If I can dream long enough
iou'd tell me I'd be just fine
i z o l a c j a
Czuła się, jakby była zamknięta w jakimś małym pokoiku, w którym nie było żadnych mebli. Niczego. Było tam ciemno, a chłód przedostający się przez niewielkie pęknięcie w jednej ze ścian sprawiał, że z każdą kolejną sekundą robiło jej się coraz zimniej. Automatycznie objęła się ramionami, próbując znaleźć jakiekolwiek wyjście, ale nie było tam ani drzwi, ani okien. Żadnej drogi ucieczki. Zamiast tego słyszała tylko ten obrzydliwy śmiech odbijający się od ścian, który momentami cichł, kiedy przez niego przebijał się inny głos. Znajomy. Przyjemny dla uszu. Taki, którego chciała się uczepić, dlatego zaczęła szukać jego źródła, krążąc z jednego końca pomieszczenia na drugi, ale niezależnie od tego, gdzie dotykała ścian, nie potrafiła znaleźć żadnej szczeliny, żadnej klamki, kompletnie niczego.
A potem pokój zaczął wypełniać się wodą... Najpierw ledwo sięgała jej kostek, później kolan, brzucha, aż w końcu Vita zrozumiała, że powoli zaczyna tonąć. Próbowała łapać oddech, naprawdę walczyła, ale z każdym kolejnym śmiechem, każdym obrzydliwym komentarzem odbijającym się echem od ścian, traciła coraz więcej siły. Nadziei również. Powoli zaczynała się poddawać i kiedy w ostatniej chwili zaczerpnęła powietrza, tuż przed całkowitym zanurzeniem się pod wodą, ujrzała gdzieś przed sobą niebieskie światło. Usłyszała stłumione krzyki, a pośród nich ten sam znajomy głos, którego wcześniej tak rozpaczliwie szukała. I wtedy woda zaczęła opadać. Powoli. Mogła znowu nabrać powietrza, odetchnąć, a ciemne pomieszczenie, w którym miała wrażenie, że spędziła całe wieki, w końcu wypełniło się odrobiną światła i ciepła. Nie musiała się już bać. Mogła poszukać drzwi, prawda? Mogła się wydostać. Tylko... dlaczego pomimo tego znajomego komfortu nie chciała się ruszyć? Dlaczego nie była w stanie?
Mrugnęła kilkakrotnie, próbując wrócić do siebie, czując znajome ciepło, które mocno tuliło ją do siebie i delikatnie kołysało, próbując uspokoić. Gardło miała wysuszone od wcześniejszych krzyków, a łzy spływały po jej policzkach ciągłym strumieniem. Zacisnęła tylko dłonie na jego ramionach, kiedy ją obejmował. Słuchała go uważnie, a każde kolejne słowo odbijało się od ścian tego samego pokoju, który przed chwilą zaczął się rozjaśniać, a teraz powoli znowu się na nią zamykał. Nie potrafiła mu odpowiedzieć. Ten obrzydliwy głos, przedostający się przez ściany, ponownie w nią uderzył, przez co mimowolnie odchyliła się do tyłu. Znów zrobiło jej się chłodniej. Po chwili uniosła spojrzenie, a jej oczy, chociaż wypełnione łzami, zdołały odnaleźć delikatnie zamgloną twarz Aidena. Na jego słowa tylko pokręciła przecząco głową, dalej nie potrafiąc wydusić z siebie niczego. A kiedy poczuła jego dłoń na swoim policzku, automatycznie odsunęła twarz w bok, żeby jej tam nie dotykał. To było silniejsze od niej. Była w takim szoku, że nie potrafiła zareagować i n a c z e j.
So I drown it out like I always do
dancing through our house
I chyba właśnie ten moment przeraził ją najbardziej - bo to znajome ciepło, które zawsze sprawiało, że czuła się bezpiecznie, przez ułamek sekundy wydawało jej się czymś obcym. Jakby nie była u siebie. Jakby wszystko, do czego przywykła, nagle przesunęło się o kilka centymetrów i choć dalej wyglądało tak samo, nie pasowało już idealnie na swoim miejscu. I gdzieś z tyłu głowy zaczęła pojawiać się ta jedna myśl, której nie chciała dopuścić do siebie nawet na moment... że może już nigdy nie będzie dokładnie tak samo jak wcześniej. Po chwili z tego dziwnego transu wyrwał ją kolejny, zupełnie obcy głos.
- Vita Holloway? - odezwał się jeden z ratowników, przykucając niedaleko niej.
- Chodź, zabierzemy cię, żeby wszystko dokładnie sprawdzić, dobrze? - Nachylił się i odruchowo chwycił ją za ramię, chcąc pomóc jej wstać, ale Vita natychmiast odsunęła się do tyłu. Zdecydowanie za gwałtownie. Mężczyzna chyba od razu zrozumiał, bo cofnął dłoń, a znajdująca się obok ratowniczka szybko przejęła sytuację.
- Już dobrze, ja się tym zajmę - powiedziała spokojnie, podchodząc do Holloway zdecydowanie ostrożniej. Nie łapała jej, nie próbowała ciągnąć, tylko mówiła do niej łagodnym tonem, dopóki Vita w końcu nie dała się przekonać, żeby pójść z nimi do karetki.
- Niech pan jedzie za nami, dobrze? - zwróciła się kobieta do płomiennowłosego, posyłając mu uspokajający uśmiech i poklepując go po ramieniu.
- Podjedziemy do szpitala na krótką obserwację.
Vita praktycznie się nie odzywała. Dopiero kiedy znalazła się już w karetce, ratowniczka usiadła naprzeciwko niej i zapytała spokojnie,
- Wszystko w porządku? - Holloway pokiwała głową, ale niemal automatycznie położyła dłoń na brzuchu.
- Ze mną tak, ale... chcę wiedzieć, co z dzieckiem - wydusiła łamiącym się głosem, po czym od razu odkaszlnęła, bo gardło miała tak wysuszone od wcześniejszych krzyków, że każde słowo wręcz ją w nim drapało. Przez całą drogę do szpitala jej myśli raz po raz wracały do tamtych chwil. Do głosu Aidena. Do tego, jak mocno ją obejmował. Do jego twarzy. Do tego wszystkiego, co powiedziała i zrobiła wcześniej, zanim cała sytuacja wymknęła się spod kontroli. I najbardziej do jednej myśli, która wgryzała się w nią coraz głębiej.. że sama do tego doprowadziła. Może nie do wszystkiego, co się wydarzyło, ale swoją upartością, tym ciągłym robieniem na przekór, potrzebą udowodnienia mu, że przesadzał... mogła narazić ich dziecko na niebezpieczeństwo. Poczuła, jak ściska ją w żołądku.
Idiotka.
W szpitalu spędziła kilka godzin na obserwacji. Poprosiła lekarzy, żeby Aiden poczekał na zewnątrz i choć sama nie była do końca pewna, dlaczego aż tak bardzo tego potrzebowała, nie potrafiła jeszcze zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Nie wtedy, kiedy nie wiedziała, czy z ich fasolką wszystko było w porządku. Nie wiedziała, co zobaczyłaby w jego oczach, gdyby okazało się inaczej. Strach? Złość? A może wszystko naraz? Sama ledwo dawała sobie radę z tym, co działo się w jej własnej głowie. Dopiero kiedy lekarz powiedział jej, że dziecko jest bezpieczne, a poza poobijanymi żebrami, siniakami i drobnymi obrażeniami ona sama również z tego wyjdzie, Vita poczuła, jak po raz pierwszy od wielu godzin naprawdę nabiera powietrza.
Uff... Fasolka była bezpieczna. Musiała tylko odpoczywać, oszczędzać się i, co zabrzmiało wręcz absurdalnie po dzisiejszym dniu, unikać stresu. Lekarz wyszedł na korytarz, rozglądając się przez moment, zanim odnalazł wzrokiem jej chłopaka.
- Pan O'Cahallan? - podszedł do niego z uspokajającym uśmiechem.
- Przebadaliśmy pańską partnerkę. Wszystko wskazuje na to, że może pan zabrać ją jeszcze dzisiaj do domu. Ma poobijane żebra, siniaki i kilka drobniejszych obrażeń, ale na szczęście nic poważnego się nie stało. Z dzieckiem również wszystko jest w porządku. - Po chwili wskazał mu salę.
- Zapraszam. - Kiedy Aiden wszedł do środka, Vita praktycznie od razu podniosła się z łóżka... i zamarła. Nie potrafiła się nawet uśmiechnąć. Przez moment chciała zrobić dokładnie to, co zrobiłaby jeszcze tego poranka. Podejść do niego, wbiec mu w ramiona, wtulić twarz w jego szyję i pocałować go tak długo, aż całe napięcie w końcu z niej zejdzie. Naprawdę chciała, ale ciało nie chciało jej słuchać. Strach i wstyd oplatały ją od środka, przypominając o tym cholernym
'pokoiku', w którym jeszcze niedawno była zamknięta.
Droga do domu była jeszcze gorsza. Siedziała obok niego w samochodzie i raz po raz zerkała w jego stronę, ale za każdym razem, kiedy wydawało jej się, że już wie, co powiedzieć, słowa gdzieś znikały. Pierwszy raz w życiu naprawdę była speechless i choć wiedziała, że go kocha, że chciała z nim być… to zamiast odzywać się do niego tego teraz w samochodzie... mówiła mu to wszystko w tamtym pomieszczeniu, a każde z wypowiedzianych słów odbijało się od jego ścian niczym głuche… echo.
and I chase it down
with a shot of truth
i'm trying my best, my love