Elliot nie potrzebował szczególnie dużo czasu, żeby dojść do wniosku, że Ash był jednym z tych ludzi, których zmęczenie nie czyniło mniej rozmownymi, a jedynie odrobinę mniej ostrożnymi w dobieraniu słów. Właściwie trudno było mu stwierdzić, czy lekarz zachowywał się w ten sposób zawsze, czy może kolejne godziny spędzone w szpitalu stopniowo pozbawiały go filtrów odpowiedzialnych za zatrzymywanie przypadkowych myśli wewnątrz głowy. Niezależnie od odpowiedzi Elliotowi to nie przeszkadzało. Było w tym nawet coś odświeżającego. Większość ludzi, których spotykał w pracy, prowadziła rozmowy w pośpiechu, pomiędzy jednym zadaniem a kolejnym, ograniczając je do niezbędnych informacji. Teraz natomiast stali za szpitalem i dyskutowali o szansach na przeżycie fartucha. Trudno byłoby uznać tę wymianę zdań za szczególnie produktywną, a jednak po całym dniu spędzonym na robieniu wyłącznie rzeczy, które musiały mieć jakiś cel, Elliot całkiem doceniał jej bezsensowność.Pytanie Asha sprawiło, że uniósł brwi, po czym zerknął ponownie na nieszczęsny rękaw, jak gdyby odpowiedź rzeczywiście mogła znajdować się gdzieś pomiędzy plamami po kawie. -
Talent do przynoszenia ludziom nadziei?- powtórzył, pozwalając sobie na kilka sekund teatralnego zastanowienia. -
Nie. Zazwyczaj słyszę, że mam talent do pojawiania się w najgorszym możliwym momencie i zadawania irytująco dużej liczby pytań.- Kącik jego ust powędrował ku górze. -
Ale twoja wersja brzmi zdecydowanie lepiej. Od dzisiaj będę się jej trzymał.- Nie był nawet pewien, czy rzeczywiście była to cecha, którą ktokolwiek mógłby mu przypisać. W jego pracy nadzieja miała specyficzną formę. Czasem oznaczała przywrócenie komuś oddechu, czasem przekonanie przerażonego człowieka, że wytrzyma jeszcze kilka minut do szpitala, a czasem po prostu obecność obcej osoby, która zachowywała spokój wtedy, gdy cały świat drugiego człowieka właśnie się rozpadał. Elliot nauczył się jednak, że składanie obietnic było niebezpieczne. Nie mówił ludziom, że wszystko będzie dobrze, kiedy nie miał pewności, że rzeczywiście będzie. Mógł natomiast zostać obok i zrobić wszystko, co potrafił. Może właśnie dlatego określenie Asha zabrzmiało odrobinę poważniej, niż lekarz prawdopodobnie zamierzał. Nie skomentował tego jednak. W następnych słowach Asha było jednak coś, co skutecznie przesunęło rozmowę o pół kroku w stronę powagi. Elliot znał to uczucie aż za dobrze. Ten moment podczas wyjątkowo paskudnej zmiany, kiedy człowiek przez kilka sekund naprawdę zastanawiał się, po co właściwie nadal to robi. Nie dla pieniędzy, bo istniały prostsze sposoby ich zarabiania. Nie dla godzin pracy, bo te potrafiły być absurdalne. Nie dla spokojnego życia, bo wybrali zawody, które regularnie zabierały im spokój również po powrocie do domu. Potem jednak pojawiał się jeden pacjent. Jedna sytuacja. Jeden człowiek, którego udało się dowieźć żywego tam, gdzie ktoś inny mógł zrobić dla niego więcej. I przez jakiś czas odpowiedź znowu wydawała się oczywista. Elliot pokiwał więc powoli głową. -
To chyba działa w obie strony.- zauważył. -
My przywozimy wam powody, żebyście nie rzucili tego wszystkiego, a wy czasami oddajecie nam ludzi, których byliśmy przekonani, że więcej nie zobaczymy na własnych nogach.- Wzruszył lekko ramieniem, jakby próbował odebrać własnym słowom odrobinę ciężaru. -
Całkiem niezły układ, jeśli pominiemy traumę, brak snu i fatalną kawę.- Żart o obrotowych drzwiach zaskoczył go na tyle, że parsknął śmiechem, odruchowo opuszczając na moment głowę. Zdecydowanie nie spodziewał się tego po człowieku, który kilka minut wcześniej wyglądał, jakby był gotowy osobiście pozwać własny kubek o napaść. -
Widzisz? I właśnie dlatego potrzebujecie ratowników. Gdybyś naprawdę próbował trzasnąć obrotowymi drzwiami, ktoś musiałby przyjechać i cię z nich wyciągnąć.- odpowiedział. -
Byłoby trochę niezręcznie tłumaczyć na izbie przyjęć, że neurochirurg przegrał pojedynek z wejściem do własnego szpitala.- Nie wiedział jeszcze wprawdzie, czym dokładnie zajmował się Ash, ale fartuch, sposób wypowiadania się o pracy oraz wcześniejsze wspomnienie o konsultacjach pozwalały przynajmniej podejrzewać, że nie należał do ludzi odwiedzających Mount Sinai wyłącznie po to, żeby podpisać dokumenty i wrócić do domu. Dopiero odpowiedź na jego pytanie sprawiła, że rozbawienie na twarzy Elliota zaczęło powoli ustępować czemuś znacznie bliższemu niedowierzaniu. Dyżur konsultacyjny. A potem nocna zmiana na intensywnej terapii. Zawiesił na nim spojrzenie, po czym wypuścił powietrze nosem. -
To nawet imponujące. W bardzo niezdrowy sposób, ale jednak imponujące.- Teraz jego wcześniejszy wygląd nabierał jeszcze więcej sensu. I jednocześnie sprawiał, że Elliot przestał się zastanawiać, czy przypadkiem nie przesadził ze stwierdzeniem, że zacznie się o niego martwić. Najwyraźniej miał ku temu całkiem solidne podstawy. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z realiów podobnej pracy. Sam nie zawsze był wzorem zdrowego rozsądku. Brał dodatkowe zmiany, zostawał dłużej i zdarzało mu się funkcjonować po ilości snu, za którą normalnie skarciłby każdego innego człowieka. Być może właśnie dlatego potrafił rozpoznać to zachowanie tak szybko. -
Syndrom sztokholmski przynajmniej wyjaśnia, dlaczego mimo wszystko wracasz po kolejną kawę.- zauważył, spoglądając na kubek. -
Chociaż mam wrażenie, że wasza relacja weszła już w etap, w którym znajomi powinni urządzić ci interwencję.- Uśmiechnął się, ale tym razem nie odwrócił od razu wzroku. Ash zapewniał, że to nic takiego. Że nie było to jego pierwsze rodeo. Elliot słyszał podobne zapewnienia wystarczająco często, żeby wiedzieć, że najczęściej oznaczały jedynie: robiłem już wcześniej rzeczy, które nie były dla mnie dobre, więc potrafię zrobić to ponownie. Nie zamierzał jednak wygłaszać wykładu człowiekowi, którego znał od kilku minut. Sam zresztą byłby ostatnią osobą posiadającą moralne prawo do podobnej przemowy. Wtedy pojawiła się wzmianka o telefonie. Ważnym telefonie. Elliot mimowolnie przeniósł spojrzenie na urządzenie. A więc jednak dobrze odczytał wcześniejsze zachowanie Asha. Nie była to bezmyślna potrzeba sprawdzania powiadomień ani zawodowy nawyk. Lekarz naprawdę na coś czekał. Zawahanie poprzedzające wyjaśnienie powiedziało mu przy tym więcej niż sama treść wypowiedzi. Nie zapytał jednak, kto miał zadzwonić. Nie zapytał również, czego dotyczyła rozmowa. Ash powiedział dokładnie tyle, ile chciał powiedzieć, a Elliot nie zamierzał wykorzystywać zmęczenia obcego człowieka jako przepustki do jego prywatnego życia. -
Jeżeli istnieje najgorszy możliwy moment na ten telefon, dokładnie wtedy zadzwoni.- Przez chwilę spoglądał na telefon, zanim ponownie skierował uwagę na Asha. Dopiero teraz dotarło do niego jeszcze jedno słowo użyte przez lekarza. Operacja. Nie zabieg, nie pacjent, nie konsultacja. Operacja. -
Czyli operujesz.- powiedział bardziej jak stwierdzenie niż pytanie, a następnie zmrużył lekko oczy, przyglądając mu się z nowym zainteresowaniem. -
Dobra, teraz zaczyna mnie ciekawić, kim właściwie jesteś, doktorze Ash.- W jego tonie nie było przesadnej powagi. Raczej naturalna ciekawość, której tym razem nie próbował ukrywać. -
Bo najpierw dowiaduję się, że konsultujesz, potem idziesz na intensywną terapię, a teraz mimochodem wspominasz o operacjach, jakby to była zupełnie normalna lista rzeczy do zrobienia na jeden wieczór.- Pokręcił głową z rozbawieniem. -
I zaczynam podejrzewać, że powinienem był przedstawić się trochę bardziej profesjonalnie.- Na krótką chwilę zamilkł, po czym spojrzał ponownie na Asha. Tym razem uśmiech Elliota był znacznie łagodniejszy. -
Mam nadzieję, że zadzwoni zanim wrócisz do środka.- powiedział po prostu. Nie dodał, że miał nadzieję również na to, że wiadomość okaże się dobra. Nie wiedział przecież, na co Ash czekał, a puste zapewnienia nie leżały w jego naturze. Mógł jednak przez kilka następnych minut pozostać obok i sprawić, że lekarz nie będzie sprawdzał telefonu co dziesięć sekund. Elliot zerknął na zegarek, a następnie na wejście do szpitala. -
Ile masz jeszcze czasu, zanim Mount Sinai znowu cię pochłonie?- zapytał. -
Bo jeżeli więcej niż pięć minut, mogę cię uratować przynajmniej przed kolejną porcją tego świństwa.- Ruchem głowy wskazał kubek. -
Znam miejsce dwie minuty stąd, gdzie kawa smakuje jak kawa. Wiem, brzmi podejrzanie luksusowo jak na nasze standardy.- ale miał dobre intencje.
ash kapoori