Na szczęście życie to nie film, bo pewnie to Galena i Picz to by był teraz jakiś thriller, takie napięcie było dziwne w tym miasteczku. Jeszcze do tego Wyatt na pewno by był mordercą, co zaraz Picz mu potwierdziła, a on uśmiechnął się do niej, no bo to też znaczy, że przyznała mu, że jest przystojny. A Galen to lubił takie komplementy. Lubił jak pod kobietami kolana się uginały na jego widok.
Tylko teraz Piczyz się nie uginają, ale Galen kiwa głową, że pamięta ten weekend urodzinowy ropuchy Hayes.
-
Pamiętam tą córkę króla Kanady, ale już bym się z nią nie przespał - ale wtedy rzeczywiście się o to z Willem pokłócili, bo Galen ją podrywał, ale w pewnym momencie mu Kristin przeszkodziła, a potem on się nawet nie obejrzał, a już William do niej robił maślane oczy. I tym sposobem Patel zaliczył księżniczkę, a Galen nie. Ale kiedy to było, trochę lat wstecz...
Nie ma co teraz tego roztrząsać, bo Galen i Peach już jadą samochodem i temat schodzi na lunatykowanie Wyatta.
-
No nie wiem baby, bo to chyba się nie czuje, jak się lunatykuje? - Galen spojrzał na Piczyz tymi oczami niebieskimi jak dwa oceany -
ale może bym o tym pogadał z moją terapeutką, może ona to sprawdzi? - nie wiadomo w sumie czy to się dało tak sprawdzić, zaraz Wyatt jednak kiwa głową i zgadza się z Peach -
może to od tej świni, bo ja nie jem takich rzeczy na noc, w ogóle nie jem takich rzeczy - bo Galen to raczej jadł odtłuszczoną szynkę i owoce -
a co to są serowe sny Picz? - musiał się dopytać, bo Galen to był też trochę nieżyciowy. Mokre sny to jeszcze wiedział, ale serowe?
Potem zgodził się z Peach, żeby nie rzucali się w oczy i znaleźli telefon, chociaż patrząc na nich to wcale nie było takie proste, bo oni po prostu wyglądali jak jakieś filmowe gwiazdy. Nawet w tych żółtych kurtkach, jak szli do lokalu. A potem jak się rozebrali to już w ogóle, Galen w swojej białej, nieskazitelnej koszuli z podwiniętymi rękawami i Picz w modnym dresie.
Siedzą przy ladzie i jedzą
wyśmienite ciasto wiśniowe, a Galen to nawet karmił nim Peach jak te dwa gołąbeczki. Ale wtedy ją zaczepiają te coraz dziwniejsze persony i jeden z mężczyzn zaczyna opowiadać o tym konkursie. Wiadomo, że Galen musiał dopytać o nagrodę. Ale aż otworzył usta ze zdumienia, jak usłyszał o
złotej szyszce, aż mu kawałek ciasta spadł na koszulę i czerwona wisienka mu odcisnęła plamkę na bielutkiej koszuli.
-
To rządzenie miastem brzmi w porządku - chociaż Galen to codziennie rządził swoją firmą, która pewnie miała więcej pracowników niż to miasto mieszkańców, więc spojrzał na Peach, co ona o tym myśli, ale ona nic nie powiedziała. A jak ścisnęła palce Galena, to on już też zamilkł w tym temacie, ale wtedy pojawia się kolejny. A mianowicie ten dotyczący Bakerów, a to już Galena zainteresowało. I on z rozpędu mówi o Picz, jak o swojej żonie, a ona mocniej mu ściska rękę. A potem to już w ogóle oni siedzą tak blisko siebie, obejmując się, kiedy słuchają opowieści na temat Bakerów i tego, że chłop poćwiartował żonę w hotelu.
-
Thomasso to ten duży, czy ten mały? - pyta Galen, ale chyba człowiek z klasą nie używa takich epitetów, tylko, że Wyatt tutaj jakby stracił trochę tego swojego blichtru. W poplamionej koszuli i nawet mu zaczął jakiś kosmyk sterczeć na głowie.
-
Nie to żaden z nich, to są tylko pracownicy, ale jak spotkacie Thomasso, to od razu go poznacie - mówi doktorek, a Galen kiwa głową, bo może z nim by się dogadali? Jak biznesmen z biznesmenem, z tym Thomasso. Może powinni o niego popytać?
Tylko nie zdążyli, bo potem się dzieje ta cała akcja z pniakiem, wielkoludem, dziewczyną z mopem i plastikową wisienką, którą Galen ściska tryumfalnie w smukłych palcach. Wszyscy mu biją brawo, bo uratował życie wielkoluda, a Wyatt trochę nie wie co się tutaj odwala.
Ale na szczęście już Peach reaguje i pyta o telefon, więc poszli do tego małego pokoiku, a po drodze jeszcze się dowiedzieli, że to sztuczne jedzenie to są wytwory jakiegoś Galapagosa. Galen nic się nie odzywał, ale myślał nad tym chwilę i jak już zostali sami w pokoju, to się patrzy na Peach tymi niebieskimi ślepiami.
-
Peach, a może my jesteśmy w jakimś filmie? To wszystko są wiesz... dekoracje? Może my trafiliśmy na jakiś plan zdjęciowy? - tak się pyta jej poważnie -
bo nie wiem czy takie rzeczy dzieją się naprawdę - pokręcił aż głową i zaraz sięga po telefon, ale jak Peach powiedziała, że dziś nie zaśnie, to sięgnął do niej ręką -
nie bój się, będę przy tobie - szkoda tylko, że Galen Wyatt to tak gadał, a jakby przyszło co do czego, to on się przecież nawet bić nie umiał, chociaż... raz walnął Selleya za Pilar i Madoxowi też oddał, to może już umiał?
Pogładził Piczyz po rączce i w końcu wziął ten telefon, zastanowił się chwilę gdzie dzwonić, ale na pamięć nie znał za wielu numerów, więc wykręcił ten do biura. A tam po drugiej stroni słuchawki odezwała się... Cindy.
-
Cindy! Jak dobrze cię słyszeć... Co? Nie, ja nie jestem w Wenecji. Jesteśmy na Wyspie Księcia Edwarda. Co? Jak to wszyscy myślą, że umarłem? O czym ty gadasz Cindy? Halo Cindy? Cindy! - w słuchawce zaczęło trzeszczeć i Galen usłyszał jeszcze -
jezu to był chyba telefon z zaświatów, bez numeru... Margaret... Dzwonił do mnie Pan Wyatt z czyśćca... - no nie, ta Cindy to zawsze jakaś dziwna była, ale teraz to już przesadziła. Galen ściągnął do siebie brwi i patrzy na Peach.
-
Nie ma sygnału - powiedział, bo już w słuchawce cisza, spróbował jeszcze wykręcić numer, a potem inny, ale nic to nie dało. Galen usiadł zrezygnowany na jakimś fotelu i podnosi głowę, żeby spojrzeć na Picz.
-
Peach a jeśli... my umarliśmy w katastrofie samolotu? I jesteśmy w czyśćcu? - bo to by może tłumaczyło czemu było tam tak dziwnie, ale... -
ja nie chcę umierać - nagle Galen wstał i łapie Picz za ramiona -
może byłem złym człowiekiem, ale może można to jakoś naprawić? - aż się przeszedł po tym małym pokoiku i tak się zastanawia, co on by mógł zrobić, żeby jednak nie iść do piekła.
peach 𐙚 ˚
₊˚⊹ ᡣ𐭩