ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez ostatnie dni źle sypiał, a wszystko za sprawą niedawnej kłótni z Adeline. Reece zazwyczaj nie przywykł przejmować się tak trywialnymi sprawami jak rodzinne konflikty. Tym razem jednak miał wrażenie, że słowa siostry wciąż odbijały się echem w jego głowie, a obraz jej rozgoryczonych oczu powracał za każdym razem, gdy tylko zamknął powieki.
A potem otrzymał telefon. O d n i e j. Z komisariatu gdzieś w pieprzonych Włoszech. Gdzieś, gdzie Adeline była dla niego zupełnie nieosiągalna. I choć poza tymi wszystkimi absurdalnymi rzeczami, którymi zdążyła go wtedy obrzucić, to tym razem naprawdę się zmartwił. Nie wątpił, że poradziłaby sobie nawet w tak patowej sytuacji jak cela dzielona z jakąś kurwą Candy. Nie zmieniało to jednak faktu, że pomimo tej cholernej kłótni, po prostu nadal poczuwał się do bycia jej bratem. Nie biologicznym. Jak zdążyła mu wtedy dobitnie przypomnieć.
Ostatecznie od tej drugiej, małej zołzy zdołał wysępić kilka informacji. Gdzieś pomiędzy wyjazdem dziewczyn w kolejnej serii wiadomości, którymi zasypał Zoyę, w końcu (dla świętego spokoju) zgodziła się zdradzić mu kiedy wracały.
W nocy z poniedziałku na wtorek zjawił się więc na lotnisku i niecierpliwie wypatrywał Adeline przy wyjściu, w którym lada moment miała się pojawić. Zgodnie z przewidywaniami wyszła stamtąd w towarzystwie swojej przyjaciółki, na której widok Reece odruchowo się skrzywił.
Następnie dziarskim krokiem ruszył przez napływający z tamtej strony tłum. Kiedy wreszcie znalazł się przy siostrze, niespodziewanie chwycił ją za nadgarstek i zapiął na nim kajdanki. Drugą obręcz natychmiast przypiął do własnej ręki.
— Witaj z powrotem w Kanadzie, rudowłosa, wredna królewno — przywitał ją ironicznie. I... zanim Ade zdążyła w pełni zorientować się w sytuacji, wyrwał z jej drugiej dłoni rączkę walizki i pociągnął ją w kierunku wyjścia.
Zupełnie nie przejmował się ewentualnymi oczywistymi protestami. Ba, Reece z pełną świadomością wykorzystywał swoją siłę i przy każdym kolejnym kroku ciągnął siostrę za sobą coraz mocniej i mocnie, jakby zamierzał w ten sposób zemścić się za jej podłe zachowanie.
— Wybawiłaś się w Misano, to teraz zabawisz się ze mną w Toronto — rzucił wielce r o z b a w i o n y błyskiem własnego intelektu gdzieś po drodze.
Przez kilka kolejnych metrów rejestrował jeszcze, jak Zoya usiłowała za nimi nadążyć. Dziewczyna zdążyła posłać w jego stronę kilka, a może nawet kilkanaście wyjątkowo nieuprzejmych komentarzy, ale Reece przyjął je ze spokojem. Jednocześnie śmiało dał jej do zrozumienia, że jej opinia całkowicie po nim spłynęła. Zasłyszał jeszcze, jak w pośpiechu zamieniła parę słów z Adeline, która poleciła jej wrócić do domu.
Wtedy wszystko zaczęło układać się po myśli Ree. Zupełnie spektakularnie i z charakterystyczną dla siebie brawurą oraz nieustępliwością zamierzał pogodzić się z siostrą. I niezależnie od tego, co sama czuła, postanowił doprowadzić, aby wybaczyła mu, że wcześniej nie porozmawiał z nią o w y p a d k u.

Adeline Covington
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Adeline za to spała jak dziecko. W przypadku Ree nie miała kompletnie żadnych wyrzutów sumienia i korzystała z włoskiego słońca oraz uroków miasteczka nawet po jej wyskoku i wizycie na komisariacie.
Telefon do niego był celową szpilką, której nie wahała się w niego wbić i go trochę bardziej poruszyć. Aczkolwiek w jej mniemaniu Reece nie mógł przejmować się tym wszystkim a ż t a k, bo jawna ignorancja była dla niego naturalnym zachowaniem.
Dopiero w drodze na lotnisko, gdy miała trochę więcej czasu na przemyślenia, a alkohol tylko delikatnie szumiał jej w głowie dla kurażu, zaczęła się zastanawiać, co będzie po powrocie. Swoje myśli skupiła przede wszystkim na problemie związanym z Sullivanem, celowo spychając obraz Ree na dalszy plan.
Uważała, że wbrew pozorom zakończenie rozdziału z Sullivanem będzie łatwiejsze niż rozmówienie się z bratem, bo z nim, mimo braków więzów krwi, była związana nierozerwalnie. Musiała go jeszcze przez długi czas znosić. Dlatego więc właśnie na rozmowę z Hartleyem przygotowywała się mentalnie, gdy tylko wróci do Toronto.
Murraya zupełnie na lotnisku się nie spodziewała. Ba, nawet przez myśl jej nie przemknęło, że będzie pierwszą osobą, którą zobaczy po powrocie. Właściwie, ledwo zdążyła podnieść spojrzenie na zbliżającą się w ich kierunku sylwetkę mężczyzny, a ten szarpnął ją za nadgarstek.
Zdezorientowana i wystraszona instynktownie się szarpnęła, a serce załomotało jej w uszach.
— Puszczaj! — zdążyła krzyknąć, zanim poczuła na ręku kajdanki. Wciąż nie rozumiejąc, co się dzieje, podniosła wzrok na znajomą twarz i aż ją zmroziło. — Ree? — wydusiła z siebie, puszczając mimo uszu jego ironiczny ton. W pierwszym odruchu całkiem bezwiednie wypuściła z dłoni walizkę, na której brunet zacisnął palce, ale zaraz poczuła kolejne szarpnięcie, które wytrąciło ją z równowagi i zmusiło do podążenia za nim.
— Ree! — warknęła, gdy impuls rozsądku zdołał w końcu przebić się przez warstwę zdumienia. — Ocipiałeś do reszty?! — Nagle złość, którą odczuwała względem niego, znowu zaczęła pulsować w jej krwi, a w jej głowie aż huczało. Kajdanki?! No, porąbało go chyba! Dopiero wydostała się z jednych.
Próbowała się zapierać, ale wbijana w nadgarstek obręcz skutecznie trochę studziła jej zapędy. Pozostało więc jej bronić się słownie.
— Zostaw mnie w spokoju, kretynie! — syknęła jeszcze przez zęby, dając upust swojemu gniewowi, choć widziała, że braciszek zupełnie nic sobie z tego nie robił.
— Jedź do domu, ja się z nim rozprawię — poleciła Zoi, która pospieszała przy niej. — Jeżeli nie odezwę się w ciągu kilku godzin to wiesz, kogo wskazać policji — dorzuciła zaraz, po czym zacisnęła mocno zęby i przestała się z nim siłować.
W zasadzie nawet przyspieszyła, żeby nie naciągać ich rąk, po czym podsunęła Ree nogę, przez co potknął się. Nie przemyślała tego, bo zaraz pociągnął ją do siebie, a jej chwilowo triumfalny uśmiech przeobraził się w skrzywienie bólu. Jęknęła żałośnie z własnej niedoli.
Nie miała zamiaru jednak tak łatwo się poddawać, więc znowu zaparła się, trzymając się kurczowo za dłoń w kajdankach.
— Pomocy! Ratujcie mnie! To porwanie! — krzyknęła na cały głos, zwracając na siebie uwagę najbliższych przechodniów. Miała nadzieję, że jeśli nie oni to może chociaż ochrona jej pomoże. — Ałaa! — wyrwało się z jej ust, a na jej twarzy wymalował się grymas bólu. Walka z nim naprawdę zaczynała ją boleć. — Będziesz mi winien masaż! — rzuciła urażonym i wielce nieszczęśliwym tonem.

porywacz :aaa:
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał to wszystko naprawdę w dupie. W głębokim poważaniu , daleko w środku swojego opalonego i zgrabnego tyłek, kiedy Adeline bez oporów zaczęła wykrzykiwać jego imię i kazać mu zostawić się w spokoju. Potrzebowali sobie coś wyjaśnić, a właściwie to on potrzebował naprawić relację z siostrą, którą tak naprawdę zaniedbał już bardzo dawno temu.
Niemniej teraz był bardziej dorosły, aniżeli parę miesięcy temu. Reece sam uważał, że zdążył odrobinkę dojrzeć i chciał w końcu wyklarować to, co ich łączyło. A łączyło ich przecież bardzo wiele. Boo... może nie byli biologicznym rodzeństwem, ale wspólne wychowanie sprawiło, że niejako poczuwał się wobec niej do odpowiedzialności.
Jakiejś odpowiedzialności. Prawda była taka, że po prostu czuł się wyjątkowo paskudnie. Wyrzuty sumienia nie dawały mu spokoju, dlatego zamierzał na spokojnie albo, znając ich oboje zdecydowanie niespokojnie, powiedzieć Adeline, czym właściwie kierował się zatajając przed nią prawdę.
Reece puścił mimo uszu kolejną kąśliwą uwagę, którą rudowłosa posłała swojej przyjaciółce i jedynie ponaglająco szarpnął skutym nadgarstkiem. Wtedy złośliwie potknął się o cwanie wystawioną przez nią nogę, ale karma w zawrotnym tempie zatoczyła koło i w efekcie pociągnął ją za sobą. Kiedy po trzech, dużych susach udało mu się odzyskać równowagę, Adeline niefortunnie uderzyła zgrabnym nosem w jego ramię.
Natychmiast zaśmiał się kpiąco i spojrzał na nią z piętrzącą się w oczach złośliwością, że dostała za swoje kombinatorstwo. Niestety, powinien był się domyślić, że nie zamierzała poprzestać na jednym wybryku. Już po chwili kurczowo szarpała drugą dłonią za tę, którą wciąż miała skutą kajdankami. Reece jednak nadal stał nieruchomo z wyciągniętym w jej stronę ramieniem z bransoletką, przyglądając się z pobłażaniem tym desperackim próbom sprzeciwu.
Wtem drgnął i przez chwilę w milczeniu obserwował, jak Adeline z teatralnym kunsztem starała się przekonać przechodniów o swojej niedoli. Reece aż rozdziawił usta, najwyraźniej nie dowierzając temu, co się działo, po czym w końcu skrócił dzielącą ich odległość i objął kobietę wolnym ramieniem. Drugą ręką, tą skutą kajdankami, chwycił ją za brodę dwoma palcami i odwrócił jej twarz w stronę przechodniów, których tak zawzięcie próbowała przekonać.
— Spokojnie. Mam ją pod kontrolą. Jest ubezwłasnowolniona — powiedział do nieznajomych całkiem poważnie, a następnie siłą skierował głowę Adeline do ochroniarza nieopodal. Mężczyzna jednak nie wydawał się szczególnie zainteresowany. Chyba od razu zwęszył kiepski kawał. — To moja siostra — dodał Reece tak tylko zapobiegawczo, jakby jednak ten gruby Bob Marley rzeczywiście chciał posądzić go o porwanie.
Zaraz ponownie ruszył w stronę wyjścia z lotniska, ale tym razem z jeszcze większą złośliwością. Zaczął wesoło podskakiwać, jak na grzybobraniu w lesie, zupełnie nie przejmując się tym, że każdy z tych frywolnych podrygów kończył się gwałtownym szarpnięciem rudowłosej.
— Nie narzekaj, Ade, przecież lubisz takie p o p i e r d o l o n e żarty — zaśmiał się szyderczo. — Możesz znowu poczuć się jak we Włoszech. Pomyśl, że właśnie transportuję cię do więzienia — urwał na moment, aby następnie przez ramię posłać siostrze szydzące spojrzenie. — Takiego z zaostrzonym rygorem.
Kiedy w końcu wydostali się z lotniska i dotarli do samochodu, Reece najpierw schował walizkę do samochodu. Potem otworzył drzwi od strony kierowcy i, zważając na wciąż łączące ich kajdanki, wpuścił Adeline wepchnął do środka. Była zmuszona przecisnąć się przez jego miesce i w pokraczny sposób przedostać na fotel pasażera, co wywołalo u Ree chwilowy dyskomfort. Musieli współpracować na tyle, aby ostatecznie w podobnym czasie usadowić się na siedzeniach.
— Masz dwie opcje. Obie są zajebiste — powiedział znienacka. Oparł wolne ramię o kierownice i z błyskiem w oczach zerknął w stronę siostry. — Albo godzimy się na trzeźwo i rozmawiamy. Albo godzimy się po pijaku i, nie wiem, czy rozmawiamy.
Brzmiało sensownie.

Adeline Covington
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona za to miała w najgłębszym poważaniu jakikolwiek fakt, który skłonił Ree do tak brutalnych względem niej kroków. Choć wcześniej poczuwała się do przeprowadzenia z nim rozmowy, tak zwyczajnie w tym momencie, wzięta z zaskoczenia, chyba nie była na nią gotowa.
Emocje, które zdążyła opanować w trakcie wyjazdu, znów w niej zawrzały, przez co próbowała za wszelką cenę wyrwać się z rąk okupanta, mimo że zdawała sobie sprawę, że jej szanse na to były praktycznie zerowe. Debil przykuł ją do siebie, nie wiadomo po co i na jak długo. Znając jego, mogła liczyć dosłownie na wszystko.
Mimo wszystko odprawiła Zoyę z kwitkiem, bo jakaś część niej wiedziała, że to był t y l k o Ree. Wychowała się z nim i jakoś udało jej się przeżyć razem te dwadzieścia lat, miała więc cichą nadzieję, że nie zmienił nagle zdania i nie postanowił zakopać jej gdzieś w lesie.
Nie znała go od tej strony. To znaczy, była świadoma jego wrednej strony, ale tak naprawdę nie domyślała się, co się za jego zachowaniem kryło. Że targały nim wyrzuty sumienia i tym łopatologicznym sposobem próbował naprawić sytuację, niejako zmuszając ją do tego, żeby posłusznie za nim poszła i go wysłuchała.
Nie wiedziała, jak bardzo ich kłótnia i jej następstwa go poruszyły. Właściwie bardzo skutecznie się z tym kamuflował, skoro postanowił przetargać ją przez całe lotnisko w kajdankach. A ona w podziękowaniu podjęła się czynności, mających na celu mu to znacznie utrudnić.
Los był przewrotny, bo po chwili dostała za swoje. Najpierw w nos, kiedy wymusiła na nim potknięcie i pociągnął ją za sobą, a potem kiedy złapał ją za twarz, aż rozdziawiła usta w dziubek. Następnie otworzyła szeroko oczy, słysząc tekst o ubezwłasnowolnieniu. Gdyby tylko mogła, na pewno by w tym momencie głośno zaprotestowała, ale jedyne, co udało jej się wydobyć to koślawe:
— Chciałbyś. — Było jednak na tyle ciche i niewyraźne, że niestety nikt ze świadków zdarzenia nie wziął sobie jej na poważnie jak zawsze. Posłała więc tylko błagalny wzrok po przechodzących, a czując się zignorowaną, z niemocy wydusiła z siebie rozgoryczone warknięcie i mocno tupnęła nogą — białym sneakersem z grubą podeszwą — wprost na stopę Ree.
Powinien się cieszyć, że nie wpadła na pomysł, żeby skupić się na zupełnie innym celu.
Jego syk wynagrodził jej nieco całe to skandaliczne zachowanie jego i wszystkich wokół, na co ostatecznie, gdy ją puścił, uśmiechnęła się triumfalnie. To go niestety nie powstrzymało przed tym, żeby ruszyć dalej w drogę, podskakując durnowato jak przedszkolak, czego nie omieszkała mu uświadomić gdzieś pomiędzy jednym szarpnięciem a kolejnym. Żeby nie odczuwać aż takiego dyskomfortu, musiała przez niego znacznie przyspieszyć.
— Żarty? Myślisz, że jesteś zabawny, jak się zachowujesz jak pięciolatek? Pięciolatki mają w sobie przynajmniej jakiś urok — wypaliła, przewracając poirytowana oczami. Za to słysząc o więzieniu zmrużyła oczy. Gdyby tylko one mogły zabić… — Nie jesteś tak przystojny jak tamten carabinieri — oświadczyła z kpiną w głosie. — Jeśli myślisz sobie, że będziemy razem chodzić do toalety to się grubo mylisz! — zawołała zaraz.
Nie podobało jej się to ubezwłasnowolnienie, ale przeczuwała, czym się kierował Ree. Znał ją na tyle dobrze, że przewidział, iż na jego widok zwyczajnie ucieknie w drugą stronę. Albo po prostu zaprze się i będzie wolała wrócić z Zoyą.
Teraz natomiast zbyt wielkiego wyjścia nie miała. Przez chwilę obawiała się, że wsadzi ją do bagażnika razem z tą walizką, ale było to chyba zbyt absurdalne, żeby zrobił to w miejscu publicznym. Niemniej, kiedy podszedł od strony kierowcy, obrzuciła go pełnym niedowierzania spojrzeniem, a potem jeszcze raz, gdy bezceremonialnie otworzył drzwi.
— Serio? — zapytała, ale w tym samym momencie ruchem wolnej dłoni zaprosił ją do środka. — Borze zielony, czemu ja — mruknęła do siebie z wyraźnym zrezygnowaniem i w końcu schowała dumę do kieszeni, żeby jakoś przepchnąć się przez siedzenie kierowcy i wylądować na miejscu obok.
Na jego propozycje wydęła wargę w zastanowieniu, po czym westchnęła przeciągle.
— Chyba nigdy nie wytrzeźwieję — przytaknęła finalnie. Następnie swój wzrok z mężczyzny przeniosła na kajdanki. — Wypuścisz mnie już wreszcie? — zapytała ostrożnie. — Z auta ci już raczej nie ucieknę — przechyliła nieco głowę na bok, obdarzając go znaczącym spojrzeniem. Jej głos był już znacznie spokojniejszy, a nawet pobrzmiewało w nim pogodzenie się z własnym losem.
Co prawda, mogła użyć jeszcze jednego patentu, przećwiczonego niedawno przez Zoyę, ale nie sądziła, żeby Reece dał się na to nabrać. Pozostało więc jej już tylko się napić go wysłuchać.
I cóż z tego, że właśnie była czwarta rano?

Reece Murray
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jęknął żałośnie, kiedy Adeline w tak brutalny sposób tupnęła na jego nogę, przy czym na krótką chwilę gwałtownie uniósł stopę i z pretensją zerknął w jej stronę. Ten bunt wcale nie zdziwił Reece’a. Ba, chyba nie byłaby sobą, gdyby nie wypuściła na powierzchnię tej swojej natury jędzy. Mimo wszystko zamierzał dzielnie wytargać kobietę i ten cholerny bagaż z lotniska.
— Tak — rzucił lakonicznie, naprawdę brzmiąc jak ten beztroski, acz wyjątkowo niegrzeczny pięciolatek, między jednym podskokiem a drugim. Trochę skłamał, bo właściwie nie miał zamiaru wypaść na zabawnego; raczej na okrutnie złośliwego. Oczywiście chciał się z nią pogodzić, jednak w pierwszym odruchu wypadało najpierw napsuć Adeline krwi za jej wybryki z Misano. — Byłbym przerażony, gdyby siostra uważała mnie za przystojnego. To znaczyłoby, że jesteś spaczona, chociaż z drugiej strony... — Zerknął przez ramię, wciąż i wciąż szarpiąc ją do przodu. — Niewiele by się zmieniło, głupia gąsko.
Na gwałtowną wzmiankę rudowłosej, odnoszącą się do wspólnego korzystania z toalety, która była okraszona bardzo wymowną kpiną, aż prychnął ironicznym śmiechem. Nie zareagował jednak w żaden inny sposób.

Zachował jakieś resztki dżentelmeńskiej natury i, choć z pewnością przemknęło mu to przez myśl, nie władował Adeline do bagażnika Mercedesa. I wcale nie miało to związku z tym, że znajdowali się w miejscu publicznym, bo prawdę pisząc, w niczym by go to nie powstrzymało.
— Serio — powtórzył i ponaglająco skinął w stronę wnętrza samochodu, do którego, o zgrozo, naprawdę musiała się wpakować. Nie zamierzał wypuścić jej z kajdan. — Też nie mam pojęcia, czemu mnie tak ukarano — mruknął sarkastycznie.
Z drugiej strony mógł odczytać połączenie z Adeline jako swoją karmę. Nigdy nie był najłatwiejszym dzieckiem ani bratem, a kiedy trafił już na studia, wielokrotnie przyszło mu być trudnym kochankiem, a ostatecznie okazał się też się fatalnym mężem. Być może rzeczywiście zasłużył sobie na wszystkie te zszargane emocje, których doświadczał u boku rudowłosej.
Zajął miejsce kierowcy i włączywszy przycisk startu, ułożył dłoń na kierownicy, po czym tę, którą był spięty z kobietą, położył na gałce biegów. Wrzucił wsteczny.
— Nie wiem, gdzie mam kluczyki — powiedział, brzmiąc całkiem poważnie.
W tym czasie w ogóle nie patrzył w jej stronę, choć mógł się spodziewać, że po twarzy Adeline przemknęło wiele kolorów.
Wycofał samochód z parkingu, po czym wrzucił drive i płynnie wyjechał na ulicę. Mercedes dołączył do sznura innych samochodów, a Reece jak gdyby nigdy nic, skupił wzrok na drodze przed sobą.
W jego głowie rozbrzmiały się słowa ich minionej kłótni:

— Nawet nie waż się nas do siebie porównywać — wycedziła przez zęby z jadem, który mógłby zabić. — Nie jesteśmy prawdziwym rodzeństwem! Nie łączą nas więzi krwi!

Dlatego nerwowo przełknął ślinę i włączywszy kierunkowskaz, skręcił w prawo. Dopiero wtedy na kilka sekund skupił tajemnicze spojrzenie na Adeline, aby zaraz ponownie skierować wzrok ku przedniej szybie. Po chwili uniósł skutą rękę i wskazał na schowek.
— Wyciągnij stamtąd taśmę i zaklej sobie usta. — Skinął palcem, a kiedy napotkał opór, popatrzył na kobietę w bardzo sugestywny sposób, wysoko unosząc brwi. Dodatkowo kiwnął brodą, ponownie ją ponaglając. — Nie żartuję. Masz mi nie przerywać.
Zamierzał się trochę uzewnętrznić, a znając usposobienie Adeline, spodziewał się, że w co drugim słowie zacznie wtrącać swoje trzy grosze. Nie potrzebował tego. Tym bardziej że Reece nie przywykł do zwierzania się ze swoich uczuć, a tym razem wydawało się to niebywale konieczne. Ale, cholera (!), wciąż dla niego trudne.
— Po pierwsze, niezależnie od naszych więzów krwi, naprawdę traktuję cię jak siostrę. Dlatego nigdy więcej nie mów, że nie jesteśmy prawdziwym rodzeństwem. — Na moment zamilkł i intuicyjnie mocniej zacisnął palce na kierownicy. Dodatkowo przebiegł spojrzeniem po bocznej szybie, kiedy przez te parę sekund próbował zebrać myśli do kupy. — A co za tym idzie... gdybym jeszcze raz miał cię uratować, postąpiłbym dokładnie tak samo — Tym razem na bardzo krótką chwilę zerknął na Adeline, po czym ponownie utkwił wzrok w drodze. — Więc nie krytykuj więcej tego, co zrobiłem tamtego pieprzonego dnia.

Głupia gęś
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Adeline dobrze wiedziała, że walka z Reece’em, zwłaszcza, kiedy była do niego przywiązana (dosłownie), nie miała największego sensu, mimo to niezmiernie cieszył ją każdy drobny triumf, gdy z tak maniakalnym uporem odpłacała się bratu.
— Spadaj, ośle — syknęła mu w odpowiedzi, i machnąwszy lekceważąco ręką, odwracając od niego dumne spojrzenie. Nawet nie próbowała wyprowadzić go z błędu. Niech sobie myśli, że jest spaczona, jego zdanie niewiele ją obchodziło.
A raczej taką właśnie postawę wolała przyjąć, żeby nie dać mu wejść sobie do głowy. Miała na niej już wystarczająco dużo, i wcale nie chodziło tu o jej farbowane rude włosy.

Co prawda, nie miała szczególnej ochoty słuchać brata również w kwestii nietypowego wejścia do samochodu, ale na jego sarkastyczną uwagę przewróciła tylko oczami i w końcu z rezygnacją wpakowała się do Merca.
Może nie byli związani krwią, ale z pewnością łączyła ich jedna wspólna cecha — upór. Ten adowy jeszcze przez chwilę górował nad każdą inną emocją, próbując znaleźć jakiś sposób, by się od Ree uwolnić. Iskra nadziei tliła się w niej jeszcze w momencie wystosowania w jego stronę prośby o wypuszczenie, ale gdy usłyszała w zamian, że zgubił kluczyki, przez chwilę popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
— To może ich poszukaj? — zaproponowała, przekrzywiając nieco głowę i mrugając kilkukrotnie powiekami w znaczącym geście. Za wszelką cenę starała się przy tym tonować swój głos, by przypadkiem nie pojawiła się w nim nuta frustracji, którą mężczyzna znów w niej zasiał. — W ogóle ciekawi mnie, skąd u ciebie te kajdanki — stwierdziła bez zastanowienia, dopiero słysząc swoje słowa na głos, nagle zmieniła zdanie. — Chociaż nie, chyba jednak nie chcę wiedzieć — zaprzeczyła szybko i skrzywiła się z niesmakiem do własnych myśli, które Ree mógł odczytać bez trudu. — Nie powiem, kto tu jest bardziej spaczony, braciszku — mruknęła złośliwie. Mimo wcześniejszego zignorowania tego określenia, niewątpliwie gdzieś tam w niej się ono zakorzeniło. To, że wybaczała, wcale nie musiało oznaczać, że zapominała.
No bo zakuwanie siostry w kajdanki wcale nie było takie normalne, tym bardziej, jeśli używał ich zwykle do całkiem innych celów. Wzdrygnęła się na samą myśl i aż odwróciła wzrok w boczną szybę, starając się odwrócić swoją uwagę od niestosownych obrazów, które podsuwał jej spaczony umysł.
Chwila ciszy w samochodzie i szum silnika pozwolił jej na chwilę oddechu i odnalezienie się w nowej, niekoniecznie komfortowej sytuacji. Gdzieś pomiędzy jednym głębszym oddechem, a drugim uświadomiła sobie, że nie mogła uciec, i to nie tylko od Ree, ale również od rozmowy, która ich czekała.
W zamyśleniu nawet nie odnotowała momentu, w którym skupił na niej swoje spojrzenie. Dopiero, kiedy podniósł rękę i wskazał schowek, oderwała wzrok od szyby i ze ściągniętymi brwiami poniosła wzrokiem od jego wyciągniętego palca, przez skrytkę w kokpicie, po jego twarz. Jego absurdalne żądanie spotkało się z pobłażliwym spojrzeniem, które dodatkowo wzmocniła pogardliwym prychnięciem. Gdy jednak ją ponaglił, znów wywróciła wymownie oczami.
— To bez sensu. Przecież gdybym chciała, taśma by mnie nie zatrzymała przed żadnym komentarzem — popatrzyła na niego krytycznie, po czym na dowód swoich słów pomachała mu wolną ręką, którą bez obaw mogła sobie w każdej chwili ten kawałek plastiku ściągnąć.
Poprawiła się więc wygodniej w fotelu i westchnęła, bo zaczynała wyczuwać powagę w jego głosie.
— Audiencja rozpoczęta — oświadczyła, gestem dłoni pozwalając, by kontynuował. A potem już tylko słuchała w skupieniu, patrząc tępo przed siebie. Zamiast jednak ulicy skąpanej w mroku, przecinanego światłem lamp, widziała przed oczami ich kłótnię oraz wypowiedziane w gniewie słowa, które Murray właśnie zaczął przytaczać.
Pod ich wpływem mimowolnie zaczęła się kulić w sobie, bo naprawdę nie chciała go krytykować za pomoc, jakiej udzielił jej tamtego nieszczęsnego wieczoru. Teraz, kiedy wreszcie trochę się uspokoiła i zdystansowała do wydarzeń sprzed wyjazdu, uważała, że części z tego, co wykrzyczała mu wtedy w twarz, nie powinno w ogóle paść, a przede wszystkim — wcale tak nie uważała.
Kiedy więc przestrzeń między nimi znów wypełniła cisza, dała sobie chwilę, żeby pozbierać kotłujące się w niej myśli.
— Właściwie… skoro oddałeś mi krew to jednak jesteśmy nią związani — zauważyła cicho, wzruszając przy tym bezradnie ramieniem. Nie chciała przyznawać mu racji na głos, musiało więc wystarczyć mu to, co nasuwało się między jej słowami. — Poza tym wolałabym, żeby drugi raz do takiej sytuacji nie doszło — przyznała, przełykając niespodziewaną gulę w gardle, jednocześnie próbując jakoś rozładować tę dziwnie ciężką atmosferę między nimi, bo… nigdy wprost nie rozmawiali ze sobą na tak poważne tematy.
Zaraz wolną dłonią pogładziła się nerwowo po udzie i zwilżyła wargi z wyraźnym zawahaniem.
— Wiesz… po tym wszystkim byłam o krok od tego, żeby w ogóle nie wrócić z Ottawy — wyznała finalnie. — W pewnym momencie doszłam do wniosku, że naprawdę mogłabym zniknąć i nikt za mną by nie płakał. Ty mnie nie znosisz, ojciec nie ma pojęcia, co ze mną zrobić, do Ironcrest się nie nadaję. Jestem problemem, którego, gdyby nie ty, mogłoby wcale nie być — mówiła dość neutralnym tonem i na koniec zmarszczyła nos, bo po powiedzeniu na głos tego, co plątało się w jej głowie przez ostatnie dwa lata, dotarło do niej, jak depresyjnie to brzmiało. W obecnej chwili czuła się jednak pogodzona z tymi faktami. — Dlaczego nie powiedziałeś mi o tej transfuzji? — zapytała ostrożnie, spoglądając na niego spod ściągniętych brwi. I o tym, że wiedziałeś o dziecku, dodała już w myślach.

Reece Murray
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może i rudowłosa nie miała ochoty go słuchać, ale tak czy inaczej musiała to zrobić, skoro byli na siebie skazani przez te nieszczęsne, albo szczęsne, kajdanki. Właściwie, to cieszył się, że wpadł na ten pomysł, choć Adeline najwyraźniej nie podzielała chorego entuzjazmu Ree.
— Może później? — odparł, idiotycznie odpowiadając pytaniem na pytanie siostry, przy czym spojrzał z wykrzywionymi w cynicznym uśmieszku ustami.
Potem prychnął pod nosem słysząc monolog, który Adeline w tak krótkim czasie zdążyła wygłosić do samej siebie. Zgodnie z jej oczekiwaniami nie zdradził, skąd wziął kajdanki. Zamiast tego wzruszył nonszalancko ramionami i znowu się zaśmiał. Podejrzewał przecież, że i tak zdążyła się już wszystkiego domyślić.
Owszem... był spaczony. Nawet z grzeczności nie zamierzał temu zaprzeczyć, bo był też facetem, który w odpowiednich okolicznościach lubił urozmaicić sobie czas. Szczególnie ten konkretny czas spędzany w towarzystwie tej czy tamtej kobiety.
Przez dłuższą chwilę milczał, dając Adeline czas, by wpatrując się w szybę, uporządkowała własne myśli i j a k o ś pogodziła się z sytuacją. W końcu jednak wpadł na kolejny, równie durny pomysł i to tym razem z użyciem taśmy. Kątem oka - raz patrząc na drogę, raz na rudowłosą - obserwował konsternację, która rozkwitła na jej ładnej buzi. Kiedy zaś usłyszał pogardliwe prychnięcie, kilkukrotnie cmoknął z dezaprobatą. W ten sposób chciał dać Adeline do zrozumienia, ze nie zamierzał ustąpić.
Ani, kuźwa, trochę.
Dopiero logiczny argument kobiety, poparty demonstracyjną prezentacją, zdołał przemówić Reece do rozumu. Zaśmiał sie, ale najwyraźniej rownie szybko spoważniał, bo Adeline wydawała się gotowa go wysłuchać.
Nie potrafił odgadnąć, co właściwie chodziło jej po głowie, kiedy zaczął się uzewnętrzniać. Nie potrafił odgadnąć, jak wiele emocji kryło się w jej wnętrzzu. Mówił więc dalej z szaleńczo bijącym w klatce piersiowej sercem i z wzrokiem hardo wbitym w przednią szybę.
Jednak cisza, która zapadła między nimi, zaczęła go przytłaczać. Naprawdę nie chciał poganiać Adeline; naprawdę chciał dać jej jeszcze chwilę, aby mogła spokojnie przemyśleć to wszystko. Pomimo tego z trudem radził sobie z wewnętrznym niepokojem, który objawił się nieprzyjemnym pulsowaniem głowy. Zwyczajnie, tak po ludzku, cholernie się stresował.
Dopiero teraz, kiedy ich relacja stanęła pod znakiem zapytania, uświadomił sobie, jak wiele znaczyła dla niego więź z siostrą.
— Mówisz? — zapytał retorycznie. Zaschło mu w gardle. — Też bym wolał, aby więcej to się nie wydarzyło.
Reece nie poruszył nawet głową, ale i tak dostrzegł, jak Adeline nerwowo podrapała się po udzie. W tym samym czasie mocniej zacisnął palce na kierownicy i cierpliwie czekał, aż zacznie mówić dalej. Wtedy wysłuchał jej z uwagą, starając się przeanalizować każde słowo. W końcu westchnął zrezygnowany, po czym przeniósł wzrok na rudowłosą. Chciał, aby dostrzegła w jego roziskrzonym spojrzeniu tę niecharakterystyczną dla siebie powagę.
— Nie jesteś problemem, Adeline — powiedział spokojnie. — I wcale cię nie nienawidzę. Po prostu jestem dupkiem i nie zawsze potrafię pokazać, że mi na kimś zależy. Przez to straciłem żonę. Jeżeli stracę też siostrę, to zrobi się naprawdę nieciekawie — spróbował zażartować, ale temat nie sprzyjał dowcipkowaniu, dlatego prędko się zreflektował i na moment mocno zacisnął usta. — Thomas ma tak staroświeckie podejście i nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa. Zawsze tak było i jeżeli nie zmieni do ciebie podejścia, Ade, to Ironcrest upadnie. Może zamiast wypruwać sobie żyły w rodzinnej firmie, powinnaś spróbować otworzyć własną działalność? — dodał, zerkając na moment na ulicę, potem znowu przelotnie w kierunku siostry, po czym ponownie skupił się wyłącznie na drodze.
Nad odpowiedzią na kolejne pytanie Reece musiał zastanowić się ciutkę dłużej. Wywrócił oczami, próbując wrócić pamięcią do tamtych trudnych chwil i przypomnieć sobie, co właściwie nim wtedy kierowało. Pamiętał emocje, które się w nim kotłowały, ale nawet teraz trudno było mu je uporządkować.
— Chyba nie chciałem, abyś była jeszcze bardziej przybita, niż już byłaś. Poza tym uznałem, że gdybyś czuła, że łączy nas jakaś szczególna więź, sama byś mi o tym powiedziała, a wtedy mógłbym ci opowiedzieć co się wydarzyło. Niby byłem blisko, a jednocześnie wcale nie byłem blisko ciebie. Pamiętam też, że przez większość czasu się kłóciliśmy, więc chyba łatwiej było milczeć, niż mierzyć się z tym wszystkim. — Wzruszył ramionami, po czym posłał w stronę Adeline szczeólnie łagodny uśmiech. — Adeline, ale tak szczerze, myślisz, że wtedy bylibyśmy gotowi rozmawiać tak jak dzisiaj w tym pierdolonym aucie? — zapytał, tym razem spoglądając na siostrę trochę dłużej. — Dojechaliśmy — poinformował znienacka i skinął głową w stronę budynku, przed którym zatrzymał się na równoległym parkingu.
Pod masywnymi drzwiami zebrało się kilka podejrzanie wyglądających grupek młodych ludzi. W żyłach większości z nich zapewne krążył alkohol, ale pomimo tego dzielnie trzymali papierosy w dłoniach i gawędzili ze swoimi kompanami. Natomiats ze środka dobiegały przytłumione dźwięki muzyki.
Reece sięgnął lewą ręką do schowka w drzwiach samochodu i wyciągnął z niego kluczyk. Chwilę później zabrał się za uwalnianie ich nadgarstków, zaczynając od bransoletki zapiętej na ręce kobiety.
— Dziś wszystko na mój koszt — oświadczył, po czym wysiadł z samochodu.

Adeline Mountbatten
ODPOWIEDZ

Wróć do „Spirit of York Distillery Co.”