Do sypialni Effie trafiła psim swędem. Czy raczeh — za odgłosem z sąsiedniego pomieszczenia. Coś zaszeleściło między pudłami, potem cicho stuknęło o ścianę. Yonaka zatrzymała się przy drzwiach i nasłuchiwała. Cisza. Nacisnęła klamkę i wsunęła się do środka, omijając stosy rzeczy ustawionych pod ścianami.
Przy drugim kroku coś dużego przemknęło w ciemności.
Ręka sama znalazła pierwszą rzecz pod palcami. Chwyciła satynowy woreczek, zamachnęła się i trafiła nim w ramię ciemnej sylwetki. Woreczek odbił się z głuchym łoskotem. Sylwetka cofnęła się, zahaczyła o pudełko i wypadła na korytarz. Karton spadł na ziemię. Coś szklanego w środku brzdęknęło i zakończyło żywot.
Yonaka spojrzała na to, co właśnie trzymała.
Dildo.
—
No świetnie...
Rzuciła woreczek na półkę i wyleciała w ślad za cieniem. Gdy wpadła do sypialni, rozbłysło światło. Pierwszy flesz wypalił jej obraz. Drugi zmienił pokój w białą plamę. Przy trzecim Yonaka zacisnęła powieki, wyciągnęła rękę i oparła ją o ścianę, zanim kolana zdążyły ugiąć się pod nią bardziej, a potrzeba wsadzenia sobie palców do oczu weźmie górę. Czerwone kręgi zatańczyły pod powiekami. Żołądek ścisnął się gwałtownie. Pod stopami poczuła uginające się deski, ale rozmyty wzrok przesuwał ich położenie o kilka centymetrów w bok. Straciła orientację w terenie.
Klik. Migawka.
Yonaka schowała głowę.
Kroki.
Jeden. Drugi. Szybsze. Cięższe.
Kolejny błysk przemknął z lewej strony. Odwróciła twarz, otworzyła oczy i złapała sylwetkę w krótkim przebłysku ostrości: ciemna kurtka, aparat przewieszony przez szyję, dłoń już szukająca klamki. Rzuciła się na oślep.
Dopadła go przy drzwiach i zacisnęła palce na kurtce. Mężczyzna szarpnął się w bok, uderzył ją barkiem w ramię i pociągnął za sobą. Aparat odbił się od jej żeber, pasek napiął się między nimi. Yonaka zrobiła krok w jego stronę, wsunęła stopę za jego piętę i obróciła biodra, a kiedy stracił równowagę, sprowadziła go plecami na ścianę. Dziury po siekierze znajdowały się tuż obok jego głowy.
Przygnieciony między jej ramieniem a ścianą mężczyzna szarpnął się mocno. Yonaka przesunęła chwyt wyżej. Jeszcze trochę i się wyślizgnie. Materiał napiął się pod palcami. Poczuła pod nim ruch mięśni, usłyszała urywany oddech... i wtedy to poczuła. Stary tłuszcz. Przypalony olej, który wsiąkł w ubranie i skórę. Zapach, którego nie uświadczy w LaVoodoo.
Mężczyzna przekręcił głowę. Jego wzrok przebiegł wzdłuż korytarza, aż zatrzymał się przy oknie.
Yonaka zerknęła w tym samym kierunku.
Okno.
Aparat podskoczył między nimi. Flesz uderzył z kilku centymetrów, jak błyskawica lub granat błyskowy.
Wrzasnęła. Odrzuciła mocno głowę, gdy biel znów rozdarła jej pole widzenia, a w uszach rezonował głuchy, bolesny pisk. Zacisnęła palce mocniej, ale materiał przesunął się w dłoni. Mężczyzna szarpnął raz, drugi — i kurtka wysunęła się z uchwytu.
Kroki uciekły korytarzem.
—
Phil, do jasnej cholery! — krzyknęła, wciskając kciuki w oczy i rozmazując maskarę. Łzy spłynęły po policzkach strumieniami. Świat wracał kawałkami: framuga, podłoga, ściana, czarna sylwetka przy oknie. Mężczyzna oparł dłoń o parapet i podciągnął się, kiedy Yonaka wypadła na korytarz. Minęła krzywo Effie wbiegającą na piętro. Z oddali zgrzytnęły prowadnice okna.
—
Ruszaj się! — krzyknęła, nawet się nie zatrzymując. —
Zanim zwieje!
Mężczyzna przełożył nogę przez parapet.
—
Yonaka, z drogi!
Phil wpadł na niego od tyłu, jak pocisk artyleryjski. Szybko i znienacka. Chwycił kurtkę, szarpnął i ściągnął go z parapetu, a intruz uderzył plecami o framugę. Aparat wcisnął się między ich ciała. Pasek owinął się wokół dłoni Phila, intruz pociągnął w dół. Phil złapał mocniej — wtedy pasek zsunął się z szyi mężczyzny. Aparat wpadł prosto w ręce łowcy.
Mężczyzna wyrwał się. Jedną nogą stanął na parapecie, drugą przerzucił za okno i skoczył.
A potem z dołu dobiegł krzyk.
Yonaka doskoczyła do schodów, zbiegła kilka stopni naraz, przy zakręcie złapała poręcz, żeby nie wpaść na ścianę a u dołu omal nie wywaliła się na cholernym dywaniku, lecz już po chwili przecięła parter. Otworzyła drzwi frontowe, wypadła na trawnik i zobaczyła go kilka metrów dalej. Leżał na boku. Podniósł się na łokciu, syknął, złapał się za nogę i zerwał do krzywego biegu.
Płot.
Ruszyła za nim, ale po kilku krokach odbiła w lewo. Przeskoczyła niski brzeg rabaty, ścięła narożnik trawnika i przemknęła między drzewem a krzewami. Mężczyzna biegł prosto, coraz ciężej stawiając jedną nogę. Obejrzał się przez ramię dopiero przy ostatnim rzędzie krzewów. Już czekała na jego torze.
Odbił w bok. Weszła za nim, chwyciła kurtkę i pociągnęła. Jego pęd obrócił go bokiem; plecy uderzyły o deski. Mężczyzna natychmiast wyprostował ramię i spróbował odepchnąć ją barkiem, ale Yonaka zeszła z linii uderzenia, przejęła jego nadgarstek i wykręciła rękę za plecy. Szarpnął się. Przycisnęła go mocniej. Spróbował wysunąć bark, więc przesunęła ciężar na drugą nogę i docisnęła go całym ciałem. Deski zaskrzypiały. Mężczyzna jeszcze raz pociągnął ręką, lecz Yonaka zablokowała łokieć i przytrzymała go przy płocie, aż jego ruchy straciły siłę.
Ciężko sapał. Yonaka również. Przez chwilę słyszała tylko ich oddechy, szum w uszach i własne serce tłukące się pod żebrami. Oczy nadal piekły a czarne punkty fruwały w powietrzu. Zmniejszyła odrobinę nacisk, ale nie puściła. Spalony olej znów uderzył ją w nos. Spojrzała w stronę domu. W oknie na piętrze wciąż paliło się światło. Phil trzymał aparat w jednej ręce a drugą trzymał przy twarzy. Chyba dzwonił.
Nagle zza rogu wyskoczyła Effie i zaczęła biec w ich stronę.
—
Wolniej się... Uff! nie... dało? Uff... — wysapała między oddechami.
Wtedy poczuła łupnięcie w skroń. Tym razem światło zgasło bez flesza. Nawet nie wiedziała, że facet zdzielił ją swoim łbem bez skrupułów. Poleciała na trawnik, jak długa. Gdy upadła na bok, widziała jeszcze ostatni raz, jak mężczyzna przebiera zwichniętą nogą i próbuje przeskoczyć przez płot. Potem wieczór nastąpił na dobre i zrobiło się cicho.
Effie Granger 