Były bokser nie potrafił powstrzymać uśmiechu, kiedy Louise z takim entuzjazmem zapewniła go, że przerośnięte ego mu nie grozi. Przez moment przyglądał jej się z rozbawieniem, jakby próbował zdecydować, czy powinien potraktować to jako komplement, czy raczej ostrzeżenie. Ostatecznie uznał, że nie ma sensu przesadnie analizować czegoś, co zwyczajnie sprawiało mu przyjemność.
- W takim razie, jeśli kiedykolwiek zacznę zachowywać się jak nadęty dupek, będę wiedział, kogo za to winić - odparł, zerkając na nią kątem oka.
Puścił jej oczko, po czym zaśmiał się cicho. Nie zamierzał jednak zaprzeczać temu, że jej pochwały były dla niego miłe. W przeszłości słyszał już wiele komplementów, zarówno dotyczących wyglądu, jak i osiągnięć sportowych, ale większość z nich pochodziła od ludzi, którzy znali przede wszystkim jego nazwisko, medialny wizerunek albo wyniki kolejnych walk. Louise miała nad nim tę przewagę, że pamiętała go jeszcze sprzed tego wszystkiego. A przynajmniej sprzed momentu, w którym jego życie stało się dla innych tak interesujące.
Jej kolejna uwaga sprawiła, że uniósł brew. Początkowo wyglądał na człowieka, który zamierza odpowiedzieć jej równie niewinnie, ale gdy tylko dotarło do niego, co właściwie powiedziała, uśmiech na jego twarzy stał się znacznie bardziej wymowny.
- Moje zachcianki, powiadasz? - powtórzył, nieznacznie zwalniając krok.
- Te projektowe, rzecz jasna - ostatnie trzy słowa zabrzmiały niemal identycznie jak w jej ustach. Karrion wyraźnie rozsmakował się w tym niewinnym zastrzeżeniu, które oboje doskonale wiedzieli, że nie było już takie niewinne.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, pozwalając, by jej własna propozycja wybrzmiała między nimi. Nie musiał być szczególnie bystrym człowiekiem, żeby zrozumieć, że Louise nie rzuciła tych słów przypadkiem. Zresztą nawet gdyby wcześniej miał jeszcze jakieś wątpliwości, jej spojrzenie i sposób, w jaki zwolniła kroku, skutecznie je rozwiewały.
- To dość niebezpieczna oferta - kącik jego ust uniósł się wyżej.
- Dajesz mi wolną rękę, pozwalasz zgłaszać zachcianki i rozważysz, co z nimi zrobisz - przesunął kciukiem po jej dłoni, którą wciąż trzymał, nie zamierzając udawać, że bliskość ta jest dla niego obojętna.
- Mogę odnieść wrażenie, że próbujesz mnie sprowokować. Przy mojej upartości tak łatwo nie zejdziemy z tej drogi - spojrzał jej prosto w oczy, a następnie uśmiechnął się z rozbrajającą bezczelnością.
- Oczywiście w kwestii projektowania. Bo co innego mógłbym mieć na myśli? - tym razem nie wytrzymał i parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony własnym komentarzem. Nie zamierzał jednak odwracać wzroku ani wycofywać się z tego, co właśnie zasugerował. Louise otworzyła przed nim drzwi, a on nie miał zamiaru udawać, że nie zauważył zaproszenia.
Kiedy przyznała, że komplementy wcale jej się nie nudzą, Karrion spojrzał na nią z satysfakcją, której nawet nie próbował ukrywać. W gruncie rzeczy nie potrzebował wiele więcej. Wiedział, że nie chodziło wyłącznie o samo słowo, lecz również o to, kto je wypowiadał. I świadomość, że właśnie jego opinia wywołuje w niej taki efekt, była zdecydowanie przyjemna.
- Czyli mogę kontynuować? - zapytał, udając, że potrzebuje oficjalnego pozwolenia.
- Świetnie - przyjrzał jej się z udawaną powagą.
- Mam kilka kolejnych pomysłów - rzucił spokojnie i tym razem uśmiechnął się łagodniej. Nie był to już wyłącznie żart rzucony po to, żeby ją rozbawić. Naprawdę lubił patrzeć na Louise, zwłaszcza kiedy znikało z jej twarzy napięcie, z którym przyjechała do Hiszpanii. Jej uśmiech miał w sobie coś, co sprawiało, że sam odruchowo stawał się mniej powściągliwy. Być może właśnie dlatego coraz trudniej przychodziło mu zachowywanie dystansu, który jeszcze niedawno uważał za rozsądny.
Krótkie wyznanie koleżanki dotyczące samotności sprawiło, że uśmiech na moment nieco złagodniał. Nie potrzebował dalszych wyjaśnień, by zrozumieć, że za tymi słowami kryło się coś więcej, niż Louise była gotowa powiedzieć podczas wieczornego spaceru. Stifler nie zamierzał jednak wykorzystać jej szczerości jako pretekstu do wypytywania o małżeństwo. Nie chciał też robić z siebie człowieka, który przyjechał jej na ratunek, bo to byłoby równie aroganckie, co niesprawiedliwe wobec niej. Mógł jedynie przyjąć do wiadomości to, co mu zdradziła, i pokazać jej, że nie musi przy nim niczego udawać.
- W takim razie dobrze, że przyjechałaś - powiedział ciszej.
Zerknął na nią, a w jego oczach pojawił się cień rozbawienia.
- Naprawdę, bardzo się cieszę - jego ton był znacznie poważniejszy niż wcześniej, przez co zabrzmiało to niczym oświadczenie. Nie rozwijał jednak tematu, bo nie chciał odbierać jej prawa do decydowania, ile ze swojego życia zamierza mu pokazać. Zamiast tego pozwolił, by spacer toczył się dalej, a ich splecione dłonie stały się czymś coraz bardziej naturalnym. Co jakiś czas zerkał na nią z uśmiechem.
Kiedy Beckett wspomniała, że mogą zobaczyć wszystko po kolei, zaśmiał się cicho.
- Ambitny plan - uśmiechnął się lekko, choć w głowie miał już zdecydowanie inne scenariusze, w których grali główne role.
Przez cały ten czas Stifler nie zamierzał też puszczać jej dłoni tylko dlatego, że oboje byli świadomi, iż dla zwykłych znajomych taki gest mógłby być nieco zbyt intymny. Nie musiał od razu nazywać tego, co działo się między nimi. Wystarczało mu, że Louise nie tylko pozwoliła mu się dotknąć, ale sama splotła ich palce, jakby chciała upewnić go, że nie jest to wyłącznie uprzejmość.
Dopiero jej ostatnia propozycja sprawiła, że Karrion na moment całkowicie zapomniał o mijanych ulicach. Zatrzymał się i obrócił w jej stronę, nie wypuszczając jej dłoni. Przez sekundę patrzył na nią z niedowierzaniem, po czym na jego twarzy powoli pojawił się uśmiech, znacznie mniej niewinny niż poprzednie.
- Lou, z tobą drinka mogę wypić wszędzie - rzucił spokojnym tonem. Pochylił nieznacznie głowę, przyglądając się jej twarzy. Nie próbował już nawet ukrywać, jak bardzo podoba mu się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa.
- Więc tak. Chcę wypić z tobą drinka na moim balkonie. I nie będę udawać, że podziwiać będę jedynie ocean - uśmiechnął się szerzej, po czym lekko uniósł ich splecione dłonie.
- Chcę spędzić z tobą jak najwięcej czasu - przez moment milczał, po czym jego uśmiech stał się odrobinę bardziej zaczepny. Przesunął kciukiem po jej dłoni jeszcze raz, po czym ruszył dalej, tym razem nieco bliżej niej niż wcześniej.
- Będąc całkowicie szczerym, Lou - zaczął znów charakterystycznym dla siebie spokojnym tonem.
- Lecę na ciebie - wyznał otwarcie, spoglądając z ciekawością na brunetkę, która mogła się nie spodziewać tych słów.
- Nie zamierzam podejmować za ciebie żadnych decyzji ani udawać, że nie wiem, w jakiej jesteś sytuacji. Ale nie będę też robił z siebie świętego, który nie zauważa, co dzieje się między nami - spojrzał na nią, a następnie uśmiechnął się znowu, tym razem nieco łagodniej.
- Bo ewidentnie coś jest i gdyby to zależało tylko ode mnie, już dawno bylibyśmy w drodze do sypialni - rzucił niby spokojnie, jednak gdzieś tam w środku kotłowało się, ponieważ nie przywykł do takich wyznań, ale jednocześnie też nie mógł zlekceważyć tego, jak rozwija się ich relacja. Pierwszy raz odkąd się znają wyczuł swoją szansę i co istotniejsze, dostrzegł zainteresowanie również z jej strony. To było zupełnie nowe rozdanie i Stifler, który wyznał przecież, że czuje się samotny, w końcu dostrzegł szansę na to, by to zmienić.
Louise Beckett