36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak wiele lat minęło od kiedy mieszkał na dłużej gdziekolwiek poza Toronto, że przestał dostrzegać te miastowe anomalie jako anomalie. Spostrzeżenie Wheeler wyrwało więc z niego lekkie parsknięcie rozbawienia. -Nie da się zaprzeczyć. – Byli otoczeni wielkimi budynkami, i sami w jednym mieszkali, zjazdy i wyjazdy na wyższe piętra zajmowały wystarczająco czasu, aby wykonać solidną wymianę smsów. Ile czasu spędzał na używaniu windy, gdy przyjeżdżał do klientów zawsze starając się zabrać jak najwięcej sprzętu za jednym razem, żeby tylko ominąć dodatkowych wycieczek. Takie były uroki Toronto, które dla niego niezaprzeczalnie było domem. Więc jak każdy miał swoją krytykę, że ruch był za duży, że czasami było zbyt głośno, że znowu wjechał w tą samą dziurę w drodze co tydzień temu. Ale jak rodzinie wybaczało się ich przewinienia tak Bryce traktował swoją relację z tym miastem. Mimo krytyki nie chciałby mieszkać nigdzie indziej. Tutaj była jego rodzina, tutaj miał tak wiele swoich kluczowych wspomnień i wiele możliwości na to by ugasić swoją ciekawość w praktyczny sposób. Mógł wybrać się na otwarte wykłady na uniwersytecie, mógł chodzić do tylu muzeów ile jego dusza zapragnęła czy znaleźć kurs o włoskich drinkach. To było wygodne.
-Jestem wzrokowcem, także musiałbym go najpierw zobaczyć, ale pewnie. – Odparł pewnie, z uśmiechem majaczącym się w kącikach ust. Teraz nie mógł się wycofać, zwłaszcza, że dosłyszał się tego przekąsu w jej tonie, co on zinterpretował jako wyzwanie, więc jak mógłby się go nie podjąć? Możliwe, że przeceniał swoją umiejętność skupienia się na jednej rzeczy przez dłuższy czas. Doskonale wiedział, że była to relacja bardzo kapryśna i niekoniecznie grająca pod jego dyktando, ale tego nie musiał zdradzać w tej ich sąsiedzkiej pogawędce. -Mam nadzieję, że jest chociaż trochę pasiasty. – Dodał, po chwili zastanowienia.
Jego ciało wydawało się nie rejestrować powagi sytuacji. Był zaniepokojony, w taki sposób w jaki człowiek próbujący wcisnąć kluczyk do drzwi i żaden z kolekcji do niego nie pasuje, więc powoli zdaje sobie sprawę, że chwycił nieodpowiedni zestaw. To jednak, że znajdowali się w tak małym pomieszczeniu przeszkadzało mu w koncentracji. Podobnie jak Jennifer doświadczał zwężania się ścian mimo iż logiczny umysł wiedział, że to niemożliwe. Chociażby z tego powodu miał ochotę pozostawić swoją latarkę nadal włączoną, ale nie byłoby to rozsądne.
-Jest dzwonek. – Potwierdził i przycisnął guzik na swoim zegarku, aby podświetlić tarczę. -Dajmy… może z minutę. – Już skrócił ten czas z wcześniejszych pięciu minut, wszystko mogło wrócić do normy lada moment. Był o tym przekonany. Tylko w filmach sceny w windach rozciągały się przez całe dnie, i dla dramaturgi ludzie musieli sami wydzierać się ze szpon metalowych potworów, kiedy pomoc nie nadchodziła. Było to tak nieprawdopodobne, że nie mógł uznać tego za opcję.
Słyszał jej miarowy oddech, szelest jej kurtki gdy przesuwała się z nogi na nogę. Sam był nagle nader świadomy ile dźwięku generowały jego najmniejsze gesty. Dłoń wsuwająca się do kieszeni, czy ciężkie westchnięcie na beznadziejną sytuację. Na razie tylko beznadziejną, dopóki nie stało się oczywistym, że to nie był tylko problem z ich windą. Z jego palców odpłynęła krew pozostawiając po sobie chłód, który Bryce starał się zakryć drugą dłonią ściskając je razem. Widział wkradającą się desperację z jaką kobieta wpatrywała się w telefon.
Nie dobrze.
Przełknął ślinę. - Pewnie tak. – Skrzywił się, przekręcając głowę w bok.-Nie wiem tylko… – Urwał, bo nie chciał jej jeszcze dodatkowo martwić. -Najlepiej zadzwońmy. Połączenie alarmowe z windy powinno być niezależne od innych systemów i powinno działać mimo braku prądu. – Mówił rzeczowo, nie pozwalając własnym myślom dojść zbytnio do głosu.
Mimowolnie zerkną na górny panel gdzie jeszcze niedawno wyświetlała się ich ostatnia znana pozycja. -Dziewiąte. Jesteśmy gdzieś w okolicach dziewiątego piętra. – Nie sposób było jednak powiedzieć, czy byli na samym początku tego piętra, w połowie czy już prawie na dziesiątym.
Z tą informacją wcisnął guzik, a kabina wypełniła się surowym sygnałem telefonicznym. Zajęło im kilka długich połączeń nim w końcu ktoś odezwał się po drugiej stronie. -Serwis Eletsafe, w czym mogę pomóc? – Kobiecy głos był profesjonalnie uprzejmy, ale słychać było w nim nutę napięcia.
Bryce mimowolnie odetchnął z ulgą, słysząc czyiś głos. -Cześć… – Zaczął spokojnie i podał ich konkretny adres. -Jesteśmy w północnej klatce schodowej, we dwójkę, gdzieś koło dziewiątego piętra i stoimy w miejscu.
-Rozumiem… – Przeciągnęła słowo. -Przepraszam, że muszę to państwu powiedzieć, ale dostajemy wiele zgłoszeń dookoła miasta. Spisałam państwa lokalizację i powiadomię straż pożarną, ale niestety nie mogę powiedzieć kiedy się do państwa dostaną.
Mimowolne. -Co? – Wyrwało mu się z ust.
-Bardzo przepraszam, ale z tego co rozumiemy to całe Toronto straciło elektryczność. Czy ktoś z was ma problemy z sercem? Lub jest w ciąży? Czy potrzebuje nagłego dostępu do leków?
-Uh, ja nie… – Zerknął w kierunku sąsiadki. Oczy coraz lepiej przyzwyczajały się do ciemności i mógł lepiej dostrzec jej sylwetkę, a nawet na jakiej wysokości znajdowała się jej twarz. W pewnym sensie to może i lepiej, że nie mógł odczytać jej dokładnego wyrazu twarzy, ani ona jego. Tak wyraźnie widać było, że mężczyzna powoli zdawał sobie sprawę jak bardzo mają przechlapane. A co gorsza docierało do niego, że naprawdę niewiele mogli w tej sytuacji zrobić. Szanse na to, że udałoby się im otworzyć drzwi były minimalne, a w dodatku musieliby znaleźć się wystarczająco blisko faktycznego piętra, aby wydostać się na korytarz. W dodatku nie mogli nawet porozumieć się z nikim na zewnątrz, sprawdzić jak mają się ich bliscy, czy byli bezpieczni. W ogóle nie mogli sprawdzić co działo się w całym mieście. Ich jednym oknem na świat był alarmowy guzik i połączenie z firmą Eletsafe.

Ginny Wheeler
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Ginny uśmiechnęła się lekko i uniosła brew, przez moment rzeczywiście zastanawiając się, czy Bryce miał choćby mgliste pojęcie o tym, o czym przed chwilą mówiła. Barciel pszczołowiec był przecież całkiem łatwy do rozpoznania, przynajmniej dla kogoś, kto wiedział, czego szukać. Pasiasty odwłok nie pozostawiał tu szczególnie wiele miejsca na interpretację. Z drugiej strony nie miała powodów oczekiwać od przypadkowego sąsiada znajomości entomologii, więc być może jego deklaracja o byciu wzrokowcem była po prostu próbą uprzedzenia jej, że potrzebował najpierw zobaczyć stworzenie, zanim zdołałby wyrobić sobie na jego temat jakiekolwiek zdanie.
– Ma paski... – odpowiedziała z rozbawieniem, jeszcze zanim zdążyła się powstrzymać. – Więc trafiłeś.
Przez chwilę było w tym coś zupełnie zwyczajnego. Nawet zabawnego. Ginny niemal automatycznie zaczęła układać sobie w głowie, co mogłaby mu powiedzieć, gdyby rzeczywiście chciał posłuchać. Mogłaby wyjaśnić mu, dlaczego barciel pszczołowiec wcale nie musi wyglądać jak coś szczególnie interesującego dla laika, a mimo to ma całkiem fascynujący cykl rozwojowy. Mogłaby opowiedzieć o tym, jak jego larwy wykorzystują gniazda innych owadów i dlaczego natura potrafiła tworzyć zależności znacznie bardziej skomplikowane niż większość ludzi była skłonna jej przyznać. Pomyślała nawet, że może po powrocie na górę rzeczywiście go o to zapyta. Ta myśl była niemal zabawnie normalna, biorąc pod uwagę, że właśnie siedzieli w zatrzymanej windzie.
Ciemność nie przyszła gwałtownie. Po prostu odbierała kolejne szczegóły, aż Ginny przestała być pewna, czy naprawdę widzi twarz Bryce’a, czy jedynie pamięta, gdzie mniej więcej znajdowała się chwilę wcześniej. W pewnym momencie zorientowała się, że znacznie łatwiej było jej określić jego położenie po dźwięku niż po wzroku. Szmer kurtki, cichy ruch buta, oddech, który w małej kabinie nagle wydawał się zaskakująco wyraźny. Wszystko to zaczęło nabierać większego znaczenia, niż powinno.
Może dlatego jego głos tak bardzo przykuwał jej uwagę. Bryce mówił spokojnie. Nie całkiem beztrosko, bo Ginny potrafiła wychwycić napięcie czające się pod rzeczowym tonem i słyszała drobne zawahania, których prawdopodobnie sam nie był świadomy. Mimo wszystko porządkował informacje, próbował myśleć o tym, co należało zrobić, i nie pozwalał sobie na całkowite poddanie się sytuacji. Ginny zauważyła, że sama zaczyna dostosowywać do tego własny oddech. To było irracjonalne, ale najwyraźniej potrzebowała czyjejś obecności, która nie podsycałaby jej własnego niepokoju.
Dlatego słowa kobiety z Eletsafe wytrąciły ją z równowagi bardziej, niż chciała pokazać. Ginny przez moment słuchała w milczeniu, próbując zrozumieć, co właściwie oznaczało wiele zgłoszeń z całego miasta. Dopiero kiedy padła informacja, że całe Toronto straciło elektryczność, odezwała się niemal odruchowo.
– Zaraz… jak to, w całym Toronto jest problem?
Nie zamierzała mówić tego na głos. Właściwie nie wiedziała, do kogo kierowała te słowa, ponieważ odpowiedź znała już kobieta po drugiej stronie i prawdopodobnie Bryce również. Była to bardziej próba wypowiedzenia czegoś, czego jej własny umysł nadal nie chciał przyjąć.
Całe Toronto.
Brzmiało to absurdalnie, kiedy zostało wypowiedziane w tak małej przestrzeni. Do tej pory awaria miała dla Ginny bardzo konkretny wymiar: zepsuta winda, zatrzymana kabina, kilka osób, które za jakiś czas przyjadą i rozwiążą problem. Nagle okazało się, że to tylko jeden element znacznie większej sytuacji, o której nie wiedziała właściwie nic.
Kiedy kobieta wyjaśniła, że rzeczywiście zgłaszano awarie w całym mieście, poczuła, jak coś nieprzyjemnego zaciska się w jej żołądku. Nie był to jeszcze strach, przynajmniej nie ten, który odbierał rozsądek. Było to raczej poczucie, że grunt pod nogami przesunął się o kilka centymetrów, chociaż przecież nadal siedziała dokładnie tam, gdzie przed chwilą.
Jej umysł natychmiast zaczął szukać konkretów. Jak długo to potrwało? Co stało się z komunikacją? Czy szpitale miały zasilanie awaryjne? Co działo się na ulicach? Czy działały telefony? Czy ktoś wiedział, jak rozległa była awaria? Tyle pytań pojawiło się naraz, że żadnego nie potrafiła naprawdę doprowadzić do końca.
Kiedy dyspozytorka zaczęła pytać o osoby z problemami kardiologicznymi, o ciążę i o konieczność przyjęcia leków, Ginny zorientowała się, że Bryce odpowiada przed nią. Przez chwilę słuchała jego głosu, a potem odezwała się własnym, starając się, żeby zabrzmiał możliwie normalnie.
– Nie... Nie potrzebuję leków. I nie jestem w ciąży.
Po tych słowach przez moment poczuła się niemal głupio. Informacja była przecież zupełnie zwyczajna, nawet jeżeli w tych okolicznościach zabrzmiała dziwnie. Kobieta po drugiej stronie nie pytała z ciekawości. Potrzebowała wiedzieć, komu będzie trzeba pomóc w pierwszej kolejności. Ginny doskonale to rozumiała, a jednak sama forma pytania zrobiła na niej większe wrażenie, niż powinna.
Bo nagle pojawiła się możliwość, że rzeczywiście będą potrzebować pomocy. Nie za pięć minut. Nie za chwilę. Może znacznie później. I właśnie ten brak pewności zaczął być trudniejszy do zniesienia niż sama awaria. Ginny zorientowała się, że od pewnego czasu zbyt mocno ściska telefon. Rozluźniła palce, ale niewiele to dało. Czuła przyspieszające tętno i nieprzyjemne napięcie gdzieś wysoko pod żebrami, które pojawiło się właściwie znikąd. Wiedziała, że nie brakowało jej powietrza. Wiedziała, że siedzenie w windzie nie oznacza automatycznie żadnego zagrożenia życia. Wiedziała, że straż pożarna została powiadomiona i że wcześniej czy później ktoś się zjawi.
Jej ciało nie było jednak szczególnie zainteresowane tymi argumentami. Ciemność sprawiała, że przestrzeń wydawała się mniejsza, niż była w rzeczywistości. Ginny wiedziała, że ściany pozostały dokładnie tam, gdzie znajdowały się wcześniej, a mimo to coraz wyraźniej czuła ich obecność. Metal za plecami, sufit nad głową, drzwi przed nią. Wszystko, czego wcześniej właściwie nie zauważała, nagle stało się czymś, o czym nie potrafiła przestać myśleć.
Spojrzała w stronę Bryce’a. Nie widziała jego twarzy wystarczająco wyraźnie, żeby powiedzieć, co dokładnie malowało się na jego twarzy, ale słyszała go nadal i to wystarczało. Jego spokój nie rozwiązywał sytuacji, ale działał na nią w sposób, którego sama nie potrafiła logicznie uzasadnić. Dopóki mówił rzeczowo, dopóty łatwiej było jej uwierzyć, że wszystko nadal znajduje się w granicach tego, co można naprawić.
– Czyli co, mamy tak siedzieć i czekać? A jak o nas zapomną?
W głosie słychać było wyraźniejsze drżenie. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy, chociaż w ciemności nie robiło to większej różnicy. Spróbowała skierować myśli gdzie indziej. Barciel pszczołowiec przyszedł jej do głowy niemal natychmiast, co wydało jej się jednocześnie absurdalne i kojące. Larwa, poczwarka, dorosły osobnik. Konkretne etapy, określony przebieg, coś, co miało początek i koniec i co można było opisać bez zostawiania miejsca na domysły.
Przez chwilę nawet pomyślała, że może właśnie dlatego jej umysł tak uparcie wracał do owadów. Tam wszystko miało swoją kolejność. Nie trzeba było zgadywać, co wydarzy się dalej. Tutaj nie wiedziała nic. Nie wiedziała, kiedy otworzą się drzwi, czy za godzinę, czy za trzy. Nie wiedziała, jak wygląda miasto po drugiej stronie ścian ani czy ktoś poza nimi w ogóle zdawał sobie sprawę, że utknęli między piętrami. Nie wiedziała nawet, kiedy wróci prąd.
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Faktycznie, gdy kobieta powtórzyła te słowa… w całym Toronto w ciemności, gdy stali we dwójkę w relatywnie małej windzie, brzmiało to źle. Brzmiało gorzej niż jego pierwotny sposób odbierania informacji w powierzchowny sposób. Może w tym momencie pomagało mu, że jego mózg nie przetwarzał tej skali. Powód podany przez kobietę interpretował jedynie jako to – wyjaśnienie dlaczego strażakom może zająć dłużej, aby się do nich dostać. Powiązywał to jeszcze z najważniejszymi dla niego osobami poza windą, ale mimo wszystko była to pewnego rodzaju logiczna bańka i wcale nie chciał jej jeszcze przebijać. Na nic by się to zdało gdyby oboje zaczęli się tu hiperwentylować.
-Dobrze. Proszę zachować spokój, windy są bardzo stabilne, kiedy nie ma zasilania mechanizm się zatrzaskuje i nie drgnie. Proszę się też nie martwić o dopływ powietrza, mimo braku zasilania nie są państwo od niego odcięci, może się jedynie zrobić trochę duszno. Będę musiała teraz zakończyć połączenie, ale jeśli sytuacja zdrowotna po państwa stronie się zmieni proszę znowu nacisnąć awaryjny guzik.
-Okej. – Tyle był w stanie powiedzieć. Chciał oczywiście wiedzieć więcej, co dokładnie się stało, ile zgłoszeń straż pożarna już otrzymała, czy stało się coś bardzo poważnego co postawiłoby ich na końcu kolejki. Wątpił jednak czy kobieta mogłaby im podać takie informacje. Był pewien, że mieli jakieś szkolenie w którym mówili, że lepiej ludziom było zbyt wiele nie mówić, aby nie panikowali. Problem jednak był taki, że umysł nie lubił mieć takich wielkich luk, przestrzeń niewiadomych musiała być wypełniania, a kiedy nie było konkretów scenariuszy mniej i bardziej poważnych nie było końca.
Bryce stał jeszcze przed panelem z guzikami nawet gdy szelest połączenia z Eletsafe zamilkł. Coś w nim nadal nie zgadzało się z tym co usłyszeli. Chłód wspinał się dalej po jego ramionach, wpychając cały gorąc w jego klatkę piersiową. Wziął powolny, głębszy wdech starając się myśleć tylko o ich mniejszej sytuacji. Jedyne na czym mogli się skupić to, że byli w małym mieszczeniu i chcieli wydostać się na korytarz. Nad niczym innym nie mieli kontroli.
Odwrócił się do kobiety podążając za jej głosem. -Nie zapomną. – Zapewnił ją. -A nawet jakby spróbowali zapomnieć to zaczęlibyśmy wciskać ten guzik co pięć minut, żeby o sobie przypomnieć. – Ich jedyne połączenie ze zewnętrznym światem, ale za to było skuteczne.
-Będzie okej. – Stwierdził pewnie. -Chyba, że okażemy się dla siebie niemiłosiernie nieznośni. – Swoją dłonią wyczuł za sobą chłodną ścianę, której temperatury nawet nie zauważył. Zrobił pół kroku w tył i oparł się o nią plecami. Znowu odetchnął głębiej, chociaż wydech nieco zadrżał. Zacisnął swoją dłoń w pięść, i powoli ją otworzył. Powtórzył ten gest kilka razy skupiając się na każdym drobnym odczuciu skostniałych palców. Znowu zamknął jedną dłoń w drugą pocierając je razem.
-Więc…pszczołowiec bar.. barciel…? – Ewidentnie tą pszczelą część pamiętał z owada najlepiej. -Mogłaś przywołać na przykład jakiekolwiek innego owada, a padło na niego, dlaczego? – Zagadnął ją. Nie wiedzieli ile mieli spędzić tutaj czasu, więc jakoś będą musieli go sobie zająć, więc dlaczego nie zacząć by od naukowego wykładu? -I nie jest czarno żółto pasiasty, prawda? To by było zbyt… wygodne. – Dodał jeszcze, wcale nie żartował z tym swoim wzrokowym podejściem. Potrzebował rzeczy widzieć by je lepiej zapamiętywać, a gdy czegoś przez pewien czas nie widywał bardzo łatwo o tym zapominał. Tak jak teraz w ciemnościach kobieta mu umykała, a zmysł słuchu się nadwyrężał starając się nadrabiać słabości. Analizował każdą nutę jej tonu, nadsłuchiwał się czegoś lżejszego, desperacko chciał wręcz usłyszeć, że ta chociaż trochę się rozluźniła, że jego plan zadziałał i udało mu się odwieźć ją od myślenia nad ich losami i losami całego Toronto.
Sam też szukał jakiegoś ukojenia dla systemu nerwowego, dla napięć w całym ciele i dziwnego braku proporcji w temperaturze. Nie miał problemu z oddychaniem, ale jednocześnie jego organizm reagował tak jakby miał ciężar przyczepiony do klatki piersiowej. Potarł kark przymykając na chwilę oczy. Gdybym nie znaleźli się w tej absurdalnej sytuacji może nawet byłby już w drodze do swojego mieszkania, żeby wziąć drzemkę. Już po tym jakby sprawdzili czy ktoś otworzyłby im drzwi do mieszkania Claire. W tym wszystkim prawie zapomniał dlaczego w ogóle się tutaj znaleźli. Nadal będą pukać do drzwi sąsiadki gdy się stąd wydostaną? Czy naprawdę był to czas, aby się nad tym zastawiać?
-Owady to jest… bym powiedział taki niszowy temat… jak to jest, że tak cię zainteresował, że zaczęłaś go wykładać? – To wymagało już większej dedykacji, to nie był tylko jeden przedmiot na liście studenta, który miał takich jeszcze sześć, to coś czemu poświeciła więcej czasu niż czemukolwiek innemu w swojej karierze.

Ginny Wheeler
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Proszę zachować spokój, windy są bardzo stabilne, kiedy nie ma zasilania mechanizm się zatrzaskuje i nie drgnie.
Jennifer nie znała się na mechanice, ale jej wyobraźnia zdążyła już podsunąć jej kilka najczarniejszych scenariuszy, w których coś zawodziło, a winda runęła w dół, mijając kolejne piętra. Nie istniały przecież mechanizmy całkowicie niezawodne. Nawet w przyrodzie, której poświęciła większość swojego życia, zdarzały się wyjątki od reguł, pozornie doskonałe przystosowania zawodziły, a równowaga potrafiła zachwiać się w najmniej oczekiwanym momencie.
Proszę się też nie martwić o dopływ powietrza, mimo braku zasilania nie są państwo od niego odcięci, może się jedynie zrobić trochę duszno.
Wiedziała, że brak tlenu w windzie to jeden z powszechniejszych mitów, i potrafiła wyjaśnić, dlaczego. Ludzkie ciało nieustannie wydycha dwutlenek węgla, oddaje ciepło i parę wodną, a w niewielkiej, zamkniętej przestrzeni obecność dwóch osób stopniowo zmienia warunki otoczenia. Powietrze staje się cieplejsze, bardziej wilgotne, mniej świeże. To właśnie ograniczona wentylacja, a nie nagłe wyczerpywanie się tlenu, odpowiada za narastający dyskomfort. Do tego dochodzi psychika, która w ciemnej, ciasnej przestrzeni potrafi błyskawicznie podsunąć człowiekowi przekonanie, że za chwilę zabraknie mu powietrza, nawet jeśli fizycznie nic takiego mu nie grozi.
Te mechanizmy znała akurat bardzo dobrze. Z wykształcenia była biologiem, a choć jej specjalnością były owady, nawyk obserwowania i wyjaśniania otaczających ją zjawisk nie ograniczał się do jednej dziedziny. Problem polegał na tym, że wiedza nie zawsze szła w parze z umiejętnością panowania nad własnymi reakcjami. Mogła tłumaczyć sobie, co dzieje się z jej organizmem, i doskonale rozumieć, skąd brał się niepokój, ale jej umysł najwyraźniej nie zamierzał podporządkować się racjonalnym argumentom. Ciało reagowało szybciej niż rozsądek, a świadomość, że nie ma ku temu wystarczających powodów, niewiele w tej kwestii zmieniała.
Ciche kliknięcie oznajmiające zakończenie rozmowy rozległo się we wnętrzu windy, odbijając od metalowych ścian głuchym, nieprzyjemnym echem. Zostali sami. Ciemność rozjaśniała jedynie wąska, czerwona smuga awaryjnej kontrolki, która rzucała nikłe światło na najbliższe fragmenty kabiny, nie pozwalając jednak przyzwyczaić oczu do panujących warunków.
Nie zapomną. A nawet jakby spróbowali zapomnieć to zaczęlibyśmy wciskać ten guzik co pięć minut, żeby o sobie przypomnieć.
Jennifer uznała, że to całkiem niezły sposób na rozładowanie napięcia, choć nie mogła powiedzieć, by rzeczywiście ją uspokoił. Wręcz przeciwnie, teraz, kiedy nie mieli już kontaktu z osobą po drugiej stronie interkomu, znacznie wyraźniej słyszała oddech mężczyzny. Był cięższy, niż można by się spodziewać po kimś, kto jeszcze przed chwilą próbował zachować spokój. Nie wiedziała, czy wynikało to z nerwów, czy z dusznego powietrza, ale sama świadomość, że nie tylko ona odczuwa dyskomfort, przynosiła jej pewną, dość przewrotną ulgę.
Chyba że okażemy się dla siebie niemiłosiernie nieznośni.
Uśmiechnęła się lekko, odruchowo odpowiadając na żart, choć dopiero po chwili przypomniała sobie, że w panującej ciemności Bryce nie miał szansy tego dostrzec.
– Możemy się nawet doprowadzać do szaleństwa, byle tylko nie dać się zwariować rzekomym brakiem tlenu – odparła, a następnie zaśmiała się cicho. W jej głosie wciąż pobrzmiewało jednak subtelne drżenie, zdradzające napięcie, którego nie potrafiła całkowicie opanować.
Ponownie poprawiła kołnierzyk, jakby w ten sposób mogła ułatwić sobie oddychanie i przekonać organizm, że wszystko pozostaje pod kontrolą. Doskonale wiedziała, że ten gest nie miał żadnego rzeczywistego wpływu na ilość tlenu docierającego do płuc. Mimo to potrzebowała czegoś, co pozwoliłoby jej zająć ręce i skierować uwagę na czynność prostą, znajomą, niewymagającą analizowania każdego kolejnego oddechu.
– Barciel pszczołowiec – poprawiła go łagodnie, przywiązując się do poprawnej nazwy z zawodową skrupulatnością. Wypuściła powietrze i oparła plecy o metalową ścianę. – Omawiałam go dzisiaj ze studentami na zajęciach.
Była to prawda. Barciel pszczołowiec stanowił ostatni przykład, który rozpisywała tego dnia na białej tablicy, omawiając z grupą kolejne etapy jego rozwoju. Nic więc dziwnego, że właśnie ten gatunek przyszedł jej do głowy, kiedy Bryce zaproponował rozmowę o czymś, co mogłoby odciągnąć ich uwagę od sytuacji, w której się znaleźli. Miała przynajmniej nadzieję, że skupienie się na temacie, który znała niemal na pamięć, pozwoli jej odzyskać nieco kontroli nad własnymi myślami.
– Pokrywy jego skrzydeł są jaskrawoczerwone, z czarnymi, zwykle dwiema lub trzema poprzecznymi przepaskami – wyjaśniła, nabierając nieco głębszy oddech. – I to nie pszczoła, gdybyś miał wątpliwości. To chrząszcz.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z odrobiną rozbawienia. Nie potrafiła się powstrzymać. Ludzie często mylili owady ze względu na ich wygląd, a podobieństwo barw i kształtów nierzadko wystarczało, by przypisać jednemu gatunkowi cechy zupełnie innego. Dla Jennifer takie pomyłki były raczej punktem wyjścia do rozmowy niż powodem do krytyki. Przyroda miała zresztą znacznie więcej do zaoferowania niż to, co można było dostrzec przy pobieżnym spojrzeniu.
Owady to jest… bym powiedział, taki niszowy temat. Jak to się stało, że tak cię zainteresował, że zaczęłaś go wykładać?
Jennifer przez chwilę milczała, zastanawiając się, jak odpowiedzieć. Pytanie było proste, a odpowiedź wydawała się oczywista, choć w rzeczywistości kryło się za nią znacznie więcej niż wybór kierunku studiów czy późniejszej ścieżki zawodowej.
– Mój ojciec uczył biologii w szkole – powiedziała w końcu. – Od dziecka uwielbiałam przyrodę.
Ledwie wypowiedziała te słowa, w jej pamięci pojawił się obraz z dzieciństwa. Kuchenny stół, przy którym spędzała z ojcem długie wieczory, oraz niewielki, podręczny mikroskop, stojący zawsze w tym samym miejscu, na rogu blatu. Był porządnie wykonany, znacznie lepszy, niż można by oczekiwać po zwyczajnym domowym sprzęcie, a ojciec traktował go z niemal pedantyczną starannością. Nikomu nie pozwalał go przestawiać. Kalibrował go z uwzględnieniem światła wpadającego przez okno, dlatego nawet drobna zmiana położenia mogła zaburzyć warunki, do których przywykł.
Zbierali różne znaleziska podczas spacerów, a później oglądali je wspólnie, zamieniając zwykłe wieczory w małe wyprawy badawcze. Czasami wystarczył fragment liścia, drobina ziemi albo coś, co znalazła w ogrodzie i przyniosła do domu z przekonaniem, że odkryła prawdziwy skarb. Ojciec nie zdradzał jej od razu, na co patrzy. Im była starsza, tym trudniejsze zagadki przygotowywał, pozwalając jej samodzielnie wyciągać wnioski z obserwacji i zadawać pytania, które miały naprowadzić ją na właściwy trop. Nigdy nie chodziło wyłącznie o znalezienie odpowiedzi. Najważniejsze było to, żeby nauczyła się patrzeć uważniej.
Być może właśnie wtedy zrozumiała, że najbardziej fascynujące rzeczy często pozostają niewidoczne dla kogoś, kto nie poświęci im wystarczająco dużo czasu. Ojciec nie tylko zaszczepił w niej zainteresowanie biologią. Nauczył ją również cierpliwości, uważności i tego szczególnego rodzaju ciekawości, który sprawiał, że zamiast zadowalać się pierwszym wyjaśnieniem, wolała szukać kolejnych.
Jennifer rozpięła kurtkę, bo zaczynała odczuwać duszność, o której wcześniej ostrzegła ich osoba z interkomu. Materiał przylegał do ciała, a temperatura w niewielkiej kabinie wydawała się z każdą chwilą coraz mniej znośna. Oparła tył głowy o ścianę i przez moment skupiła się na chłodzie metalu, próbując nie przywiązywać zbyt dużej wagi do własnego oddechu.
– Ten maluch, który prawie na mnie wpadł przy wejściu… To twój syn? – zapytała nagle. Pochyliła głowę lekko w bok, zwracając twarz w stronę, z której dochodził głos Bryce’a. Nie miała pewności, czy rzeczywiście siedział właśnie tam, ale odległość między nimi była na tyle niewielka, że nie musiała się obawiać, iż nie usłyszy pytania.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że mogła przekroczyć granicę, której nie zdążyli jeszcze wspólnie wyznaczyć. Nie wiedziała, jak wyglądało jego życie prywatne ani czy pytanie o dziecko było czymś, na co miał ochotę odpowiadać przypadkowej kobiecie uwięzionej z nim w windzie. Nie znała go na tyle, by zakładać, że swobodna rozmowa oznacza również gotowość do poruszania osobistych tematów.
Z drugiej strony, skoro już znaleźli się w tej absurdalnej sytuacji, a perspektywa rychłego opuszczenia windy pozostawała niepewna, zwyczajna wymiana zdań wydawała się lepsza od nasłuchiwania każdego niepokojącego dźwięku dobiegającego z mechanizmu nad ich głowami. Jennifer nie chciała też pozwolić, by strach zdominował całą rozmowę. Łatwiej było skupić się na drugim człowieku, jego odpowiedziach i historii, którą być może zechciał się podzielić, niż na własnych obawach. Pozostała więc oparta o ścianę, czekając na jego reakcję. Ciekawość, jak zwykle, okazała się silniejsza od ostrożności.
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiał się lekko w odpowiedzi. -Skoro tak mówisz to zdam się na opinię eksperta. – Żartował, acz nie był wcale lekceważący. Wheeler była na pewno lepiej zaznajomiona z biologią niż on. Z drugiej strony mógł jeszcze kontynuować kwestie debatą na tą czy człowiek szalony, czy człowiek z niedoborem tlenu był niebezpieczniejszy. Ludzie zabijali z bardziej błahych powodów. Podświadomie jednak musiał wiedzieć, że wdawanie się w szczegóły brutalnych aktów jakich mogliby się dopuścić przeciw sobie w szale nie było dobrym tematem w tej sytuacji. Mieli już wystarczająco na głowie, żeby jeszcze martwić się o to czy druga osoba stanowi dla nich niebezpieczeństwo.
-O właśnie on. – Potwierdził, że tej nazwy szukał. -No tak.. to by wiele wyjaśniało. – Zaśmiał się mimowolnie, na własne założenia. W sposobie jaki zagaił na temat jej wyboru miał nadzieję odkryć coś więcej, że może było w owadzie coś wyjątkowego co przykuło uwagę Jennifer, czy może należał to grupy jej ulubieńców, może był nieprzeciętnie agresywny, lub był pacyfistą swojej gromady. Odpowiedź okazała się jednak prosta i jakże przyziemna. -Omawiałaś jeszcze jakieś inne owady dzisiaj? – Z jakiegoś powodu nie był pewien czy jego pytanie miało sens. Czy jeden barciel pszczołowiec mógł zająć całą długość zajęć czy był zaledwie jednym z wielu wspominanym w ciągu godziny? W jak wiele detali wdałby się wykładowca w odniesieniu do tego ile wiedział na temat specyficznego owada?
Słysząc opis wyobraził sobie powoli jak wyglądały skrzydła, że owad miał skrzydła, dodał orientację pasków i kolory. Nie miał pojęcia jaki miałby generalny kształt więc póki co trzymał się ogólnego owalu. -A wiesz, że zakładem nawet, że nie będzie pszczoła. – Przyznał, aż prawie z siebie dumny, że sposobem dedukcji doszedł do takiego wniosku jeszcze nim ekspertka go o tym poinformowała. -Tak mi się kojarzyło, że chrząszcze nie będą za bardzo kolorowe… – Z drugiej strony, nie mógł powiedzieć, że poświęcał wiele czasu na zastawianie się nad kolorystyką owadów tak ogólnie. -Ale to może być dlatego, że na myśl głównie przychodzą mi skarabeusze. – Przede wszystkim z powodu filmu Mumia. -Który byś powiedziała ze chrząszczy jest najciekawszy? – Zagadnął, bez mrugnięcia okiem kontynuując temat. Wheeler wydawała mu się dobrze reagować na ten ciąg rozmowy i jego też to zajmowało. Umysł przysuwał mu pomysły na nowe pytania do tego stopnia, że nie wiedział od czego powinien zacząć, a jednocześnie nie chciał wylać na nią całego potoku i ją przytłoczyć. Mimo stresującej sytuacji chciał stworzyć spokojniejszą atmosferę.
Wolno poruszające się powietrze nietrzaśnięte tutaj z nimi nie było jeszcze nieznośne, ale gdyby Livingston wszedł do takiego mieszkania na pewno otwierałby już okna. Nawet wiele o tym nie myśląc zsunął z ramion swoją kurtkę i odłożył ją na podłogę po czym dołączył do niej siadając. Był przyzwyczajony do długich godzin na nogach i czas który do tej pory spędzili w windzie nie był wielkim wyzwaniem, ale czuł, że nie mógłby znaleźć sobie odpowiedniej pozycji do stania na dłuższy czas. W pracy miał przynajmniej opcję poruszania się, oparcia się stół, a to o swój van, musiał się schylać i przykucać. Stanie w jednym miejscu było zbyt męczące dla umysłu.
Zarejestrował chwilę ciszy za nim kobieta mu odpowiedziała. Wydało mu się to normalne, przy pytaniu, które mogło mieć całkiem obszerną odpowiedź. Jak komuś podsumować tak wiele kwestii, które mogły być częścią podjętej decyzji?
Uśmiechnął się gdy przyznała, że wpływ na jej wybór miał ojciec, zapominając o tym, że Jennifer zapewne go nie widziała, więc jej słowa zawisły tak chwilę w ciszy gdy Bryce przyswajał tą informację. -To piękna rzecz robić w życiu coś co się uwielbia. – Skomentował. Zauważył, że Wheeler była bardzo dokładna w tym jak odpowiadała na jego pytania. Nie miała (w tym krótkim czasie jaki się znali) zwyczaju podawać dodatkowych informacji, nadmiernie opisywać kontekstu, czy nawet rozwijać się na tematy powiązane, a jednak nie dotyczące głównego wątku. Mogło to być oczywiście skutkiem tego w jakiej sytuacji się znaleźli, albo po prostu kobieta nie była taką gadułą jak on. Sprawiało to jednak, że nie był do końca pewny czy powinien drążyć niektóre tematy, czy pozwolić im aby się naturalnie zamykały. -Rozumiem, że ojciec był takim nauczycielem z pasją, tak? – A jednak jego gadatliwość wygrała.
-Moi rodzice zabierali mnie ze sobą do pracy. – Przyznał. -To było… – Zastanowił się nad odpowiednim słowem. -dla dzieciaka to było strasznie interesujące. Moja mama miała taką charyzmę, że wydawało mi się, że musiała znać tych obcych ludzi którym po raz pierwszy pokazywała domy. – Dopiero z czasem zrozumiał, że Irenee Livingston po prostu miała do kontaktów z ludźmi wyćwiczony dar. Wielokrotnie wynegocjowała dla swojego syna krótsze pobyty w kozie, wtedy kiedy wiedziała, że na nie nie zasłużył.
-Tak. – Potwierdził wesoło. -Jest energiczny i jeszcze nie ma za dobrego poczucia przestrzennego. – Dodał w ramach wyjaśnienia. -Ma pięć lat i właśnie zaczął szkołę. – Z perspektywy Bryce’a nie było w tym nic inwazyjnego, że kobieta spytała o chłopca, którego widziała z nim w lobby. Z resztą zapewne mogła ich gdzieś kątem oka zauważyć razem wielokrotnie i już wcześniej dojść do wniosku, że to jego syn. -Także jest ciekawie, mówi mi o wszystkim nowym o czym się uczy i czeka niecierpliwie na lekcje o dinozaurach. – Uśmiechnął się do siebie. -Na tym etapie to myślę, że on wie więcej o dinozaurach niż ja. – Jednocześnie Bryce pamiętał, że jego zainteresowanie w tym temacie nie potrwało długo i nie miał okazji go odświeżać, dopóki Jamie nie poprosił o encyklopedie dinozaurów.
-Ty nie masz dzieci, prawda? – Odruchowo kontynuował temat. -Przepraszam, to… – Skrzywił się. -To nie zabrzmiało dobrze, po prostu nie wydaję mi się, żebym widział cię z dzieckiem w budynku. – Zastanowił się chwilę. -Uh, to też nie brzmi najlepiej… ale wiesz… wiesz o co mi chodzi. Tak jak zauważa się, że ktoś dużo kupuje online, bo cały czas paczki do niego przychodzą i siedzą w lobby. – Miał nadzieję, że jakoś z tego wybrnął, jednocześnie zadając sobie sprawę, że jego pytanie do niczego konkretnego nie prowadziło. Jak oczekiwał, że się to zakończy? Jennifer przyzna, że ma sekretne dziecko, które mieszka z jej rodziną w innym mieście? Nawet jeśli tak by było, to zapewne nie coś co chciałaby omawiać z sąsiadem.

Ginny Wheeler
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Uśmiechnęła się pod nosem, słysząc, że Bryce niemal przypisuje sobie zasługi za prawidłowe rozpoznanie owada. Nie mogła tego zobaczyć, ale wyobraziła sobie jego minę i przez moment pożałowała, że nie siedzieli w oświetlonym pomieszczeniu. Łatwiej byłoby jej wtedy ocenić, ile w jego zadowoleniu było rzeczywistej dumy, a ile zwykłego droczenia się. Mimo wszystko nie zamierzała odbierać mu tej drobnej satysfakcji.
– Mhm – mruknęła z rozbawieniem, poprawiając się przy ścianie.
Kolejne pytanie o chrząszcze skłoniło ją do krótkiego namysłu. Właściwie mogłaby opowiadać o nich znacznie dłużej, ale nie była pewna, czy Bryce rzeczywiście pragnął wysłuchiwać wykładu z entomologii, czy po prostu szukał sposobu na podtrzymanie rozmowy. Nie zamierzała sprawdzać jego cierpliwości. Wystarczyło, że sama musiała pilnować własnych myśli, które co jakiś czas uciekały w stronę mechanizmu windy i możliwości, że awaria potrwa dłużej, niż początkowo zakładali.
– Jelonek rogacz jest całkiem interesujący. Samce mają ogromne żuwaczki, których używają podczas walk. – Ograniczyła odpowiedź do jednego przykładu. – Ale trudno wybrać tylko jednego.
Na moment zamilkła, zaciskając palce na materiale spodni. Musiała przestać skupiać się na tym, czego nie mogła kontrolować. Mechanizm windy nie znajdował się w jej rękach, podobnie jak decyzja o tym, kiedy zostaną stąd wyciągnięci. Mogła jedynie czekać.
Gdy Bryce wspomniał o jej ojcu, uniosła lekko głowę. W jego głosie nie usłyszała pobłażliwości, której czasem doświadczała, kiedy opowiadała o swojej pracy. Ludzie potrafili uznać jej zainteresowanie owadami za dość osobliwą ciekawostkę, a wybór kariery akademickiej za coś, co trudno było pogodzić z codziennym życiem. Bryce zdawał się jednak przyjmować jej odpowiedzi bez zbędnych komentarzy.
– Miał dużo cierpliwości. – powiedziała po chwili. – Chyba właśnie dlatego tak dobrze mu to wychodziło.
Nie rozwijała tematu. Wspomnienia o ojcu wciąż wywoływały w niej ciepło i smutek jednocześnie, ale nie czuła potrzeby opowiadania o nich obszerniej. Wystarczyło, że na moment powróciła myślami do kuchennego stołu i małego mikroskopu, przy którym spędzali wspólnie długie wieczory. Tamte chwile wydawały się odległe od metalowej kabiny, w której siedziała, próbując nie dopuścić do siebie kolejnej fali paniki.
Słuchając opowieści Bryce’a o rodzicach, przesunęła kciukiem po szwie spodni. Jego matka brzmiała jak osoba, która potrafiła zjednywać sobie ludzi bez większego wysiłku. Jennifer znała ten rodzaj charyzmy, choć sama nigdy nie miała szczególnego talentu do nawiązywania przypadkowych znajomości. Zazwyczaj wolała najpierw przyjrzeć się człowiekowi, zanim zdecydowała, ile chciała mu o sobie zdradzić.
– Wygląda na to, że wiedziała, jak obchodzić się z ludźmi. – skomentowała cicho. Kiedy rozmowa zeszła na syna Bryce’a, przypomniała sobie energicznego chłopca z lobby. Niemal od razu potrafiła wyobrazić sobie, jak musiało wyglądać jego codzienne życie z pięciolatkiem, który dopiero zaczynał szkołę i z zapałem chłonął każdą nową informację. Szczególnie rozbawiła ją wzmianka o dinozaurach. Dziecięce fascynacje potrafiły być zaskakująco intensywne, a ich rodzice często nie mieli innego wyjścia, jak tylko nadążać za kolejnymi odkryciami.
– W takim razie niedługo będziesz musiał nadrobić wiedzę. – zauważyła z cieniem uśmiechu. – Żeby nie zostać w tyle.
Nie dodała niczego więcej. Nie czuła potrzeby udowadniania, że znała się na dzieciach, ani udzielania Bryce’owi porad rodzicielskich, o które zresztą nie prosił. Wystarczyło jej, że rozmowa toczyła się bez większego wysiłku. Mogła na moment zapomnieć o ciemności, awaryjnym oświetleniu i irytującej świadomości, że pozostawali zdani na pomoc ludzi znajdujących się po drugiej stronie zamkniętych drzwi.
Pytanie o własne dzieci zaskoczyło ją jednak mniej niż następujące po nim wyjaśnienia. Przez moment milczała, słuchając, jak Bryce próbuje wybrnąć z niezręczności, w którą sam się wpędził. W końcu kąciki jej ust uniosły się nieznacznie. Nie zamierzała go zawstydzać, choć przyznała przed sobą, że jego kolejne próby tłumaczenia się były całkiem zabawne.
– Nie mam dzieci. I, Bryce, naprawdę nie musisz się tłumaczyć. Spokojnie – odpowiedziała łagodnie. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy. Niepokój wciąż czaił się pod skórą, zdradzając swoją obecność przyspieszonym pulsem i nieustanną potrzebą zmiany pozycji. Nie potrafiła całkowicie się go pozbyć, ale rozmowa pomagała jej utrzymać myśli z dala od katastroficznych scenariuszy. Zamiast nasłuchiwać mechanizmu nad głową, mogła skupić się na głosie sąsiada i na zwyczajności jego opowieści.
Przesunęła dłonią po udzie, po czym ułożyła ją na kolanie. Na zewnątrz zapewne wyglądała na osobę, która całkiem dobrze radzi sobie z sytuacją. Nie podnosiła głosu, nie uderzała w drzwi i nie naciskała nerwowo przycisków. W rzeczywistości jednak z każdą kolejną minutą coraz trudniej było jej ignorować świadomość, że nie miała dokąd pójść. Nie mogła wyjść na korytarz, zaczerpnąć świeżego powietrza ani zająć się czymś, co wymagałoby od niej choć odrobiny ruchu.
Próbowała zmienić ułożenie nóg, ale twarda podłoga nie dawała jej zbyt wielu możliwości. Dopiero wtedy dotarło do niej, że od dłuższej chwili odczuwa narastający dyskomfort, którego nie potrafiła już zrzucić wyłącznie na karb zdenerwowania. Rozpięła kurtkę, a następnie zsunęła ją z ramion i odłożyła obok siebie. Materiał zaszeleścił cicho w półmroku. Przetarła kark dłonią, odgarniając włosy, i rozluźniła kołnierzyk bluzki.
Chłodniejsze powietrze na skórze przyniosło jej niewielką ulgę, ale nie wystarczyło, by całkowicie pozbyła się uczucia duszności. Przez moment skupiła się na chłodzie metalowej ściany za plecami, próbując nie kontrolować każdego kolejnego wdechu. Wiedziała przecież, że im uważniej będzie nasłuchiwać własnego organizmu, tym łatwiej umysł podsunie jej kolejny powód do niepokoju.
Przekręciła głowę w stronę Bryce’a, próbując zlokalizować go w ciemności. Usłyszał bez wątpienia wcześniej szelest zdejmowanej kurtki. Nie była pewna, czy również odczuwał narastające ciepło. Zawahała się przez krótką chwilę, zanim w końcu postanowiła zapytać.
– Tobie też jest tak gorąco?
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”