ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Co ja teraz właściwie wyrabiam?

Caleb parsknął pod nosem do swoich myśli, zbiegając po schodach do parkingu podziemnego, gdzie zostawił swoje auto. Przeczesał palcami roztargnione kosmyki włosów, po czym narzucił kaptur bluzy na głowę. Zdarzało mu się parę razy wstawać w środku nocy, żeby odebrać kogoś z imprezy; była to głównie jego młodsza siostra, zanim odeszła albo Aiden i Caspian, jeśli był im coś winny. Nie sądził, że w końcu nadejdzie ten dzień, w którym pieprzona Hazel Brooks poprosi go o pomoc. I to jeszcze w tak... prozaicznej sprawie, przy której najwidoczniej potrafiła schować dumę do kieszeni. Doprawdy niesamowite. Przez chwilę myślał o tym, żeby po prostu zamówić jej taksówkę, która odwiozłaby ją bezpiecznie do mieszkania, ale ostatecznie sam zdecydował się to zrobić.

Wsiadł do swojego samochodu, poprawiając palcem okulary i wyjechał z apartamentowca, kierując się do podanego przez nią adresu. Nie dostał zbyt wiele informacji o tym, co robiła, z kim była albo dlaczego akurat do niego napisała, jakby nie miała innych znajomych, ale już przez sam wydźwięk wiadomości, mógł się domyśleć, że nie była trzeźwa. Fairchild nie zamierzał mieć jej na sumieniu lub co gorsza, być jakimś podejrzanym, gdyby coś jej się stało. Tak sobie tłumaczył to nagłe zerwanie się grubo po północy, gdy tylko otrzymał od niej wiadomość.

Jeśli miałby jednak kierować się pewną szczerością, to musiałby przyznać, że chciał ją zwyczajnie zobaczyć. Chyba głównie po to, żeby sprawdzić, czy nadal będzie działała na niego tak, jak tamtej nocy na wieczorze integracyjnym. Kolejnego dnia po przebudzeniu, Caleb poczuł się, jakby ktoś oblał go wiadrem zimnej wody. Udawał, że nic się między nimi nie wydarzyło. To było łatwiejsze i bardziej mu odpowiadało, bo nie musiał tego w żaden sposób analizować. Cholera, nie chciał w ogóle o tym myśleć. A jednak już na długo po powrocie do domu, wracał do niej wspomnieniami. Nie kontrolował tego. Nie potrafił zapomnieć jej pocałunków czy palców sunących po jego twarzy i ramionach; te obrazy dosłownie odtwarzały się w jego głowie jak w jakimś chorym zapętleniu, piorąc przy tym jego mózg i rozsądek.

Miał nadzieję, że to zniknie, gdy znów ją ujrzy. Błagał o to. Chciał wrócić do normalności.
Fairchild zatrzymał się gdzieś na uboczu, wydostając się z samochodu i wciskając dłonie w kieszenie swojej bluzy. Oparł się o swój pojazd, obserwując zbliżającą się sylwetkę dziewczyny. Zmierzył ją uważnym spojrzeniem, przechylając głowę do boku. — Pięćdziesiąt dolców — rzucił w ramach powitania. No zdecydowanie nie należała do najtrzeźwiejszych, choć nie on powinien to oceniać. — Co narozrabiałaś, Brooks? — zapytał, bo przecież, gdyby wszystko było w normie, to nie wysłałaby do niego wiadomości z prośbą o odbiór. Na pewno coś przeskrobała, jeśli był jej pierwszą myślą w takim momencie. — Jak zarzygasz mi samochód, to przysięgam, że spędzisz całą dobę, żeby to wszystko posprzątać — ostrzegł.

Hazelnut
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ucieczka przed policją zdecydowanie nie była w jej bingo na ten rok.

Cholera jasna, w ogóle nie powinna dopuścić do takiej sytuacji, powinna unikać problemów i nie dawać się w nie wplątywać, bo przecież sama pracowała na policji. Wyglądałoby to cholernie źle, gdyby nie zdążyła uciec, gdyby ktokolwiek ją złapał. Już widziała moment, kiedy spędza noc w areszcie, a rano jej pracowy ojciec przyjdzie do roboty i spojrzy na nią pogardliwe za kraty — potrafiła sobie wyobrazić, że Javier nie dałby jej ot tak o tym zapomnieć. Teraz jej zmartwieniem było to, że dziewczyny będą tak zawzięte i zaangażowane, że pociągną sprawę dalej. Co jeśli przejrzą kamery? Przecież na nich na pewno będzie widać, kto stał po drugiej stronie zamachu. Hazel chciała przeanalizować cały ten wieczór, dostrzec, czy wina leżała po jej stronie, ale nie umiała. Nie pamiętała. Rozmazywało się to jej w niejasny obraz i była wściekła na samą siebie, a jednocześnie…

…jednocześnie zyskała nową koleżankę. To chyba można zaliczyć do plusów wieczoru, prawda?

Nie wiedziała, co strzeliło jej do głowy, że ze wszystkich numerów w swoim telefonie kliknęła właśnie w ten. Caleb Fairchild okropnie namieszał jej w głowie podczas jednego wieczoru, a ona starała się udawać, że nic takiego się nie wydarzyło — naprawdę, starała się nie okazywać zazdrości, bo wiedziała, że nazajutrz po ich wieczorze, przeleciał jakąś inną laskę i Hazel odebrała to jako jawne pokazanie, że nie mogła poczuć się wyjątkowo. Była jedną z wielu, a i tak, cholera jasna, napisała do niego, z pewnością robiąc z siebie pośmiewisko w jego oczach i jakąś nieudolną dziewczynkę, która po pijaku tak bardzo do niego lgnęła. OKEJ, LGNĘŁA. I co?! Na trzeźwo przynajmniej potrafiła się opanować, a alkohol uwalniał wszystkie jej blokady, które tak twardo trzymała.

A czemu pomyślała o nim jako pierwszym?
Z pewnością jej mózg głupio zasugerował jej tę niefortunną osobę, kiedy Paris rzuciła, że odbierze ją chłopak. No to kto miał odebrać toksykolożkę? Tata? W mózgu pijanej Brooks zaszło wiele mechanizmów, których żaden szanowany i kompetentny lekarz nie potrafiły wyjaśnić. Więc oto ona — idąca w kierunku miejsca, w które się z nim umówiła, bo stwierdziła, że lepsze to niż stanie w miejscu i bycie łatwym kąskiem dla gliniarzy, którzy może jeszcze ich szukali. Podejrzewała, że sprawa już się rozmyła, a służby porządkowe nie zainteresują się tak donosem pijanych dziewczyn, ale warto chuchać na zimne!

Miała nadzieję, że po prostu zaburzyła jej się percepcja. Była tak oniemiała ich ostatnim wieczorem, dlatego tak miło go wspominała. Chciała go zobaczyć i po prostu utwierdzić się w przekonaniu, że jego twarz nadal była denerwująca i jego błysk w jasnych oczach nie prowokował ją do głupich myśli. Tak miało być. Tylko dlaczego z każdym kolejnym stuknięciem obcasów o chodnik, z każdym ubywającym metrem, czuła, jak serce bije jej coraz to szybciej? Nie mogła pojąć tego, co się z nią działo. Stanęła naprzeciwko niego, kiedy nonszalancko opierał się o maskę.

Pięćdziesiąt dolców.
Uśmiechnęła się i zanim zdążyła to jakkolwiek przemyśleć, stanęła lekko na palcach, żeby cmoknąć go w policzek. Zapach jego perfum przywołał do niej lawinę wspomnień z wieczoru integracyjnego, co wywołało u niej krótki paraliż. Odsunęła się nieznacznie, z dość bliska przyglądając mu się szeroko otwartymi oczami. — Płacę tylko w buziaczkach — rzuciła głupio, zaraz odsuwając się i o mało nie potykając się o własne nogi. Kolejne pytanie rozbawiło ją. Ponownie. Tym razem jej uśmiech był kompletnie niewinny, jak u prawdziwego anioła. — Czemu od razu musiałam coś narozrabiać? — zapytała, chociaż w język piekły ją słowa, których nie mogła powiedzieć. Chciałam cię zobaczyć. — Może lubię zatruwać ci życie, co? — zaśmiała się cicho. Zaraz wystawiając dłonie w obronnym geście, po czym zasalutowała. — Tak jest, zero rzygania. Słowo harcerza. — Co prawda harcerzem nie była, ale kto by wnikał? Szybko uciekła w kierunku drzwi pasażera, zanim jeszcze się rozmyśli i odjedzie bez niej. Usiadła na fotelu, grzecznie zapinając się pasami i gdy wsiadł również do samochodu, odwróciła się bardziej w jego kierunku. Można by było pomyśleć, że zaraz poda mu adres i odwiezie ją do domu, ale… — Pojedziemy do maka? — zapytała bezceremonialnie. Mógł odmówić, ale chociaż warto było spróbować? — Zjadłabym cheeseburgera. I mcflurry z frytkami — rozmarzyła się, ciężko wzdychając. — Prooooooszę — przeciągnęła samogłoskę, brzmiąc jak pięciolatka, ale wysiliła się na odrobinę kultury, zanim upomni ją kolejny raz tego wieczora. Wydęła lekko dolną wargę, robiąc najbardziej uroczą minkę. Czy dało się jej odmówić?!

Caleb
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb był dorosłym mężczyzną. Miał poważną i bardzo angażującą pracę, wiążącą się z inteligencją, cierpliwością i pewną upartością. A mimo to, wciąż zdarzało mu się zachować jak najprawdziwszy nastolatek, gdy nie potrafił przetrawić swoich własnych uczuć lub emocji. Czy był dumny z przespania się z inną kobietą, zaledwie dzień po wieczorze, który spędził w towarzystwie Hazel? Prawdę mówiąc, nie myślał o tym zbyt wiele. Nie czuł, że był jej cokolwiek winny. Nie zmieniało to jednak faktu, że tamta dziewczyna nie wymazała wspomnień, związanych z Brooks. Nie sprawiła, że jej usta, dłonie i błękitne oczy, które tak uparcie wpatrywały się w te jego, nagle wyparowały z jego umysłu. Wrócił do punktu wyjścia; do nieświadomego, niemal notorycznego powracania myślami do tamtej chwili na pomoście. Dlatego też dostawał już od tego wszystkiego szału, bo miał dość mętliku w głowie, który wywołała.

A mimo to, wystarczyła wymiana paru, krótkich, głupich wiadomości, by zerwał się z mieszkania w środku nocy, nie zadając nawet zbyt wiele pytań. Czy czuł się jak kretyn? Odrobinę, ale próbował pocieszyć się myślą, że Hazel prawdopodobnie była pijana, a więc mogła być łatwiejsza w obyciu niż na co dzień. Szkoda, że nie potrafili tak dobrze dochodzić do porozumienia na trzeźwo, może ich życie byłoby znacznie łatwiejsze. Gdy nagle cmoknęła go w policzek, Fairchild opuścił na nią zaskoczone spojrzenie; tak bardzo wybiła go tym gestem, że przez chwilę po prostu przyglądał się jej z uwagą, bez dodatkowych słów.

— Co, jak wolę pięćdziesiąt dolców? — rzucił kąśliwie, choć w rzeczywistości to nie, nie potrzebował kasy. Miał jej wystarczająco dużo, by zamiast tego przyjąć jej buziaki, które tak chętnie mu teraz sprezentowała. Widząc, jak zachwiała się na swoich szczudłach, westchnął głośno, przytrzymując jej ramię, żeby znów złapała pion i stabilność. Na tyle, na ile było to teraz możliwe w jej stanie. — Nie sądzę, że byłbym twoją pierwszą myślą w normalnych sytuacjach. Podejrzewam, że igrałaś sobie z prawem, hm? — rzucił półżartem, półserio. Zgadywał. Może trochę droczył się, bo nie sądził, że Hazel to takie niezłe ziółko. — Brooks. Jesteś naprawdę pijana — stwierdził, przyglądając się dziewczynie, jak salutuje. Parsknął cicho pod nosem, bo mimo wszystko bawiła go ta cała sytuacja. — Słaby z ciebie harcerz, ale niech ci będzie — rzucił z wyraźnym rozbawieniem, po raz kolejny poprawiając swoje okulary. Naciągnął bardziej kaptur na głowę, jakby nie chciał, żeby ktoś go rozpoznał i zajął miejsce kierowcy, jeszcze przez chwilę na nią zerkając, żeby upewnić się, że zapięła pasy. — Nie rób tak, bo ci zostanie — mruknął na jej minę, odpalając silnik, by wyjechać na ulicę.

Oczywiście, że ruszył w stronę McDonalda, ale to dlatego, że sam był głodny, okej? Nie kryło się za tym absolutnie nic innego. — Teraz spowiadaj się, Hazelnut. Co przeskrobałaś? Bo nie wiem, czy mam dzwonić po mojego przyjaciela — parsknął, skupiając się na drodze. Dobrze, że w razie co miał Aidena. — Aha i będziesz mi winna przysługę za to dzwonienie po nocach — mlasnął złośliwie, podjeżdżając pod maczka. Pierwsza randka? Po chwili już stali na jednym z miejsc parkingowych; Fairchild podał jej torebkę z jej życzeniami. — Tylko nie upierdol niczego — rzucił, samemu sięgając po frytki. — Co piłaś? Nie paliłaś niczego? — mruknął, przyglądając się jej nieco oceniająco.

Hazelnut
ODPOWIEDZ

Wróć do „#35”