33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Misty poniekąd liczyła, że wyjście na zewnątrz rzeczywiście przyniesie ulgę. Jeżeli w pomieszczeniu robi się za gorąco lub duszno — uchyla się okna, otwiera na oścież drzwi lub po ludzku, i ta logika przemawiała do niej najbardziej, wychodzi się. Nie było w tym filozofii. Ani zbytecznego kombinatorstwa. Tymczasem wkradający się za sweterkowy top chłód poranka ani łagodził, ani przeszkadzał. Zupełnie, jakby utknęła w zawieszeniu atmosfer.
Gdy Hana spuściła wzrok, ona uniosła twarz ku słońcu. Ciepłe promienie dopiero zaczynały rozgrzewać zmarznięte jestestwo. Pierwsze przymrozki topniały, podobnie do Hany Nilsinger.
Misty odetchnęła cicho. Podziękowania były na miejscu, uwaga — osobliwa. A ciężar na jej barkach wcale nie zelżał.
Znam to uczucie — powiedziała, obejmując dłońmi szczelnie kubek. Gorące. Odczekała chwilę, porównując słońce i kawę. Promienie nie parzyły tak dobrze. — Tak należało… postąpić — dodała, unosząc kubek do ust. Zatrzymała. Chwilę zastanawiała się, aż wymamrotała w białe wieczko: — A one wydadzą fortunę w pralni chemicznej.
Sparzyła język. Skrzywiła się i odruchowo zwinęła dolną wargę do środka. Czy z gorąca, czy z goryczy i której — kawy lub cierpkich słów — nawet gdyby chciała, nie powiedziała.
Skorzystała z chwili ciszy wiszącej między nimi. Obserwowała mężczyznę po drugiej stronie ulicy. Wychodził z klatki schodowej bloku, ale zanim postawił nogę na chodniku, przytrzymał drzwi i przepuścił kundelka na smyczy. Dopiero, gdy zwierzę zeskoczyło pierwsze, ruszył za nim, ziewając i świecąc pełnym uzębieniem. Drzwi trzasnęły a zamek automatyczny zablokował głucho przejście. Zniknęli tuż za rogiem przecznicy.
Mówienie o zajściu w kawiarni nie miało już — zdaniem Misty — najmniejszego sensu. Opowiadanie o sobie uznała zaś za zbędne. Potrzebowała neutralnego gruntu, choć nie czuła potrzeby ciągnięcia rozmowy na siłę. Nie była w pracy.
Zerknęła dyskretnie na męczącą się z kawą Hanę. Wtedy coś do niej dotarło. Przeprosiła ją cicho i zniknęła ze swoim kubkiem we wnętrzu Baddies. Wróciła równie szybko. W wolnej uprzednio ręce trzymała kilka serwetek zwiniętych w luźny rulon. Bez słowa podała je Hanie. Po odsłonięciu zawiniątka Nilsinger ukazało się bambusowe, ekologiczne mieszadełko oraz trzy paczki cukru trzcinowego.
Misty potaknęła dla zachęty. Trochę skromnie, może odrobinę nieśmiało...
Może się przydać — oznajmiła a wraz z tym mieszadełko między zębami podskoczyło zabawnie.
Usiadła na miejscu obok. Ściągnęła pokrywkę i wyciągnęła z kieszeni spodni pomarańczową saszetkę cynamonu.

🍵 Hana Nilsinger 🍵
gall anonim
29 y/o
For good luck!
161 cm
menadżerka eventowa w Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
so let's say it's working out, you pretend to love his mother, lying to your friends about how he's such a goddamn good lover
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wzrok Hany zatrzymał się na saszetkach z cukrem, a kąciki ust mimowolnie uniosły się nieco ku górze.
Dzięki. Aż tak widać, że nie lubię niesłodkiej kawy?
Nie potrzebowała odpowiedzi od Misty; przyzwyczajona do słodkich napojów kawopodobnych, nie była chyba w stanie bez marudzenia wypić po prostu mocnej, czarnej kawy, a owo marudzenie nie musiało wcale przybierać formy zwerbalizowanej, by być zrozumiałym dla otoczenia. Krzywienie się i parskanie przy każdym łyku z pewnością wystarczyły.
Dobrze było poobserwować coś innego, niż nabierającą czerwonego odcienia twarz Natashy lub niedowierzanie i pogardę, wyraźnie pobłyskujące w oczach Amandy. Drobny wir, który tworzył się na powierzchni kawy podczas jej mieszania (wsypała wszystkie trzy saszetki cukru, co do ostatniego ziarenka) wydawał się teraz niesamowicie zajmującym zjawiskiem.
Cisza przeciągała się.
Nie była jednak ciężka. Hana nie czuła potrzeby, by ją zbyt szybko przerywać, wpatrzona w brązowy płyn wirujący wokół bambusowego mieszadełka. W tamtym momencie tyle jej wystarczyło. Coś ciepłego do picia, słońce nieśmiało ogrzewające świat po nocy, poranny gwar budzącego się do życia West End… i cicha, nienachalna obecność obok kogoś, kto zdawał się nie mieć wobec niej żadnych oczekiwań. Było to… dziwne. Nowe. W pewien sposób — uwalniające. Hana Nilsinger bardzo rzadko mogła pozwolić sobie na to, by po prostu istnieć.
Nate na pewno się wścieknie — odezwała się nagle, podnosząc wzrok. Nie spojrzała jednak na Misty, a na własne odbicie w witrynie po przeciwnej stronie ulicy. Powoli kręciła głową, jakby dopiero teraz do niej docierało, że faktycznie popełniła jakiś błąd. Nie znała jeszcze tylko ostatecznego ciężaru konsekwencji. — Nie chodzi nawet o dziewczyny… a o Dereka, chłopaka Natashy. Możliwe, że nawet go kojarzysz z widzenia. Oni wszyscy obracają się w podobnych kręgach.
Oni wszyscy — zupełnie jakby sama nie była wcale częścią tej skiśniętej śmietanki towarzyskiej, z której Misty wypisała się lata temu.
Derek ma naprawdę szerokie znajomości. Nate raczej się nie ucieszy, kiedy mu powiem, że w taki sposób wycofałam zaproszenie go na nasz ślub. Nie przyzna tego, ale jest tak zapatrzony w tego nadętego bubka, że buty by mu wylizał i jeszcze podziękował.
Ostatnie zdanie nie pasowało do Hany tak bardzo, że chyba nawet ona sama się zdziwiła, że wyszło z jej ust. Nakryła je dłonią w wyrazie zakłopotania, a za chwilę zajęła się na powrót swoją kawą, tym razem już zdatną do wypicia nawet dla niej.
Nie powinnam tak mówić.

🌻 Misty Sloane 🌻
bruh
nie lubię narracji pierwszoosobowej, niechlujnych postów i prowadzenia rozgrywki w kilku czasoprzestrzeniach jednocześnie
33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzy saszetki cukru znikające w czarnej kawie były informacją wystarczająco jednoznaczną, żeby nie trzeba było zadawać kolejnych pytań.
Misty cicho zachichotała. Nie był to rozbawiony śmiech. Raczej drobny, mimowolny ślad satysfakcji. Nie dlatego, że Hana cierpiała — tego nie chciała widzieć. Chodziło o coś znacznie prostszego.
Powiedziała "nie".
Bez pytania czy może. Bez sprawdzania, czy ktoś się nie obrazi. Bez dopisywania na końcu zdania usprawiedliwienia. Naprawdę to zrobiła. I kropka.
W czasie szkolenia starsi konsutltanci powtarzali Misty, że właśnie to jest najważniejsze: nie wyręczać człowieka, tylko pomóc mu odzyskać możliwość działania we własnym imieniu. Wyglądało na to, że Hana właśnie zaczęła.
Nie — odezwała się w końcu Misty. — Nie powinnaś. — Hana spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem, a ona upiła łyk swojej kawy. — Nie powinnaś tak mówić, jeśli nie chcesz. Ale jeśli naprawdę tak uważasz... — Wzruszyła ramionami. — To chyba nie jest to największym problemem tego poranka. Właściwie... nie jest nim wcale.
Zza rogu rozległo się szczeknięcie. Jej wzrok przesunął się na ulicę. Ten sam kundelek, co wychodził z bloku, napotkał dostojnego przedstawiciela rasy dalmatyńczyk. Jego właściciel zbił piątkę z ziewającym, (nie)rannym ptaszkiem.
Derek. Nate. Znajomości. Kolektyw.
Misty znała tę konstrukcję aż za dobrze. Kiedyś też obracała się w podobnym towarzystwie, choć nie dlatego, że szczególnie tego pragnęła. Po prostu Daniel znał odpowiednich ludzi, bywał w odpowiednich miejscach, a ona z czasem nauczyła się, że w niektórych pomieszczeniach lepiej nie mówić za dużo. Że pewne żarty należy przeczekać. Że czyjaś opinia może być ważniejsza od własnego komfortu, bo przecież "tak działa świat".
I właśnie dlatego imię Dereka zatrzymało jej uwagę na odrobinę dłużej.
A Nate? — zapytała. — Mówiłaś, że się wścieknie. — Nie zabrzmiało to jak wstęp do przesłuchania, ale trąciło próbą poruszenia tematu, który dopiero zaczął ją dziwnie interesować. — O co dokładnie? — Misty odłożyła kubek i podciągnęła jedną nogę pod siebie na ławkę. — O samo odwołanie zaproszeń? O to, że Gucci i Prada wyleciały z wesela? Czy o to, że zrobiłaś to bez konsultowania z nim, bo są twoimi przyjaciółkami? — Przez chwilę patrzyła na Hanę, jakby miała wyczytać odpowiedzi z jej skonfundowanej miny. — Bo to... to są trzy różne rzeczy. — Potem uśmiechnęła się lekko. — I nie musisz odpowiadać od razu.
Znów pozwoliła ciszy wrócić między nie.
Słońce wyszło już prawie na dobre zza budynków. Jasne światło rozlewało się po witrynach i chodniku, wydobywając z miasta coraz więcej szczegółów. Poranny gwar również przybierał na sile, jakby Toronto powoli otrząsało się z nocnego snu.
Misty oparła brodę na kolanie. Jedną dłonią cały czas ściskała kubek. Gorąc parzył i zakotwiczał w teraźniejszości, jednocześnie przypominając, że podjęła rękawicę tego dnia. Powiedziała "a", może też przejść przez "ą" oraz "b" do "c" i siostrzanego "ć".
A co do ślubu... — Zawahała się. To, co przyszło jej do głowy, było chyba najbardziej oczywistym zdaniem na świecie, a mimo wszystko wymagało powiedzenia. — Nie jesteś nikomu winna dobrej zabawy nawet na swoim własnym weselu. — Przykuła uwagę do żółtej, spranej plamy udającej jej włosy w odbiciu szyby naprzeciwko. — Ani Natashy, ani Mandy, ani Derekowi, ani nawet Nate'owi. — Szukała reakcji Nilsinger po drugiej stronie lustra. — Najbardziej jesteś winna ją sobie.
Nie dodała nic więcej. Nie musiała. Przez ostatnie kilka lat sama uczyła się dokładnie tego samego, z trudem łącząc koniec z końcem pod brazylijskim słońcem i nad afrykańskim brzegiem RPA. Jej Odyseja znalazła swój finał w Toronto. Tylko... czy to już Itaka?

🍵 Hana Nilsinger 🍵
gall anonim
29 y/o
For good luck!
161 cm
menadżerka eventowa w Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
so let's say it's working out, you pretend to love his mother, lying to your friends about how he's such a goddamn good lover
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O co dokładnie wścieknie się Nate?
Cholera… pewnie o wszystko.
O to, że bez konsultacji z jego matką nim ingerowała w listę gości. Że bez konsultacji z jego matką wybierała krój i kolor sukienek dla druhen. Że wybrała sama dodatki. Że wykopała z wesela nie tylko Natashę, ale przede wszystkim jej wpływowego faceta. Że oddychała za głośno, że miała jakieś zdanie na temat swojego ślubu, a czasami Hanie zdawało się, że nawet samo jej istnienie w przestrzeni jest problematyczne.
Westchnęła ciężko.
Wargi i język już zaczęły się układać do pięknych tłumaczeń. Hana była świetna w wielu rzeczach, choć nie zawsze to dostrzegała, ale niestety to pisanie usprawiedliwień dla swojego narzeczonego — i tak naprawdę wszystkich dookoła — opanowała do perfekcji.
I chociaż świat wrócił już do swojego naturalnego porządku, chociaż nerwy opadły, rumieniec zbladł, a w głowie przestało jej huczeć od wyzwisk, które chciałaby wykrzyczeć prosto w twarz swoich pożal się Boże przyjaciółek, to coś się jednak zmieniło. Nikt jeszcze nie mógł przewidzieć, czy była to zmiana na stałe, ale w tamtym momencie była realna i niemal namacalna, a na pewno słyszalna.
Bo w miejscu, w którym normalnie wybrzmiałoby kulturalne załagodzenie sprawy i zgrabne usprawiedliwienie czyjegoś zachowania, pojawiła się przeciągająca się cisza.
Wiesz, Misty, to już nawet nie chodzi o dobrą zabawę — powiedziała w końcu Hana, kołysząc swoim kubkiem z kawą. Obserwowanie ich odbić okazało się bardzo ciekawym zajęciem, a patrzenie na tę drugą Misty — odleglejszą, bardziej bezpieczną — było prostsze w ten sposób. Przed nią nie czuła potrzeby, by opuszczać wzrok i trzy razy zastanawiać się nad każdym słowem, które padało z jej ust. — Prawdę mówiąc to nawet nie liczę na to, że będę się dobrze bawić. W tym momencie… chyba po prostu chcę, żeby było już po wszystkim.
Zabrzmiało to dużo bardziej gorzko, niż Hana planowała, i wyrzuty sumienia momentalnie uderzyły jak niszczycielska fala, ale Nilsinger stawiła jej czoła. Przełknęła gorycz, przetarła twarz dłonią i podjęła temat znowu.
Nate się wścieknie, bo na pewno chciał wykorzystać dobry humor i potencjalną nietrzeźwość Dereka do ugrania czegoś dla firmy — oświadczyła dość sucho. — A Derek miał przyjść jako plus jeden Natashy, nie jest naszym bliskim znajomym, więc jego zaproszenie było trochę naokoło. Skoro wywaliłam z listy Natashę, to wywaliłam i jego. Rozumiesz… wtrąciłam się w jego plany. Och, oczywiście, nie powiedział mi o nich, ale ja naprawdę nie jestem taka głupia… — prychnęła pod nosem, gwałtownie pociągając łyk kawy. Rozległo się głośne siorbnięcie, które Hana skwitowała krótkim chichotem. Chyba potrzebowała tego głupiego przerywnika, by znowu wyrwał ją z niewesołych rozmyślań.
Wiesz co?
Misty nie wiedziała.
Chrzanić to wszystko. — Hana dopiła kawę, po czym gniewnie zgniotła kubek; dramatyczny wydźwięk tego gestu trochę popsuło to, że plastikowa pokrywka odskoczyła i kobieta musiała ją gonić. — Masz jakieś plany na piętnastego listopada?
Musiałabym sprawdzić…
To już masz — oświadczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu, ciągnąc Misty za ramię, by podniosła się z ławki. — Będziesz świetną druhną. Nie patrz tak na mnie! Idziemy ci wybrać sukienkę.

🌻 galopujący odrost 🌻
bruh
nie lubię narracji pierwszoosobowej, niechlujnych postów i prowadzenia rozgrywki w kilku czasoprzestrzeniach jednocześnie
33 y/o
For good luck!
157 cm
crisis counselor 988: Suicide Crisis Helpline
Awatar użytkownika
[white noise]
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale ja…
Kolor sukni będzie idealnie ci pasował! — Hana z łatwością weszła w skowronki. — Jak tak spojrzę, to jest bardzo zbliżony do twojego sweterka!
Ale Hana…
Cały czas się głowiłam nad tym, co powinnam zrobić. Najwidoczniej potrzebowałam odrobiny spontaniczności i cholernej wojny matchowej!
Hana…
I inspiracji! Tak!
Zaczekaj! — Misty momentalnie zatrzymała się w miejscu, choć od ławki nie zrobiły więcej niż parę kroków. — Poczekaj, proszę... — Wysupłała ramię z chwytu Hany bardziej odruchowo, niż zamierzenie. — Nie tak szybko…!
W okamgnieniu postawa Misty Sloan zmieniła się z pozornie luźnej w uprzejmie zdystansowaną. Jej brwi delikatnie wystające spod postrzępionej grzywki ułożyły równanie konsternacji, a usta, lekko przyprószone cynamonem z kawy, wygięły się krzywo. Za szybko i za blisko. Ona nawet nie przytulała się już do rodziców, gdy ich odwiedzała raz na tydzień.
Odsapnęła cicho i skubnęła lewą kitkę wolną ręką. Jej nietęgie spojrzenie natychmiast prześlizgnęło się ku witrynie Baddies. W środku kelnerka i baristka zdążył posprzątać stolik po chaosie Morning Matcha Club.
Nie możesz… — zaczęła cicho. Pokręciła głową z dezaprobatą. — Nie możesz tak robić. — W jej głosie na próżno Nilsinger szukałaby pretensji. — Nawet nie dałaś mi podjąć decyzji. — Spojrzała na Hanę. — Zdecydowałaś za mnie.
Nie musiała dodawać: „jak one”. Po minie Hany widziała, że zrozumiała, do czego Misty piła.
Zerknęła na swój kubek, na palce sztywno trzymające wyjątkowo sztywne ścianki; na zaczerwienione paliczki i rozprzestrzeniający się róż po bladych śródręczu. Swędzenie, pieczenie, niewygoda.
Poza tym… — Zmarszczyła mocniej czoło. — Czemu? — spytała. Jej kąciki ust opadły, brwi uniosły się. — Nie umówiłaś się ze mną na kawę, a chcesz, żebym stała przy twoim ołtarzu. Czy jest jakiś sposób w tym… No…
Przełknęła w porę „szaleństwie”, stawiając na skonfundowane wzruszenie ramion. Nic z tego nie rozumiała.

🍵Hanka "Hej, do przodu!" Nilsinger 🍵
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Baddies”