ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
180 cm
powieściopisarz, publikuje dla Dundurn Press
Awatar użytkownika
I saw the best minds of my generation destroyed by madness, starving hysterical naked, dragging themselves through the negro streets at dawn looking for an angry fix...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzeciosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Cisza — subtelna, w swojej nienachalności niemal niewinna — zastygłaby na ścianach pokoju jak nieuchronność obiegającego pokój powietrza, gdyby nie pojedyncze stukanie kobiecych palców na laptopie. Dźwięk kliknięcia zamiatał tym samym pod dywan jego własny, cichy oddech. Wydłużony i powolny, wypuszczony w przestrzeń obok jej ramienia.
Pasowało mu to. Nie chciał zdominować jej procesu twórczego własną obecnością. Świadomie schował się więc w poduszkach kanapy, opierając plecy o miękkie obicie i krzyżując przy tym ręce na piersi, jakby gest ten miał pomóc mu zniknąć za solidną barierą rąk.
Siedząc po lewej stronie od niej, śledził w milczeniu kolejne wyrazy i ściągnięte na monitor litery… od ogółu do szczegółu, przyglądał się konstrukcjom wprawnie ułożonych zdań, nieco może tylko miejscami surowych, które z chęcią oplótłby w mocniejszy epitet, czy śmielszą metaforę — coś, co przypominałoby sznur stanowczego wyznania, którego u niej mu brakowało.
Delikatność zdawała się być jej głównym atrybutem.
Rozrastała się, jak piękny pąk, nie tylko w słowach, ale również w obecnych u niej gestach. Jakże przyjemny był to widok, gdy w skupieniu obserwował jej szczupłe palce, które z rodzajem łagodnego oddania wypełniały cyfrowe strony dokumentu.
Była uosobieniem wszystkiego, co nie chciało sięgnąć jego duszy, a jednocześnie wszystkim tym, czego jej zazdrościł, i czego czasem — w dyskrecji nawet przed samym sobą — pragnął. Była wizją tego, co dawno już w nim zakurzone, porzucił za plecami: własną niewinność.
Kąciki jego ust zagięły się w lekkiej paraboli ironii, niemal tak, jakby dopiero szukał w tym uśmiechu. Zaraz jednak powstrzymał się przed resztą tego gestu, rozluźniając usta i wzdychając cicho, bezradnie wobec własnych odczuć. To właśnie w chwilach, gdy kontrast między nimi buzował mu w głowie głośnym natręctwem myśli, bliski był zerwania maski nudnego mentora.
Bliski był powiedzenia czegoś, czego nie powinien…

(Próbowałaś kiedyś sprowokować czytelnika czymś obskurnie mocnym?)

…a na to — póki co — nie mógł sobie pozwolić.
W zamian za odkrycie własnych myśli, zerwał z biernością. Ciało Lennarta posunęło się do przodu, gdy przysuwając się bliżej krawędzi kanapy i nachylając się w kierunku monitora wskazał na jeden z akapitów, rozpoczynających pewną tezę:
— Zamiast sugerować odpowiedź, narzuć ją. W innym przypadku kontekst w dalszych zdaniach rozmyje Ci się, zanim czytelnik dojdzie do sedna tego, co masz na myśli.
Z ręką wciąż zawieszoną na monitorze, przerzucił na nią spokojnie wzrok. Była piękna. Młoda. Nie dotknięta przez cynizm i nawarstwiające się z czasem w człowieku uprzedzenia.
Dziś pozostawała przy tym jego (uczennicą).
Czy mogło istnieć coś bardziej ponętnego, niż oddać komuś klucz do własnego umysłu, dzielić się zdobytą wiedzą i pozwolić jej dotykać miejsc, do których nie sięgały dłonie?
— Musisz być śmielsza, Giselle — dodał miękko, niejednoznacznie, wpatrzony w nieidealną, ale wciąż przyciągającą symetrię kobiecej twarzy. W bliskości z jej ciałem, choć nie mówił wiele, samym skupieniem potrafił oddać własne zaangażowanie.
To była jedyna forma niewinnego oddania, na jaką było go stać.

Giselle Hastings-Wells
nihilista
nic co ludzkie nie jest mi obce
22 y/o
For good luck!
165 cm
Studiuje i pracuje na pół etatu w Karen's Diner
Awatar użytkownika
Ice is life...or so they say
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


outfit Giselle



Cisza, którą Lennart tak pieczołowicie pielęgnował, nie była dla Giselle pustką, wręcz przeciwnie, wypełniała ją jak miękki, ciepły materiał, w którym mogła zanurzyć myśli bez obawy, że ktoś je przerwie. A jednak, gdy poczuła jego spojrzenie na sobie, na swoich dłoniach, na literach, które układała z ostrożnością niemal chirurgiczną, coś w niej drgnęło. Nie była to nieśmiałość. Nie była to niewinność, którą tak chętnie przypisywał jej w swoich myślach. To było coś znacznie bardziej złożonego, jakby w jej wnętrzu istniał drugi organizm, zbudowany z ambicji, ciekawości i niebezpiecznej potrzeby bycia zauważoną.
Przesunęła palcami po klawiaturze, jakby chciała ukryć drżenie, które pojawiło się w jej dłoniach, gdy zbliżył się do monitora. Jego obecność była wyraźna, choć nie narzucająca się. Lennart potrafił być blisko w sposób, który nie przytłaczał a jednocześnie nie pozwalał o sobie zapomnieć. To właśnie ta równowaga sprawiała, że Giselle czuła się przy nim… inaczej. Jakby jej własne myśli zaczynały układać się w bardziej odważne konstrukcje, choć wciąż nie potrafiła ich wypowiedzieć. Kiedy wskazał na akapit, nachylając się tak, że jego ramię znalazło się niebezpiecznie blisko jej, poczuła, jak w jej wnętrzu coś się napina. Nie była pewna, czy to nerwowość, czy ekscytacja, a może jedno i drugie. Jego głos, spokojny, wyważony, niósł w sobie coś, co zawsze ją poruszało: pewność. Pewność, której jej samej często brakowało.
Zamiast sugerować odpowiedź, narzuć ją — powiedział, a ona poczuła, jak jego słowa wnikają w nią głębiej, niż powinny. Jakby nie były tylko wskazówką literacką, ale czymś więcej, zachętą do przekraczania własnych granic. Giselle poprawiła się na kanapie, niby od niechcenia, niby przypadkiem, ale w rzeczywistości z pełną świadomością tego, że jej ramię musnęło jego. Delikatnie, ledwie zauważalnie ale wystarczająco, by poczuła, jak jej ciało reaguje na tę bliskość. Nie była niewinna. Nigdy nie była. Niewinność była maską, którą zakładała, gdy tego od niej oczekiwano. A dziś… dziś nie miała ochoty jej zakładać.
Ubrała się inaczej niż zwykle. Nie krzykliwie, nie prowokacyjnie za to bardzo świadomie. Z myślą o tym, że będzie siedzieć obok niego, że będzie się pochylać nad tekstem, że jego spojrzenie, nawet jeśli dyskretne, zatrzyma się na niej choć przez chwilę. Nie robiła tego po to, by go zwieść. Robiła to po to, by poczuć, że ma nad czymś kontrolę. Nad sobą. Nad przestrzenią między nimi. Nad tym, jak jest postrzegana.
- Czasami czuję… jakbym nie mogła wydostać z siebie słów potrzebnych do tego..- powiedziała, a jej głos zabrzmiał miękko, ale nie słabo. Wierciła się nieznacznie, jakby próbowała znaleźć wygodniejszą pozycję, choć w rzeczywistości walczyła z czymś znacznie bardziej skomplikowanym. Spojrzała na Lennarta, na jego skupienie, na sposób, w jaki patrzył na jej tekst, jakby próbował odczytać w nim coś więcej niż tylko konstrukcję zdań. I poczuła, że musi powiedzieć coś jeszcze coś, co nie będzie wyznaniem, ale będzie prawdą. - Może… może czasami boję się, że jeśli napiszę to, co naprawdę siedzi mi w głowie, to już nie będę tą osobą, którą myślisz, że jestem - powiedziała cicho, ale wyraźnie. Nie była niewinna. Ale nie była też gotowa, by pokazać mu całą siebie. Jeszcze nie. Granice między nimi były miękkie, elastyczne, podatne na przesunięcia ale wciąż istniały. I może właśnie dlatego tak bardzo ją fascynowały.


Lennart Richardson
34 y/o
For good luck!
180 cm
powieściopisarz, publikuje dla Dundurn Press
Awatar użytkownika
I saw the best minds of my generation destroyed by madness, starving hysterical naked, dragging themselves through the negro streets at dawn looking for an angry fix...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzeciosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciepło i miękkość kobiecego ramienia, muskające go w przelocie, tchnęły w niego ż y c i e. To prawdziwie, wydarte z żebra ciała i skwapliwie bronione przez niego w każdym kolejnym ruchu, gdy zamiast odsunąć się od niej, rozkoszował się chwilą tego motylego dotyku. Jakby bał się, że to już ostatnia taka łagodność w jej towarzystwie; ostatni przejaw przypadku i jednoczesnej bliskości, na jaki może dzisiaj liczyć.
A nie powinien przecież liczyć na nic.
Była jego uczennicą, musiał powtórzyć to sobie w głowie raz jeszcze. Atrakcyjną wprawdzie, ale dla niego wciąż nieosiągalną — pozostawała bowiem w zasięgu jego dłoni i wzroku, ale normy społeczne stawiały między nimi znaczną granicę dystansu, której nie mógł i nie chciał przekroczyć. Wtedy, być może, straciłaby całe swoje piękno. Urok tkwił w niedostępności. Gdyby była tak zupełnie i do nagości jego; gdyby odkryłby jej ciało, jak odkrywał właśnie umysł, stałaby się ledwie oblubienicą, gdy w tym momencie wydawała mu się absolutną i odurzającą jego zmysły czystością.
(Nawet jeśli lwia część tej refleksji miała swoje źródło w jego tendencji do idealizowaniu ludzi, szczególnie kobiet).
Przypominała mu wdzięcznego ptaka, zamkniętego w klatce, którego uwodzicielski śpiew niósł się echem po ścianach pokoju, nigdy jednak nie wibrował tuż przy uchu. Tak samo jak jego skrzydła nigdy nie docierały pod opuszki. W głowie Richardsona nie mogła być czyjaś w dosadnym znaczeniu. Nie tak do końca. Mogła być jednak na piedestale. Gotowa do podziwiania jej i dalszego chłonięcia łuny jej uroku.
Choć zupełnie nie dawał temu wyrazu, obecność dziewczyny odciskała na nim wyraźne piętno.
Pierwsze jego zainteresowanie zyskała kilka tygodni temu, gdy przypadkiem natrafił na jej teksty. To jednak zbieżność okoliczności sprawiła, że byli dzisiaj w stanie wejść w relację między mentorem, a podopieczną, udając, że kieruje nimi tylko to, tj. potrzeba poprawienia jej warsztatu, gdy naprawdę… …egoizm popychał go w zupełnie innym kierunku. Wciąż nieznanym, ale niebezpiecznym.
Sprawiała, że rodziły się w nim dokładnie te instynkty, które wszędzie indziej starał się wyciszać, jak skłonność do obsesyjnego patrzenia na nią i chęć poznania jej dogłębnie, od powierzchni pierwszego wrażenia po podszewkę rozwijającej się wciąż znajomości. Kiedy więc wreszcie nadażyła się okazja, by poznać ją od tej bardziej intymnej strony — ogołocić ją z pierwszej, prywatnej myśli — pozwolił jej mówić. Sam przy tym położył przedramiona luźno na kolanach, by z ukosa zerknąć na jej spokojną twarz, równie miękką co wypowiadane przez nią słowa.
— A czy to nie jest ta najwygodniejsza część tworzenia? Nawet jeśli odkryjesz siebie, możesz ukryć tę prawdę za fikcją.
Słowa trafiły w sedno.
Chociaż mówił do niej, tak naprawdę wspominał przy tym o sobie, co tym bardziej potęgowało siłę tego pokrzepienia. Brzmiało to wiarygodnie i nieco przy tym poufale, gdy uśmiechnął się do niej szczerze, bezwstydnie. Dłonie Lenny’ego przesunęły się przy tym niezobowiązująco po udach. Wyprostował jednocześnie plecy i starł z wnętrza dłoni pot oraz gorąc dzisiejszego spotkania. Rozgrzewała go sama myśl o tym, że otwierał przed sobą młody, chłonny umysł, oraz ekscytowała go myśl o tym, co mogli dziś osiągnąć. Razem, przy wzajemnej współpracy.
Wilgotne palce łatwo mógł jednak wytłumaczyć zbyt ciepłym ubiorem, nieadekwatnym jak na letnią jeszcze pogodę, co było znacznie prostsze niż przyznanie, że myśli o niej tak przedmiotowo, i jednocześnie z taką intensywnością. Tak dosadnie i tak często. Jakby była piekielnie interesującą go książką, gotową do przejrzenia, przeczytania i ostatecznie... zapamiętania lub porzucenia jej.
— Możesz utrzymać w rozmowie z czytelnikiem, że ton wypowiedzi i nastrój, który budujesz, zależny jest od bohatera, nie od Ciebie — dodał kwieciście, mniej jednoznacznie, niż chwilę temu. — Chyba, że boisz się nie oceny czytelnika, a stricte mojej?
Dłoń mężczyzny, jeszcze chwilę temu położona na własnych spodniach, tym razem podniosła się do góry, by w prostym geście uspokojenia opaść na jej drobne ramię.
— Homo sum, humani nihil a me alienum puto. Człowiekiem jestem, i nic co ludzkie nie jest mi obce — wyjaśnił od razu, patrząc bezpośrednio na nią. Przetłumaczył również zdanie... tak na wszelki wypadek, gdyby nie znała tej sentencji. Jednocześnie dawał jej wyraźny sygnał tego, że ciężko go odstraszyć.
Wzrok przez cały ten czas gładził delikatne krawędzie cudzej twarzy, ostatecznie pochłaniając w horyzoncie spojrzenia obręcz jej oczu.

Giselle Hastings-Wells
nihilista
nic co ludzkie nie jest mi obce
22 y/o
For good luck!
165 cm
Studiuje i pracuje na pół etatu w Karen's Diner
Awatar użytkownika
Ice is life...or so they say
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciepło jego dłoni na jej ramieniu było drobne, niemal nieistotne, a jednak w Giselle wywołało reakcję, której nie potrafiła zignorować. Lennart dotykał jej w sposób spokojny, wyważony, jak mentor chcący uspokoić podopieczną, lecz ona czuła w tym geście coś więcej, nie intencję, lecz napięcie, które próbował ukryć pod warstwą profesjonalizmu. Nie odsunęła się. Pozwoliła, by jego dłoń trwała tam chwilę dłużej, niż wymagałby tego kontekst rozmowy, jakby badała, czy zauważy subtelne przesunięcie granicy. Zauważył. Oczywiście, że zauważył.
Ale nie cofnął ręki. To wystarczyło, by w jej wnętrzu coś drgnęło z satysfakcją.

Giselle przesunęła się na kanapie, niby po to, by znaleźć wygodniejszą pozycję, lecz w rzeczywistości tak, by jej kolano znalazło się bliżej jego. Nie dotknęła go, jeszcze nie, lecz różnica odległości była wyraźna, zbyt wyraźna, by mogła być przypadkowa. W jej plecach pojawiło się napięcie, ledwie zauważalne, fascynowało ją to: człowiek, który tak skrupulatnie pilnował własnych granic, zaczynał reagować na jej obecność. Kiedy mówił o fikcji jako schronieniu, o możliwości ukrycia prawdy za bohaterem, Giselle poczuła, jak jego słowa wnikają w nią głębiej, niż powinny. Nie dlatego, że dotyczyły jej twórczości, lecz dlatego, że brzmiały jak wyznanie. Jakby mówił o sobie, nie o niej. Jakby zdradzał, że sam ukrywał więcej, niż chciał przyznać. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego dłoniach, które przesunęły się po udach w nerwowym, choć kontrolowanym geście. Nie musiała wiedzieć, co czuł...widziała to. Widziała napięcie, które próbował ukryć. Widziała, jak bardzo starał się zachować dystans, który ona z premedytacją zaczynała rozmywać.

Giselle nie była niewinna. Nigdy nie była.
To, co brał za delikatność, było raczej ostrożnością, wypracowaną przez lata, pielęgnowaną jak nawyk, który chroni przed zbyt gwałtownym odsłonięciem siebie. Ale dziś ta ostrożność zaczynała się kruszyć. Nie dlatego, że chciała ją porzucić, lecz dlatego, że jego obecność działała na nią jak światło na roślinę: nie mogła nie reagować. - Czasami mam wrażenie - powiedziała, odwracając głowę w jego stronę powoli, świadomie - że kiedy mówię coś naprawdę szczerego, Ty reagujesz bardziej, niż chcesz pokazać. - Powoli jak wulkan przygotowujący się do wybuchu, w jej wnętrzu rosnęła odwaga. Nie ta niebezpieczna, lecz ta, która rodzi się, gdy człowiek widzi, że jego słowa trafiają w miejsce, którego druga osoba nie potrafi ukryć. -To nie jest złe - dodała spokojnie. - tylko… prawdziwe. - Słowo „prawdziwe” zawisło między nimi jak ciężar, który oboje musieli unieść.
Lennart odsunął dłoń z jej ramienia, ale nie po to, by zwiększyć dystans.
Po to, by móc spojrzeć na nią w pełni, bez żadnej zasłony. Ich spojrzenia spotkały się... nie przypadkiem, nie w przelocie, lecz w sposób, który wymagał odwagi z obu stron. W tej chwili relacja mentora i uczennicy zaczęła się przechylać. Nie w stronę zakazanego, lecz w stronę intensywnego, głębokiego, emocjonalnego napięcia, którego nie dało się już zignorować.
Giselle przesunęła palce po klawiaturze, choć nie pisała. To był gest pozorny, miała zajęte ręce, ale jej myśli były skupione wyłącznie na nim. - Jeśli mam pisać co mi leży na sercu...co jest ludzkie…- zaczęła, a jej głos był stabilny, choć w środku czuła drżenie - …to musisz wiedzieć, że szczerość czasem zmienia ludzi. I zmienia relacje prawda? - dokończyła czekając na jego odpowiedź.

Lenny Richardson
34 y/o
For good luck!
180 cm
powieściopisarz, publikuje dla Dundurn Press
Awatar użytkownika
I saw the best minds of my generation destroyed by madness, starving hysterical naked, dragging themselves through the negro streets at dawn looking for an angry fix...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzeciosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W chwilach, gdy przebywał w przestrzeni publicznej, a tym bardziej w czyimś prywatnym domu, czuł się jak łania, strzygąca czujnym uchem w obcej sobie przestrzeni; a jednocześnie ostrożna i zastygła w jednej pozie zwierzyna, która nie chciała wychylać się niepotrzebnie, by nie zwracać na siebie czyjejś uwagi. Z drugiej strony nie był naiwny. Wiedział, że wiek dodawał mu dojrzałości lub doświadczenia, a także autorytetu i publiki; łatwo było przyciągać kobiecy wzrok, gdy było się poczytnym autorem, a przy tym miało się ponad trzydzieści lat na karku, stabilną sytuację życiową i niebrzydką twarz — nawykiem outsidera unikał jednak wszelkich spotkań, które narażały go na zdemaskowanie własnej, niestabilnej natury. Dlatego, przechodząc przez próg mieszkania Giselle wiedział od początku, że będzie musiał ustalić twarde granice, by nie dać się odkryć. Nawet teraz starał się wpajać do głowy żelazne zasady, które miały trzymać jego ducha w ryzach normalności.
Pierwsza, główna reguła mówiła o tym, że bez względu na wewnętrzne demony, które chciały popchnąć go do bardziej kontrowersyjnych rozmów, nie należało patrzeć na nikogo zbyt długo, by go nie speszyć; druga stanowiła o dotyku, a raczej o reakcji na niego, i np. o tym, że kładąc dłoń na jej ciele, należało udawać, iż ciepło jej ramienia nie parzyło go w palce, choć każdy neuron jego ciała pragnął rozbłysnąć jak supernowa i rozświetlić całą przestrzeń.
Trzecia zasada, jeszcze nieustalona, wisiała w powietrzu pełnego napięcia, gdy przeciągali długie i enigmatyczne spojrzenia, kończąc je wymianą kolejnych zdań:
— Zawsze reaguję żywo na prawdę — mruknął z przekonaniem w pierwszym, spontnanicznym rozruchu, prowokowany przez jej słowa. Zaraz jednak odchrząknął krótko, schodząc nieco z tonu, który mógł zabrzmieć zbyt pewnie lub zbyt szorstko.
— Ale tak, część reakcji na pewno jest w jakiś sposób ukryta. Nie wszystkie emocje i myśli muszą w końcu mieć swojego odbiorcę — wzruszył ramionami, brak jawności w pokazywaniu własnej natury zrzucając na karb prostego argumentu.
— Poza tym to Ty dzisiaj jesteś bohaterem wieczoru. A przynajmniej Twój twór — dodał, zerkając sugestywnie na ekran monitora. Zaraz potem odetchnął głęboko, podnosząc się nieco półdupkami do góry, by przesunąć się ku krawędzi kanapy i zwiększyć minimalnie dystans, który nagle stał się krótszy do siebie nawzajem, niż do monitora. Nachylił się więc tym razem do komputera, wskazując na jeden z akapitów palcem:
— Ten jest całkiem do poprawy.
Mimo spokojnego głosu, w druzgocąco niestabilnym umyśle Lenny’ego właśnie rozpętała się prawdziwa burza emocji. Giselle miała rację: pokazywał mniej, niż mógłby chcieć. Ale zdecydowanie nie mniej, niż to, na co aktualnie zasługiwała ta chwila. Nie znali się zbyt dobrze, mówienie więc o rzeczach głębokich byłoby co najmniej dziwne. A mimo tego wciąż czuć było między nimi n a p i ę c i e. Połączenie niepokoju i niejednoznaczności ich rozmowy tworzyło przy tym mieszankę smolistą i ciężką — niemal wybuchową i taką, która tylko czekała na zapalenie.
W chropowatym zagłębieniu tego, co nazywał codziennością, kryły się obrysy spowszechniałych mu już obecności — nużących i powtarzalnych — nic więc dziwnego, że z chwilą, gdy kobieta postawiła mu nowe, intelektualne wyzwanie, stała się o poziom bardziej interesująca niż wszyscy Ci, których zdążył skreślić; którymi stracił zainteresowanie.
— Na to liczę — odwrócił głowę i ciało na powrót w jej kierunku, muskając przypadkowo kolanem o jej udo, które okazało się zbyt bliskie. Uśmiechnął się przy tym w atrapie spokoju, uściślając wypowiedź:
— Nie ma nic bardziej rozczarowującego, niż stagnacja. Ludzie POWINNI się zmieniać. Powinni też mieć więcej, niż jedną twarz. Więc tak. To raczej zmienia relacje. — zgodził się z nią.

Giselle Hastings-Wells
nihilista
nic co ludzkie nie jest mi obce
22 y/o
For good luck!
165 cm
Studiuje i pracuje na pół etatu w Karen's Diner
Awatar użytkownika
Ice is life...or so they say
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Giselle milczała przez chwilę, nie odrywając od niego wzroku. Nie dlatego, że oczekiwała odpowiedzi. Raczej dlatego, że coraz bardziej fascynowało ją wszystko to, czego nie mówił. Kącik jej ust drgnął lekko, gdy tak stanowczo wygłosił swoją opinię o zmianach i wielości ludzkich twarzy. Oparła się wygodniej o kanapę, splatając ręce na piersi. - Mówisz o ludziach tak, jakbyś obserwował ich zza szyby. Jak badacz, który od lat sporządza notatki o ludzkiej naturze, ale sam konsekwentnie odmawia udziału w eksperymencie. - mruknęła przenosząc spojrzenie na monitor, choć tak naprawdę znacznie bardziej interesował ją siedzący obok mężczyzna. W czasie studiów nauczyła się obserwować ludzi. Analizować mechanizmy, rozbierać zachowania na czynniki pierwsze, szukać przyczyn ukrytych pod powierzchnią wypowiadanych słów. Większość osób prędzej czy później zaczynała się powtarzać. Schematy stawały się widoczne. Emocje przewidywalne. Obronne reakcje niemal podręcznikowe. Lenny był irytującym wyjątkiem.
Za każdym razem, gdy wydawało jej się, że właśnie uchwyciła logikę jego zachowania, robił krok w bok i wymykał się z ram interpretacyjnych. Pisarka w niej podpowiadała, że był świetnym bohaterem. Giselle nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jest jeszcze ciekawszym przypadkiem. Bo ciekawość zawsze stanowiła jej największą słabość. - „Powinni mieć więcej niż jedną twarz"... — powtórzyła cicho. - To bardzo wygodna teoria dla kogoś, kto tak skrupulatnie pilnuje własnych masek.- dorzuciła cicho po chwili ciszy. Nie powiedziała tego złośliwie, wręcz przeciwnie. W jej głosie pobrzmiewało autentyczne zaciekawienie.
Gdy wskazał akapit na ekranie, pochyliła się bliżej monitora. Ich ramiona niemal znalazły się na jednej linii, a nagle niewielka przestrzeń pomiędzy nimi wydała się dziwnie zauważalna. - Ten?- Zmrużyła lekko oczy, śledząc tekst. Faktycznie miał rację. Zdanie było ciężkie. Niepotrzebnie przeładowane. Ale zamiast skupić się na poprawkach, z nieoczekiwaną świadomością odnotowała obecność Lenny'ego tuż obok. Nie chodziło nawet o fizyczną bliskość, może bardziej o jego energię. O napięcie człowieka, który przez cały wieczór zachowywał się tak, jakby jednocześnie chciał uczestniczyć w rozmowie i z niej uciec. Jakby każda kolejna minuta kosztowała go więcej wysiłku, niż był gotów przyznać. Przez moment obserwowała profil jego twarzy. To charakterystyczne napięcie szczęki pojawiające się zawsze wtedy, gdy starannie ważył własne słowa. I nagle zrozumiała coś, co wcześniej jedynie przeczuwała, on nie ukrywał emocji dlatego, że ich nie miał. Ukrywał je dlatego, że miał ich zbyt wiele. Musiała przyznać że ta myśl zaskoczyła nawet ją samą.
- Wiesz... - odezwała się ciszej. Jej wzrok przesunął się z tekstu na niego. - Czasami mam wrażenie, że bardziej interesują cię ludzie jako idea niż jako rzeczywiste osoby. - powiedziała zaciekawiona przyglądając mu się uważnie. - A potem mówisz coś takiego jak przed chwilą i cały ten obraz znowu się rozsypuje. - dodała po czym odetchnęła wolno.
Na ekranie monitora ciągle widniał ten sam akapit, lecz atmosfera wokół niego dawno przestała dotyczyć samego tekstu. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że od dłuższej chwili ich rozmowa nie dotyczyła już wyłącznie bohaterów, konstrukcji postaci ani literatury samej w sobie. Tematy te nadal przewijały się między kolejnymi zdaniami, lecz coraz częściej sprawiały wrażenie jedynie bezpiecznego pretekstu, wygodnej zasłony, za którą mogli ukryć coś znacznie bardziej osobistego. Każda uwaga odnosząca się do fikcyjnych charakterów zdawała się niepostrzeżenie przesuwać w stronę rzeczywistych ludzi. W stronę ich własnych doświadczeń. W stronę nich samych.- Na studiach jeden z wykładowców powtarzał, że ludzie najwięcej mówią o sobie właśnie wtedy, gdy są przekonani, że opisują kogoś innego - odezwała się w końcu, a na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Na moment odwróciła wzrok ku monitorowi, jakby próbowała odnaleźć tam myśl, którą pamiętała sprzed lat, lecz zaraz potem spojrzała z powrotem na niego.
- Wtedy wydawało mi się, że to banał. Jedna z tych mądrości, które dobrze brzmią na akademickich wykładach, ale niewiele znaczą poza salą... - urwała na chwilę, zbierając myśli. -... Teraz nie jestem już taka pewna.- po tych słowach między nimi zapadła cisza. Nie była jednak niezręczna ani wymuszona. Wręcz przeciwnie. Miała w sobie coś niepokojąco świadomego. Rozciągała się powoli między kolejnymi oddechami, gęstniejąc z każdą sekundą bardziej, niż powinno to być możliwe w zwyczajnej rozmowie o tekście wyświetlonym na ekranie komputera. To właśnie wtedy Giselle zauważyła jego ruch. Był niemal niezauważalny. Minimalne przesunięcie sylwetki. Kilka centymetrów dodatkowego dystansu. Nic, czego nie dałoby się łatwo wytłumaczyć zwykłą zmianą pozycji.
Przypominał człowieka stojącego na krawędzi urwiska; nie takiego, który obawia się upadku, ale takiego, który doskonale wie, jak niewiele potrzeba, by zrobić krok za daleko. Ta myśl rozbawiła ją bardziej, niż powinna.
W rzeczywistości fascynował ją właśnie kontrast pomiędzy jego opanowaniem a tym, jak bardzo to opanowanie wyglądało na starannie wypracowaną konstrukcję. Mężczyzna potrafiący godzinami analizować ludzką naturę, rozkładać emocje na części pierwsze i ubierać je w słowa z precyzją godną chirurga, wydawał się jednocześnie zadziwiająco bezbronny wobec najprostszych przejawów bliskości.
Jakby intelekt był twierdzą, którą budował przez lata. I jakby teraz sam nie był pewien, czy mury tej twierdzy są jeszcze wystarczająco wysokie.
- Więc może relacje rzeczywiście zmieniają się wtedy, gdy odkrywamy kolejne twarze - powiedziała spokojnie. Uniosła lekko brew, nie odrywając od niego wzroku. - Ale mam wrażenie, że ty pokazujesz ludziom wyłącznie te wersje siebie, które wcześniej sam zaakceptowałeś.- Jej głos pozostawał miękki, pozbawiony oskarżenia czy złośliwości. Brzmiał raczej jak obserwacja kogoś, kto od dłuższego czasu układa rozsypane elementy tej samej układanki. - A wszystkie pozostałe trzymasz pod kluczem.- Po tych słowach wróciła wzrokiem do monitora, lecz tylko pozornie. Litery nadal przesuwały się przed jej oczami, akapity zajmowały swoje miejsce na ekranie, a wskazany wcześniej fragment wciąż czekał na komentarz i poprawki. Mimo to nie była już w stanie skupić się na żadnym zdaniu. Coraz wyraźniej miała wrażenie, że cała jej uwaga przesunęła się gdzieś obok monitora, pomiędzy niedokończonymi uwagami, urwanymi spojrzeniami i słowami, których żadne z nich nie wypowiedziało.
Bo odkąd przekroczył próg jej mieszkania, najciekawsza narracja tego wieczoru nie rozwijała się na ekranie.
Siedziała tuż obok niej, zamknięta za spokojnym spojrzeniem, ostrożnymi gestami i kolejnymi murami, które Lenny próbował wznieść dokładnie w tym samym momencie, w którym zaczynały pękać. W końcu nie wytrzymała i zamknęła laptopa kładąc go obok siebie na kanapie.
- Mam ochotę na coś na orzeźwienie! Mam całkiem dobre wino? - zapytała z nutką niepewności w głosie choć nie była pewna czemu.


Lenny Richardson
ODPOWIEDZ

Wróć do „#30”