ODPOWIEDZ
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Marco, musisz bardziej trzymać gardę, co Ty odpierdalasz? — krzyk przedarł się przez wrzaski, które zagłuszały lecącą w tle muzykę, miał chwilę na wytchnienie siedząc w swoim narożniku, gdzie jego trener prawił mu reprymendy. Nie mógł się skupić, wszystko wydawało się tak jakby było odległe, nie słyszał zakładów, które ludzie obstawiali na arenie. Zaciągnął mocniej powietrza w płuca i kiwnął lekko głową wstając ze swojego miejsca, żeby znowu ruszyć na matę.
To miał być szybki pojedynek…

***



Nigdy nie sądził, że dożyje dnia w którym po prostu zabraknie prądu, w tym mieście było jeszcze gorzej niż sądził. Każdy krok powodował mu ból, ale szedł uparcie przed siebie ignorując wychodzących na ulicę ludzi, którzy chcieli zerknąć czy sąsiad także nie miał prądu, niektórzy mówili o totalnym blackoucie i że naprawa może trochę potrwać. Zerknął na wyświetlacz swojego telefonu, zasięg wskazywał zero kresek, westchnął lekko na to i pokręcił głową.
Mógł wrócić po prostu do siebie, ale widocznie los miał co do niego inne plany i sam nie wiedział w którym momencie obrał kurs do konkretnego mieszkania, do niej.
Nie powinien wchodzić dwa razy do tej samej rzeki i przede wszystkim nie powinien wchodzić z nią w żadne interakcje, ale po prostu nie potrafił, zwłaszcza po tym, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.
Ta wiadomość była dla niego ciosem, orzeźwieniem, które przyszło w dobrym momencie.
Kupując to mieszkanie nie wiedział tak naprawdę co nim kierowało, że postanowił je podarować rudowłosej, bardziej go potrzebowała niż on, wprawdzie miał zapasowe klucze, ale obiecał, że nigdy ich nie użyje bez jej zgody.
Kiedy stanął pod drzwiami na moment jego spojrzenie zatrzymało się na dzwonku, z pewnością nie powinno go tutaj być, zwłaszcza w takim stanie. Czuł jak bolało go całe ciało i zapewne zaczęły się pojawiać na nich siniaki, jego warga była pęknięta i przez parę minut sączyła się z niej krew, miał przecięty łuk brwiowy i spore limo pod okiem.
Walka, którą odbył parę minut temu dała mu trochę w kość, co było po nim widać, ale nigdy nie narzekał na ten dreszczyk adrenaliny.
Zapukał w drzwi przypominając sobie, że przecież w mieście na ten moment nie było prądu i czekał, aż ktoś otworzy.
O ile była w mieszkaniu.

Gabriela R. Blais
Corvo
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Brak zaufania. Nie wierzyła w żadne jego słowo. Miała potwierdzenie w wiadomościach. Miała dokument przed sobą, który świadczył o tym, że mieszkanie należało do niej. Co jednak z tego, skoro w każdej chwili mogła zginąć, i to z jego rąk? Miał swoje zasady. Zazwyczaj się ich trzymał, ale ona na każdym kroku podważała jego dobrą wolę. Każde jego słowo.
Spodziewała się ataku. Nie spała tam, bo każdy najmniejszy dźwięk stawiał ją w pełnej gotowości. Zostawił cię. Pozwolił ci odejść, nie przejmując się tym, czy coś ci się stanie. Na macie była niemal pewna, że znowu ma go w garści i że nadal miał tę słabość do niej. Później jednak srogo się na tym przejechała, a słowa, które padły wciąż odtwarzała w swojej głowie. Miał klucze. Obiecał, że nie skorzysta z tego przywileju bez jej zgody, ale sama świadomość, że je posiadał, wywracała jej żołądek do góry nogami. Oczekiwała. W sumie sama nie wiedziała na co, ale brak prądu i napięcie z tym związane jedynie podsycało niepokój.
Znowu Madoxa wywiało na noc. Zrobiła zapasy wody u nich w mieszkaniu, ale nie było tego wiele. Siedziała w salonie z kocem narzuconym na ramionach, ale ta bezczynność ją dobijała. Złapała w dłoń klucze do mieszkania, które podarował jej Marco i ruszyła ciemną klatką schodową na górę. Nasłuchiwała. Cisza.
Wsunęła klucz do zamka i wślizgnęła się do środka gotowa w każdej chwili odeprzeć atak. Sprawdziła każde pomieszczenie i mikro pułapki, które zastawiła wcześniej. Tu mały sznureczek, tu kawałek taśmy. Wszystko, na co tylko wpadła, żeby ustalić, czy ktoś pod jej nieobecność korzystał z mieszkania. W garderobie wisiały ubrania, które przyniosła. Na blacie w kuchni każdy przedmiot był na swoim miejscu. Napełniła wannę i zlew wodą, żeby nawet i tu przygotować się na dłuższe odcięcie od prądu. Minęła dopiero godzina od ogłoszenia tej niecodziennej tragedii. Była w swoim żywiole. A co gorsza zdawała sobie sprawę, do czego może dojść już niebawem. Zamieszki. Walka o przetrwanie. Brak wody. Brak jedzenia. A gdy podstawowe potrzeby nie są zapewnione, to... Ani policja, ani wojsko nie powstrzymają ludzi, którzy będą starali się przetrwać.
Wykonała wieczorną toaletę i przebrała się w coś wygodnego. Majtki i przydługa bluzka z krótkim rękawem, która miała już kilka dziur ze starości. Zapaliła dwie świeczki w salonie i usiadła na kanapie z kawą bezkofeinową na zimno. Podciągnęła kolana do siebie i przez chwilę zastanawiała się, co dalej.
Pukanie do drzwi przerwało tą idealną ciszę. Całe ciało się napięło, gdy odkładała kubek na stolik. Skradała się niczym ninja do drzwi, żeby ostrożnie spojrzeć przez Judasza. Mógł to być sąsiad w potrzebie. Ktokolwiek. A jednak ze wszystkich możliwości najmniej spodziewała się jego. Przez chwilę czekała ciekawa, co zrobi. Po jego postawie widziała, że chciał już zrezygnować. Chciał odejść? Nie zamierzał skorzystać z kluczy nawet, gdy myślał, że jej w środku nie ma? A może to była kolejna sztuczka? Co prawda szukała ukrytych kamer i żadnej nie znalazła, ale jednak... Istniała taka możliwość.
- Czego chcesz? - zapytała od razu, gdy zdecydowała się uchylić drzwi. Rozchyliła wargi, gdy z tej odległości mogła przyjrzeć mu się lepiej. Szlag. Nie wyglądało to dobrze. Był ranny. - Wejdź. - rozejrzała się czujnie po korytarzu i łapiąc go za koszulkę, wciągnęła go do środka.
- Czemu nie wezwałeś mnie na akcję? Coś ty sobie myślał? - zaczęła od małego opierdolu nawet nie dając mu dojść do słowa. Wskazała mu krzesło, na którym miał usiąść, a sama zaczęła wyciągać z szafki apteczkę.

Marco Moretti
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że nie zrobił wtedy dobrze, jednak Marco od nigdy nie był w stanie panować nad emocjami czy uczuciami, czuł się niczym zwierzę zamknięte w klatce, sponiewierane przez los w takich momentach. Szarpał się, próbując się uwolnić, to właśnie robił za każdym razem gdy był z Gabrielą, może nawet nie miała pojęcia, ale jej wpływ pozostał. Przy niej nie potrafił zachować spokoju, ta pieprzona chęć sprawowania kontroli, poczucie władzy było zdecydowanie silniejsze gdy ta była w pobliżu, może właśnie przez to, że to zawsze ona miała ostatnie słowo, to ona zawsze wychodziła mu naprzeciw dumnie unosząc głowę.
Teraz jednak był pod jej pieprzonymi drzwiami, mieszkania, które specjalnie dla niej kupił, żeby ta miała swój kąt, co było ważne przy wychowywaniu dziecka, mogła uważać, że zrobił to po to, żeby ją kontrolować, ale nie miał takich zamiarów, gdyby chciał to zrobić to już przekręcał by klucz w zamku jej mieszkania i wszedł tam jak do siebie, obiecał jednak że nie wykorzysta tych kluczy bez jej zgody. Obiecał, że nie naruszy jej prywatności.
W pewnych momentach po prostu kusiło, żeby postawić na swoim, ale dzisiaj gdy zapadł ten cholerny blackout w całym mieście potrzebował jej pomocy.
Słaniał się lekko na nogach opierając wolną rękę o ścianę obok jej drzwi, tę rękę, która nie była zakrwawiona, o dziwo. Już liczył się z tym, że po prostu nie otworzy, mogła po prostu się odwrócić i odejść od tych cholernych drzwi zostawiając go tutaj samego, kącik jego ust jednak lekko drgnął gdy ta się wyłoniła zza drzwi. Skrzywił się gdy chwyciła go za koszulkę i pociągnęła do przodu o mało co nie tracąc po prostu równowagi, jeszcze tego brakowało, żeby musiała zbierać go z podłogi, a sporo ważył bo był postawnie zbudowany.
Przekroczył chwiejnie próg wchodząc do środka, uśmiechnął się lekko na jej przytyk.
— To żadna akcja, po prostu walczyłem, lubię nielegalne walki — wyznał po chwili, robiąc parę chwiejnych kroków do przodu… cholera, jedną rękę trzymał przy swoim boku z którego coś się sączyło, po chwili dopiero mogła sobie zdać sprawę, że to była krew, rozległo się w ciszy ciche kapnięcie na podłogę, najpierw jedno, a potem kolejne. Odsunął rękę, żeby spojrzeć na nią, była cała w jego krwi, zaklął siarczyście.
— Zrobiło się nagle ciemno i mój przeciwnik, który mnie widocznie nie lubi bo już nie raz ze mną przegrał wyciągnął nóż, chyba mnie drasnął zanim mu przywaliłem — zaczerpnął mocniej powietrza w płuca, co jak zdał sobie po chwili było błędem, przeszywający ból rozległ się po całym jego ciele…. Super, może ma jakieś złamane żebra? Albo obite?
— Pobrudzę Ci dywan — zerknął na podłogę, gdzie zaczęły się pojawiać pierwsze plamy jego krwi.
Marco nie był słaby, a widocznie przez całą drogę tutaj adrenalina popędzała jego ciało, teraz jednak poczuł się senny i zmęczony, wiedział, że gdyby teraz zamknął oczy to z pewnością by odpłynął.

— Chyba… — przesunął językiem po lekko spierzchniętej dolnej wardze — … nie dojdę sam do krzesła — dodał jeszcze, trochę ciszej próbując zrobić chwiejny krok do przodu, w najgorszym wypadku obije sobie jeszcze bardziej mordę upadając na podłogę.

Gabriela R. Blais
Corvo
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Przygotowała apteczkę i podeszła do niego.
Widziała go już tak wiele razy rannego, że nie powinno już jej dziwić, że ten lekkomyślny patafian znowu ryzykował Faceci podobno byli świetnymi strategami, ale widok, który miała przed sobą, temu przeczył. Był słaby. Ledwo stał, opierając ciężar swojego ciała na niej, jakby była ostatnią deską ratunku. I to trochę przerażało. Bo jego przyjście tutaj oznaczało, że albo jej ufał, albo chciał, żeby go dobiła. Kuszące, ale z drugiej strony, nie byłoby w tym żadnej frajdy. Nigdy nie grała fair, ale leżącego się nie dobija.
Sapnęła, gdy zaparła się nogami o podłogę cudem ratując ich przed upadkiem. - Wiesz, że kobiety nie mogą tyle dźwigać? Ważysz tonę. - ułożyła jego dłoń wygodniej na swoim ramieniu i powoli prowadziła go w stronę krzesła. Spojrzała na panele i przeklęła cicho, widząc na nich małe, ciemne plamki. - Jeśli tu wykitujesz, to cię wyciągnę z piekła i znowu zabije. Wiesz ile teraz zostawiasz tu swojego DNA? - gdy powoli siadał na tym krześle, to prawie się wyjebała, bo jego ciężar ją przeważył. Na sekundę musiała przysiąść na jego kolanie, bo miałaby niemiłe spotkanie z podłogą.
Przez chwilę szamotała się z jego koszulką, ale po kilku jego grymasach, złapała za nożyczki i przecięła materiał, który opadł na ziemię. - Jesteś genialny. Normalnie tylko pogratulować intelektu. Wcale nie musisz być w formie, żeby odzyskać swoją pozycję. Wcale. Nielegalne walki przy tylu wrogach, to był strzał w dziesiątkę. - jej głos ociekał ironią, gdy szukała w torbie latarki, bo gówno widziała przy blasku świecy. Pieprzony brak prądu. Pieprzony Marco.
Pielęgniarką była marną. Przez chwilę gapiła się głupio na ranę na jego boku, z której sączyła się krew. - Chyba muszę to przemyć? - spojrzała na niego przelotnie, podeszła do zlewu i zanurzyła w nim czystą ściereczkę. Wróciła i przyłożyła ją do rany mocno naciskając, żeby sprawić mu ból, bo ją wkurwił. No i jakoś musiała zatamować krwawienie. - Dobra, będę szczera. To nie jest małe draśnięcie. Musisz jechać do szpitala. Jelita ci nie wypływają, ale trzeba to zszyć, a ja nigdy tego nie robiłam. Więc albo mnie poinstruujesz, co mam robić, albo... - dzwonie po karetkę... Tylko kurwa nie miała zasięgu. Kurwa.
Przyciskała wciąż ścierkę do rany, a drugą dłonią zaczęła grzebać w apteczce. Miała jakieś ultra giga zajebiste plastry, które niby przyciągały brzegi rany i trzymały to w ryzach, jak szew. Brzmiało to spoko. Wyjęła też jakąś buteleczkę z preparatem do odkażania. Odsunęła zakrwawioną ściereczkę i obficie spryskała ranę preparatem. - Ciągle krwawisz. Jak to skleję, to nie będziesz miał krwotoku wewnętrznego? - bo ona miała wątpliwości. Złamania... Drobne rany... Ukąszenie węża... Ogarnęłaby to zawodowo, ale nie takie gówno.

Marco Moretti
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie lubił być zależny od drugiej osoby, to poczucie, że Twoje życie leży w czyiś rękach było dla niego niewygodne. Gabriela na dobrą sprawę mogła go po prostu tutaj dobić, nikt raczej w tym blackoucie by nawet nie zauważył, że go zabrakło. No może oprócz jego ludzi, którzy by wariowali, gdyby ten się nie pojawił przez kilka dni. Zamieszki na ulicach przybierały na sile i nawet gdy niektórych po prostu świerzbi, żeby dołączyć to surowo im tego zakazywał. Nie byli zwierzętami, którzy napadali na domy, banki czy inne placówki, prowadzili własny interes a teraz była sposobność do tego, żeby zrobić te najbardziej niebezpieczne interesy.
Policja i inne służby były zbyt zajęte tym co się działo w mieście, nie było lepszej okazji.
Zaśmiał się lekko na jej słowa, krótko i chrapliwie, kiedy oparł się o nią, żeby ta podprowadziła go do tego cholernego krzesła, przez stratę krwi robił się coraz słabszy, dziwne, że tutaj doszedł o własnych siłach i nie padł gdzieś na środku ulicy czy w jakimś rowie, chociaż z tego zapewne by się cieszyła.
— Tylko nie próbuj mnie potem klonować — nawet mimo sytuacji potrafił żartować, to nic, że jakikolwiek śmiech czy mocniejsze poruszenie się sprawowało mu w tym momencie ból.
Ból był wręcz nie do opisania, rzadko kiedy Marco obrywał tak, że ktoś musiał go opatrywać, był dobry w tym co robił, ale w momencie gdy nagle zgasły wszelkie światła i zapadła ta pieprzona ciemność ktoś wykorzystał jego moment rozkojarzenia na swoją korzyść. Zareagował za wolno, zdecydowanie za wolno przez co został ranny. Skrzywił się, gdy ta próbowała ściągnąć mu koszulkę, nie miał nawet sił, żeby unieść ręce do góry.
— Lubię walczyć, lubię zadawać ból, po prostu taki już jestem — wyrzekł po chwili, krzywiąc się lekko, — Walczyłem często w więzieniu, była to tam jedyna rozgrywka — nie lubił mówić o więzieniu do którego wsadziła go właśnie ona, ale chyba pogodził się z tą myślą.
— Sherlock… — mruknął cicho na jej słowa o przemyciu rany i westchnął lekko, gdy ta się oddaliła, żeby pójść po szmatkę. Próbował ją śledzić wzrokiem, ale gdy zniknęła za jego plecami to dał sobie spokój. Syknął gdy mocno przyłożyła szmatkę do jego rany.
— Kurwa… — warknął, nabierając w płuca więcej powietrza, przymknął na moment oczy, zaciskając lekko swoje palce w pięści.
— Żadnej karetki, żadnych pieprzonych lekarzy. Dasz sobie radę, musisz po prostu oczyścić, zdezynfekować i to zszyć, najlepiej igłą i nitką. — nie raz musiał sobie sam zszywać niektóre rany, gdyby nie fakt, że jest w miejscu do którego ciężko mu sięgnąć w takim stanie to sam by to zrobił.
— Jak zacznę pluć krwią i kaszleć to Ci powiem, że mam krwotok wewnętrzny — dodał jeszcze po chwili milczenia, przesuwając na nią powoli spojrzenie. Czuł jak zmęczenie zaczyna go powoli dobijać, przełknął ślinę, zdając sobie sprawę, że miał sucho w gardle.

Gabriela R. Blais
Corvo
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Miał zaćmienie umysłu. Najpierw William, a potem Marco. Jeden i drugi, zwrócił się dzisiaj do niej. O ile z najebanym gościem dała sobie radę, o tyle rany po nożu zdecydowanie nie wpisywały się w jej wizję udanego wieczoru. Jego krew na podłodze w jej mieszkaniu... Chciał ją wrobić? Mógłby zniknąć za pstryknięciem palców, a jego ludzie wskazać jej adres jako ostatnie znane miejsce jego przebywania. Choćby pucowała godzinami podłogę, to pewnie znaleźliby małą plamkę i ją wpakowali w pomarańczowy uniform w jedną stronę do pierdla. Już powinna być w samochodzie i spierdalać. Tyle, że nie mogła go zostawić w takim stanie. Jego rany były prawdziwe. Wątpiła, żeby sam doprowadził się do takiego stanu dla tak głupiej zemsty.
- A do czego byłby mi potrzebny twój klon? Ty sam dostarczasz mi wystarczająco dużo rozrywki. - mruknęła pod nosem wciąż zastanawiając się, co miała zrobić z tą raną. - A nie myślałeś o jakimś mniej autodestrukcyjnym hobby? Zbieranie znaczków? - prawie parsknęła śmiechem. Marco, gangster, który niemal całe ciało miał w tatuażach. Typ spod ciemnej gwiazdy, który niejednemu odebrał życie i album ze znaczkami. Piękne.
- Gorzej mnie nazywałeś. - skomentowała jego słowo kurwa, ale już go nie maltretowała. Wpierdzielić mu za bezmyślność zawsze mogła jutro, gdy już trochę ogarnie dupsko. - A czy ja wyglądam ci na krawcową? Jak chciałeś się bawić w przebieranki, to można było poprosić. A nie od razu odpierdalać performance z prawdziwą krwią. Mdli mnie od jej zapachu. - w ciąży była wyczulona na wszelkie zapachy, a połączenie środków odkażających i krwi, to była zabójcza mieszanka dla jej nosa. Zagryzła jednak wargi i szukała tej pieprzonej nici. Spojrzała na niego i wstrzymała oddech obserwując jego walkę. Kurwa.
- Dobra, to bezsensu. Zaraz mi z tego krzesła spierdolisz. Na kanapę. - zarządziła i pomogła mu wstać, żeby zaraz mógł opaść na kanapę. Przycisnęła znowu do rany szmatkę i kazała mu uciskać to miejsce póki był w stanie cokolwiek jeszcze jej pomóc. Przekopała całą apteczkę w poszukiwaniu tej pieprzonej nici. Dłużej zajęło jej nawlekanie tego badziewia na igłę, bo trzęsły jej się z nerwów dłonie. - Nie licz na ładną bliznę. - przez chwilę zastanawiała się, czy powinna włożyć mu coś pomiędzy zęby, żeby nie odgryzł sobie języka, ale chuj. I tak nie była pewna, czy jeszcze w ogóle był przytomny. Wzięła latarkę pomiędzy wargi i pochyliła się nad jego bokiem. Odkaziła nić i igłę. Najgorzej było zacząć. Szło jej opornie. Wykonanie godne dziesięciolatka, ale brzegi rany przynajmniej się nie rozchodziły. Dalej sączyła się krew, ale założyła opatrunek, który miał dać temu dziełu jakieś warunki sterylności. Rozebrała go, żeby przemyć całe jego ciało. Zlokalizowała nawet więcej mniejszych ran, które również opatrzyła. Zwilżyła jego wargi i podała mu wody, gdy tylko był w stanie cokolwiek przełknąć. Co mogła posmarowała maścią przeciwbólową. Tylko tyle była w stanie zrobić.
Pozostało jej jedynie czekać, aż się obudzi.

Marco Moretti
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie sądził, że był człowiekiem rozumnym, raczej powinien spieprzać od Gabrieli gdzie pieprz rośnie zważywszy na to, że jeszcze jakiś czas temu jej groził, tylko że… nawet gdyby chciał jej coś zrobić to nie potrafił, przez tych pięć lat w więzieniu obmyślał wszelkie scenariusze zbrodni, które mógłby popełnić, ale teraz? Gdy miał ją na wyciągnięcie ręki i nawet gdy nadal nie była jego, to nie mógł jej skrzywdzić.
Czyżby się zmieniał?
A może po prostu palma mu strzeliła?
— Cieszy mnie to — mruknął po chwili milczenia, przesuwając lekko zamglonym spojrzeniem po jej twarzy, ubytek krwi powodował, że był coraz słabszy, ale wiedział, że nawet gdy rudowłosa żywiła do niego niechęć to i tak by mu pomogła, nie była w stanie przejść obojętnie obok cierpiącej osoby, nawet gdy był to jej największy wróg. Zaczerpnął lekko powietrza w płuca i parsknął śmiechem na wzmiankę o zbieraniu znaczków, chociaż było to zdecydowanie błędem bo poczuł przez to ból, przymknął na moment oczy.
— Znaczki? Naprawdę? — żachnął się po chwili gdy pierwsza faza bólu przeszła i zaczerpnął powoli powietrza w płuca.
Owszem, nazywał ją zdecydowanie gorzej, ale przemilczał to, bo nawet z tego nie był zbytnio dumny.
— Dasz sobie radę, nie w takich opałach byłaś, skoro potrafisz się obronić czy strzelać to także nauczysz się zszywać rany, to nic trudnego — jeszcze jako dzieciak musiał się nauczyć opatrywać własne rany i zapewne by to sam zrobił, gdyby nie był w takim stanie, rana była nawet głęboka, zadana w najmniej oczekiwanym momencie, gdy zgasły wszystkie światła. Tak jakby jego przeciwnik czekał na okazję, żeby go zranić a potem chwalić się, że pozbył się samego Marco Moretti, tylko, że on był ulepiony z twardej gliny i z gorszych obrażeń wychodził bez szwanku.
Jęknął cicho, gdy ta zawlokła go w stronę kanapy, na której zapewne także zostawi trochę swojej krwi, ale tym razem było mu wygodniej, oparł głowę o oparcie i przymknął oczy pozawalając jej przeprowadzić tę małą operację. Co jakiś czas tylko zaciskał zęby, zwłaszcza gdy igła wbijała się w ciało, było to rwące uczucie, za którym nigdy nie przepadał.
Senność dopadała go z każdą minutą, że ledwo co przełknął podaną mu wodę, jego głowa opadła na poduszki.
— Zostań ze mną.. — niewyraźna prośba wyrwała się z jego ust, gdy uniósł rękę, żeby chwycić jej palce, wprawdzie w stanowczym, ale niezbyt mocnym uścisku oddając się w objęcia Morfeusza.

Gabriela R. Blais
Corvo
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”