36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z zainteresowaniem słuchała, gdy Karrion opowiadał o tym jak wyglądała obecnie jego codzienność. Była pełna podziwu dla tego czym się zajmował i że potrafił to pogodzić, znajdując jakimś cudem na to wszystko czas. Miała słabość do ludzi takich jak on - pracowitych i posiadających jakiekolwiek pasje w życiu, nieważne co by to było, bo przecież i do jego zawodu z czasem zdołała się przekonać.
— Ogarniasz tyle rzeczy na raz! Jesteś niesamowity — pochwaliła, spoglądając w jego stronę z szerokim uśmiechem. W jej głowie znów przewijały się wspomnienia sprzed lat i słowa, które słyszała od swoich rodziców na temat Stiflera. Nie mylili się co do niego, ale możliwe, że była wtedy zbyt młoda i głupiutka, by to zrozumieć. Poza tym, pragnienie buntu przeciwko nim przyćmiewało w tamtym czasie absolutnie wszystko.
— Mam nadzieję, że nie jestem jedynym architektem jakiego znasz, bo wtedy twój komplement zupełnie nic nie znaczy — wtrąciła, śmiejąc się przy tym cicho i trącając go łokciem w bok.
Trzeba przyznać, że trochę mu zazdrościła. Jak sam zdążył wspomnieć, nie musiał już nigdzie biec, a mimo to i tak nie zwalniał. Grafik cały czas miał bardzo napięty i pracował nie mniej intensywnie niż u szczytu swojej kariery. Louise pragnęła tego samego. Chociaż pożałowała pozbycia się firmy niemal od razu, to chyba dopiero teraz zaczęła uświadamiać sobie jak wielki był to błąd. Wyjazd z Karrionem do Hiszpanii był więc dla niej dobry pod wieloma względami. Był nie tylko szansą na mały reset w pięknym miejscu i odnowienie znajomości z bokserem, ale chyba przede wszystkim dawał jej możliwość na przemyślenie pewnych spraw z dala od osób, które próbowały dotychczas kontrolować jej życie. Nareszcie zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo tęskniła za pracą i że nie chciała już nigdy więcej czuć się przez kogokolwiek zniewolona. Jednak znając ją, pewnie tylko na rozkminach się skończy.
Wiedziała, że nie potrzebował niczyjego współczucia i nie po to jej to wszystko opowiadał, ale i tak zrobiło jej się go okropnie żal. Nie przerywała mu, od czasu do czasu zerkając tylko na niego z pokrzepiającym uśmiechem, choć naprawdę nie wyglądał na kogoś, komu potrzebne było pocieszenie.
— Swoją drogą, obiad był wyśmienity. Dzięki, że mnie tam zabrałeś i… — zrobiła krótką pauzę, zastanawiając się nad swoimi kolejnymi słowami. Po kilku sekundach ciszy, westchnęła i pokręciła głową — …i w ogóle za wszystko. Dziękuję. — uśmiechnęła się do niego lekko. Nie chciała powiedzieć choćby jedno słowo za dużo i przy tym przesadnie się przed nim obnażyć. Emocjonalnie obnażyć, ma się rozumieć!
— Masz rację, potrzebowałam tego — przyznała, wiedząc już, że zupełnie niepotrzebnie martwiła się tym wyjazdem i broniła się przed nim. Choć oczywiście problemem nie była sama podróż za ocean, a poinformowanie o niej męża. To właśnie jego reakcji Lou obawiała się wtedy najbardziej, co w tamtym momencie, po czasie i będąc daleko od niego, wydawało jej się absurdalne — Ale mi słodzisz… — mruknęła, jednak wyraz jej twarzy mógł sugerować, że była to typowa żartobliwa zaczepka —Zmienię się przez ciebie w jakiegoś zarozumialca nie do zniesienia. I co wtedy? — na jej twarzy znów pojawił się uśmiech. Bardziej niż to, że według niego była “piękna”, cieszyło ją wyznanie Karriona na temat tego jak się przy niej czuł. Lekko zaskoczona, uniosła na niego wzrok, gdy nagle ją objął. Nie było w tym nic niewłaściwego - ot, niewinny, przyjacielski gest, jednak nawet taki dotyk był między nimi rzadkością. Automatycznie zwolniła kroku i pewnie w końcu przystanęłaby, żeby przypadkiem nie potknąć się o własne nogi, ale wtedy też mężczyzna zdążył się już wycofać.
— Rozumiem. Czasami każdy się tak czuje. Nawet ci, którzy od lat są w związkach. Wierz mi — powiedziała szczerze, zanim zdążyła dobrze to przemyśleć. Nie chcąc dopuścić do niezręcznej ciszy między nimi, rzuciła zaraz — Prowadzisz mnie w jakieś konkretne miejsce, czy rzeczywiście pospacerujemy sobie bez celu?


Karrion Stifler
ave
szkoda strzępić ryja
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nie lubi czarnej kawy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe-Man & Skeletor
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Zerknął na Louise z lekkim rozbawieniem, kiedy ta zaczęła zachwycać się ilością rzeczy, które udało mu się upchnąć w swoim obecnym życiu. Komplement najwyraźniej sprawił mu przyjemność, choć nie zamierzał dawać jej tej satysfakcji w zbyt oczywisty sposób. Przez lata przywykł raczej do tego, że ludzie oczekiwali od niego konkretów niż rozdawali mu pochwały.
- Uważaj, bo jeśli będziesz mnie tak komplementować, jeszcze zacznę w to wierzyć - uniósł lekko brew, a na jego twarzy pojawił się szerszy uśmiech. - A wtedy będziesz miała problem. Czterdziestoletni facet z ego większym od swojego bica - po chwili pokręcił głową, jakby sam uznał własne słowa za przesadzone. - Ale prawda jest taka, że chyba po prostu nie potrafię siedzieć bezczynnie. Przez lata ciągle coś robiłem, nawet jeśli byłem kontuzjowany, więc... zostało mi to do teraz - wzruszył ramionami.
Kiedy Beckett zaczepiła go o to, czy rzeczywiście jest jedyną architektką, którą zna, Karrion spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem. Przez chwilę nic nie mówił, jakby specjalnie chciał przeciągnąć moment, zanim udzieli odpowiedzi.
- Nie. Znam jeszcze kilka - zrobił krótką pauzę. - Ale żadna z nich nie przyjechała do Hiszpanii, żeby przez tydzień urządzać mi życie, krytykować mój dom i jednocześnie wyglądać tak, że właściciel zaczyna zapominać, po co właściwie ją zatrudnił - posłał jej znaczące spojrzenie. - Więc komplement nadal się liczy - nie próbował nawet ukrywać, że druga część wypowiedzi była celowo znacznie bardziej osobista. Uśmiechnął się tylko pod nosem.
Kiedy podziękowała mu za obiad, wyjazd i właściwie wszystko, co wydarzyło się od momentu jej przyjazdu, Karrion przez chwilę milczał. Tym razem jego uśmiech był znacznie spokojniejszy.
- Nie musisz mi za to dziękować - odwrócił głowę w jej stronę. - Chciałem, żebyś tutaj dobrze się bawiła. I chciałem spędzić z tobą trochę czasu - drugie zdanie wypowiedział tak zwyczajnie, jakby nie było w nim nic szczególnie znaczącego. - Chociaż przyznam, że po dzisiejszym wieczorze zaczynam uważać, że dostałem w zamian trochę więcej, niż się spodziewałem - uśmiechnął się do niej, pozwalając, żeby sama zdecydowała, jak odczyta te słowa.
Następnie Lou przyznała, że rzeczywiście potrzebowała tego wyjazdu, Karrion tylko przytaknął. Nie zamierzał triumfować z powodu tego, że jego wcześniejsze przekonywanie jej okazało się skuteczne. Bardziej cieszyło go to, że naprawdę zaczynała się tutaj odprężać. Za to jej komentarz o słodzeniu sprawił, że zaśmiał się cicho.
- Jeśli po kilku dniach ze mną staniesz się zarozumiałą kobietą, z którą nie da się wytrzymać, to chyba trzeba będzie to komuś zgłosić - zakpił trochę z niej, bo nie wierzył w to, że z dnia na dzień ktoś może stać się zarozumiałym chujem czy pizdą. - Ale mam pewien plan - zrobil krótką pauzę i spojrzał na nią. - Będę ci nadal mówił, że jesteś piękna, dopóki nie przestanie ci to sprawiać przyjemności - kącik jego ust uniósł się wyżej. - Więc chyba jeszcze trochę to potrwa, co? - brew drgnęła mu ledwie zauważalnie, a następnie zachichotał lekko.
Dopiero po chwili wrócił myślami do uwagi o samotności. Tym razem jego spojrzenie zatrzymało się na niej nieco dłużej.
- Wierzę ci - zamilkł na kilka sekund, po czym uśmiechnął się lekko. - Powiedziałaś mi to jako ogólną obserwację, czy próbujesz mi coś zasugerować? - nie było w jego głosie oskarżenia ani nacisku. Wręcz przeciwnie, brzmiał tak, jakby specjalnie rzucał jej piłkę i czekał, czy zdecyduje się ją odbić. - Nie musisz odpowiadać - dodał spokojnie. - Ale skoro to moment szczerości, to przyznam, że bardzo podoba mi się myśl, że przy mnie możesz czuć się mniej samotna - po tych słowach objął ją spojrzeniem, tym razem już zupełnie otwarcie. Nie próbował udawać, że chodzi mu wyłącznie o przyjaźń.
Kiedy jednak Louise zapytała, dokąd właściwie idą, Karrion roześmiał się cicho i pokręcił głową.
- Nigdzie - spojrzał przed siebie, a potem rozłożył lekko ręce. - Całe San Sebastian jest warte zobaczenia - zerknął na nią. - Możemy zejść nad wodę. Możemy przejść przez stare miasto. Możemy znaleźć jakiś mały lokal, wypić coś i siedzieć tam przez godzinę. Albo możemy po prostu iść przed siebie i zobaczyć, gdzie nas nogi poniosą - na moment zatrzymał wzrok na jej twarzy. - Dzisiaj pierwszy raz od dawna naprawdę nigdzie nie muszę być. I chciałbym to wykorzystać - uśmiechnął się pod nosem. Zrobił jeszcze kilka kroków, po czym wyciągnął rękę w jej stronę. Nie chwycił jej od razu. Zatrzymał dłoń między nimi, pozostawiając jej decyzję, czy ją przyjmie.
- Więc chodź. Bez planu - znów się uśmiechnął, świadom tego, że w tym oto momencie proponuje choćby na chwilę pójść z Beckett za rękę. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że miała przecież męża.
Po krótkiej chwili dodał już z typowym dla siebie spokojnym rozbawieniem.
- To co się dzieje w San Sebastian, zostaje w San Sebastian - sparafrazował słowa dotyczące Vegas. - Chociaż... nie zawsze - puścił jej oczko, sugerując tak naprawdę wszystko i nic. Ale przede wszystkim to, że jeśli Louise czegoś chce, to powinna w końcu po to sięgnąć i nie przejmować się konsekwencjami. On już dał jej dostatecznie dużo furtek, by z którejś mogła w końcu skorzystać.

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdaniem Louise, Stiflerowi było daleko do zapatrzonego w siebie buca, dlatego też nie widziała nic złego w byciu wobec niego szczodrą w kwestii komplementów. Nie mówiła też tego tylko z grzeczności, czy nawet po to, by zrobić mu przyjemność (choć pewnie po części dlatego), ale naprawdę była pod wrażeniem jego pracowitości i tego, że nie tracił zapału. Wielu ludzi na jego miejscu rzeczywiście zwolniliby tempa. Ktoś z tak imponującą karierą i tyloma sukcesami na koncie, mógłby już spokojnie odetchnąć i cieszyć się emeryturą, szczególnie w tak młodym wieku. Ale Karrion najwyraźniej pragnął od życia czegoś więcej i właśnie to jej imponowało.
— Właśnie o to chodzi! Powinieneś w to uwierzyć — przy tych słowach aż przyklasnęła w dłonie, spoglądając na niego z promiennym uśmiechem — Przerośnięte ego ci nie grozi, mój drogi.
Lekko rozbawiona, uniosła brwi w oczekiwaniu, gdy specjalnie przeciągał moment swojej odpowiedzi. Gdy w końcu to zrobił, zaczęła kręcić tylko powoli głową przecząco, jakby nie zgadzała się z ani jednym jego słowem, jednak nie przerywała mu. Dopiero gdy wspomniał o jej wyglądzie, odwróciła wzrok, uśmiechając się pod nosem.
— Ale ja wcale nie przyjechałam tu po to, by krytykować twój dom — odparła zdecydowanie — Przyjechałam spełniać twoje zachcianki. Te projektowe, rzecz jasna — zerknęła znów w jego stronę, z tym samym, tajemniczym uśmiechem, po czym dodała — Chociaż… gdybyś miał jakieś inne, to też możesz mi o nich powiedzieć. Zobaczę co da się zrobić — ściszyła głos i nieco zwolniła kroku, mierząc go przy tym wzrokiem. Jeśli Stifler miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy Louise z nim flirtowała, to w tamtym momencie chyba już nie powinien ich mieć. Robiła to otwarcie. Robiła to też w pełni świadomie. Słowa nie były przypadkowe. Nie było mowy o żadnym przejęzyczeniu, czy też tym, że “zapomniała się”. Wiedziała co robi i chciała, by on też zdawał sobie z tego sprawę. Tak jak i z tego, że mógł to wykorzystać.
— Masz rację. Chyba nie ma szans, by mi się to znudziło albo przestało sprawiać mi przyjemność — przyznała, nie mogąc wyjść z podziwu jak ten prosty komplement sprawiał, że czuła się cudownie. A może nie chodziło do końca o sam epitet, a o to kto go wypowiadał? Piękna. Mogło przecież brzmieć jak totalny banał. Ale nie z ust Karriona.
Była już gotowa zaprzeczyć i obronić się przed jego domysłami co do tego, że swoją wypowiedzią sugerowała coś więcej. Mimo braku kontaktu z Beckett przez tyle lat, bokser odczytywał ją bezbłędnie - jej zachowanie, słowa, a nawet to co było ukryte gdzieś między wierszami. Nie wiedziała jeszcze czy bardziej powinno ją to przerażać, czy może przynosić jej komfort.
— Och, nawet nie masz pojęcia… — potwierdziła tylko, bo rzeczywiście udawało jej się przy nim zapominać o samotności i innych troskach. Nie zamierzała też już udawać przed nim, że wszystko było w jak najlepszym porządku, kiedy tak wcale nie było, a wszystko przez ten moment szczerości, na jaki sam się ośmielił. Nie chciała jednak rujnować tak miłej przechadzki swoimi zwierzeniami, dlatego póki co nie zagłębiała się bardziej w ten temat.
— Może być też wszystko po kolei — zaśmiała się cicho i zawahała się tylko przez moment, zanim chwyciła jego dłoń — W takim razie zobaczmy gdzie nas poniesie. Bez planu — powtórzyła, odwzajemniając uśmiech i splatając ich palce ze sobą.
To co się dzieje w San Sebastian, zostaje w San Sebastian.
To zapewnienie wywołało w kobiecie dziwne uczucie. Dziwne, ale przyjemne. Coś czego prawdopodobnie nie czuła nigdy. W jej głowie pojawiały się coraz bardziej nieprzyzwoite myśli. Jako mężatka zdecydowanie nie powinna nigdy przekraczać tych granic, nawet jeśli była to nadal wyłącznie fantazja, ale nie mogła się powstrzymać i w ogóle nie czuła się z tego powodu winna.
— To taka ogólna obserwacja, czy próbujesz mi coś zasugerować? — powtórzyła jego pytanie, tym razem jednak w zupełnie innym kontekście — Bo jeśli to drugie, to po spacerze chętnie dam się zaprosić na drinka… na przykład na twoim balkonie.


Karrion Stifler
ave
szkoda strzępić ryja
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nie lubi czarnej kawy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe-Man & Skeletor
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Były bokser nie potrafił powstrzymać uśmiechu, kiedy Louise z takim entuzjazmem zapewniła go, że przerośnięte ego mu nie grozi. Przez moment przyglądał jej się z rozbawieniem, jakby próbował zdecydować, czy powinien potraktować to jako komplement, czy raczej ostrzeżenie. Ostatecznie uznał, że nie ma sensu przesadnie analizować czegoś, co zwyczajnie sprawiało mu przyjemność.
- W takim razie, jeśli kiedykolwiek zacznę zachowywać się jak nadęty dupek, będę wiedział, kogo za to winić - odparł, zerkając na nią kątem oka.
Puścił jej oczko, po czym zaśmiał się cicho. Nie zamierzał jednak zaprzeczać temu, że jej pochwały były dla niego miłe. W przeszłości słyszał już wiele komplementów, zarówno dotyczących wyglądu, jak i osiągnięć sportowych, ale większość z nich pochodziła od ludzi, którzy znali przede wszystkim jego nazwisko, medialny wizerunek albo wyniki kolejnych walk. Louise miała nad nim tę przewagę, że pamiętała go jeszcze sprzed tego wszystkiego. A przynajmniej sprzed momentu, w którym jego życie stało się dla innych tak interesujące.
Jej kolejna uwaga sprawiła, że uniósł brew. Początkowo wyglądał na człowieka, który zamierza odpowiedzieć jej równie niewinnie, ale gdy tylko dotarło do niego, co właściwie powiedziała, uśmiech na jego twarzy stał się znacznie bardziej wymowny.
- Moje zachcianki, powiadasz? - powtórzył, nieznacznie zwalniając krok. - Te projektowe, rzecz jasna - ostatnie trzy słowa zabrzmiały niemal identycznie jak w jej ustach. Karrion wyraźnie rozsmakował się w tym niewinnym zastrzeżeniu, które oboje doskonale wiedzieli, że nie było już takie niewinne.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, pozwalając, by jej własna propozycja wybrzmiała między nimi. Nie musiał być szczególnie bystrym człowiekiem, żeby zrozumieć, że Louise nie rzuciła tych słów przypadkiem. Zresztą nawet gdyby wcześniej miał jeszcze jakieś wątpliwości, jej spojrzenie i sposób, w jaki zwolniła kroku, skutecznie je rozwiewały.
- To dość niebezpieczna oferta - kącik jego ust uniósł się wyżej. - Dajesz mi wolną rękę, pozwalasz zgłaszać zachcianki i rozważysz, co z nimi zrobisz - przesunął kciukiem po jej dłoni, którą wciąż trzymał, nie zamierzając udawać, że bliskość ta jest dla niego obojętna. - Mogę odnieść wrażenie, że próbujesz mnie sprowokować. Przy mojej upartości tak łatwo nie zejdziemy z tej drogi - spojrzał jej prosto w oczy, a następnie uśmiechnął się z rozbrajającą bezczelnością. - Oczywiście w kwestii projektowania. Bo co innego mógłbym mieć na myśli? - tym razem nie wytrzymał i parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony własnym komentarzem. Nie zamierzał jednak odwracać wzroku ani wycofywać się z tego, co właśnie zasugerował. Louise otworzyła przed nim drzwi, a on nie miał zamiaru udawać, że nie zauważył zaproszenia.
Kiedy przyznała, że komplementy wcale jej się nie nudzą, Karrion spojrzał na nią z satysfakcją, której nawet nie próbował ukrywać. W gruncie rzeczy nie potrzebował wiele więcej. Wiedział, że nie chodziło wyłącznie o samo słowo, lecz również o to, kto je wypowiadał. I świadomość, że właśnie jego opinia wywołuje w niej taki efekt, była zdecydowanie przyjemna.
- Czyli mogę kontynuować? - zapytał, udając, że potrzebuje oficjalnego pozwolenia. - Świetnie - przyjrzał jej się z udawaną powagą. - Mam kilka kolejnych pomysłów - rzucił spokojnie i tym razem uśmiechnął się łagodniej. Nie był to już wyłącznie żart rzucony po to, żeby ją rozbawić. Naprawdę lubił patrzeć na Louise, zwłaszcza kiedy znikało z jej twarzy napięcie, z którym przyjechała do Hiszpanii. Jej uśmiech miał w sobie coś, co sprawiało, że sam odruchowo stawał się mniej powściągliwy. Być może właśnie dlatego coraz trudniej przychodziło mu zachowywanie dystansu, który jeszcze niedawno uważał za rozsądny.
Krótkie wyznanie koleżanki dotyczące samotności sprawiło, że uśmiech na moment nieco złagodniał. Nie potrzebował dalszych wyjaśnień, by zrozumieć, że za tymi słowami kryło się coś więcej, niż Louise była gotowa powiedzieć podczas wieczornego spaceru. Stifler nie zamierzał jednak wykorzystać jej szczerości jako pretekstu do wypytywania o małżeństwo. Nie chciał też robić z siebie człowieka, który przyjechał jej na ratunek, bo to byłoby równie aroganckie, co niesprawiedliwe wobec niej. Mógł jedynie przyjąć do wiadomości to, co mu zdradziła, i pokazać jej, że nie musi przy nim niczego udawać.
- W takim razie dobrze, że przyjechałaś - powiedział ciszej.
Zerknął na nią, a w jego oczach pojawił się cień rozbawienia.
- Naprawdę, bardzo się cieszę - jego ton był znacznie poważniejszy niż wcześniej, przez co zabrzmiało to niczym oświadczenie. Nie rozwijał jednak tematu, bo nie chciał odbierać jej prawa do decydowania, ile ze swojego życia zamierza mu pokazać. Zamiast tego pozwolił, by spacer toczył się dalej, a ich splecione dłonie stały się czymś coraz bardziej naturalnym. Co jakiś czas zerkał na nią z uśmiechem.
Kiedy Beckett wspomniała, że mogą zobaczyć wszystko po kolei, zaśmiał się cicho.
- Ambitny plan - uśmiechnął się lekko, choć w głowie miał już zdecydowanie inne scenariusze, w których grali główne role.
Przez cały ten czas Stifler nie zamierzał też puszczać jej dłoni tylko dlatego, że oboje byli świadomi, iż dla zwykłych znajomych taki gest mógłby być nieco zbyt intymny. Nie musiał od razu nazywać tego, co działo się między nimi. Wystarczało mu, że Louise nie tylko pozwoliła mu się dotknąć, ale sama splotła ich palce, jakby chciała upewnić go, że nie jest to wyłącznie uprzejmość.
Dopiero jej ostatnia propozycja sprawiła, że Karrion na moment całkowicie zapomniał o mijanych ulicach. Zatrzymał się i obrócił w jej stronę, nie wypuszczając jej dłoni. Przez sekundę patrzył na nią z niedowierzaniem, po czym na jego twarzy powoli pojawił się uśmiech, znacznie mniej niewinny niż poprzednie.
- Lou, z tobą drinka mogę wypić wszędzie - rzucił spokojnym tonem. Pochylił nieznacznie głowę, przyglądając się jej twarzy. Nie próbował już nawet ukrywać, jak bardzo podoba mu się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. - Więc tak. Chcę wypić z tobą drinka na moim balkonie. I nie będę udawać, że podziwiać będę jedynie ocean - uśmiechnął się szerzej, po czym lekko uniósł ich splecione dłonie. - Chcę spędzić z tobą jak najwięcej czasu - przez moment milczał, po czym jego uśmiech stał się odrobinę bardziej zaczepny. Przesunął kciukiem po jej dłoni jeszcze raz, po czym ruszył dalej, tym razem nieco bliżej niej niż wcześniej.
- Będąc całkowicie szczerym, Lou - zaczął znów charakterystycznym dla siebie spokojnym tonem. - Lecę na ciebie - wyznał otwarcie, spoglądając z ciekawością na brunetkę, która mogła się nie spodziewać tych słów. - Nie zamierzam podejmować za ciebie żadnych decyzji ani udawać, że nie wiem, w jakiej jesteś sytuacji. Ale nie będę też robił z siebie świętego, który nie zauważa, co dzieje się między nami - spojrzał na nią, a następnie uśmiechnął się znowu, tym razem nieco łagodniej. - Bo ewidentnie coś jest i gdyby to zależało tylko ode mnie, już dawno bylibyśmy w drodze do sypialni - rzucił niby spokojnie, jednak gdzieś tam w środku kotłowało się, ponieważ nie przywykł do takich wyznań, ale jednocześnie też nie mógł zlekceważyć tego, jak rozwija się ich relacja. Pierwszy raz odkąd się znają wyczuł swoją szansę i co istotniejsze, dostrzegł zainteresowanie również z jej strony. To było zupełnie nowe rozdanie i Stifler, który wyznał przecież, że czuje się samotny, w końcu dostrzegł szansę na to, by to zmienić.

Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona również nie czuła potrzeby, by nazywać to co się między nimi działo. Wolała chyba nawet o tym nie myśleć. Tak samo jak o tym, czy to co robiła było właściwe, czy też nie. Wiedziała, że nie, ale w tamtym momencie średnio ją to obchodziło. Chciała dać się temu ponieść i sprawdzić gdzie to zaprowadzi ich oboje. Podobało jej się to, że Karrion nie był kompletnie obojętny na jej próby flirtu i że nie pozostawał jej dłużny.
Tęskniła za tym. Za uwodzeniem, za dwuznacznymi tekstami, a nawet za tym co już też zaczęli razem robić, czyli wzajemne rozbieranie się wzrokiem. Przez tyle lat nieszczęśliwego małżeństwa, zdążyła się od tego wszystkiego odzwyczaić. Między nią i Xavierem już dawno nie było pożądania, czy jakiegokolwiek romantyzmu (chyba że do bycia romantycznym zaliczamy stalkerskie zagrywki jej męża). Na brak jego uwagi wprawdzie narzekać nie mogła, ale był to zupełnie inny rodzaj zainteresowania, jakie dawał jej Stifler. Te, przede wszystkim, nie było spowodowane potrzebą kontrolowania jej każdego kroku. Wynikało z czystej sympatii, potrzebą bliskości. Właśnie tego brakowało jej najbardziej i to dlatego tak szybko zaczęła lgnąć do Karriona, nie bacząc na żadne konsekwencje.
Roześmiała się cicho, znów kręcąc głową, kiedy wspomniał, że jej oferta była niebezpieczna. Przez chwilę nie mówiła nic, pozwalając, by wytłumaczył swój punkt widzenia i zerknęła w dół, na ich dłonie. Dotyk mężczyzny był elektryzujący, mimo że było to zaledwie muśnięcie kciukiem. Spodobało się jej jednak na tyle, że nagle zapragnęła, by dotykał już nie tylko jej dłoni.
— Ależ skąd! Spójrz na mnie tylko — zrobiła pauzę, ściskając go nieco mocniej za rękę i patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się niewinnie — Czy ja ci wyglądam na prowokatorkę? — spytała, nie dając mu jednak wystarczająco dużo czasu na to, by odpowiedział i kontynuowała — Ja tylko liczę na to, że należycie tę okazję wykorzystasz.
Uniosła brew, kiedy bokser zapowiedział, że miał kilka nowych pomysłów, ale już o nic więcej nie pytała. Przez moment panowała między nimi cisza, ale na szczęście nie niewygodna i kłopotliwa, a przyjemna. Cisza, która jeszcze bardziej zdawała się podkreślać seksualne napięcie między nimi. Nie potrafiła przestać się uśmiechać. Szczególnie w chwili, gdy zatrzymali się i stanęli naprzeciwko siebie. Blisko, wciąż trzymając się za ręce.
— Cieszę się, bo ja też chcę spędzić z Tobą jak najwięcej czasu. Nie mogę jednak też zapominać po co tak naprawdę tu przyjechałam — powiedziała, unosząc palec wskazujący wolnej dłoni, jakby mu groziła.
Stifler od zawsze był dość bezpośredni, ale trzeba przyznać, że Louise nie spodziewała się usłyszeć podobnego wyznania z jego ust, a przynajmniej nie w tamtym momencie. Patrząc na nią, nie zobaczył jednak żadnego zakłopotania ani nawet zdziwienia. Nadal się uśmiechała, w dodatku skinęła jeszcze głową na znak, że zgadzała się z tym, że coś się między nimi działo. Czy za szybko? Bardzo możliwe. Ale nie zamierzała udawać, że nie czuła tego cudownego, wzajemnego przyciągania.
— Pozwól, że cię oświecę — westchnęła cicho i jeszcze bardziej się zbliżyła, niemal wtulając się w jego bok — Już jesteśmy w drodze do sypialni. No, a raczej na balkon, ale stamtąd do twojego łóżka jest już całkiem niedaleko, prawda? — uniosła znów głowę, by móc na niego spojrzeć i uśmiechnęła się pod nosem zaczepnie, wyczekując reakcji — Wiesz, gdyby to ode mnie zależało, zrzucałabym już z siebie ciuchy, ale nie martw się, nie narobię ci tutaj wstydu przy ludziach i grzecznie poczekam aż przekroczymy chociaż próg twojego domu — obiecała, nie bawiąc się już w żadne dwuznaczności, a bardzo odważnie i otwarcie dając mu do zrozumienia, że nie mogła się już tego momentu doczekać.


Karrion Stifler
ave
szkoda strzępić ryja
41 y/o
Enjoy the simplest things
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nie lubi czarnej kawy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiHe-Man & Skeletor
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Stifler miał w sobie pewnego rodzaju urok osobisty, który pozwalał mu bardzo łatwo nawiązywać kontakty z płcią przeciwną i ją uwodzić bez konieczności stosowania pewnych zagrywek, jakich dopuszczali się choćby inni ze Stiflerów. Tych Stiflerów. Nigdy jednak nie przekraczał pewnej granicy i przede wszystkim nigdy też nie był w tym namolny. Zazwyczaj wychodziło to samoistnie, spontanicznie i wystarczyły tylko jego bicepsy do tego, by nogi dziewczyn się uginały na jego widok.
Zgodnie z jej życzeniem spojrzał na nią, przekrzywiając nawet lekko głowę, jakby faktycznie zastanawiał się nad wersją "Louise prowokatorka".
- Należycie wykorzystam, hmm... - jego wzrok zmienił się w coś znacznie bardziej tajemniczego, przy czym widać było w jego spojrzeniu nutkę ekscytacji wymieszanej z ciekawością, co tak naprawdę brunetka mogła mieć na myśli.
Kiedy stanęli naprzeciw siebie, wszystko inne tak naprawdę przestało mieć znaczenie. Stifler wiedział, że powie jej teraz coś tak bardzo bezpośredniego i sprzecznego z profesjonalnym wyjazdem, że nigdy nie wrócą już do tej relacji, która łączyła ich teraz. Był to jednak jego moment, pierwszy raz odkąd znał Beckett, kiedy furtka do jej serca została chociaż trochę uchylona. A on zawsze chciał znaleźć tam dla siebie trochę miejsca.
Przez jego kręgosłup przeszedł bardzo przyjemny dreszcz ekscytacji, kiedy Louise wprost stwierdziła, że chciałaby go posiąść tu i teraz. Był zaskoczony jej otwartością w tej kwestii, ale jak widać, kolejny raz dobrze rozszyfrował wysyłane przez nią sygnały. Tkwiła w nieszczęśliwym małżeństwie, potrzebowała uwagi, adoracji i przede wszystkim kogoś, kto ponownie sprawi, że Beckett uwierzy w swoją wyjątkowość.
- Dobrze robisz - przyznał na jej komentarz o zrzucaniu ciuchów już teraz. - Ale mylnie sądzisz, że by mnie to zawstydziło - dodał i nachylił się, by wyszeptać jej coś do ucha. - Wkurzyłoby mnie jedynie to, że inni mają dostęp do widoku, który jest przeznaczony tylko dla mnie... - na koniec celowo musnął wargami płatek jej ucha, po czym odsunął się i uśmiechnął, tym razem w zupełnie inny sposób niż wcześniej - z większą domieszką flirtu i przesadnej, niemal stiflerowej pewności siebie.
W pewnej chwili postanowił zrobić coś, co chodziło mu po głowie już od dobrych kilku minut. Nachylił się szybko i wpił w jej usta, inicjując soczysty pocałunek przesiąknięty pożądaniem oraz uczuciem, które rosło wraz z każdą chwilą spędzoną z Louise. Odsunął się od kobiety dopiero po jakimś czasie i zacisnął nieco mocniej palce na ich splecionych dłoniach.
- Napokazywałem ci już tego San Sebastian - rzucił pewnie. - Teraz musisz dobrze zapoznać się z moim domem tutaj. Zaczniemy od sypialni - poruszył wymownie brwiami i pociągnął Beckett w kierunku samochodu, którym przyjechali do centrum miasta. Podróż nie obyła się bez przeszkód, bowiem wielokrotnie zatrzymywali się tylko po to, by ponownie się pocałować, objąć czy dotknąć tak, jak dotyka się dwoje spragnionych cielesnych wrażeń ludzi. Otworzył jej drzwi i wpuścił ją do środka, po czym sam zajął miejsce kierowcy i ruszył niemal z piskiem opon z parkingu, pokazując tylko, jak bardzo zależy mu na tym, by jak najszybciej skonsumować "to coś" między nimi w jego domu.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Louise Beckett
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uroku osobistego nie można mu było odmówić. Stifler miał w sobie coś, co przyciągało do niego ludzi i dzięki czemu w łatwy sposób zdobywał ich sympatię. Ulegały temu nie tylko kobiety, czego Louise nie raz była świadkiem, gdy kiedyś pojawiali się na tych samych przyjęciach. Sama też nie była tak zupełnie odporna na jego czar. Bicepsy to sprawa drugorzędna! Piękne, wyrzeźbione ciało pewnie nie zwróciłoby jej uwagi tak mocno, gdyby nie miał przy tym nic do powiedzenia. Karrion jednak szybko udowodnił, że nie był bezmózgim bokserem, obalając stereotypy, w które ślepo wierzyła. Nawet rodzice Louise go polubili, co niestety finalnie okazało się czymś, co stanęło im na przeszkodzie i skutecznie jej go obrzydziło.
W tamtym momencie nie było już odwrotu. Oboje wyznali już zbyt wiele, by móc się z tego wycofać i udać, że z nic z tego nie miało miejsca. Była podekscytowana tym, co się między nimi działo i nie zamierzała też już dłużej ukrywać rosnącego w niej podniecenia. Cała ta sytuacja przypomniała jej o tym, że gdy tylko chciała, potrafiła flirtować i uwodzić. Mężczyzna, zgodnie z tym czego sobie życzyła, dobrze to wykorzystywał. Chciała, by ta chwila zapomnienia nadal trwała, a Karrion to umożliwiał, nie bacząc na konsekwencje.
Przechodził ją przyjemny dreszcz, za każdym razem, gdy się do niej zbliżał. Słysząc tuż przy uchu jego szept, przymknęła na moment oczy. Miała ochotę w końcu go pocałować, dotykać. Powstrzymywała się jednak, chcąc wytrwać w swojej obietnicy, że będzie cierpliwie czekać, aż trafią z powrotem do domu Stiflera. Na szczęście to on wyprzedził fakty i zupełnie jakby potrafił przeczytać wszystkie myśli Beckett, złączył ich usta w namiętnym pocałunku. Ten moment zmienił wszystko. Nie miała żadnych wątpliwości co do tego co zamierzała z nim zrobić. Nie miała wątpliwości co do swoich uczuć. Po raz pierwszy od długich lat, pragnęła kogoś tak mocno, że zapominała o całym świecie.
Na jego słowa roześmiała się tylko i pokiwała głową, znów przyciągając go do siebie w dół, by móc znów złożyć całusa na jego wargach. Tym razem jednak już znacznie krócej i delikatniej. W drodze do samochodu, oboje znacznie przyspieszyli kroku. Zachowywali się jak dwójka napalonych nastolatków, zatrzymując się jeszcze kilka razy na małą wymianę czułości, zanim w ogóle dotarli do pojazdu. Jak już zdążył wspomnieć - miała jeszcze sporo czasu na to, by zapoznać się z jego domem. Zamiast tego - póki co, zamierzała dobrze zapoznać się z jego ciałem.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description



Karrion Stifler
ave
szkoda strzępić ryja
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”