagi, że nie nadawała się do prowadzenia samochodu. Nie, bo i tak miałaby to gdzieś, tak jak miała przed chwilą — przecież głównie dlatego zaproponował, że ją podwiezie. Przesadził miśka na tylne siedzenie i zajął jego miejsce, ignorując resztę rzeczy, które walały się w środku. Kinderka, fotelik, różowy kocyk, wszystkie te artefakty życia, którego mógł być częścią, gdyby wszystko poszło tak, jak powinno. To były trochę dowody rzeczowe w najważniejszej rozprawie przeciwko niemu samemu; kolejne ołowiane pociski wymierzone prosto w niego. Litości. Spojrzał. Szybko, po kinderku, po pierwszym lepszym z tych namacalnych owoców jej nowej egzystencji i pożałował, czując, jak legendarna wręcz samodyscyplina, jak resztki jego i tak wątpliwego kodeksu moralnego obracają się w bezużyteczną perzynę. Czym innym było czytać o tym raporty. Czym innym było widzieć to z kilkunastu metrów odległości. A czym innym było — kurwa — wejść w orbitę tego, co zbudowała bez niego, ryzykując spektakularne zrujnowanie tego od nowa. Skupił się na czymś innym. Zerknął na jej wciąż drżące dłonie zaciśnięte na kierownicy, na jej oczy i uderzyło go to podwójnie. Ta masochistyczna siła i fakt, że nie mógł jej tak zostawić. Znowu.
Choć tym razem powinien.Kimkolwiek był pod maską obojętności — bo już nie tym Nate’m, którego znała — to właśnie jawił się jako ktoś, kto w brutalnym akcie samozapoznania oglądał efekt własnej ruiny na żywo, z bliska, doświadczając pełni bólu i tragedii. Miał już krew na swoich rękach. Był egzekutorem, katem, oprawcą. Był mordercą. Skurwielem, który obserwował owoc swojej brutalności i po raz pierwszy miał problem. Nie ten związany z samym efektem — bo doprowadziłby do niego naście razy, gdyby mógł — ale ten toczący się w chwili tu i teraz. Nigdy, przenigdy nie umiał poradzić sobie z jej łzami.
Choć kiedyś miał ku próbowaniu coś z nimi zrobić jakąkolwiek sposobność.
— Będę pieprzyć — ostrzegł ją, powoli obracając się przodem do kokpitu, próbując zmieścić swoje gabaryty na fotelu. Plecy wcisnął w oparcie za sobą, tył głowy w zagłówek. Spojrzenie zawisło gdzieś na którymś oświetlonym filarze. — Nie planowałem nic z tego. Nic. Ani siedzenia na tym parkingu i czekania, aż się pojawisz, ani wyjścia z samochodu i uderzenia tego frajera. Dania Ci się zobaczyć, wpakowania się do Twojego jeżdżącego przedszkola i słuchania, jak się hiperwentylujesz też nie.
Powinien był siedzieć teraz w Genewie i wyprowadzać aktywa z ukrytej spółki na nazwisko słupa z Berlina, a potem iść na samolot na Kostarykę, żeby przemeblować czyjąś twarz.
— Nie planowałem być tutaj, Penny. Najlepiej nigdy, ale nigdy zajebiście kiepsko mi wychodzi.
Nigdy cię nie opuszczę.
Już nigdy nie będziesz sama.
Nigdy nie kochałem cię bardziej, niż teraz.
Nie spojrzał już na nią. Czekał na jej kolejny ruch, czekał na jakąś reakcję, choćby minimalną, byle zmianę w oddechu czy drgnięcie palców. Mogła go znowu uderzyć. Mogła znowu zacząć krzyczeć. Mogła go wykopać siłą, bo nawet z tym by nie walczył.
Mogła też zacząć pytać jechać.


Penelope O'Connell
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scotiabank Arena”