Ucieczka przed policją
zdecydowanie nie była w jej bingo na ten rok.
Cholera jasna, w ogóle nie powinna dopuścić do takiej sytuacji, powinna unikać problemów i nie dawać się w nie wplątywać, bo przecież
sama pracowała na policji. Wyglądałoby to cholernie źle, gdyby nie zdążyła uciec, gdyby ktokolwiek ją złapał. Już widziała moment, kiedy spędza noc w areszcie, a rano jej pracowy ojciec przyjdzie do roboty i spojrzy na nią pogardliwe za kraty — potrafiła sobie wyobrazić, że Javier nie dałby jej ot tak o tym zapomnieć. Teraz jej zmartwieniem było to, że dziewczyny będą tak zawzięte i zaangażowane, że pociągną sprawę dalej. Co jeśli przejrzą kamery? Przecież na nich na pewno będzie widać, kto stał po drugiej stronie zamachu. Hazel chciała przeanalizować cały ten wieczór, dostrzec, czy wina leżała po jej stronie, ale nie umiała. Nie pamiętała. Rozmazywało się to jej w niejasny obraz i była wściekła na samą siebie, a jednocześnie…
…jednocześnie zyskała nową koleżankę. To chyba można zaliczyć do plusów wieczoru, prawda?
Nie wiedziała, co strzeliło jej do głowy, że ze wszystkich numerów w swoim telefonie kliknęła właśnie w ten. Caleb Fairchild okropnie namieszał jej w głowie podczas jednego wieczoru, a ona starała się udawać, że nic takiego się nie wydarzyło — naprawdę, starała się nie okazywać zazdrości, bo wiedziała, że nazajutrz po ich wieczorze, przeleciał jakąś inną laskę i Hazel odebrała to jako jawne pokazanie, że nie mogła poczuć się wyjątkowo. Była jedną z wielu, a i tak, cholera jasna, napisała do niego, z pewnością robiąc z siebie pośmiewisko w jego oczach i jakąś nieudolną dziewczynkę, która po pijaku tak bardzo do niego lgnęła. OKEJ, LGNĘŁA. I co?! Na trzeźwo przynajmniej potrafiła się opanować, a alkohol uwalniał wszystkie jej blokady, które tak twardo trzymała.
A czemu pomyślała o nim jako pierwszym?
Z pewnością jej mózg głupio zasugerował jej tę niefortunną osobę, kiedy Paris rzuciła, że odbierze ją chłopak. No to kto miał odebrać toksykolożkę? Tata? W mózgu pijanej Brooks zaszło wiele mechanizmów, których żaden szanowany i kompetentny lekarz nie potrafiły wyjaśnić. Więc oto ona — idąca w kierunku miejsca, w które się z nim umówiła, bo stwierdziła, że lepsze to niż stanie w miejscu i bycie łatwym kąskiem dla gliniarzy, którzy może jeszcze ich szukali. Podejrzewała, że sprawa już się rozmyła, a służby porządkowe nie zainteresują się tak donosem pijanych dziewczyn, ale warto chuchać na zimne!
Miała nadzieję, że po prostu zaburzyła jej się percepcja. Była tak oniemiała ich ostatnim wieczorem, dlatego tak miło go wspominała. Chciała go zobaczyć i po prostu utwierdzić się w przekonaniu, że jego twarz nadal była denerwująca i jego błysk w jasnych oczach nie prowokował ją do głupich myśli. Tak miało być. Tylko dlaczego z każdym kolejnym stuknięciem obcasów o chodnik, z każdym ubywającym metrem, czuła, jak serce bije jej coraz to szybciej? Nie mogła pojąć tego, co się z nią działo. Stanęła naprzeciwko niego, kiedy nonszalancko opierał się o maskę.
Pięćdziesiąt dolców.
Uśmiechnęła się i zanim zdążyła to jakkolwiek przemyśleć, stanęła lekko na palcach, żeby cmoknąć go w policzek. Zapach jego perfum przywołał do niej lawinę wspomnień z wieczoru integracyjnego, co wywołało u niej krótki paraliż. Odsunęła się nieznacznie, z dość bliska przyglądając mu się szeroko otwartymi oczami.
— Płacę tylko w buziaczkach — rzuciła głupio, zaraz odsuwając się i o mało nie potykając się o własne nogi. Kolejne pytanie rozbawiło ją. Ponownie. Tym razem jej uśmiech był kompletnie niewinny, jak u prawdziwego anioła.
— Czemu od razu musiałam coś narozrabiać? — zapytała, chociaż w język piekły ją słowa, których nie mogła powiedzieć.
Chciałam cię zobaczyć.
— Może lubię zatruwać ci życie, co? — zaśmiała się cicho. Zaraz wystawiając dłonie w obronnym geście, po czym zasalutowała.
— Tak jest, zero rzygania. Słowo harcerza. — Co prawda harcerzem nie była, ale kto by wnikał? Szybko uciekła w kierunku drzwi pasażera, zanim jeszcze się rozmyśli i odjedzie bez niej. Usiadła na fotelu, grzecznie zapinając się pasami i gdy wsiadł również do samochodu, odwróciła się bardziej w jego kierunku. Można by było pomyśleć, że zaraz poda mu adres i odwiezie ją do domu, ale…
— Pojedziemy do maka? — zapytała bezceremonialnie. Mógł odmówić, ale chociaż warto było spróbować?
— Zjadłabym cheeseburgera. I mcflurry z frytkami — rozmarzyła się, ciężko wzdychając.
— Prooooooszę — przeciągnęła samogłoskę, brzmiąc jak pięciolatka, ale wysiliła się na odrobinę kultury, zanim upomni ją kolejny raz tego wieczora. Wydęła lekko dolną wargę, robiąc najbardziej uroczą minkę. Czy dało się jej odmówić?!
Caleb