27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
stalking, physical violence, sexual assault threat, harassment, trauma
when I close my eyes
it's almost like it used to be


Jezu. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuła takiej złości w kierunku Aidena. Dosłownie czuła, jak wściekłość przebijała się przez jej żyły w rozżarzonym tempie. Jak oczy zaczynały ją piec od nazbieranych w nich łez. Jak gardło zaciskało się coraz mocniej z każdym kolejnym słowem wyrzuconym w jego kierunku przez tę pieprzoną głosówkę. Skręcało ją. Czuła się ze sobą podle, że w ogóle rzuciła w niego takimi słowami. Wiedziała, że ciężko pracował na to, gdzie był. Nawet jeśli posiadanie wpływowych rodziców mu pomogło, to przecież nie oznaczało, że wszystko dostał za darmo. Tylko że w tamtym momencie nie miała już czego się złapać. Nie miała jak zahaczyć o coś, co go zaboli, więc oczywiście musiała napomknąć o jego stabilności materialnej. No i rzucić tekstem, że jeśli coś jej się stanie, to będzie tego żałował.

Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie.

Poza małym szkopułem, że przez tyle czasu wiedział o tym mężczyźnie. Wiedział, że to właśnie on ją śledził.. że to on zostawiał te przedziwne prezenty.. że to on kręcił się gdzieś na obrzeżach jej życia jak cień, którego nie potrafiła do końca nazwać po imieniu. I nic jej nie powiedział. By ją chronić? Gdyby wiedziała, zaopatrzyłaby się w jakiś gaz pieprzowy. Może prosiłaby go, żeby ją odwoził i przyjeżdżał po nią częściej. Może byłaby ostrożniejsza. Może nie czułaby się teraz jak idiotka, która przez cały ten czas chodziła po własnym życiu z zamkniętymi oczami, podczas gdy on podobno miał wszystko pod kontrolą. Najwidoczniej nie miał niczego.... Boże, jak ona była zdenerwowana.
Spoiler
Nacisnęła przycisk, żeby nagrać się dla niego ostatni raz. Gdy przed nią stanął mężczyzna, serce zamarło jej w piersi. - Vita, prawda? Jak dobrze cię tu widzieć. - Spojrzała na niego przerażona. - Pomyłka - rzuciła i rozejrzała się nerwowo. Stała dosłownie przy przystanku, na który o tej godzinie autobus przyjeżdżał raz na dwadzieścia minut. Chwilę wcześniej nie wsiadła, bo chciała spełnić prośbę Aidena i poczekać na niego w pubie, który był stąd dziesięć minut drogi. - Jaka pomyłka? Przecież wiem, kim jesteś - mlasnął głośno i wyciągnął rękę, żeby chwycić ją za nadgarstek. Ona natychmiast się odsunęła. - Zostaw mnie - powiedziała, choć jej głos zabrzmiał o wiele mniej pewnie, niż chciała. Przejechała po nim przerażonym spojrzeniem. Wyglądał jeszcze bardziej obleśnie niż wtedy na sali rozpraw. Jego zarost był niechlujny, ubranie wymięte, a oczy przepełnione złością. Vita zacisnęła palce na telefonie, który szybko schowała do kieszeni spodni. - Nigdzie mi, kurwa, nie uciekniesz - warknął. Chwycił ją za rękę tak mocno, że aż syknęła z bólu, po czym zaczął ciągnąć ją w stronę zgliszczy parku znajdującego się tuż za przystankiem. - Puszczaj! - krzyknęła, szarpiąc się z nim rozpaczliwie.

Miała nadzieję, że ktoś ją usłyszy.. ktokolwiek odwróci głowę, ale ulica wydawała się nagle przerażająco pusta.. - Zamknij się - syknął przez zęby. Przyciągnął ją gwałtownie do siebie, a zanim zdążyła zareagować, zamachnął się i uderzył ją dłonią w twarz. Przez moment zrobiło jej się słabo, policzek zapiekł ją ostrym, pulsującym bólem, a w oczach natychmiast zebrały się łzy. Przyłożyła dłoń do twarzy i spojrzała na niego przerażona, próbując złapać oddech, który ugrzązł jej gdzieś wysoko w gardle. - Oddam ci telefon, pieniądze, cokolwiek - wyrzuciła z siebie drżącym głosem. - Tylko mnie zostaw. - Mężczyzna spojrzał na nią przez chwilę, wyglądając jakby naprawdę go rozbawiła, a potem parsknął głośnym, obrzydliwym śmiechem, - O nie, Vita - mruknął, robiąc krok bliżej. - Chcę pokazać temu twojemu prawnikowi, że ze mną się nie igra. - Złapał ją za ramię i popchnął w stronę drzew, na tyle mocno, że uderzyła plecami o jedno z nich, czując jak powietrze uleciało z jej płuc. - Puść mnie - powiedziała drżącym głosem. - Proszę. - Ale on tylko zaśmiał się pod nosem i zrobił krok bliżej odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki.

Był za blisko.

Zdecydowanie za blisko. - Tak pięknie pachniesz, Vita - rzucił z obrzydliwym zadowoleniem, nachylając się odrobinę. Zesztywniała cała, próbując odsunąć twarz w bok. - Proszę, nie - wydusiła z siebie. Mężczyzna tylko prychnął, po czym przesunął dłonmi po jej talii i sięgnął po jej telefon, który trzymała w kieszeni spodni i podsunął ekran przed jej twarz. - Odblokuj.- Spojrzała na niego przez łzy. Palce trzęsły jej się tak bardzo, że przez moment nie była w stanie trafić w ekran, ale w końcu zrobiła to, co kazał. Chwilę później usłyszała dźwięk połączenia. Uniosła spojrzenie i po chwili zobaczyła na ekranie Aidena. Najprawdopodobniej był w samochodzie. - Mój ulubiony prawnik O’Cahallan! Uszanowanko! - mężczyzna odezwał się rozbawionym tonem, nachylając się do telefonu. - Zobacz, znalazłem twoją dziewczynę. Chyba powinieneś lepiej jej pilnować, he?- Nakierował kamerę na siebie i Vitę, po czym chwycił ją za podbródek, zmuszając, żeby spojrzała w obiektyw.Nie chciała, żeby Aiden ją tak widział. - Aiden - wydusiła tylko, ledwo słyszalnie. Knox tylko przejechał językiem po jej policzku i rzucił - boże jak ona zajebiście smakuje o'cahallan - mlasnął patrząc się na vite zanim jego spojrzenie skierowało się na ekran - czy to nie jest zabawne, że jednej nie dopilnowałeś bo się zabiła, a druga zostanie zaraz skosztowana przeze mnie? - usłyszała dźwięk rozpinanego rozporka, a jej oczy tylko się otworzyły szerzej i zaczęła kiwać przecząco głową - nie, nie, nie, nie - rzuciła przerażona starając się przez niego przebić, ale znowu ją odepchnął tak, że upadła na ziemię. - Wiesz co, Aiden? Muszę ci podziękować, stary - rzucił z obrzydliwym rozbawieniem, nachylając się bliżej Vity i przysuwając kamerę do jej twarzy. - Naprawdę ułatwiłeś mi robotę. - Wplótł palce w jej włosy tylko po to, by zmusić ją, żeby spojrzała w stronę ekranu. Vita zacisnęła usta i odwróciła twarz na tyle, na ile mogła, nie chcąc dać mu satysfakcji. Nie chciała, żeby Aiden widział ją w takim stanie. Zapłakaną i przerażoną do tego stopnia, że nawet oddychanie wydawało się czymś, o czym musiała sobie przypominać. - No dalej, kochanie - mruknął tamten z udawaną czułością. - Rozluźnij się. Twój facet właśnie dostaje najlepszy pokaz tego, jak świetnie cię pilnuje. - Spróbował się do niej nachylić, ale Vita natychmiast odsunęła głowę, zaciskając całe ciało w napięciu. - Ahhh, zapomniałbym - dodał nagle, odsuwając się na kilka kroków. Ustawił telefon tak, żeby kamera obejmowała ich oboje. Vita sobie zdała wtedy sprawę, że cała ta sytuacja była jakimś chorym przedstawieniem przygotowanym specjalnie dla Aidena. - Gratulacje, co nie? - spojrzał prosto w kamerę z uśmiechem, od którego Vitę zemdliło. - Z takim przyszłym tatą to każdy będzie pod jednym dachem bezpieczny.
Zrobił krok w jej stronę. Potem kolejny. Każda sekunda bolała przeciągając się w nieskończoność... a potem usłyszała krzyki, gwałtowne kroki. Światło latarek przecięło ciemność tak nagle, że zmrużyła oczy, kompletnie zdezorientowana. Po chwili zobaczyła Knoxa, który został rzucony na ziemię przez policjantów, a ona odsunęła się automatycznie do tyłu. Nie rozumiała jeszcze, co się stało. Czuła tylko ulgę i strach, który powoli cichł, a chwilę później pojawiło się to znajome ciepło.... świadomość, że była już bezpieczna.

maybe at most, a fragment of my mind
when I close my eyes


my safety net
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Miał świadomość, że przetoczyło się przez nią naprawdę wiele emocji. Starał się nie skupiać na gorzkich słowach, które z siebie wyrzuciła, chociaż gdzieś to wszystko zakuło go w serce. Tego zawsze się obawiał, że idąc w kierunku, w którym pięła się jego rodzina, kiedyś usłyszy, że zdobył to wszystko po znajomościach, choć mijało się to z prawdą. Wytknięcie mieszkania? Nawet nie miał zamiaru tego komentować. Po prostu próbował to zignorować, samemu nie zachowując się lepiej, ale naprawdę chciał jej uzmysłowić, że niektóre jej czynności były bezmyślne. Czasami miał wrażenie, że nie brała pod uwagę jego zdania albo jednym uchem wpadało, drugim wypadało — i na myśli tu ma głównie rzeczy i sprawy, które jej po prostu nie odpowiadały. Wolał kontynuować tę kłótnię w domu, kiedy będą patrzeć sobie w oczy i wiedział, że obydwoje wtedy zmiękną, bo zawsze tak było.

Kochał ją i nie potrafił się na nią długo złościć.
Kochał ją i chciał dbać o jej bezpieczeństwo, nawet w tak pokrętny sposób.
Kochał ją i była jego słabością, co najwidoczniej okazało się zbyt oczywiste, skoro zostało to brutalnie wykorzystane.

Usłyszenie Knoxa w wiadomości głosowej było początkiem wszystkiego. Początkiem jego furii, ale jednocześnie obawy, że mogło jej się coś stać. Kurwa, nie wybaczyłby sobie tego nigdy. W ogóle nie jechał przepisowo, jedynie respektując jakoś innych kierowców, a z premedytacją wykorzystując puste drogi, żeby dojechać tam szybciej. Zwłaszcza jeśli zaraz przyszło połączenie, w którym zamiast Vity, zobaczył jego brzydką mordę. I zaraz również ją. Z wielkim, czerwonym uderzeniem na policzku i całą zapłakaną. Poczuł, jakby miał zaraz zasłabnąć, a nie mógł. Nie mógł poddać się emocjom, zamiast tego musiał myśleć trzeźwo. Włączył nagrywanie ekranu, bo nie odpuści tego i wpierdoli go za kratki na dożywocie, choćby miał go w coś jeszcze wrobić. — Zostaw ją, wariacie — warknął w kierunku telefonu, skupiając się na drodze. Jechał nieco wolniej, bo nie mógł spuszczać z niej spojrzenia chociażby w ten sposób. Zacisnął palce mocniej na kierownicy, kiedy bezceremonialnie przejechał językiem po jej policzku. Chciało mu się rzygać. W tamtym momencie, nie potrafił zaczerpnąć powietrza, bo praktycznie przez większość czasu miał wstrzymany oddech, aż w końcu to usłyszał.

czy to nie jest zabawne, że jednej nie dopilnowałeś bo się zabiła, a druga zostanie zaraz skosztowana przeze mnie?


Zatrzymał się na czerwonych światłach, po raz pierwszy. Po pierwsze, bo musiał, po drugie, bo wryło go. Nie tylko przez to, co miał zamiar zrobić z Vitą, ale sam fakt, że ten psychol wiedział o nim więcej niżby chciał. A skoro o nim wiedział, to o jego dziewczynie również. Zacisnął mocno szczękę, próbując trzymać emocje na wodzy, a przede wszystkim tą bezsilność, która teraz nim miotała. Miał nadzieję, że policja dotrze na miejsce wcześniej niż on, on mógł teraz grać na zwłokę, żeby odciągnąć go od niej jak najdłużej. — Jesteś chorym psychopatą, spróbuj jej cokolwiek zrobić, a dopilnuje, że nie zobaczysz już światła dziennego — wycedził, a słysząc jego kolejny, rozbawiony śmiech, skręciło go w żołądku. Tylko dwie przecznice. Tylko tyle dzieliło go od tego cholernego parku, którego punkt miał zaznaczony na mapie. Widział, że każde jego kolejne słowo tylko go podjudza i prowokuje do kolejnych krzywd na dziewczynie. Nie mógł na to pozwolić. Widział niebieskie światła radiowozów i miał pewność, że zaraz ten koszmar się skończy, a jednocześnie nie umiał jeszcze odetchnąć. Nie, dopóki nie będzie mieć jej obok. I chyba faktycznie nie był ojcem roku, skoro przez chwilę zapomniał o fasolce, skupiając się na bezpieczeństwie matki? A może właśnie nim był, skoro to ona w tym momencie była najważniejsza? Chroniąc ją, chronił również ich nienarodzone jeszcze dziecko, a teraz słyszał słowa, które mocno wbiły mu się w głowę — nawet nie miał jeszcze świadomości, jak mocno. Jak mocno w niego to uderzy i jak mocno sprawi, że przez chwilę po prostu zwątpi.

Dojechał do parku w momencie, kiedy z radiowozów wyłaniali się umundurowani policjanci. Wybiegł ze swojego samochodu, w chwili gdy znokautowali mężczyznę, powalając go na ziemię i zakuwając w kajdanki. Biegł sprintem w kierunku dziewczyny, upadając zaraz przy niej na ziemi i zamykając ją w swoich ramionach, żeby chociaż teraz osłonić ją przed tym wszystkim. Przed patrzeniem na Knoxa, ale również przed jego przebrzydłym spojrzeniem, żeby już ani jednym zerknięciem nie nacieszał swoich oczu. Dopiero w tym momencie odetchnął. Wypuścił gwałtownie powietrze z ust, gładząc ją po włosach i lekko bujając w swoich ramionach. — Przepraszam, że wystawiłem cię na takie niebezpieczeństwo. Przepraszam, że nie powiedziałem wcześniej. Przepraszam, że przeze mnie cierpiałaś — mówił cicho i szybko, nie odsuwając jej od siebie ani na centymetr, a jedynie czuł, jak gdzieś z tyłu w oczach piekły go łzy. Tego było za wiele. — Ej, O’Cahallan — krzyknął jeszcze Knox, chcąc coś powiedzieć, gdy stał na równych nogach prowadzony przez policjantów. — Cisza — warknął jeden z funkcjonariuszy, gwałtownie opuszczając jego głowę w dół, a mimo to był w stanie dostrzec ten bezczelny uśmiech, który jeszcze wymalował się na jego twarzy na samym końcu. Dopiero gdy zniknął z ich zasięgu wzroku, odsunął ją nieco, przyglądając się jej z niepokojem. — Spierdoliłem wszystko — skwitował; bo tak się właśnie czuł. Jakby odebrał sobie właśnie tą jedyną szansę na szczęśliwe życie, a po tym co przeżyła… nawet nie mógłby mieć do niej pretensji, gdyby zdecydowała się od niego odsunąć, wymazując go ze swojego życia. Spojrzał na jej czerwony policzek, tylko delikatnie dotykając go opuszkami palcy. — Zabiję go — wycedził cicho, przenosząc spojrzenie na jej zaszklone, niebieskie tęczówki. — Gdzieś cię boli? Zrobił ci coś jeszcze? — zapytał, szybko otaksowując ją spojrzeniem.

Miał do siebie ogromny żal, że po pierwsze dopuścił do takiej sytuacji, a po drugie, że to właśnie Vita stała się ofiarą. Miał świadomość, że wybierając prawo karne narażał się na psycholi, jednak w jego założeniach nie znajdowało się ponowne znalezienie osoby, na której by mu zależało i która stałaby się całym jego światem. Nie miał w planach założyć rodziny i martwić się o kogoś więcej niż o siebie samego. A teraz dotykały go przykre konsekwencje własnych czynów i nawet jeśli miał świadomość, że taka sytuacja była naprawdę wyjątkowa, to czuł w sercu ogromny ścisk przez wszystko, co się wydarzyło. Przez każdy gest, który musiał oglądać, przez przerażenie, które widział w jej oczach, przez bezsilność, która nim targała w aucie, przez… te wszystkie słowa, które powiedział psychol. Nie potrafił jej dobrze chronić. Zawiódł jako jej partner, ale również jako przyszły ojciec. Kazał jej cierpieć, nie dostrzegł wszystkich możliwości i znowu zawiódł.

Zawiódł.

Historia lubi się powtarzać, prawda?

my dearest treasure
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

If I can dream long enough
iou'd tell me I'd be just fine


i z o l a c j a

Czuła się, jakby była zamknięta w jakimś małym pokoiku, w którym nie było żadnych mebli. Niczego. Było tam ciemno, a chłód przedostający się przez niewielkie pęknięcie w jednej ze ścian sprawiał, że z każdą kolejną sekundą robiło jej się coraz zimniej. Automatycznie objęła się ramionami, próbując znaleźć jakiekolwiek wyjście, ale nie było tam ani drzwi, ani okien. Żadnej drogi ucieczki. Zamiast tego słyszała tylko ten obrzydliwy śmiech odbijający się od ścian, który momentami cichł, kiedy przez niego przebijał się inny głos. Znajomy. Przyjemny dla uszu. Taki, którego chciała się uczepić, dlatego zaczęła szukać jego źródła, krążąc z jednego końca pomieszczenia na drugi, ale niezależnie od tego, gdzie dotykała ścian, nie potrafiła znaleźć żadnej szczeliny, żadnej klamki, kompletnie niczego.

A potem pokój zaczął wypełniać się wodą... Najpierw ledwo sięgała jej kostek, później kolan, brzucha, aż w końcu Vita zrozumiała, że powoli zaczyna tonąć. Próbowała łapać oddech, naprawdę walczyła, ale z każdym kolejnym śmiechem, każdym obrzydliwym komentarzem odbijającym się echem od ścian, traciła coraz więcej siły. Nadziei również. Powoli zaczynała się poddawać i kiedy w ostatniej chwili zaczerpnęła powietrza, tuż przed całkowitym zanurzeniem się pod wodą, ujrzała gdzieś przed sobą niebieskie światło. Usłyszała stłumione krzyki, a pośród nich ten sam znajomy głos, którego wcześniej tak rozpaczliwie szukała. I wtedy woda zaczęła opadać. Powoli. Mogła znowu nabrać powietrza, odetchnąć, a ciemne pomieszczenie, w którym miała wrażenie, że spędziła całe wieki, w końcu wypełniło się odrobiną światła i ciepła. Nie musiała się już bać. Mogła poszukać drzwi, prawda? Mogła się wydostać. Tylko... dlaczego pomimo tego znajomego komfortu nie chciała się ruszyć? Dlaczego nie była w stanie?

Mrugnęła kilkakrotnie, próbując wrócić do siebie, czując znajome ciepło, które mocno tuliło ją do siebie i delikatnie kołysało, próbując uspokoić. Gardło miała wysuszone od wcześniejszych krzyków, a łzy spływały po jej policzkach ciągłym strumieniem. Zacisnęła tylko dłonie na jego ramionach, kiedy ją obejmował. Słuchała go uważnie, a każde kolejne słowo odbijało się od ścian tego samego pokoju, który przed chwilą zaczął się rozjaśniać, a teraz powoli znowu się na nią zamykał. Nie potrafiła mu odpowiedzieć. Ten obrzydliwy głos, przedostający się przez ściany, ponownie w nią uderzył, przez co mimowolnie odchyliła się do tyłu. Znów zrobiło jej się chłodniej. Po chwili uniosła spojrzenie, a jej oczy, chociaż wypełnione łzami, zdołały odnaleźć delikatnie zamgloną twarz Aidena. Na jego słowa tylko pokręciła przecząco głową, dalej nie potrafiąc wydusić z siebie niczego. A kiedy poczuła jego dłoń na swoim policzku, automatycznie odsunęła twarz w bok, żeby jej tam nie dotykał. To było silniejsze od niej. Była w takim szoku, że nie potrafiła zareagować i n a c z e j.

So I drown it out like I always do
dancing through our house

I chyba właśnie ten moment przeraził ją najbardziej - bo to znajome ciepło, które zawsze sprawiało, że czuła się bezpiecznie, przez ułamek sekundy wydawało jej się czymś obcym. Jakby nie była u siebie. Jakby wszystko, do czego przywykła, nagle przesunęło się o kilka centymetrów i choć dalej wyglądało tak samo, nie pasowało już idealnie na swoim miejscu. I gdzieś z tyłu głowy zaczęła pojawiać się ta jedna myśl, której nie chciała dopuścić do siebie nawet na moment... że może już nigdy nie będzie dokładnie tak samo jak wcześniej. Po chwili z tego dziwnego transu wyrwał ją kolejny, zupełnie obcy głos. - Vita Holloway? - odezwał się jeden z ratowników, przykucając niedaleko niej. - Chodź, zabierzemy cię, żeby wszystko dokładnie sprawdzić, dobrze? - Nachylił się i odruchowo chwycił ją za ramię, chcąc pomóc jej wstać, ale Vita natychmiast odsunęła się do tyłu. Zdecydowanie za gwałtownie. Mężczyzna chyba od razu zrozumiał, bo cofnął dłoń, a znajdująca się obok ratowniczka szybko przejęła sytuację. - Już dobrze, ja się tym zajmę - powiedziała spokojnie, podchodząc do Holloway zdecydowanie ostrożniej. Nie łapała jej, nie próbowała ciągnąć, tylko mówiła do niej łagodnym tonem, dopóki Vita w końcu nie dała się przekonać, żeby pójść z nimi do karetki. - Niech pan jedzie za nami, dobrze? - zwróciła się kobieta do płomiennowłosego, posyłając mu uspokajający uśmiech i poklepując go po ramieniu. - Podjedziemy do szpitala na krótką obserwację.

Vita praktycznie się nie odzywała. Dopiero kiedy znalazła się już w karetce, ratowniczka usiadła naprzeciwko niej i zapytała spokojnie, - Wszystko w porządku? - Holloway pokiwała głową, ale niemal automatycznie położyła dłoń na brzuchu. - Ze mną tak, ale... chcę wiedzieć, co z dzieckiem - wydusiła łamiącym się głosem, po czym od razu odkaszlnęła, bo gardło miała tak wysuszone od wcześniejszych krzyków, że każde słowo wręcz ją w nim drapało. Przez całą drogę do szpitala jej myśli raz po raz wracały do tamtych chwil. Do głosu Aidena. Do tego, jak mocno ją obejmował. Do jego twarzy. Do tego wszystkiego, co powiedziała i zrobiła wcześniej, zanim cała sytuacja wymknęła się spod kontroli. I najbardziej do jednej myśli, która wgryzała się w nią coraz głębiej.. że sama do tego doprowadziła. Może nie do wszystkiego, co się wydarzyło, ale swoją upartością, tym ciągłym robieniem na przekór, potrzebą udowodnienia mu, że przesadzał... mogła narazić ich dziecko na niebezpieczeństwo. Poczuła, jak ściska ją w żołądku. Idiotka.

W szpitalu spędziła kilka godzin na obserwacji. Poprosiła lekarzy, żeby Aiden poczekał na zewnątrz i choć sama nie była do końca pewna, dlaczego aż tak bardzo tego potrzebowała, nie potrafiła jeszcze zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Nie wtedy, kiedy nie wiedziała, czy z ich fasolką wszystko było w porządku. Nie wiedziała, co zobaczyłaby w jego oczach, gdyby okazało się inaczej. Strach? Złość? A może wszystko naraz? Sama ledwo dawała sobie radę z tym, co działo się w jej własnej głowie. Dopiero kiedy lekarz powiedział jej, że dziecko jest bezpieczne, a poza poobijanymi żebrami, siniakami i drobnymi obrażeniami ona sama również z tego wyjdzie, Vita poczuła, jak po raz pierwszy od wielu godzin naprawdę nabiera powietrza. Uff... Fasolka była bezpieczna. Musiała tylko odpoczywać, oszczędzać się i, co zabrzmiało wręcz absurdalnie po dzisiejszym dniu, unikać stresu. Lekarz wyszedł na korytarz, rozglądając się przez moment, zanim odnalazł wzrokiem jej chłopaka. - Pan O'Cahallan? - podszedł do niego z uspokajającym uśmiechem. - Przebadaliśmy pańską partnerkę. Wszystko wskazuje na to, że może pan zabrać ją jeszcze dzisiaj do domu. Ma poobijane żebra, siniaki i kilka drobniejszych obrażeń, ale na szczęście nic poważnego się nie stało. Z dzieckiem również wszystko jest w porządku. - Po chwili wskazał mu salę. - Zapraszam. - Kiedy Aiden wszedł do środka, Vita praktycznie od razu podniosła się z łóżka... i zamarła. Nie potrafiła się nawet uśmiechnąć. Przez moment chciała zrobić dokładnie to, co zrobiłaby jeszcze tego poranka. Podejść do niego, wbiec mu w ramiona, wtulić twarz w jego szyję i pocałować go tak długo, aż całe napięcie w końcu z niej zejdzie. Naprawdę chciała, ale ciało nie chciało jej słuchać. Strach i wstyd oplatały ją od środka, przypominając o tym cholernym 'pokoiku', w którym jeszcze niedawno była zamknięta.

Droga do domu była jeszcze gorsza. Siedziała obok niego w samochodzie i raz po raz zerkała w jego stronę, ale za każdym razem, kiedy wydawało jej się, że już wie, co powiedzieć, słowa gdzieś znikały. Pierwszy raz w życiu naprawdę była speechless i choć wiedziała, że go kocha, że chciała z nim być… to zamiast odzywać się do niego tego teraz w samochodzie... mówiła mu to wszystko w tamtym pomieszczeniu, a każde z wypowiedzianych słów odbijało się od jego ścian niczym głuche… echo.

and I chase it down
with a shot of truth


i'm trying my best, my love
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Bał się o nią.

Nie liczył na odpowiedzi, podejrzewając że była w zbyt dużym szoku. Krzycząc i próbując się wyrwać z rąk oprycha, który nigdy nie powinien jej dorwać — a dokładniej Aiden powinien zadbać, aby nikt nigdy w ten sposób jej nie potraktował. Był wręcz przekonany, że trzymał rękę na pulsie w tej sytuacji, zwłaszcza do momentu wypuszczenia go z aresztu. Później sytuacja z dnia na dzień się pogarszała, nabierała wręcz przerażająco zawrotnego tempa, mając swój finał, który był dla chłopaka najgorszym koszmarem. I dla niej z pewnością również, i O’Cahallan nawet nie chciał myśleć, jakby mogło się to skończyć, gdyby nie szybka reakcja i tempo zarówno jego, jak i detektywa oraz samej policji, która z pewnością również musiała gnać jak na wariackich papierach. Trzymanie jej w ramionach i czucie delikatnego ucisku na swoim bicepsie sprawiało, że jego puls nieco zwalniał, mając świadomość, że jakoś kontaktowała i go nie odpychała. Być może mógł to być szok, bo zaraz miało być tylko gorzej.

Widział w jej oczach łzy i spojrzenie, które przeskakiwało po jego twarzy, i które nie potrafiło skupić się na jednym miejscu. Widział, w jakim wielkim szoku była i bał się, że ta sytuacja to było dla niej zbyt wiele. Cholera, tyle przeżyła w swoim życiu i jeszcze musiała spotkać ją taka trauma — czuł się jak gnojek, że do tego dopuścił, bo choć z jednej strony czuł, że zrobił wszystko, co mógł, to z drugiej wiedział, że tak nie było… bo mógł ją uprzedzić, uczulając ją nieco i być może tą twardą prawdą zmieniając jej zachowanie. Chciał dotknąć jej zaczerwienionego policzka, ale odsunęła się. Uniósł lekko brwi w zaskoczeniu i zamarł. — Vita… — wydukał cicho, nim podeszli do nich ratownicy. Może to i lepiej? Tak jak w międzyczasie zdążyła się wyswobodzić z jego ramion, tak teraz odsunęła się jeszcze bardziej, uciekając przed łapami ratownika i pozostawiając Aidenowi chłód, kiedy ciepło jej ciała nagle zniknęło. Siedział nadal na ziemi, przyglądając się jej, jak nieufnie podchodziła do pomocy, aż w końcu dała się namówić kobiecie. Pokiwał lekko głową w geście akceptacji i zgarnął rzeczy swojej dziewczyny, zaraz ruszając za nimi, zarówno najpierw odprowadzając ją do karetki, a później jadąc za nimi do najbliższego szpitala.

Kolejny zonk nastąpił, kiedy dowiedział się, że miał poczekać na zewnątrz. Nie dyskutował. Usiadł na plastikowym krzesełku, cierpliwie czekając te kilka godzin i czując jak z każdymi kolejnymi minutami jego adrenalina opadała. To ile czasu miał na analizowanie wszystkiego było wręcz niezdrowe. Zazwyczaj tego nie robił, nie rozkładał na śrubki, a tymczasem myślał o wszystkim, spoglądając raz po raz na drzwi sali, gdzie znajdowała się Vita, podnosząc gwałtownie głowę za każdym razem, gdy ktoś wychodził z tego pokoju, chociaż nikt do niego nie podchodził. Siedział tutaj karnie, martwiąc się bardziej z każdą minutą i zastanawiając się, czy właśnie walczyła o życie, czy co się działo, a on nawet nie miał prawa dowiedzieć się czegokolwiek, dopóki ktoś sam mu nie powie. To wszystko go przytłaczało, powodując poczucie winy i jednocześnie żal do siebie samego, że tak bardzo zawiódł jej zaufanie. Wszystko, co tak skrzętnie odbudowywał przez te blisko dwa miesiące, mogło teraz rozsypać się jak domek z kart, a to tylko dlatego, że chciał dla niej dobrze… nie chciał jej martwić. Jak to absurdalnie brzmiało? Dobijało go to, że w jakiś sposób będą musieli porozmawiać, a on powinien ponownie wypowiedzieć się na temat jej zachowania. Wina leżała między nimi — między jego głupim zachowaniem i nie powiedzeniem dziewczynie o Knoxie, a między jej upartością oraz tą zagorzałą samodzielnością.

W końcu ktoś do niego podszedł.
Usłyszał swoje nazwisko, podnosząc się na równe nogi i wpatrując się w lekarza, który uśmiechał się miło i pocieszająco. ...ale na szczęście nic poważnego się nie stało. Z dzieckiem również wszystko jest w porządku. — odetchnął głęboko, czując, jak opuszczała go część napięcia. Ta informacja dotarła do niego najbardziej, lekarz jeszcze powiedział mu krótko o zaleceniach i zaprowadził do jej sali, gdzie znowu ścisnęło go serce. Widok poobijanej miłości jego życia i krótkie zerwanie się z miejsca, które jednak nie doprowadziło do niczego, nawet do krótkiego uśmiechu. Sam wpatrywał się w nią neutralną miną. Co miał zrobić? Co miał powiedzieć? Wcześniej odsunęła się od niego, nie chciała jego dotyku, a on nie mógł jej tego narzucić. Zamiast podejść do niej, cmoknąć ją w czoło i chwycić za dłoń, on podszedł, opierając się o krawędź jej łóżka i spojrzał na nią z ogromnym bólem w oczach, wymuszając z siebie nieco lekki, pokrzepiający uśmiech. — Wracamy do domu? — zapytał, jakby i to miało zostać poddane wątpliwościom, ale tu już nie było innej opcji; od kilku dni jego dom był również tym jej, więc teraz… mimo tego muru, który wyrósł między nimi, musieli się jakoś dogadać.

Droga minęła w ciszy. Czuł na sobie ukradkowe spojrzenia i sam krótko na nią spoglądał, ilekroć mógł przy okazji spojrzeć na jej profil. Nie odezwała się ani słowem, a on sam nie podjął żadnego tematu. Jechali w takiej ciszy, że aż brakowało grających w tle świerszczy. Nie umiał się odezwać i zasugerować jej, że powinna to wszystko przemyśleć. Przyznał się już raz do błędu, przeprosił ją i nie miałby skrupułów zrobić to po raz kolejny, ale póki co zabrakło mu odwagi — bo miał wrażenie, że z każdym jego słowem będzie pogłębiać przepaść, nad którą stał ich związek. A miało być jeszcze bardziej niezręcznie, prawda? Weszli do mieszkania, w dalszym ciągu w ciszy. Aiden nie wiedział, czy powinien dać jej przestrzeń, czy może przymusić do rozmowy. Był środek nocy, z pewnością była okrutnie zmęczona po całym dniu oraz dodatkowo emocjami, które rozgrywały się wieczorem. W dalszym ciągu jego serce było przepełnione niepokojem, tym razem nie w obawie o zdrowie jej oraz fasolki, ale o ich relację. O to ciepło i spokój, które mieli na co dzień. O zrozumienie i troskę, którą wobec siebie wykazywali. O tą dobroć, którą pokazywali każdego dnia i miłość w małych szczegółach. I właśnie zostało mu tylko tyle — w małym gestach udowodnić jej, że nadal o nią dbał, że nic się nie zmieniło… w momencie, gdy zmieniło się wiele.

— Połóż się do łóżka, musisz odpoczywać. Zrobię ci jakiś rumianek — rzucił, kierując się korytarzem do kuchni i nie czekając na jej odpowiedź bądź protest. Po prostu skierował się do pomieszczenia, wlewając wodę do czajnika i zagotowując ją, w międzyczasie opierając się dłońmi o blat i przymykając krótko oczy, zastanawiał się nad potencjalnymi scenariuszami. Nie brał pod uwagę, że mogą zaraz zakończyć swoją relację. Brał jednak możliwość, że Vita może nie chcieć go widzieć; nie chcieć czuć jego dotyku, obecności czy po prostu go słuchać. I co on miał zrobić? Zachowywać się, jakby nigdy nic? Wsypał Milo jedzenie do miski, bo w szale kłótni i wszystkich zdarzeń oraz zmartwień, nie dał mu wieczornej porcji. No jeszcze za to mu się oberwie. Wyciągnął jej ulubiony kubek, zalał herbatę, w międzyczasie odgrzał też obiad, który zrobił po powrocie z pracy. Przełożył curry do miseczki, wziął kubek i ruszył do sypialni, gdzie Vita leżała już pod kołdrą. Postawił wszystko na stoliku, unikając jej spojrzenia i w końcu musiał stawić temu wszystkiemu czoła. Stanął przy łóżku, nie siadając nawet na materacu i zastanawiając się, czy lepiej nie byłoby dzisiejszej nocy spędzić na kanapie. Spojrzał na nią, przełykając ciężko ślinę i próbując postępować według tego najbardziej optymistycznego scenariusza, który wytworzył zaparzając herbatę. — Jak się czujesz? — zapytał. Niby pytanie banalne, ale przerywające na stałe tę serię milczenia, która zapadła między nimi.

love of my life
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Próbowała się przemóc. Naprawdę próbowała cieszyć się na jego widok, na każdy, nawet najmniejszy dotyk, ale po prostu nie mogła. Gdzieś w środku część niej uśmiechała się na sam fakt, że tutaj był, że siedział obok niej i ją odnalazł, ale ta druga część coraz mocniej zamykała się sama w sobie. Kiedy usłyszała, jak jego głos się załamał, a on z wyraźnym zaskoczeniem wypowiedział jej imię po tym, jak nagle się odsunęła, tylko na niego zerknęła. Nie odpowiedziała. Nie wiedziała, co powiedzieć ani co właściwie zrobić. Miała taki mętlik w głowie, była w takim szoku, przepełniona goryczą i zażenowaniem własnym zachowaniem, że zwyczajnie nie potrafiła się do niego zbliżyć.

Nie sądziła, że zaslugiwala na jego dotyk, troskę.
W żadnym wypadku.

Po części była wręcz przerażona, że swoją upartością doprowadziła do tego, że ją zostawi. No bo... na to zasługiwała, co nie? W swojej głowie już próbowała przeprocesować, jak przyjmie do wiadomości moment, w którym powie jej, że po tym wszystkim jednak nie potrafiłby z nią być.. że to było dla niego za dużo… ona była too much. To, że był świadkiem tego, jak ktoś prawie ją wykorzystał, w jej głowie nagle schodziło gdzieś na dalszy plan. Na pierwszy wysuwało się coś zupełnie innego.. że nie walczyła bardziej... że nie odepchnęła tego obrzydliwca od siebie na tyle mocno, żeby już nigdy nie mógł położyć na niej swoich łap. Przecież próbowała. Wiedziała, że próbowała. Ale nie wystarczająco dobrze. Nie walczyła wystarczająco mocno, żeby jedynym mężczyzną, który miał prawo jej dotykać, pozostał Aiden. Nie wystarczająco. Bo może problem wcale nie tkwił w tym, co się wydarzyło, a tym problemem była ona...
...niewystarczająco dobra.
W szpitalu spędziła kolejne godziny, tkwiąc we własnej głowie i dobijając się myślą, że może jednak powinna była posłuchać go już na samym początku. Tylko że Vita Holloway oczywiście musiała postawić na swoim. Jak zawsze. Miał rację. Była uparta jak osioł i choć naprawdę ceniła sobie jego zdanie, zależało jej na jego opinii i wcale nie próbowała robić mu na złość, to ostatnimi czasy, zwłaszcza od momentu zajścia w ciążę, bardzo mocno próbowała udowodnić mu, że nadal potrafiła pracować, zadbać o siebie i funkcjonować bez tego, żeby ktoś co pięć minut pytał, czy czegoś potrzebowała. Nie miało to na celu mu ubliżyć. W żadnym wypadku. Po prostu jej własne insecurities, wynikające z tego, że przez tyle lat była zdana tylko na siebie, sprawiały, że kiedy nagle ktoś zaczął aż tak bardzo się nią opiekować, momentami czuła się trochę... osaczona. Nie przez niego. Bardziej przez własną głowę. Chciała, żeby uważał ją za silną. Niezależną. Taką, która potrafi sobie poradzić bez ciągłego ratowania jej z każdej możliwej sytuacji. I chyba gdzieś do dzisiaj siedziało w niej przekonanie, że skoro Aiden tak bardzo się o nią martwił, to może uważał, że sama nie była w stanie sobie poradzić.

Tylko...

... może to wszystko wyglądało zupełnie inaczej? Może to, jaki wobec niej był, nie miało nic wspólnego z brakiem wiary w nią. Może to była po prostu troska. Najzwyklejsza troska, której nigdy wcześniej w takim wydaniu nie doświadczyła. Bezwarunkowa miłość, którą ją obdarowywał, a ona przez własne anxiety i wszystkie te rzeczy, które przez lata nauczyły ją radzić sobie samej, podświadomie od siebie odpychała. Bo chyba w dalszym ciągu nie mogło do niej dotrzeć, że ktoś taki jak Aiden naprawdę mógłby ją p o k o c h a ć.

Na jego pytanie, czy wracają do domu, tylko kiwnęła głową. Ścisnęło ją w żołądku na samą myśl, że będą wracać razem do jednego mieszkania, bo przecież zdążyła się już do niego oficjalnie przeprowadzić. We wcześniejszych wiadomościach mówiła mu, że będzie spała u Eleanor, ale teraz nie chciała dolewać oliwy do ognia. Poza tym nie miała zamiaru opowiadać jej o tym, co się wydarzyło. Przynajmniej nie teraz. Kiedy przekroczyli próg mieszkania, nie odezwała się ani słowem. Zerknęła tylko na niego, a kiedy coś powiedział, po prostu ruszyła w stronę pokoju. Zdjęła z siebie ubrania i rzuciła je na podłogę. Nie miała zamiaru ich prać. Nie chciała ich zatrzymywać. Nie chciała mieć niczego, co mogłoby przypominać jej o tym wieczorze.

Weszła pod prysznic, a ciepła, niemal gorąca woda uderzyła w jej nagie ciało. Próbowała zszorować z siebie ten brud, który miała wrażenie, że został na niej po dotyku tamtego mężczyzny. Szorowała skórę tak mocno, że kiedy w końcu wyszła i spojrzała na siebie w lustrze, była cała czerwona. Wciągnęła na siebie piżamę i położyła się do łóżka, wcześniej tylko trochę przesuszając włosy ręcznikiem, żeby nie były aż tak mokre, a kiedy chwilę później zobaczyła, jak Aiden wchodzi do pokoju, przełknęła ślinę i usiadła głębiej na łóżku, opierając plecy o wezgłowie. Była potwornie głodna, bo nie jadła nic od południa. Curry pachniało niesamowicie, ale bała się, że nie będzie w stanie przełknąć nawet jednego kęsa. Chwyciła kubek i trzymała go blisko siebie, upijając niewielki łyk. Kiedy stał tam przy łóżku, znowu przełknęła ślinę i w końcu uniosła na niego spojrzenie. Odłożyła kubek na bok i westchnęła cicho. - Nie wiem - wyrzuciła z siebie, po czym odwróciła wzrok. Nie mogła na niego patrzeć, kiedy miała to powiedzieć. - Przepraszam. - Głos załamał jej się niemal od razu, a oczy ponownie zaszły łzami. - nawaliłam. Mogłam cię posłuchać, a zamiast tego znowu musiałam wszystko zrobić po swojemu. - Pociągnęła nosem, przez chwilę wpatrując się gdzieś w bok, ale ostatecznie jednak zmusiła się, żeby spojrzeć na niego ponownie. - zrozumiem, jeśli jednak nie będziesz chciał ze mną być - wydusiła z siebie, a z jej ust wyrwało się krótkie, zduszone parsknięcie,- Ja wiem, że sama nie mogłabym być z kimś takim jak ja.- Przetarła oczy wierzchem dłoni. - przysparzam ci tylko kłopotów. Nic do tego związku nie wnoszę. - Głos zadrżał jej jeszcze mocniej. - naprawdę przepraszam.

And i I just can’t shake the feeling that you won’t trust me now
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

W żadnym momencie nie oczekiwał idealnego związku. W końcu mieli świadomość, że obydwoje byli na swój sposób spaczeni i zdawali się akceptować swoje wady oraz traumy. Wiedział, jaka była Vita, więc domyślał się, że dzisiejszy wieczór będzie rozbijać na czynniki pierwsze, jednak nie przypuszczałby, że jej myśli zajdą aż tak daleko… że w całym tym chaosie, postanowi wmawiać sobie, że nie była jego warta; że nie zasługiwała na miłość i po tym wszystkim zostawi ją, jakby to on był tutaj głównie pokrzywdzony. A to przecież Holloway była na pierwszej linii ognia — przeżyła tak okropne rzeczy, że Aidena zżerało poczucie winy. Gdyby nie pojawił się w jej życiu, to z pewnością nie wiedziałaby, jakim uczuciem było zostać prawie wykorzystaną. Nie zdzierałaby sobie gardła, wołając o pomoc, a swoją drogą, te krzyki obijały się w jej głowie i z pewnością zostaną z nim razem w najgorszych koszmarach. Nie mógł wymazać wspomnienia jej przerażonego spojrzenia i okrutnego traktowania, jakim ugościł ją ten psychopata. Czuł żal do siebie i okropne przeświadczenie, że po raz kolejny zawiódł. Drugi raz pokochał i wplątał w relację ze sobą niewinną dziewczynę, która oberwała rykoszetem przez to, że prawdopodobnie ściągał na siebie jakieś niezrozumiałe fatum. Czuł ból w klatce, kiedy jego dziewczyna nie potrafiła nawet spojrzeć mu w oczy, a co dopiero żyć z nim dalej, budować przyszłość, dalej kochać się bez granic i wychowywać wspólnie dziecko. Budować rodzinę i stabilizację, której przecież nie potrafił jej zapewnić. Naraził ją na niebezpieczeństwo i kolejne rany na jego psychice miały być początkiem zadośćuczynienia, które powoli rozwijałyby się w nadmierne analizowanie wszystkiego… bo gdyby był szybszy o dzień, to przyskrzyniliby go wcześniej, przecież już prawie wsadził go ponownie do aresztu. A jednak rozmył mu się jeden dzień, jeden papier, który zadecydował o tym, że teraz siedział na szpitalnym korytarzu, prawie że wyrywając sobie swoje rude włosy z głowy i w międzyczasie nagrywając płaczliwe głosówki do swojej siostry, która w tym momencie miała być jego jedynym ratunkiem przed samym sobą.

Kochał ją bezwarunkowo. Nawet przez myśl nie przeszło mu, że była słaba lub że potrzebowała jego nadmiernej opieki. W ostatnim czasie, może trochę przesadzał, ale to wszystko wynikało z jego potrzeby dopilnowania, aby Knox nie zbliżył się do niej nawet na krok. Wierzył w nią bardziej niż w siebie samego, wiedząc, że poradziałby sobie z każdą napotkaną przeszkodą i to z pewnością lepiej, niż on sam by to zrobił. Była silna. Była niezależna. Chociaż ta druga cecha irytowała go, bo chciał być jej oparciem. Chciał ją wspierać, przechwytywać na siebie jej zmartwienia i wyprowadzać z błędu ilekroć w siebie zwątpi. Nie mógł tego zawsze robić, bo nadal tak wiele emocji trzymała w swoim emocjonalnym pudełeczku. Wszystkie jego czyny były troską, potrzebą życia w partnerstwie i dzielenia się ze sobą tymi dobrymi, jak i gorszymi momentami, jednak najwyraźniej nie dostrzegł, że dla niej to wszystko mogło być za szybkie. Wiedział, że tak długo była zdana na samą siebie i każdego dnia chciał jej pokazywać, że te czasy się skończyły. Nie musiała się już martwić, a jeśli miała tak okropnie wielką potrzebę, aby czymś niepokojącym zająć głowę, to mogła się z nim chociaż podzielić.

Stanął przed finałowym zadaniem dzisiejszego wieczoru… a w zasadzie nocy. Wzięła herbatę — pierwszy sukces. Curry dalej stygło na stoliku, jednak podejrzewał, że stres mógł jeszcze nieprzyjemnie ściskać jej żołądek. Spojrzał niepewnie w kierunku dziewczyny i najchętniej wyczytałby z niej wszystko jak z otwartej karty, ale w tym momencie wyzwaniem było nawet nawiązanie z nią kontaktu wzrokowego.

Nie wiem.


Czyli tak teraz mieli rozmawiać? Krótkimi odpowiedziami, bez dalszej możliwości kontynuowania rozmowy? Zaraz jednak kontynuowała. Przepraszam? Nie oczekiwał od niej przeprosin, bardziej przyznania się do swojej własnej winy, że była chorobliwie uparta. I to dostał. Pokiwał lekko głową i nim zdążył na to odpowiedzieć, wcięła się z kolejnymi słowami. Zrozumiem, jeśli jednak nie będziesz chciał ze mną być — co jest, kurwa? — Chyba nie zbadali ci głowy — parsknął, wlepiając w nią intensywny wzrok, bo w końcu na niego spojrzała. Swoimi smutnymi, głębokimi jak niebieski ocean oczami. Słowa mówiły jedno, ale po jej spojrzeniu widział, że krył się w nich ból i być może cicha nadzieja, aby nie zostawiał jej samej. — Przysparzasz mi tylko kłopotów? Ciekawe, chętnie o nich posłucham — rzucił, niepewnie przysiadając jednak na łóżku i opierając się ręką o materac. Podejrzewał, że pewnie mogłaby go zasypać tak bezsensownymi argumentami, że z wrażenia by zasłabł. Przez chwilę na nią patrzył, zbierając w głowie myśli i w końcu pokiwał głową na boki, próbując jakoś zebrać każdą myśl, która w przeciągu ostatnich godzin przebiegała po jego głowie. — Vita, powinnaś zacząć od zjebania mnie, że nie powiedziałem ci o tym wcześniej. Ponarzekać na moją pracę, która wystawiła cię na okropne niebezpieczeństwo — odezwał się w końcu, lekko chwytając jej dłoń, którą przetarła przed chwilą oczy. — A potem ja powiedziałbym, że jesteś uparta jak osioł i masz przestać zgrywać bohaterkę, bo nie jesteś już sama, żeby musieć na każdym kroku wystawiać się na ryzyko. I tu nie myślę o fasolce, tylko o mnie. Masz mnie. I nie przeżyję tego, jeśli coś ci się stanie i mnie zostawisz, zwłaszcza… zwłaszcza z mojej winy, że nie dałem rady cię ochronić. — Już raz popełnił ten błąd. Już raz nie dostrzegł zagrożenia, choć wtedy psychicznego, ze strony swojej zmarłej narzeczonej. Odeszła od niego, a dzisiaj kto wie, czy nie straciłby swojej miłości życia — czy zranienie jej w sposób cielesny byłoby dla psychola odpowiednią zemstą, czy całkowite odebranie Vity Aidenowi sprawiłoby mu największą satysfakcję? — Tak, nawaliłaś. Tak, mogłaś mnie posłuchać i to byłoby rozsądne. I tak, zrobiłaś wszystko po swojemu, co mnie w żaden sposób nie dziwi, bo dobrze wiedziałem, na co się piszę, już od kiedy cię poznałem. Ale przesadą było wyłączenie lokalizacji, która nie jest dla mojego kaprysu, tylko żebyś była bezpieczna. Co jeśli zaatakowałby cię szybciej i nie zdążyłabyś jej włączyć? Co jeśli ani policja, ani ja… co gdybyśmy nie zdążyli i zareagowali o dwie minuty za późno? — zalał ją pytaniami, dość brutalnie uświadamiając jej rzeczywistość. Przejechał kciukiem po wierzchu jej palców, zaraz niepewnie przykładając knykcie dłoni dziewczyny do swoich ust, muskając je lekko, ale dając jej możliwość wycofania się. Mogła przecież nie chcieć jego dotyku. — Wszystkie twoje decyzje były konsekwencją moich decyzji, które to wszystko zapoczątkowały. Powinienem ci powiedzieć o tym wszystkim od razu, ale nie chciałem cię stresować. Nie chciałem dokładać ci zmartwień i sprawiać, że bałabyś się każdego cienia, bo wariat biegał bezkarnie po mieście — przyznał się do błędu. Wiedział, że to wszystko zapoczątkowało całą lawinę. — Więc to ja przepraszam, Vita. I to ja powinienem powiedzieć, że zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała już ze mną być, bo najwidoczniej ściągam jakieś cholerne krzywdy na swoje partnerki — dodał cicho, patrząc na nią zbitym spojrzeniem. Nie chciał wywoływać na niej jakiś dodatkowych uczuć, jednak tak się teraz czuł; jak pokrzywdzony piesek, który dostał ochrzan, choć zamiast upomnienia to on sam wystawiał się na świecznik.

losing you will take away my last breath
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyglądała mu się z przerażeniem, a serce biło jej w klatce piersiowej w takim tempie, że przez moment naprawdę pomyślała, że zaraz po prostu odmówi współpracy z przeciążenia. Cholernie się bała, że z nią zerwie... ze powie jej coś w stylu he doesn’t see this working, a ona skończy jako samotna matka i wszystko to, do czego była przez tyle lat przyzwyczajona, ta cała samotność i samodzielność, po prostu wróci do jej codziennej rutyny. A ona za każdym razem, kiedy pomyśli o tym, czym właściwie była prawdziwa miłość, zawsze, ale to zawsze będzie wracała myślami do tych prawie czterech miesięcy, które mogła spędzić ze swoją bratnią duszą. Z mężczyzną, który był dla niej tym jednym, właściwym, a którego straciła tylko przez własną upartość.

Oczywiście w jej głowie scenariusz już szedł dalej.

Aiden z pewnością znalazłby szczęście przy kimś innym. Kogoś spokojniejszego. Kogoś, kto nie pakowałby go co chwilę w jakiś emocjonalny rollercoaster. A potem w każdy weekend, kiedy przyjeżdżałby odebrać ich dziecko na kilka dni, Vita patrzyłaby na niego z utęsknieniem i tym obrzydliwym żalem do samej siebie, że pozwoliła na to, żeby jednak im nie wyszło.

Tak właśnie działał jej overthinking.

Miała go przecież przed sobą. Na wyciągnięcie ręki. Jeszcze niczego nie powiedział, jeszcze niczego nie zakończył, a jej lęki i niepewność siebie potrafiły wybiec miesiącami, a nawet latami do przodu, tworząc w głowie całe scenariusze, których chyba najbardziej na świecie bała się, że pewnego dnia się spełnią. Inni ludzie doświadczali daydreamingu. Marzyli na jawie, wyobrażając sobie cudowne rzeczy, które mogłyby ich spotkać, gdyby tylko mieli trochę szczęścia albo wystarczająco się postarali... ale nie ona. Vita od lat nie marzyła na jawie, ona po prostu się na niej bała.

''Chyba nie zbadali ci głowy''

Zmarszczyła brwi na jego komentarz. No właśnie problem polegał na tym, że chyba jej jednak nie zbadali aż tak dokładnie, bo Vita doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to właśnie przez jej głowę, przez te wszystkie myśli i przez to, jaka była, znaleźli się teraz tutaj, a nie gdzie indziej. - Nie musisz byc miły, Aiden. Wiem, że dzisiaj musiałeś mieć mnie już dosyć, eh - westchnęła, przecierając oczy. Kiedy poczuła jego dłoń zaciskającą się na jej ręce, spięła się przez moment. Przez ułamek sekundy znowu poczuła te ściany zamykające się wokół niej, ten sam chłód i ciemność, ale nie chciała wyrywać dłoni z jego uchwytu. Wystarczyło jedno dłuższe spojrzenie w jego oczy, żeby pokój zaczął powoli się rozjaśniać. Pokręciła przecząco głową. - Nie. Ty chciałeś tylko dobrze. Nie będę cię za to winiła. Prosiłeś mnie od początku, a ja oczywiście musiałam postawić na swoim - zacisnęła mocniej palce na jego dłoni. - Chociaż to prawda, mogłeś napomknąć, żebym jednak uważała bardziej, ale nie będę ci tego wypominała. Tym bardziej, że widzę po tobie i po tym, jak na mnie patrzysz, że naprawdę myślałeś, że robisz dobrze. - Pociągnęła nosem, nadal nie puszczając jego ręki. Stresowała się niesamowicie, a kiedy usłyszała, że nie przeżyłby, gdyby ją stracił, poczuła, jak żołądek zaciska jej się boleśnie, a gardło zamyka od nadmiaru wszystkiego.

Słuchała go.

Tym razem naprawdę dała mu się wypowiedzieć, bez przerywania, bez natychmiastowego szukania argumentu, dlaczego jednak ona miała rację. I z każdym kolejnym słowem, które działało na nią trochę jak kubeł lodowatej wody, coraz mocniej docierało do niej, że może faktycznie nadszedł moment, żeby odpuściła sobie tę obsesyjną potrzebę bycia samodzielną za wszelką cenę. Miała przecież obok siebie kogoś, kto naprawdę chciał o nią dbać. Nie dlatego, że musiał. Nie dlatego, że czuł się do tego zobowiązany, a po prostu chciał to robić. I miał rację. Co by się stało, gdyby jej nie znaleźli? Gdyby wyłączenie lokalizacji tylko po to, żeby zrobić mu na złość, faktycznie okazało się jej zgubą? Serce ponownie zaczęło bić szybciej, a łzy po prostu spływały po jej policzkach. Uchyliła delikatnie usta, kiedy musnął wargami jej dłoń, ale nie była w stanie niczego powiedzieć. Po prostu ją wpięło... no bo misł rację, ze wszystkim.

Tak bardzo chciała z nim być, a przez własną głupotę mogła doprowadzić do tego, że znowu zostałby sam. I jeszcze przez resztę życia obwiniałby siebie, że nie zdołał ochronić swojej drugiej połówki, po raz kolejny. Na samą tę myśl zrobiło jej się niedobrze. Wyrwała nagle rękę z jego uchwytu, wysunęła się spod kołdry i praktycznie uciekła do łazienki, zamykając za sobą drzwi na klucz. Nachyliła się nad umywalką, odkręciła zimną wodę i obmyła nią twarz. Przez chwilę tylko stała, opierając dłonie o blat i wpatrując się w swoje odbicie, na zaczerwieniony policzek przypominający jej co się tak naprawdę wydarzyło. Przejechała opuszkami palców po obitych żebrach i od razu skrzywiła się z bólu. Aiden miał rację. Z tym wszystkim co do niej powiedział... miał cholerną rację. Wzięła głębszy oddech, otworzyła drzwi i wróciła do sypialni. Podeszła do niego powoli i stanęła tuż przed nim, przez moment po prostu patrząc na niego z góry. - Masz rację. Nie chcę już z tobą chodzić - powiedziała całkowicie poważnie. Odwróciła na chwilę twarz w bok, próbując opanować emocje, zanim przysunęła się bliżej i usiadła bokiem na jego kolanach. - Chcę czegoś więcej. Chcę być z tobą już zawsze. I chcę pozwolić ci o mnie dbać, chronić mnie, bez robienia ci z tego za każdym razem problemu. - Spojrzała prosto w jego oczy, układając jedną dłoń na jego policzku. - Będziesz cudownym tatą. I jesteś idealnym partnerem, który po prostu nie ma najłatwiejszej dziewczyny na świecie. - Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, pierwszy tej nocy. - Kocham cię - powiedziała ciszej. - Jeszcze nigdy nikogo tak mocno nie kochałam i chyba właśnie dlatego czasami po prostu nie wierzę, że naprawdę chciałbyś być z kimś takim jak ja. Tak dobrze mi z tobą, że momentami mam wrażenie, że zaraz wszystko pryśnie i znowu skończę sama. Więc może podświadomie sabotuję to wszystko. Nas. Zanim coś zdąży zrobić to za mnie.- Oparła głowę o jego ramię, delikatnie muskając palcami jego policzek. - Ale obiecuję, że postaram się już tego nie robić. - Przez chwilę milczała, wtulając się w niego mocniej. - I nie wierz w to, co powiedział. Bo to nieprawda. Wiem, że nigdy nie pozwoliłbyś na to, żeby stała mi się krzywda. Udowodniłeś mi to dzisiaj, kochanie.

i want you to be mine forever
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Scenariusze, które Vita snuła w swoich myślach, nie miały odzwierciedlenia w przyszłości. Zaczynając od tego, że nie miał zamiaru jej opuszczać, a kończąc na fakcie, że po prostu nie chciał innej. Nie chciał kogoś spokojniejszego, kogoś nieznajomego i kogoś zupełnie nudnego. Nie chciał kobiety, która nie podnosiłaby mu ciśnienia, bo nawet jeśli denerwowało go to niemiłosiernie, to jednak te wszystkie emocje budowały ich relację.

On po prostu nie chciał kogoś innego.
Nie wyobrażał sobie wstawać rano i nie mieć jej przy swoim boku. Nie przebudzać się w nocy i nie przyciągać jej do siebie, zwłaszcza gdy przez sen marszczyła brwi, najprawdopodobniej borykając się z czymś trudnym. Nie chciał spędzać dnia w pracy bez wiadomości z nią, bez perspektywy spotkania jej w domu, kiedy skończy pracę lub pójścia po nią do baru i wrócenia wolnym spacerem. Bez tego wsparcia, uśmiechu i wiary w niego, jak nikt inny. Bez czułości i żaru, który szybko potrafili między sobą wzniecić.

Nie chciał spokojnego życia. Chciał jej i miał nadzieję, że w końcu to zrozumie.
A zamiast tego sugerowała mu, że mógł nie chcieć już się z nią spotykać.

Patrzył na nią niedowierzając. Nie chciał wchodzić w dyskusję tego, czy miał jej dosyć, czy też nie, bo nawet gdyby jego zirytowanie sięgnęło zenitu, to było to chwilowe — miłość nigdy nie była prosta, zwłaszcza gdy wspólne życie budowały dwie osoby o dość mocnych temperamentach. Aiden szybciej gasł niż ona, często odpuszczał pierwszy, bo nie lubił kończyć dnia z przeświadczeniem, że mieli między sobą jakieś spięcie. — Nigdy nie pozwoliłbym ciebie skrzywdzić — odpowiedział, kiedy nawet po jego twarzy była w stanie wywnioskować czystość jego zamiarów. — A i tak nie udało mi się tego zrobić w stu procentach i położył na tobie te obleśne łapy — westchnął cicho. Miał wobec siebie żal i nie wiedział, czy jej jakiekolwiek słowa pozwolą mu się oczyścić ze swojego własnego overthinkingu. Jej krzywda była dla niego zawodem; w końcu mógłby postarać się bardziej i dopilnować jej bardziej, nawet jeśli musiałby ją do tego wszystkiego zmusić.

Jej nagły zryw był dla niego niezrozumiały. — Vita — rzucił za nią, wstając z łóżka, ale usłyszał tylko zamknięcie drzwi i charakterystyczny zgrzyt zamka. Opadł ponownie na materac, nie mając sił, aby za nią biec i stać pod łazienką. Może po prostu potrzebowała przestrzeni? Może to wszystko to dla niej za dużo? Przecież mogło tak być, mogła poczuć się przytłoczona, zwłaszcza skoro nie oszczędzał jej zbytnio. Cierpliwe czekał, opadając plecami na kołdrę i wgapiając się w sufit, i rozmyślając, co powinien zrobić, aby kompletnie nie stracić kontroli nad związkiem, który był dla niego wszystkim. Usłyszał szczęk otwieranych drzwi i podniósł się do siadu, patrząc na nią gdy wróciła do pomieszczenia. Przemieszczała się powoli, niepewnie, wręcz bezszelestnie. Gdzie ta jego pewna siebie i bezczelna dziewczyna? Jej widok rozdzierał mu serce, ale nie chciał pokazywać po sobie tylu emocji. Musiał być dla niej wsparciem. Zadarł głowę ku górze, spoglądając w jej błękitne tęczówki i zamarł.

Masz rację. Nie chcę już z tobą chodzić.


Kurwa.

Nawet nie wiedział, kiedy wstrzymał oddech i spiął się, zaciskając szczękę. Czy swoim osaczaniem jej i byciem nachalnym sprawił, że już stracił ją na zawsze? Jej czyny przeczyły słowom, skoro po chwili usiadła na jego kolanach. Nie dotknął jej najpierw, ale czując dłoń na swoim policzku, postanowił się ruszyć, delikatnie obejmując ją i kładąc dłoń na jej biodrze, a drugą, poprawiając sobie jej nogi i pozostawiając rękę na jej udzie. — Pozwól mi to robić. Jakiś czas temu nie pytałem dla żartów o to, żebyś oddała mi część swoich zmartwień. Mów mi, jak cię coś gnębi. Bądź ze mną szczera i daj mi sprawić, że choć przez chwilę nie będziesz musiała się zadręczać i wybiegać myślami w przód — mówił cicho, ale zaraz serce ścisnęło go. W jej oczach miał być cudownym tatą i był idealnym partnerem. Pokiwał przecząco głową, kompletnie się z tym zgadzając. — Boję się, że znowu będę chciał bardzo mocno zadbać o ciebie, o was zadbać, że znowu doprowadzę do głupoty. To będzie dziecko… zdane na nas i z pełną ufnością patrząc w naszym kierunku, że z nami jest bezpieczne — wyrzucił z siebie obawy, które zasiał w nim Knox. Najbardziej obawiał się, że znowu wyjdzie albo że opuści więzienie po kilku latach i zawiść nie odpuści — znajdzie ich znowu i będzie nawiedzać ich dziecko na placu zabaw, próbują zabrać je ze sobą. To wszystko sprawiało, że jego oczy był nieco szkliste. Nie płakał, nie dusił w sobie łez, ale czuł w sobie pewne nieprzyjemne wzruszenie, bo niestety nie umiał przewidzieć przyszłości i choć przez chwilę nie umiał wyzbyć się swoich obaw. — Też cię kocham. Tak mocno cię kocham — powiedział cicho, chowając kosmyk włosów za jej ucho. — Kimś takim jak ty? — zapytał, ciężko wzdychając, kiedy po raz kolejny usłyszał to stwierdzenie. — Kiedy zrozumiesz to, jak cudowną i wartościową osobą jesteś? Że jesteś czuła i wspierająca? Oddana i zaangażowana w naszą relację, że czasami mi jest wstyd, że o czymś nie pomyślę, a ty tak? Że jesteś zabawna i wnosisz słońce do mojej codzienności? Że jesteś piękną kobietą i to zdanie podziela większość facetów na ulicy, więc w sumie nie dziwię im się, a nawet nie mają świadomości, jak wspaniałą osobą jesteś w środku — odpowiedział, lekko stukając palcem wskazującym jej klatkę piersiową po stronie serca. — Nie skończysz sama i uwierz w to w końcu. Chyba że jako samotność interpretujesz to, że nasze dzieci kiedyś nas opuszczą i znowu będziesz zdana tylko na swojego starego dziada — parsknął krótkim śmiechem, przytulając ją, kiedy oparła głowę o jego ramię. Jedną rękę przeniósł na jej włosy, które delikatnie miział. — Dobrze, ja obiecuję, że będę bardziej szczery. I że będę mówić ci nawet najgorszą prawdę — obiecał. Musiała stać się prawie tragedia, aby dostrzegł, jak fundamentalne było pozostanie w szczerości; i to zawsze, a nie tylko okazjonalnie. — Nie pozwoliłbym, a jednak cię dotknął. Powinni za to urwać mu ręce, a nie tylko zakuwać w kajdanki — mruknął. — Na pewno wszystko jest w porządku? Nie potrzebujesz o tym porozmawiać? Nie boli cię nic bardziej? — zalał ją pytaniami. — A słyszałaś co powiedział doktor? Masz oszczędzać się i odpoczywać. — Posłał jej wymowne spojrzenie. To dotyczyło tego, że koniec z jej dwunastogodzinnymi zmianami, zwłaszcza w nocy.

the light of my life
27 y/o
Enjoy the simplest things
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

wasting wishes on the world
━━━━━━━━━━━━━━
You could go home
But you would be alone

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Nie chciała, żeby się obwiniał.

To była ostatnia rzecz, jakiej pragnęła. Żeby wyrzuty sumienia zamgliły mu całą osobowość, racjonalne myślenie i wszystko to, co czyniło go nim. Byli tylko ludźmi. On był tylko człowiekiem. I to, że nie udało mu się osiągnąć takiego wyniku, jaki sobie zaplanował, naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Wiedziała, że cierpiał, widząc, w jakim zagrożeniu się znalazła. Wiedziała, że będzie to sobie analizował i usilnie szukał momentu, w którym mógł zrobić coś inaczej... Ale takie rzeczy niestety zdarzały się na świecie.
Tym razem padło na nią.
I miała tyle szczęścia, że wyszła z tego cało. Poza poobijanymi żebrami i wspomnieniami, które pewnie będą napotykać ją w snach przez najbliższy czas. Jednak nie bała się tak, jak pewnie powinna. Była przy swoim mężczyźnie. Przy człowieku, który zrobiłby dla niej dosłownie wszystko. - Przestań - powiedziała cicho, patrząc na niego z czułością. - Nie zawsze będziesz w stanie mnie obronić, kochanie. Ale ważne, że próbowałeś, dobrze? Że się starałeś. Nigdy tego nie zapomnę i zawsze będę ci za to wdzięczna. Naprawdę. - Odparła to, czując, jak gardło zaczyna jej się zaciskać. Bo nagle znowu przeszła przez nią fala zimna i gorąca jednocześnie. Jakby jej ciało, pomimo bezpiecznego miejsca, ciepłej kołdry i Aidena tuż obok, dalej tkwiło tam. Kilka godzin wcześniej. W ciemności. W strachu. W tamtym głosie... tamtym dotyku obleśnych łap Knoxa, tamtej panice. Cholera. Chciała być silna...ale to było silniejsze od niej.

Po kilku minutach zbierania myśli i odwagi w końcu wyszła z łazienki, wiedząc, że musi wszystko z siebie wyrzucić. Musiała dać mu do zrozumienia, że go potrzebowała... chciała z nim być... żee pragnęła być z nim już zawsze, nawet jeśli samo myślenie o tak wielkich rzeczach nadal trochę ją przerażało. Oczy jej się zaszkliły, gdy się do niej odezwał, ale mimo wszystko uśmiechnęła się do niego miękko. - Naprawdę postaram się oddać ci część moich zmartwień - powiedziała cicho, patrząc prosto w jego tęczówki. - Ale nie doprowadzisz do żadnej głupoty. - Pokręciła głową, jakby chciała od razu wyrzucić mu z niej tę myśl. - To, co się wydarzyło, nie było żadną głupotą, misiu. Ta cała sytuacja po prostu wyrwała się spod kontroli. Nie wiń się za to, dobrze? - Przejechała dłonią po jego policzku, muskając go delikatnie kciukiem. Widziała, w jaki poruszony sposób mówił. Jak bardzo to w nim siedziało. Jak mocno próbował trzymać wszystko w ryzach, chociaż przecież też był tylko człowiekiem.

Ciepło przeszyło jej klatkę piersiową, gdy usłyszała, że wciąż ją kocha. Ta miłość naprawdę była dla niej czymś najcudowniejszym. Czymś, w co przez tyle lat nie wierzyła, bo nie sądziła, że zasługiwała na coś aż tak wielkiego. A jednak była tutaj. Przy nim. Kochana. Chciana. I kochała go z każdym dniem coraz mocniej. Chciała być tylko i wyłącznie jego. Uśmiechnęła się szerzej, słysząc te wszystkie komplementy wychodzące z jego ust, a na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec. - Nie powinieneś mi tak schlebiać, bo jeszcze urosnę kilka centymetrów wyższa - zaśmiała się cicho, wtulając się w niego mocno. - Ale wizja spędzenia reszty życia z moim płomiennowłosym, pewnie już wtedy siwym dziadem, jest całkiem kusząca, kochanie. - mruknęła cicho w jego szyję. Pomimo tak wielu zmartwień, strachu przeszywającego jej ciało... jednak to właśnie on działał na nią jak jej osobista oaza spokoju. Nie zamieniłaby go na nikogo innego.

Spojrzała mu prosto w oczy i pokiwała nieśmiało głową, chwytając jego dłoń. Ułożyła ją sobie na koszulce, po czym podwinęła materiał delikatnie tak, by mógł zobaczyć sine ślady na jej żebrach. - Tak, tylko tutaj trochę boli - powiedziała cicho. Puściła jego dłoń i wsunęła swoją w jego włosy. - Wiem - mruknęła tylko, delikatnie niezadowolona, zanim dodała, - Zapytam jutro, czy mogę pracować tylko trzy dni w tygodniu i powoli przyzwyczaję się do tego, że powinnam po prostu odejść. - Przesunęła dłonią z tyłu jego głowy na policzek, przejeżdżając po nim delikatnie palcami i wpatrując się w niego z tak niesamowitą czuloscią, która nadal trochę ją samą zaskakiwała. - Wiesz, będąc tutaj, w twoich ramionach, naprawdę czuję się, jakbym była w domu. I nie chodzi mi o mieszkanie. Chodzi mi o ciebie. - Przysunęła twarz odrobinę bliżej i musnęła czule jego usta. - I Aiden, ja też zawsze powiem ci tę najgorszą prawdę. A w kwestii tych mężczyzn? - parsknęła cicho pod nosem. - Niech się dalej oglądają. - Spojrzała na niego poważniej, choć kącik ust od razu drgnął jej w rozbawieniu. - Bo lubię, jak jesteś delikatnie o mnie zazdrosny. - Zaśmiała się, muskając swoim nosem jego nos, a po chwili wstała, zrobiła dwa kroki i wsunęła się pod kołdrę. Chwyciła miskę z curry, które zdążyło już nieco wystygnąć, ale w końcu naszła ją ochota na coś do zjedzenia. Przysunęła widelec do ust i wzięła pierwszy kęs. - Przebierzesz się i przyjdziesz tu do mnie? - zerknęła na niego. - Może obejrzymy jakiś film. I zrobiłbyś mi ogromną przysługę, proszę? - Spojrzała na ciuchy leżące na podłodze. - Poszedłbyś wyrzucić te rzeczy na zewnątrz, do śmietnika? I kupiłbyś w corner shopie moje ulubione lody? - Posłała mu ciepły uśmiech. Chyba po prostu chciała pozbyć się tych brudnych, podartych rzeczy, które za bardzo przypominały jej o tamtej nocy. O strachu... tym zimnie, które odczuwała leżąc tam na brudnej ziemi... O tym, jak blisko było do czegoś, o czym nawet nie chciała teraz myśleć. I pomimo delikatnie tlącego się w niej lęku, wiedziała jedno. Na Aidena zawsze będzie mogła liczyć. I wiecie co? Pomimo wszystko, przy nim zawsze będzie bezpieczna.

i want you to be mine forever
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ciche, lecz stanowcze przestań zdecydowanie nieco go przystopowało, chociaż na chwilę, na sekundę, spoglądając uważnie na kobietę, która była całym jego światem, żeby uważnie jej wysłuchać. Drżał na samą myśl, że mimo wszystko mógł być bezsilny — mimo tego, jak bardzo chciałby ją obronić i schować przed złym światem, to jednak nie mógł czasami przeskoczyć niektórych rzeczy. Tutaj bolała go myśl, że mógł postąpić lepiej, mógł ją poinformować o tej sytuacji, wyostrzyć zmysły i przynajmniej kupić jej gaz pieprzowy. Dopiero po czasie dostrzegał małe szczegóły, które mu umknęły, a które mogły tę sytuację obrócić na zupełnie inny tor. — Nie wiem, czy jest za co być wdzięczną. Mogłem ci powiedzieć, to zdecydowanie ułatwiłoby sprawę — mruknął. Wiedział, że ona też tak myślała; przecież już wcześniej mu to powiedziała, ale przecież czasu nie cofnie. Mógł jedynie wziąć poprawkę na swoje zachowanie i w potencjalnej przyszłości mówić jej wszystko — tak jak sobie zaraz obiecają, całą najgorszą prawdę.

Wymagał od niej, aby dzieliła się z nim swoimi zmartwieniami, a przecież sam nie podzielił się tym najważniejszym. Najwidoczniej obydwoje mieli naprawdę sporo problemów do przegadania i nauczenia się z nimi żyć. Uzmysłowić sobie, że z niektórymi rzeczami nie musieli się kryć i dręczyć samych siebie, skoro obok mieli osobę, która potrafi przywołać nieco realizmu w ich overthinkingu. I nawet jeśli Aiden nie doświadczał tego zbyt często, to gdy już przychodziło, to uderzało go ze wzmocnioną siłą. — Postaram się. — Tylko tyle mógł jej powiedzieć; postarać się nie obwiniać winą i chociaż trochę zapomnieć o tym wszystkim. O całej sytuacji, ale nie konsekwencjach, bo lekcje musiał z tego wyciągnąć. Przynajmniej teraz mógłby skupić się na czymś innym, dlatego nieco wtulił policzek w znajdującą się na nim dłoń i głęboko westchnął. Chciał mieć ją już przy sobie na zawsze i przerażała go wizja, że mógłby teraz nie trzymać jej w swoich ramionach i nie czuć ciepłego dotyku na swoim licu. To wszystko było pokręcone i nierealne, choć do jeszcze niedawna był przekonany, że to właśnie ten scenariusz był kompletnie pojebany — posiadanie osoby, na której znowu zależałoby mu tak bardzo, którą kochałby całym sobą i bez której nie wyobrażałby sobie ani jednego dnia więcej. Może te wszystkie zdarzenia, cała jego przeszłość, rzeczywiście była po coś; aby uświadomić mu, że jego brakujący puzzel w życiu miał tak naprawdę nieco ponad metr siedemdziesiąt, ciemne włosy i oczy bezkresne jak ocean?

Dostrzegł jej delikatny rumieniec, który nieco komponował się z nieco już wyblakłym śladem na jej policzku. Położył lekko na nim swoją dłoń, składając subtelny pocałunek po jej drugiej stronie twarzy. — W sumie racja, już i tak jesteś dość wysoka — zaśmiał się cicho, przesuwając lekko dłoń na jej włosy, wplątując w nie palce i krótko przeczesując długie pasma. — Ale to prawda i zasługujesz na każdy komplement, skarbie — dodał po chwili, uważnie spoglądając w jej oczy. Była wspaniała i serce go bolało, że nie potrafiła tego dostrzec, tak krytycznie podchodząc do swojej własnej osoby. Jego zadaniem definitywnie było uświadomienie jej, że praktycznie większość życia żyła w błędzie wobec siebie. Uśmiechnął się krótko, kiedy przytaknęła na tę wizję. W tym momencie utwierdzał się w przekonaniu, że chciał spędzić swoją resztę życia właśnie z nią… i wiedział, że musi coś z tym zrobić, chociaż gdzieś z tyłu głowy zastanawiał się, czy to nie było jeszcze zbyt szybko. W końcu moment poczęcia fasolki był również czasem jej rozwodu — zdecydowanie sprawili sobie prezent z okazji zamknięcia rozdziału w jej życiu.

Delikatnie położył dłoń na jej boku i zaraz odwinęła koszulkę, ukazując posiniaczone już miejsca — a jak wiadomo, po czasie mogło wyglądać to jeszcze gorzej. Zacisnął szczękę, a w głowie czaiła mu się jedynie myśl, że powinien go zabić. Rzucić się od razu na niego i po prostu się go pozbyć, chociaż… to nie miałoby sensu. Miałby problemy i dodatkowo zostawiłby swoją ukochaną samą z ich dzieciątkiem. Na szczęście Aiden miał w sobie odpowiednio dużo zahamowania i nie podejmował decyzji pod wpływem emocji, dzięki czemu mógł dowalić mu bardziej, w zupełnie bezpieczny dla niego samego sposób.
Zgiął się lekko, pochylając w kierunku jej poobijanego miejsca, ledwie wyczuwalnie muskając je ustami, jakby bał się, że najmniejszy dotyk może sprawić jej ból. — Teraz szybko się zagoi — rzucił lekko, w porównaniu do jego wcześniejszych myśli. Nie chciał się z nią kłócić, że powinna całkiem dać sobie spokój z pracą, dlatego lekko skinął głową. — Zmiany na maks siedem godzin. — Skoro już i tak nie walczył z nią w tym temacie, to chciał chociaż i tak pokazać swoją upartość wychodząc z własnym warunkiem. Zaraz jego serce coraz bardziej miękło, kiedy wspomniała o byciu w jego ramionach i o tym, że czuje się jak w domu. Odwzajemnił jej pocałunek, zaraz szturchając jej nos swoim. — To najlepsze, co możesz mi powiedzieć, wiesz? — zapytał cicho. Dom dawał poczucie bezpieczeństwa, co było dla niego ważne, zwłaszcza po tej całej sytuacji. — Mam nadzieję, że już zawsze będziesz czuć się w ten sposób przy mnie i obiecuję, że postaram się zrobić wszystko, aby tak było — dodał, w międzyczasie splatając jej wolną dłoń ze swoją i przykładając wierzch do swoich ust, ucałował ją krótko. I czy sądził, że zaraz jego dziewczyna go czymś zaskoczy? Oczywiście że tak. Parsknął śmiechem, kiedy wspomniała, że lubił, jak był o nią delikatnie zazdrosny. — O, na przykład o twojego kolegę? Jak mu tam, Mateo? — wiedział, że to Marco, Marcus czy inne takie, ale no przecież straciłoby to na uroku, gdyby przestał przeinaczać imiona wszystkich mężczyzn, którzy pojawiali się w jej otoczeniu. — W ogóle, Vita, musisz coś wiedzieć… przypadkiem wypaplałem Eleanor, że jesteś w ciąży, ale to dlatego, że w emocjach z nią rozmawiałem i powiedziałem, że badają ciebie i dziecko… — wyznał jej. Musiał ją uprzedzić, zanim jego siostra zaatakuje biedną ciężarną z pytaniami.

Zaczęła jeść, co go niesamowicie cieszyło. Musiała przecież dostarczyć energii sobie i temu małego bąbelkowi, który rósł w jej brzuchu. Pokiwał głową, wstając, żeby iść się ogarnąć i do niej wrócić, po czym spojrzał na nią, gdy wspomniała o przysłudze. — Dla ciebie wszystko — zaznaczył, po czym spojrzał na ubrania, które zrzuciła z siebie i które czekały na utylizację. Kompletnie nie dziwił się jej, że nie chciała już widzieć ich na oczy. Nachylił się nad nią, krótko muskając w czoło. — Zajmę się tym, wrócę zaraz — rzucił, zgarniając ciuchy z ziemi i skierował się do kuchni, gdzie wrzucił je do śmietnika, od razu zgarniając worek ze sobą. Poszedł je wyrzucić, potem skierował się po ulubione lody swojej dziewczyny i wrócił do Vity po jakiś piętnastu minutach, od razu dając jej przysmak, o który prosiła, no łóżko rzucając paczkę paprykowych chipsów i kwaśne żelki. Sam przebrał się do spania i położył obok niej, zgarniając po drodze laptopa, żeby wybrać jakiś film, który im się nawet spodobał. Pojedli snacki, poprzytulali się i po połowie filmu obydwoje już zaczęli przysypiać — ze względu na godzinę, ale też emocje, które zaczynały z nich schodzić. Wyłączył film, na szafkę nocną odkładając sprzęt i dołączył do do swojej dziewczyny, zasypiając i ciesząc się, że mimo wszystko ta historia skończyła się dość łagodnie, dzięki czemu mógł dziś bez zmian tulić ją na dobranoc.

koniec.


mommy? mamacita
ODPOWIEDZ

Wróć do „Superior Court of Justice”