ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Co ja teraz właściwie wyrabiam?

Caleb parsknął pod nosem do swoich myśli, zbiegając po schodach do parkingu podziemnego, gdzie zostawił swoje auto. Przeczesał palcami roztargnione kosmyki włosów, po czym narzucił kaptur bluzy na głowę. Zdarzało mu się parę razy wstawać w środku nocy, żeby odebrać kogoś z imprezy; była to głównie jego młodsza siostra, zanim odeszła albo Aiden i Caspian, jeśli był im coś winny. Nie sądził, że w końcu nadejdzie ten dzień, w którym pieprzona Hazel Brooks poprosi go o pomoc. I to jeszcze w tak... prozaicznej sprawie, przy której najwidoczniej potrafiła schować dumę do kieszeni. Doprawdy niesamowite. Przez chwilę myślał o tym, żeby po prostu zamówić jej taksówkę, która odwiozłaby ją bezpiecznie do mieszkania, ale ostatecznie sam zdecydował się to zrobić.

Wsiadł do swojego samochodu, poprawiając palcem okulary i wyjechał z apartamentowca, kierując się do podanego przez nią adresu. Nie dostał zbyt wiele informacji o tym, co robiła, z kim była albo dlaczego akurat do niego napisała, jakby nie miała innych znajomych, ale już przez sam wydźwięk wiadomości, mógł się domyśleć, że nie była trzeźwa. Fairchild nie zamierzał mieć jej na sumieniu lub co gorsza, być jakimś podejrzanym, gdyby coś jej się stało. Tak sobie tłumaczył to nagłe zerwanie się grubo po północy, gdy tylko otrzymał od niej wiadomość.

Jeśli miałby jednak kierować się pewną szczerością, to musiałby przyznać, że chciał ją zwyczajnie zobaczyć. Chyba głównie po to, żeby sprawdzić, czy nadal będzie działała na niego tak, jak tamtej nocy na wieczorze integracyjnym. Kolejnego dnia po przebudzeniu, Caleb poczuł się, jakby ktoś oblał go wiadrem zimnej wody. Udawał, że nic się między nimi nie wydarzyło. To było łatwiejsze i bardziej mu odpowiadało, bo nie musiał tego w żaden sposób analizować. Cholera, nie chciał w ogóle o tym myśleć. A jednak już na długo po powrocie do domu, wracał do niej wspomnieniami. Nie kontrolował tego. Nie potrafił zapomnieć jej pocałunków czy palców sunących po jego twarzy i ramionach; te obrazy dosłownie odtwarzały się w jego głowie jak w jakimś chorym zapętleniu, piorąc przy tym jego mózg i rozsądek.

Miał nadzieję, że to zniknie, gdy znów ją ujrzy. Błagał o to. Chciał wrócić do normalności.
Fairchild zatrzymał się gdzieś na uboczu, wydostając się z samochodu i wciskając dłonie w kieszenie swojej bluzy. Oparł się o swój pojazd, obserwując zbliżającą się sylwetkę dziewczyny. Zmierzył ją uważnym spojrzeniem, przechylając głowę do boku. — Pięćdziesiąt dolców — rzucił w ramach powitania. No zdecydowanie nie należała do najtrzeźwiejszych, choć nie on powinien to oceniać. — Co narozrabiałaś, Brooks? — zapytał, bo przecież, gdyby wszystko było w normie, to nie wysłałaby do niego wiadomości z prośbą o odbiór. Na pewno coś przeskrobała, jeśli był jej pierwszą myślą w takim momencie. — Jak zarzygasz mi samochód, to przysięgam, że spędzisz całą dobę, żeby to wszystko posprzątać — ostrzegł.

Hazelnut
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ucieczka przed policją zdecydowanie nie była w jej bingo na ten rok.

Cholera jasna, w ogóle nie powinna dopuścić do takiej sytuacji, powinna unikać problemów i nie dawać się w nie wplątywać, bo przecież sama pracowała na policji. Wyglądałoby to cholernie źle, gdyby nie zdążyła uciec, gdyby ktokolwiek ją złapał. Już widziała moment, kiedy spędza noc w areszcie, a rano jej pracowy ojciec przyjdzie do roboty i spojrzy na nią pogardliwe za kraty — potrafiła sobie wyobrazić, że Javier nie dałby jej ot tak o tym zapomnieć. Teraz jej zmartwieniem było to, że dziewczyny będą tak zawzięte i zaangażowane, że pociągną sprawę dalej. Co jeśli przejrzą kamery? Przecież na nich na pewno będzie widać, kto stał po drugiej stronie zamachu. Hazel chciała przeanalizować cały ten wieczór, dostrzec, czy wina leżała po jej stronie, ale nie umiała. Nie pamiętała. Rozmazywało się to jej w niejasny obraz i była wściekła na samą siebie, a jednocześnie…

…jednocześnie zyskała nową koleżankę. To chyba można zaliczyć do plusów wieczoru, prawda?

Nie wiedziała, co strzeliło jej do głowy, że ze wszystkich numerów w swoim telefonie kliknęła właśnie w ten. Caleb Fairchild okropnie namieszał jej w głowie podczas jednego wieczoru, a ona starała się udawać, że nic takiego się nie wydarzyło — naprawdę, starała się nie okazywać zazdrości, bo wiedziała, że nazajutrz po ich wieczorze, przeleciał jakąś inną laskę i Hazel odebrała to jako jawne pokazanie, że nie mogła poczuć się wyjątkowo. Była jedną z wielu, a i tak, cholera jasna, napisała do niego, z pewnością robiąc z siebie pośmiewisko w jego oczach i jakąś nieudolną dziewczynkę, która po pijaku tak bardzo do niego lgnęła. OKEJ, LGNĘŁA. I co?! Na trzeźwo przynajmniej potrafiła się opanować, a alkohol uwalniał wszystkie jej blokady, które tak twardo trzymała.

A czemu pomyślała o nim jako pierwszym?
Z pewnością jej mózg głupio zasugerował jej tę niefortunną osobę, kiedy Paris rzuciła, że odbierze ją chłopak. No to kto miał odebrać toksykolożkę? Tata? W mózgu pijanej Brooks zaszło wiele mechanizmów, których żaden szanowany i kompetentny lekarz nie potrafiły wyjaśnić. Więc oto ona — idąca w kierunku miejsca, w które się z nim umówiła, bo stwierdziła, że lepsze to niż stanie w miejscu i bycie łatwym kąskiem dla gliniarzy, którzy może jeszcze ich szukali. Podejrzewała, że sprawa już się rozmyła, a służby porządkowe nie zainteresują się tak donosem pijanych dziewczyn, ale warto chuchać na zimne!

Miała nadzieję, że po prostu zaburzyła jej się percepcja. Była tak oniemiała ich ostatnim wieczorem, dlatego tak miło go wspominała. Chciała go zobaczyć i po prostu utwierdzić się w przekonaniu, że jego twarz nadal była denerwująca i jego błysk w jasnych oczach nie prowokował ją do głupich myśli. Tak miało być. Tylko dlaczego z każdym kolejnym stuknięciem obcasów o chodnik, z każdym ubywającym metrem, czuła, jak serce bije jej coraz to szybciej? Nie mogła pojąć tego, co się z nią działo. Stanęła naprzeciwko niego, kiedy nonszalancko opierał się o maskę.

Pięćdziesiąt dolców.
Uśmiechnęła się i zanim zdążyła to jakkolwiek przemyśleć, stanęła lekko na palcach, żeby cmoknąć go w policzek. Zapach jego perfum przywołał do niej lawinę wspomnień z wieczoru integracyjnego, co wywołało u niej krótki paraliż. Odsunęła się nieznacznie, z dość bliska przyglądając mu się szeroko otwartymi oczami. — Płacę tylko w buziaczkach — rzuciła głupio, zaraz odsuwając się i o mało nie potykając się o własne nogi. Kolejne pytanie rozbawiło ją. Ponownie. Tym razem jej uśmiech był kompletnie niewinny, jak u prawdziwego anioła. — Czemu od razu musiałam coś narozrabiać? — zapytała, chociaż w język piekły ją słowa, których nie mogła powiedzieć. Chciałam cię zobaczyć. — Może lubię zatruwać ci życie, co? — zaśmiała się cicho. Zaraz wystawiając dłonie w obronnym geście, po czym zasalutowała. — Tak jest, zero rzygania. Słowo harcerza. — Co prawda harcerzem nie była, ale kto by wnikał? Szybko uciekła w kierunku drzwi pasażera, zanim jeszcze się rozmyśli i odjedzie bez niej. Usiadła na fotelu, grzecznie zapinając się pasami i gdy wsiadł również do samochodu, odwróciła się bardziej w jego kierunku. Można by było pomyśleć, że zaraz poda mu adres i odwiezie ją do domu, ale… — Pojedziemy do maka? — zapytała bezceremonialnie. Mógł odmówić, ale chociaż warto było spróbować? — Zjadłabym cheeseburgera. I mcflurry z frytkami — rozmarzyła się, ciężko wzdychając. — Prooooooszę — przeciągnęła samogłoskę, brzmiąc jak pięciolatka, ale wysiliła się na odrobinę kultury, zanim upomni ją kolejny raz tego wieczora. Wydęła lekko dolną wargę, robiąc najbardziej uroczą minkę. Czy dało się jej odmówić?!

Caleb
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb był dorosłym mężczyzną. Miał poważną i bardzo angażującą pracę, wiążącą się z inteligencją, cierpliwością i pewną upartością. A mimo to, wciąż zdarzało mu się zachować jak najprawdziwszy nastolatek, gdy nie potrafił przetrawić swoich własnych uczuć lub emocji. Czy był dumny z przespania się z inną kobietą, zaledwie dzień po wieczorze, który spędził w towarzystwie Hazel? Prawdę mówiąc, nie myślał o tym zbyt wiele. Nie czuł, że był jej cokolwiek winny. Nie zmieniało to jednak faktu, że tamta dziewczyna nie wymazała wspomnień, związanych z Brooks. Nie sprawiła, że jej usta, dłonie i błękitne oczy, które tak uparcie wpatrywały się w te jego, nagle wyparowały z jego umysłu. Wrócił do punktu wyjścia; do nieświadomego, niemal notorycznego powracania myślami do tamtej chwili na pomoście. Dlatego też dostawał już od tego wszystkiego szału, bo miał dość mętliku w głowie, który wywołała.

A mimo to, wystarczyła wymiana paru, krótkich, głupich wiadomości, by zerwał się z mieszkania w środku nocy, nie zadając nawet zbyt wiele pytań. Czy czuł się jak kretyn? Odrobinę, ale próbował pocieszyć się myślą, że Hazel prawdopodobnie była pijana, a więc mogła być łatwiejsza w obyciu niż na co dzień. Szkoda, że nie potrafili tak dobrze dochodzić do porozumienia na trzeźwo, może ich życie byłoby znacznie łatwiejsze. Gdy nagle cmoknęła go w policzek, Fairchild opuścił na nią zaskoczone spojrzenie; tak bardzo wybiła go tym gestem, że przez chwilę po prostu przyglądał się jej z uwagą, bez dodatkowych słów.

— Co, jak wolę pięćdziesiąt dolców? — rzucił kąśliwie, choć w rzeczywistości to nie, nie potrzebował kasy. Miał jej wystarczająco dużo, by zamiast tego przyjąć jej buziaki, które tak chętnie mu teraz sprezentowała. Widząc, jak zachwiała się na swoich szczudłach, westchnął głośno, przytrzymując jej ramię, żeby znów złapała pion i stabilność. Na tyle, na ile było to teraz możliwe w jej stanie. — Nie sądzę, że byłbym twoją pierwszą myślą w normalnych sytuacjach. Podejrzewam, że igrałaś sobie z prawem, hm? — rzucił półżartem, półserio. Zgadywał. Może trochę droczył się, bo nie sądził, że Hazel to takie niezłe ziółko. — Brooks. Jesteś naprawdę pijana — stwierdził, przyglądając się dziewczynie, jak salutuje. Parsknął cicho pod nosem, bo mimo wszystko bawiła go ta cała sytuacja. — Słaby z ciebie harcerz, ale niech ci będzie — rzucił z wyraźnym rozbawieniem, po raz kolejny poprawiając swoje okulary. Naciągnął bardziej kaptur na głowę, jakby nie chciał, żeby ktoś go rozpoznał i zajął miejsce kierowcy, jeszcze przez chwilę na nią zerkając, żeby upewnić się, że zapięła pasy. — Nie rób tak, bo ci zostanie — mruknął na jej minę, odpalając silnik, by wyjechać na ulicę.

Oczywiście, że ruszył w stronę McDonalda, ale to dlatego, że sam był głodny, okej? Nie kryło się za tym absolutnie nic innego. — Teraz spowiadaj się, Hazelnut. Co przeskrobałaś? Bo nie wiem, czy mam dzwonić po mojego przyjaciela — parsknął, skupiając się na drodze. Dobrze, że w razie co miał Aidena. — Aha i będziesz mi winna przysługę za to dzwonienie po nocach — mlasnął złośliwie, podjeżdżając pod maczka. Pierwsza randka? Po chwili już stali na jednym z miejsc parkingowych; Fairchild podał jej torebkę z jej życzeniami. — Tylko nie upierdol niczego — rzucił, samemu sięgając po frytki. — Co piłaś? Nie paliłaś niczego? — mruknął, przyglądając się jej nieco oceniająco.

Hazelnut
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie miała nigdy relacji rodem z książki, niczym enemies to lovers, ale chwila — ona w ogóle nie zakładała dla nich tego typu zakończenia. Ich relacja była zawieszeniem broni, chwilowym nauczenie się, jak ze sobą żyć, a później… skąd mieli wiedzieć, co będzie później? Może ta zagadka i niestandardowość ich relacji tak bardzo przyciągała ją do niego? To nie podawanie wszystkiego na tacy, ale jednoczesne okazywanie zainteresowania; bo jak inaczej mogła wyjaśnić to, że po nią przyjechał? Coś musiało się zmienić, bo wcześniej taka sytuacja kompletnie nie miałaby miejsca. To coś było jej nieznane i chciała poznać to bardziej, a także przetestować, gdzie była granica.

— Możesz dostać pięćdziesiąt buziaczków. To jest moja waluta — kontynuowała dalej, wzruszając lekko ramionami. Z pewnością na trzeźwo żałowałaby swoich słów, a teraz wychodziły z niej niepokojąco swobodnie. Cholera, jej serce zabiło mocniej, gdy złapał ją w talii, a rzeczywistość bohaterki komedii romantycznej coraz bardziej przybierała na sile. Odsunęła się i skinęła głową w jego kierunku, dziękując za to wsparcie. — Może po naszym ostatnim spotkaniu uważam cię za dobrego kolegę? Może nagle znalazłeś się na liście kontaktów ratunkowych? — zapytała, choć miała świadomość, jak zabawnie musiało to brzmieć. Przecież Caleb jasno postawił sprawę, dla niego przyjaźnie damsko-męskie nie istniały. — Nie igrałam sobie z prawem, po prostu… — zawahał się, odciągając swój wzrok od jego oczu i spojrzeniem przejeżdżając po oknach pobliskiego budynku, jakby szukała w nich odpowiedzi. — Jak pewnie wiesz, lubię rozwiązywać nie swoje konflikty — dodała po chwili, wracając do niego spojrzeniem i dalej utrzymując niewinny, anielski uśmiech. Na własnej skórze przekonał się, że nie miała zbyt dobrych umiejętności mediatorskich, teraz nie zaprezentowała się z lepszej strony. — Nie pijana, tylko nonszalancko podpita — zaznaczyła, wystawiając palec ku górze; to była duża różnica. Najebana, ale dama, tak? Posłała mu niezadowolonego side eye, kiedy nazwał ją słabym harcerzem, jednocześnie godząc w jej nie harcerskie serce. Była przekonana, że gdyby za dzieciaka trafiła do jakiejś dobrej rodziny, która zgodziłaby się na jej uczestnictwo w takich zajęciach pozalekcyjnych, to byłaby fantastyczną harcerką, numer jeden w sprzedaży ciastek i zbierałaby skrupulatnie wszystkie odznaki.

Nawet nie protestował. Pojechał do mcdonalds, a Hazel mało co nie przecierała oczu. Jej pijany mózg rozmyślał przede wszystkim jedno pytanie: czy naprawdę był tak łatwy? Spojrzała na niego z profilu. Nie wyglądał. Raczej podchodził pod kategorię tych, co zawsze musieli postawić na swoje w relacjach, czyli tak zwane wyzywanie dla Brooks. — Przyjaciela? A czym się zajmuje? Jest gliną? Chcesz mnie wydać, kapusiu? — zapytała, wzdychając dramatycznie. — Czy maczek jest moim ostatnim posiłkiem?! — rzuciła z dramatem, opierając się o zagłówek i znowu lekko wydymając dolną wargę. Chyba naprawdę jej tak zostanie. — Zawierałam przyjaźnie. Tak po prostu. Jakaś głupia szmaciura pruła się do innej laski o coś totalnie bezsensownego i potem uciekałyśmy przed patrolem. — A Paris zadzwoniła po swojego chłopaka, więc przez pięć sekund ty też nim zostałeś — dodała grzecznie w swoich myślach. — Może i pociągnęłam ją za włosy, ale ona mi przywaliła i wywróciła nas na chodniku! Chyba nawet mam odrapane kolano — wymamrotała niezadowolona, spoglądając na kolano, które rzeczywiście miało czerwone przetarcie. Obyło się bez rozlewu krwi, ale w domu będzie musiała sobie je zdezynfekować. — Jeśli bycie poszkodowaną to przestępstwo, to zakuj mnie już teraz! — kolejne dramatyczne słowa, podparte wyciągnięciem nadgarstków w jego stronę, idealnie w momencie, kiedy zaparkował przy restauracji pod złotymi łukami. Przeogromną radość sprawiło jej podjechanie po śmieciowe jedzenie, definitywnie weszło jej gastro. Było to prawie że dziecięce szczęście, brakowało, żeby w torbie znajdował się happy meal z zabawką, ale nie — wzięła standardowy zestaw, wrapa z frytkami. — No już nie mogę się doczekać, aż coś wymyślisz. Mam nadzieję, że zaskoczysz mnie kreatywnością — parsknęła; była ciekawa, o jaką przysługę mógłby poprosić ją Caleb. — Nie palę. A piłam… poszłam najpierw na piwo, chciałam zmyć się o wiele szybciej, ale później była midnight margarita i tak jakoś wyszło, że zostałam prawie że do teraz pijąc margaritę — rzuciła zadowolona i przede wszystkim dumna, że udało się jej trafić na taki event. Była w trakcie odwijania swojego wrapa, kiedy zatrzymała się w pół ruchu i spojrzała na zegarek w samochodzie, po czym na niego. — A ty dlaczego nie śpisz o tej godzinie, co? — zapytała, chociaż była wdzięczna, że siedział po nocach. Przynajmniej ucieczka zdawała się prostsza i była… o wiele przyjemniejsza niż mogła myśleć.

fairy
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— To lepiej zacznij już spłacać ten dług, bo nie masz wcale tak wiele czasu — rzucił kpiąco, unosząc przy tym brwi i jednocześnie nachylając się w jej stronę, by mogła sprzedać mu drugiego buziaka w policzek. W takim przypadku, zostanie jej tylko czterdzieści osiem. Zamierzał liczyć każdego z nich, żeby nie przegapić ani jednego z tych wszystkich obiecanych. Układ to układ, tak? — Mhm, już masz mnie pod jedynką? — zapytał z rozbawieniem, bo to była kolejna rzecz, w którą kompletnie nie wierzył. To, że całowali się przez pół nocy, po tej cholernej integracji to jedno. Byli pijani, spragnieni dotyku i uwagi, więc to normalne, że wykorzystali swoją napiętą relację i obecność. Jednak fakt, że Hazel napisała do niego akurat tej nocy, to już oddzielna kwestia, która z każdą sekundą, zaczynała go coraz bardziej ciekawić. — Nie będę ci już przypominał, co myślę o przyjaźniach damsko-męskich. Na pewno doskonale pamiętasz — rzucił, błądząc uważnym spojrzeniem po jej twarzy. — Ale okej, skoro z każdym dobrym kolegą się tak całujesz, to zostańmy tymi przyjaciółmi — zaśmiał się. Jak na razie i tak tylko się z nią droczył, bo nie sądził, żeby była to najrozsądniejsza rozmowa na jej obecny stan. Choć może powinien to wykorzystać i znów wyciągnąć z niej nieco więcej satysfakcjonujących słów? Szczególnie, że teraz był trzeźwy i bardziej świadomy tego, co robił.

— Hazel Brooks — rzucił, wpatrując się w nią z czystą konsternacją, bo jej słowa nie wróżyły niczego dobrego. — Co żeś odwaliła, huh? — zapytał poważnie. No wolał być na to przygotowany, jeśli będzie potrzebowała adwokata, prokuratora albo ich wszystkich razem wziętych. Po niej to aktualnie mógł się spodziewać naprawdę wszystkiego. Caleb opuścił spojrzenie na ten jej niewinny uśmiech i odetchnął ciężko. — Znowu bawiłaś się w mediatorkę? Nie doszliśmy do wniosku, że słabo ci to idzie? — mruknął, kręcąc głową z niedowierzaniem. Kto by pomyślał, że z niej taka mąciwoda. — Nonszalancko — powtórzył za nią, śmiejąc się złośliwie pod nosem. Chociaż kim on był, żeby ją za to oceniać?

Fairchild znów stuknął palcami w swoje okulary, które zjeżdżały mu z nosa i zerknął przelotnie na dziewczynę. — Jest adwokatem — wyjaśnił, zanim zaparkował. Dopiero wtedy przeniósł na nią całą swoją uwagę, bo czuł się, jakby rozmawiał z małym dzieckiem.
— Chyba bardzo chcesz wrócić piechotą i nabrać nieco świeżego powietrza w płuca, co? — parsknął, gdy nazwała go kapusiem. Prokurator słuchał jej wyjaśnień, w praktycznie parę sekund, kończąc swoje frytki. Hazel musiała przechodzić przez jakiś bunt albo alkohol wyprał jej umysł. — Biłaś się?! — rzucił, unosząc głos, nie ukrywając nawet zaskoczenia. Dopiero wtedy roześmiał się naturalnie; ta dziewczyna była naprawdę nieprzewidywalna. Albo cholernie naiwna. Albo to i to, przez co obie opcje wydawały mu się teraz całkiem śmieszne i interesujące. — Jaki ty dajesz przykład innym obywatelom, co? Chyba jednak będę musiał cię zgłosić służbom — mlasnął, stukając palcem w kamerkę, którą miał przymocowaną w środku auta. — O tutaj, wszystko nagrane — rzucił poważnie, powracając spojrzeniem do jej błękitnych oczu. Zgrywał się, rzecz jasna, ale dlaczego miałby jej nie pomęczyć? Skoro już wyciągnęła go z domu, to mógł jej nieco dokuczyć. Stary, a głupi.
— Ach, margarita... Jasne. Jak mogłabyś odmówić? — mruknął, uśmiechając się nieco kpiąco. — Nie mogłem zasnąć — odparł na jej pytanie, wzruszając lekko ramieniem. Trochę pracował, trochę zasiedział się na telefonie; nic specjalnego. W gruncie rzeczy Caleb lubił siedzieć do tak późnych godzin, dlatego nie było to dla niego jakieś wyzwanie. Przynajmniej miał jakieś zajęcie. — Dobrze. Poproszę adres. Odstawię cię do domu, gangsterko — powiedział, uruchamiając silnik. — A, no tak. Powinienem odebrać mojego czterdziestego siódmego buziaka? — rzucił, nachylając się w jej stronę z rozbawieniem. Skoro była do tego tak chętna, to ciekawe, czy powtórzy to też z samego rana.

Hazelnut
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

— Jak to nie mam wiele czasu. Noc jest jeszcze dłuuuuuga — przeciągnęła, chociaż widząc go bliżej siebie, nachyliła się, żeby dać mu kolejne buziaka, przytrzymując jego buźkę za żuchwę, żeby czasami nie postanowił zrobić jej głupiego psikusa. Chciał liczyć? Mogła mieć jedynie za zadanie sprawić, aby przestał liczyć, bo jego myśli będą skupione na czymś zupełnie innym niż odliczaniu buziaków do zera. — Oj tak, ustawiłam już od razu, jak położyłam się spać po naszym integracyjnym wieczorze — parsknęła. Oczywiście, że nie miała go nigdzie ustawionego, chociaż nieironicznie, patrząc na to, jak bez zawahania i szybko dotarł do niej… może jednak powinna rozważyć tę opcję? Jej umysł definitywnie nie był na odpowiednich torach, abstrakcyjne było to, że jakkolwiek o tym rozmyślała. — Widzisz, każde zdanie da się zmienić — parsknęła. — A co, jeśli już nie będę cię tak całować? Zerwiesz naszą cudowną przyjaźń? — Spojrzała na niego zaczepnie, unosząc lekko brwi i oczekiwała uważnie na odpowiedź. — Wiesz, jak jestem tak cudowną kisser i nie mogę wyjść z twojej pamięci, to czasami wystarczy poprosić. — To był jeden z przykładów tego, że była pijana. Na trzeźwo nie zaproponowałabym mu tego, a jeszcze na jego jakiekolwiek pytanie w tym temacie, z pewnością by go wyśmiała. A teraz… to wszystko pogłębiało abstrakcję, w której się znajdowali.

Użycie jej imienia i nazwiska, razem z nieco poważnym tonem sprawiło, że po plecach przeszły jej ciarki, ale jednocześnie ciepło rozlało się po jej serce. Czy on się… martwił? Czy chciał jej pomóc i zadbać o to, gdyby rzeczywiście miała jakieś problemy? Tego nie wiedziała, więc zostało jej uśmiechać się niewinnie, a gdy zaczął mówić o jej ponownych mediacjach… — Jestem zaangażowana w swoją rolę, tak? A czy ty od razu byłeś super prokuratorem? Nie, też się uczyłeś i pewnie szło ci tak opornie jak mi bycie mediatorką! — odpowiedziała, stawiając twardo na swoim. Prawdopodobnie nigdy nie przestanie wtykać nosa tam gdzie nie powinna, aczkolwiek może na trzeźwo pomyśli o tym dwa razy, zanim się odezwie.

— Aha — odpowiedziała, choć w jej głowie zachodziły kolejne procesy myślowe. — I tak może wrzucić mnie za kratki, jakby się zdarzyło, że będzie stać po drugiej stronie — zauważyła, patrząc na niego spod byka. Kurde, no oby raczej nie miała przypału z tej sytuacji — nie chciałaby niepokoić swoich rodziców, że ich adoptowana córka okazała się być przestępczynią.
— Nie chcę — odpowiedziała z oburzeniem godnym sześciolatki i bardziej umościła się na siedzeniu, synaglizując, że nie wybierała się nigdzie. — Musisz mnie wynieść stąd wtedy, ale nie polecam próbować, bo ugryzę — dodała z pełnią powagi, bo gdzieś była świadoma, że byłby wstanie ją stąd wyciągnąć. Caleb był wariatem i dobrze o tym wiedziała, chociaż gdzieś w podświadomości podobało jej się to… może sama była wariatką? — Nie krzycz na mnie! — odpowiedziała mu, prostując się, po czym znowu usiadła nieco bardziej swobodniej, kiedy zaśmiał się. — Jesteś szalony, wiesz? — parsknęła. — Nie chciałam się bić, ale to ona zaczęła! Miałam dać się szarpać za włosy?! Czy ty wiesz, ile czasu poświęcam na ich pielęgnację, żeby jakaś głupia szmaciura je dotykała? — Uniosła palec ku górze, uświadamiając mu to, że nie da sobie podskakiwać. Kurde, wychowała się w domu dziecka — to trochę brzmiało, jakby wychowała ją ulica, ale taka prawda. Umiała walczyć z wrednymi dzieciakami, a takie dorosłe osoby nie różniły się wiele od nich. — Daj spo- — urwała, próbując mu przerwać, kiedy postukał w kamerkę samochodową i potem powiedział, że miał wszystko nagrane. Otworzyła szeroko oczy, z urządzenia przenosząc spojrzenie na niego. — Żartujesz sobie, prawda? — rzuciła, zasłaniając usta dłonią. — Ty serio jesteś kapusiem — dodała niedowierzając. Zaczęła się zastanawiać, na ile był skłonny to zrobić. Czy rzeczywiście był złym kolegą i zgłosiłby ją za coś takiego, jak babska przepychanka. Kurde, siedziała w laboratorium, czy serio musiała dawać jakiś cholerny przykład obywatelski?! Ludzie na co dzień nie widzieli jej twarzy. Jednak była na tyle zaskoczona, że nie podejmowała z nim dalej dyskusji, a przynajmniej póki sam nie zacznie jej nakręcać jeszcze bardziej.

— No właśnie. Jakbym mogła? Cieszę się, że rozumiesz — rzuciła, nie wyczuwając tego sarkazmu i ciesząc się, że chociaż teraz jej nie oceniał, chociaż w gruncie rzeczy… robił to aż za nadto. Maczała frytki w sosie śmietanowym i podawała mu adres, dając mu się odwieźć do chaty. No dosłownie passenger princess w pełnej krasie. Brakowało tylko jakiegoś bidonu z napojem, ale nie było to wydziwiać — colka w papierowym kubku też była w porządku! Wywróciła oczami, gdy znowu się do niej nachylił. No tak, zapłata to zapłata, tak? Musnęła szybko jego policzek. — Czterdzieści siedem — oznajmiła, decydując się również samodzielnie to liczyć. — Jesteś dość skrupulatny, wiesz? — palcem odwróciła jego głowę na drugi profil, muskając jego drugi policzek. — Czterdzieści sześć — dodała, po czym spojrzała w jego oczy z bliska, przenosząc spojrzenie na jego usta. Tak cholernie kusiły, tak chciała na nich złożyć kolejnego buziaka… Powróciła wzrokiem do jego jasnych tęczówek. — Z czterdziestym piątym poczekam, żeby tak nie rozpraszać cię po drodze — wyjaśniła, choć po prostu chciała to odwlec w czasie, mając nadzieję, że Caleb zapomni dokąd jej wzrok zawędrował. — Nie wiem, czy nie będę musiała rozbić tego na raty, wiesz? — westchnęła. Rzeczywiście, nie miała wiele czasu; ale to tylko dlatego, że odwoził ją ją do domu, zamiast z nią dalej balować. — W ogóle, dobrze ci w okularach, wiesz? Wyglądasz jak taki kujonek. Byłeś nim w szkole, prawda? — zagadnęła, nieco odwracając się w jego kierunku, żeby poobserwować jego profil, gdy prowadził i cholera… mogłaby przyzwyczaić się do takiego widoku.

handsome driver
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Noc dla ciebie dobiega już końca, Hazel — parsknął, na krótką chwilę, przenosząc na nią rozbawione spojrzenie. Dopiero, gdy przytrzymała jego szczękę, żeby nie odwrócił nagle głowy, Caleb parsknął pod nosem. Rzeczywiście przeszło mu coś takiego przez myśl. To zabawne, że zdążyła poznać go na tyle szybko, że przewidziała jego potencjalne intencje. — Tak właśnie myślałem — rzucił ironicznie. Czuł się bezpieczniej, rozmawiając z nią na ten temat, gdy była pijana. Nie sądził, że byłby w stanie zmierzyć się z nią na trzeźwo. Nie chciał jej atakować, a obawiał się, że gdyby zaczęli gadać o tym za dnia, zachowałby się jak zwykle, zapominając o tym chwilowym sojuszu, który zapadł między nimi na integracji.
— Nie wiem, Brooks. Chcesz się przekonać, co się stanie, kiedy przestaniesz mnie całować? — zapytał. On nie miałby nic przeciwko temu, jakby nadal to robiła. Fairchild kochał piękne kobiety, nawet jeśli ich charaktery — tak jak w przypadku Hazel — pozostawiały wiele do życzenia. Równie mocno kochał jednak, kiedy tak chętnie do niego lgnęły, nawet nie starając się tego ukryć. Dlatego pomimo swoich dylematów moralnych, Caleb bezczelnie wykorzystywał tą nagłą umowę, polegającą na pięćdziesięciu całusach. Szczególnie, że mógłby to podporządkować samemu sobie. Dopiero kolejne jej słowa sprawiły, że Fair spojrzał na nią z zaskoczeniem i roześmiał się przy tym łagodnie. — Wystarczy poprosić, huh? Taka chętna na to jesteś, Brooks? — rzucił nieco złośliwie. Choć czy sam był od niej lepszy? Funkcjonował dokładnie w ten sam sposób od lat; nieważne czy na trzeźwo, czy będąc absolutnie pijanym.

— Tak się składa, że ja od początku byłem super prokuratorem — powiedział z przekonaniem, choć rzeczywistość była nieco inna. Tak jak każdy, zaczynał od zera, choć rzeczywiście w trakcie swojej kariery, miał dużo szczęścia i wsparcia od rodziny. No... Anyway. Czy się o nią martwił? Oczywiście, że nie. Po prostu był ciekaw, w co się wpakowała z tą swoją niewyparzoną buźką. Na martwienie się było nieco za szybko, w końcu jak na razie Caleb robił wszystko, żeby nie czuć się z nią zbyt mocno związany. Wolał dmuchać na zimne.

— Nie analizuj tego, bo ci łeb paruje — zaśmiał się po raz kolejny. Nie sądził, żeby Aiden za cel honoru postawiłby sobie wsadzenie jej za kratki, ale skoro tak bardzo przerażała ją ta myśl, to Fairchild kiedyś z pewnością dobrze to wykorzysta. — Okej. Lubię gryzienie. I co teraz? — zapytał kąśliwie, zerkając na nią przelotnie. — Ja jestem szalony? — powtórzył jej słowa z niedowierzaniem. — To ty szarpałaś się z jakąś laską. Wygrałaś chociaż? — sapnął z niedowierzaniem. No, bo skoro już się w to zaangażowała, to miał nadzieję, że nie poszło to wszystko na marne. Widząc jej minę, Caleb zacisnął mocno wargi, żeby po raz kolejny nie roześmiać się głośno. Mógł znieść każde przezwisko czy obelgę, ale kapusiem nigdy nie był!

— Taka moja rola — odparł na to, że był skrupulatny. — Gdyby nie skrupulatność, to nie osiągnąłbym takiego sukcesu — dodał nieco złośliwie. Te buziaki za bardzo zaczęły mu się podobać. Aż zaczął żałować, że miał ich tak niewiele przed sobą. Oczywiście, że dostrzegł jak opuściła spojrzenie na jego usta. Wyglądała przy tym mega pociągająco i przez chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym, jak o tym, że sam chętnie by ją pocałował tak mocno, że zabrakłoby jej przy tym tchu. — Mogę zostać, dopóki nie spłacisz wszystkiego do końca. Nie ma najmniejszego problemu — rzucił, po jakimś czasie zatrzymując się pod jej budynkiem. Mężczyzna wyłączył silnik, ale jeszcze nie wyszedł na zewnątrz. — Kujonek? — zaśmiał się, unosząc okulary, by odgarnąć nimi swoje włosy. — Właściwie to dramatycznie się uczyłem. Wolałem grać w piłkę, niż siedzieć w książkach — przyznał. — Lubisz takich sztywniaków, co siedzą w podręcznikach, Brooks? — zagaił, odpinając pasy i nachylając się w jej stronę, żeby zrobić to samo, bo to oczywiste, że odprowadzi ją pod same drzwi, racja?

Hazelnut
ODPOWIEDZ

Wróć do „#35”