Adeline dobrze wiedziała, że walka z Reece’em, zwłaszcza, kiedy była do niego przywiązana (dosłownie), nie miała największego sensu, mimo to niezmiernie cieszył ją każdy drobny triumf, gdy z tak maniakalnym uporem odpłacała się bratu.
—
Spadaj, ośle — syknęła mu w odpowiedzi, i machnąwszy lekceważąco ręką, odwracając od niego dumne spojrzenie. Nawet nie próbowała wyprowadzić go z błędu. Niech sobie myśli, że jest spaczona, jego zdanie niewiele ją obchodziło.
A raczej taką właśnie postawę wolała przyjąć, żeby nie dać mu wejść sobie do głowy. Miała na niej już wystarczająco dużo, i wcale nie chodziło tu o jej
farbowane rude włosy.
Co prawda, nie miała szczególnej ochoty słuchać brata również w kwestii nietypowego wejścia do samochodu, ale na jego sarkastyczną uwagę przewróciła tylko oczami i w końcu z rezygnacją wpakowała się do Merca.
Może nie byli związani krwią, ale z pewnością łączyła ich jedna wspólna cecha — upór. Ten adowy jeszcze przez chwilę górował nad każdą inną emocją, próbując znaleźć jakiś sposób, by się od Ree uwolnić. Iskra nadziei tliła się w niej jeszcze w momencie wystosowania w jego stronę
prośby o wypuszczenie, ale gdy usłyszała w zamian, że zgubił kluczyki, przez chwilę popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
—
To może ich poszukaj? — zaproponowała, przekrzywiając nieco głowę i mrugając kilkukrotnie powiekami w znaczącym geście. Za wszelką cenę starała się przy tym tonować swój głos, by przypadkiem nie pojawiła się w nim nuta frustracji, którą mężczyzna znów w niej zasiał. —
W ogóle ciekawi mnie, skąd u ciebie te kajdanki — stwierdziła bez zastanowienia, dopiero słysząc swoje słowa na głos, nagle zmieniła zdanie. —
Chociaż nie, chyba jednak nie chcę wiedzieć — zaprzeczyła szybko i skrzywiła się z niesmakiem do własnych myśli, które Ree mógł odczytać bez trudu. —
Nie powiem, kto tu jest bardziej spaczony, braciszku — mruknęła złośliwie. Mimo wcześniejszego zignorowania tego określenia, niewątpliwie gdzieś tam w niej się ono zakorzeniło. To, że
wybaczała, wcale nie musiało oznaczać, że zapominała.
No bo zakuwanie siostry w kajdanki wcale nie było takie normalne, tym bardziej, jeśli używał ich zwykle do całkiem innych celów. Wzdrygnęła się na samą myśl i aż odwróciła wzrok w boczną szybę, starając się odwrócić swoją uwagę od niestosownych obrazów, które podsuwał jej
spaczony umysł.
Chwila ciszy w samochodzie i szum silnika pozwolił jej na chwilę oddechu i odnalezienie się w nowej, niekoniecznie komfortowej sytuacji. Gdzieś pomiędzy jednym głębszym oddechem, a drugim uświadomiła sobie, że nie mogła uciec, i to nie tylko od Ree, ale również od rozmowy, która ich czekała.
W zamyśleniu nawet nie odnotowała momentu, w którym skupił na niej swoje spojrzenie. Dopiero, kiedy podniósł rękę i wskazał schowek, oderwała wzrok od szyby i ze ściągniętymi brwiami poniosła wzrokiem od jego wyciągniętego palca, przez skrytkę w kokpicie, po jego twarz. Jego absurdalne żądanie spotkało się z pobłażliwym spojrzeniem, które dodatkowo wzmocniła pogardliwym prychnięciem. Gdy jednak ją ponaglił, znów wywróciła wymownie oczami.
—
To bez sensu. Przecież gdybym chciała, taśma by mnie nie zatrzymała przed żadnym komentarzem — popatrzyła na niego krytycznie, po czym na dowód swoich słów pomachała mu wolną ręką, którą bez obaw mogła sobie w każdej chwili ten kawałek plastiku ściągnąć.
Poprawiła się więc wygodniej w fotelu i westchnęła, bo zaczynała wyczuwać powagę w jego głosie.
—
Audiencja rozpoczęta — oświadczyła, gestem dłoni pozwalając, by kontynuował. A potem już tylko słuchała w skupieniu, patrząc tępo przed siebie. Zamiast jednak ulicy skąpanej w mroku, przecinanego światłem lamp, widziała przed oczami ich kłótnię oraz wypowiedziane w gniewie słowa, które Murray właśnie zaczął przytaczać.
Pod ich wpływem mimowolnie zaczęła się kulić w sobie, bo naprawdę nie chciała go krytykować za pomoc, jakiej udzielił jej tamtego nieszczęsnego wieczoru. Teraz, kiedy wreszcie trochę się uspokoiła i zdystansowała do wydarzeń sprzed wyjazdu, uważała, że części z tego, co wykrzyczała mu wtedy w twarz, nie powinno w ogóle paść, a przede wszystkim — wcale tak nie uważała.
Kiedy więc przestrzeń między nimi znów wypełniła cisza, dała sobie chwilę, żeby pozbierać kotłujące się w niej myśli.
—
Właściwie… skoro oddałeś mi krew to jednak jesteśmy nią związani — zauważyła cicho, wzruszając przy tym bezradnie ramieniem. Nie chciała przyznawać mu racji na głos, musiało więc wystarczyć mu to, co nasuwało się między jej słowami. —
Poza tym wolałabym, żeby drugi raz do takiej sytuacji nie doszło — przyznała, przełykając niespodziewaną gulę w gardle, jednocześnie próbując jakoś rozładować tę dziwnie ciężką atmosferę między nimi, bo… nigdy wprost nie rozmawiali ze sobą na tak poważne tematy.
Zaraz wolną dłonią pogładziła się nerwowo po udzie i zwilżyła wargi z wyraźnym zawahaniem.
—
Wiesz… po tym wszystkim byłam o krok od tego, żeby w ogóle nie wrócić z Ottawy — wyznała finalnie. —
W pewnym momencie doszłam do wniosku, że naprawdę mogłabym zniknąć i nikt za mną by nie płakał. Ty mnie nie znosisz, ojciec nie ma pojęcia, co ze mną zrobić, do Ironcrest się nie nadaję. Jestem problemem, którego, gdyby nie ty, mogłoby wcale nie być — mówiła dość neutralnym tonem i na koniec zmarszczyła nos, bo po powiedzeniu na głos tego, co plątało się w jej głowie przez ostatnie dwa lata, dotarło do niej, jak depresyjnie to brzmiało. W obecnej chwili czuła się jednak pogodzona z tymi faktami. —
Dlaczego nie powiedziałeś mi o tej transfuzji? — zapytała ostrożnie, spoglądając na niego spod ściągniętych brwi.
I o tym, że wiedziałeś o dziecku, dodała już w myślach.
Reece Murray