ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Oh, I am well aware
With that burnin' stare
If this ends like all things do, I have come prepared


Mimo tego, że przecież we wrześniu w szpitalu zawsze zaczynały się zajęcia nowych stażystów, a październik niósł ze sobą rozpoczęcie kolejnego roku akademickiego, jesień zawsze kojarzyła się Ashishowi z przedwczesnymi zakończeniami. Słońce znikało za budynkami zanim człowiek zdążył się na to przygotować, niosąc ze sobą chłód wdzierający się złośliwie za kołnierzyk i pod mankiety; powietrze, jeszcze niedawno ciężkie letnim ciepłem, zaczynało pachnieć wilgocią. Ash nie miał czasu na nostalgię, więc starał się nie przywiązywać nadmiernej wagi do opłakiwania przemijających pór roku - i tak przecież nie miał wpływu na bieg czasu, który pozłacał liście na drzewach, a potem metodycznie zrywał je z gałęzi podmuchami wiatru. Nie było jednak szansy, by wychodząc z postawnego gmachu Mount Sinai Hospital dzisiejszego wieczora, nie zwrócił uwagi na rześkość powietrza i mgłę panoszącą się między budynkami.
Za jego plecami, za przepierzeniem podwójnych, szklanych drzwi, szpital powoli zmieniał rytm z dziennego na nocny. Moloch nie cichł - bo żaden szpital nie zna przecież prawdziwej ciszy - ale wyraźnie dało się dostrzec, jak pośpiech ustępuje powoli nocnej powolności. Od strony podjazdu dla karetek dobiegał przytłumiony odgłos silnika, trzask zamykanych drzwi, krótki fragment rozmowy urwany przez odległość. Światła samochodów przesuwały się po mokrym asfalcie, choć deszcz musiał skończyć się już jakiś czas temu, ale brakowało już letnich temperatur, które mogłoby skutecznie się z nim rozprawić.

Skręcając za winkiel, ku miejscu, które zwykle niosło mu wytchnienie podczas krótkich przerw w pracy - albo między zmianami, jeśli akurat wypełniał przedłużony dyżur, nie patrzył ani przed siebie, ani pod nogi, rytmicznie przesuwając wzrok między ekranem trzymanego w jednej dłoni telefonu, a kubkiem z kawą, który miał w drugiej. Która to była porcja kofeiny dzisiejszego dnia? Nie pamiętał. Trzecia? Piąta? Może siódma? Wolał nie liczyć, w lęku przed nie tylko upokarzającą, ale i przede wszystkim niezdrową prawdą o ilości mocnej (choć kiepskiej) kawy, której trzymał się ostatnio jak tonący przysłowiowej brzytwy.
Od samego rana - a dochodził już wieczór - Kapoori czekał na wyniki ostatnich badań swojego ojca.
To zdanie, choć od kilku godzin zapętlało się w jego głowie jak mantra, wciąż brzmiało dziwnie i obco. Oczywiście, brunet aż nazbyt dobrze wiedział, jakie analizy wykonano, czego szukano, jakie możliwości należało brać pod uwagę i które z nich były bardziej prawdopodobne od pozostałych. Potrafił uporządkować informacje, oddzielić fakty od przypuszczeń, postawić rokowania. Przecież przez większość dorosłego życia uczono go właśnie tego: jak zachować spokój, kiedy inni go tracą; jak mówić o rzeczach trudnych w sposób, który nie odbiera im znaczenia, ale pozwala je unieść.
Tylko, że życie skutecznie wytrącało mu z dłoni oręż intelektu i racjonalizacji, kiedy chodziło o jego własnego rodzica.
Jego telefon milczał, a Ash wpatrywał się w ekran jakby próbował przekonać urządzenie, by przesłało mu choćby jakiś urywek informacji.
Co jakiś czas przychodził mu na myśl pomysł, by zadzwonić - nie do rodziców, ale do lekarza prowadzącego, błagając by ten przekazał mu wyniki zanim zostaną przesłane do jego rodziciela. Ash znał tę nadgorliwość zbyt dobrze - tę potrzebę, by wykonać jeszcze jeden telefon, zadać dodatkowe pytanie, wyprosić jakiś cynk, który lekarze zwykli dawać sobie z poczucia powinowactwa. W pracy bywała użyteczna, a czasem nawet konieczna, ale w życiu prywatnym ciężko było ją odróżnić od zwyczajnego strachu.
Upił łyk kawy. Była zbyt gorzka, zbyt chłodna, i zbyt tania jak na to, by się łudzić, że jej smak będzie przypominał cokolwiek innego niż zwyczajne pomyje.
— Pysznie — mruknął pod nosem, biorąc jeszcze kilka kroków, aż do krawężnika gdzieś za rzędem szpitalnych śmietników, przy którym przykucnął. Jego telefon zawibrował, a lekarz spojrzał na ekran tak szybko, że niemal rozlał kawę. Nie wyniki; tylko nowa oferta od operatora komórkowego - jesienny rabat, Back to school, niepowtarzalna okazja by obniżyć rachunek za telefon, i jeszcze kupić przy okazji najnowszy model iPhone'a.
Z głębokim westchnieniem, Ash zamknął oczy. Jego ojciec zawsze miał szczególny talent do traktowania poważnych rzeczy tak, jakby były jedynie drobną niedogodnością. Nawet teraz, kiedy choroba zaczęła odbierać mu kolejne fragmenty codzienności, potrafił mówić o niej rzeczowo i lekko, jak o przeziębieniu, które przeminie bezpowrotnie wraz z nadejściem kolejnego tygodnia. Jakąś częścią siebie, Ashish oczekiwał, że ich rozmowy z czasem staną się dramatyczne. Że pojawią się w nich wielkie wyznania, prawdy o życiu, w końcu - zapowiedź pożegnania. Ale za każdym razem gdy dzwonił do rodziców, albo kiedy ich odwiedzał, rozmawiali tylko o codzienności, większe i ważniejsze tematy zostawiając na później.
Później. Słowo, które zaczynało ostatnio nabierać nieprzyjemnego ciężaru. Zadzwoni później. Przyjedzie później. Później porozmawiają o rzeczach, o których nie rozmawiali przez ostatnie trzydzieści kilka lat. Później, kiedy będzie wiadomo więcej. Później, kiedy sytuacja się uspokoi. Później, kiedy—
Ash pokręcił głową. Otworzył oczy. Poprawił jeden rękaw fartucha, potem drugi. Znów spojrzał na telefon, a potem odłożył go na bok, na chodnik, ekranem do dołu. Przez kilka następnych minut nie robił absolutnie nic, trwając tylko w niewygodnych kuckach za szpitalem, słuchając odległego szumu ruchu ulicznego i odgłosów karetek opuszczających obszar Mount Sinai. Życie, jak zwykle, nie potrzebowało jego zgody, żeby toczyć się dalej. Ta myśl zirytowała go bardziej, niż powinna, i niesiony jej falą sięgnął po telefon kolejny raz, zupełnie zapominając o kawie.
Kubek przechylił się w jego dłoni, pozwalając ciemnej lurze przelać się przez swój brzeg, obfitą strużką spływając po rękawie lekarskiego fartucha. Ash znieruchomiał. A potem się roześmiał, tak gorzko, jak gorzka była jego kawa.
— Och, na litość boską!

Elliot Carlisle
25 y/o
For good luck!
180 cm
ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Good intentions, questionable decisions and just enough charm to get away with both. Elliot lives somewhere between having everything under control and making things unnecessarily complicated. He’ll probably laugh it off either way.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Elliot nie należał do ludzi, którzy szczególnie przejmowali się zmianą pór roku. Jesień była jesienią; Toronto robiło się chłodniejsze, dzień kończył się zdecydowanie za szybko, a ludzie nagle przypominali sobie o istnieniu płaszczy, gorącej kawy i narzekania na pogodę. Dla niego znacznie bardziej wymiernym sygnałem końca lata były poranki, podczas których coraz trudniej przychodziło mu opuszczenie mieszkania, oraz wieczory takie jak ten, kiedy po wyjściu ze szpitala zimne powietrze uderzało w twarz wystarczająco mocno, żeby przez krótką chwilę rzeczywiście zatęsknić za sierpniem. Dzisiejszy dzień zresztą nie dawał mu wielu powodów do sentymentów. Dyżur przeciągnął się bardziej, niż początkowo zakładał, chociaż w przypadku jego pracy słowo „zakładał” od dawna traktował raczej jako luźną sugestię niż coś, na czym rzeczywiście należało opierać plany. Ostatnie kilkanaście minut spędził jeszcze przy ambulansie, doprowadzając do porządku rzeczy, które spokojnie mógł zostawić komuś innemu. Mógł, ale nie zostawił. To była jedna z tych cech, które sam u siebie zauważał i których jednocześnie nie miał najmniejszego zamiaru analizować. O wiele łatwiej było zajmować się cudzym chaosem niż własnym. Zarzucił kurtkę na ramiona i ruszył wzdłuż budynku, wyciągając telefon. Na ekranie czekało kilka wiadomości, żadna na tyle ważna, żeby wymagała natychmiastowej odpowiedzi. Jedną przeczytał, drugą pozostawił bez otwierania, a przy trzeciej zatrzymał kciuk nad klawiaturą, zanim ostatecznie zablokował urządzenie. Odpowie później. Najwyraźniej „później” było dzisiaj wyjątkowo popularną kategorią. Nie zdążył przejść daleko, kiedy zza rogu dobiegło go czyjeś zirytowane. Elliot zwolnił. Nie dlatego, że przekleństwa czy frustracja w okolicach szpitala były czymś szczególnie niezwykłym. Wręcz przeciwnie. Gdyby reagował na każde podobne westchnienie, prawdopodobnie nigdy nie dotarłby do domu. Tym razem jednak głos dochodził z miejsca, które znał aż za dobrze. Okolica za budynkiem była jednym z tych nieoficjalnych punktów odpoczynku dla ludzi, którzy potrzebowali pięciu minut poza sterylnym światłem korytarzy, pytaniami pacjentów i ciągłym dźwiękiem urządzeń. Skręcił za róg i niemal natychmiast dostrzegł przykucniętego przy krawężniku mężczyznę. Lekarski fartuch wystarczyłby, żeby Elliot zorientował się, z kim ma do czynienia, ale jeszcze bardziej wymowna była ciemna plama rozlewająca się po jego rękawie. Kubek w dłoni dopełniał obrazu sytuacji. Kącik jego ust drgnął. -Nie jestem lekarzem, ale stawiam na ciężki przypadek agresywnej kawy. - Nie było w jego głosie kpiny, przynajmniej nie takiej, która miałaby uderzyć w człowieka znajdującego się przed nim. Raczej ten rodzaj humoru, którym Elliot odruchowo próbował rozładowywać sytuacje. Czasami działało. Innym razem ludzie mieli ochotę go udusić. Podszedł bliżej, zatrzymując się w bezpiecznej odległości, żeby nie wejść mężczyźnie całkowicie w przestrzeń osobistą. Dopiero wtedy zauważył telefon leżący ekranem do dołu na chodniku. Zestawienie go z kawą, zmęczoną twarzą lekarza i miejscem wybranym na samotną przerwę sugerowało, że rozlany napój był prawdopodobnie najmniejszym problemem tego wieczoru. Tego już jednak nie skomentował. Elliot znał ten wygląd. Nie konkretnie jego - człowieka przed sobą nie znał, przynajmniej nie na tyle, by przypomnieć sobie nazwisko - ale spojrzenie kogoś, kto fizycznie wyszedł ze szpitala, a myślami nadal znajdował się kilka pięter wyżej. W swojej pracy widywał je regularnie. Czasami w lusterku ambulansu również u siebie. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął niewielkie opakowanie chusteczek. Przez moment przyglądał mu się krytycznie, jakby właśnie oceniał swoje możliwości ratunkowe, po czym wyciągnął je w kierunku nieznajomego. -Mam chusteczki, dwie ręce i podstawowe przeszkolenie medyczne. Myślę, że damy radę uratować przynajmniej fartuch. - Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zerknął na plamę jeszcze raz. -Dobra. Cofam ostatnie. Fartuch może być już przypadkiem beznadziejnym. - Uśmiechnął się lekko, ale nie ruszył dalej. Normalnie prawdopodobnie rzuciłby komentarz i poszedł w swoją stronę. Tym razem coś go zatrzymało. Może sposób, w jaki tamten wcześniej patrzył na telefon. Może fakt, że siedział za szpitalem sam, z kubkiem czegoś, co nawet z odległości wyglądało jak najgorsza kawa dostępna w promieniu kilku kilometrów. A może zwyczajny zawodowy odruch, przez który Elliot miał irytującą tendencję do zauważania ludzi, którzy ewidentnie nie mieli najlepszego dnia. Przeniósł wzrok z lekarza na porzucony obok telefon, ale nie zapytał, na jaką wiadomość czekał. Granica pomiędzy zainteresowaniem, a wścibstwem była cienka, a Elliot przynajmniej przy pierwszym spotkaniu potrafił jeszcze jej nie przekraczać. Zamiast tego wskazał brodą kubek. -Jeżeli to kawa z automatu na drugim piętrze, to chyba właśnie dostałeś od losu znak, żeby przestać ją pić. - Sam korzystał z niego wystarczająco często, żeby rozpoznawać charakterystyczne kubki. Jednocześnie nie miał prawa nikogo pouczać w kwestii kofeiny. Podczas gorszych zmian potrafił funkcjonować głównie dzięki kawie i przekonaniu, że sen jest problemem przyszłego Elliota. Przesunął dłonią po karku, czując chłód, który zdążył już przedostać się pod kołnierz kurtki. Powinien iść. Naprawdę. Czekał na niego prysznic, jedzenie i kilka godzin spokoju przed kolejnym dniem. Mimo to został. -Elliot. - Przedstawił się dopiero teraz, jakby właśnie dotarło do niego, że rozpoczął rozmowę od diagnozowania napaści ze strony napoju zamiast od podstawowych zasad kontaktów międzyludzkich. -I zanim zapytasz: nie, zazwyczaj nie zaczepiam obcych lekarzy za śmietnikami. Staram się zachowywać odrobinę bardziej profesjonalnie. - zaśmiał się.

ash kapoori
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
trouble
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Och, oczywiście. Mimo wszystkich różnic, które dostrzec między nimi można było już na pierwszy rzut oka, i których na pewno pojawiłoby się jeszcze więcej przy nieco dogłębniejszej analizie, Ashish i Elliot z pewnością mogli zgodzić się w tej właśnie kwestii: cudzy chaos zdecydowanie był o wiele mniej zatrważający, niż ten prywatny, personalny. Można go w końcu było rozebrać na czynniki pierwsze za pomocą siły intelektu, jakoś zorganizować, rozplanować, zrozumieć. Radząc sobie z cudzymi problemami, o wiele łatwiej robiło się wszak ten krok do tyłu, który umożliwiał nabranie do nich zdrowego dystansu, zamiast spoglądać na wszystko z nadmiernym zaangażowaniem i wyłącznie w emocjach. Może w gruncie rzeczy dlatego właśnie - a nie, wbrew pozorom, w ramach jakiejś pogoni za aprobatą ze strony ojca i podziwem płynącym od matki - Ash w ogóle zdecydował się zostać lekarzem. Nic w końcu nie dawało równego poczucia kontroli, niż świadomość, że uratowało się czyjeś życie czy zdrowie. Co z tego, jeśli w tym procesie niejednokroć ostatecznie wystawiało się na szwank swoje własne.
W pierwszej chwili, Ashowi chyba naprawdę wydawało się, że dobiegający do niego z lewej strony, męski głos - przyjemny w brzmieniu i stosunkowo młody, a więc najpewniej należący do któregoś z początkujących lekarzy czy asystentów, a nie samego ordynatora - jest po prost halucynacją. Nie byłoby w tym nic nieprawdopodobnego, biorąc pod uwagę jaki wpływ niedobór snu i nadmiar kawy potrafiły mieć na ludzki układ nerwowy. Mimo to, nie zignorował komentarza - wręcz przeciwnie, podążając za jego brzmieniem, uniósł wzrok i spojrzał w stronę Elliota, mrugając intensywnie, jakby w próbie rozproszenia gęstej mgły własnego zamyślenia.
Nie, młody brunet z pewnością nie był fatamorganą. Diagnoza, którą jednak stawiał, nie brzmiała też jak faktyczna, medyczna jednostka...
Ach. A więc żart. Kapoori miał czasem lekkie trudności, z rozróżnianiem humoru od ironii, i ironii od powagi, więc tak szybka identyfikacja, że nieznajomy nie mówi zupełnie poważnie, była jakimś rodzajem sukcesu.
- Będę wdzięczny - Przyznał odruchowo, z jakimś rodzajem zmęczonej bezradności rysującym się klarownie w ciemnych tęczówkach. -Myślę że fartuch ma w gruncie rzeczy większe szanse na przetrwanie tego dyżuru, niż ja - Pociągnął, entuzjazm deklarując trochę przedwcześnie, skoro po nieco dokładniejszym przyjrzeniu się efektom niezdarności Ashisha, Elliot spisał losy jego szpitalnego uniformu na kompletną stratę. Mimo to, sięgnął jednak po chusteczkę - choćby dla zasady, i by wyrazić wdzięczność za ten drobny, a jednak pełen jakiejś ujmującej, codziennej empatii gest. - Mówisz? - Pociągnął, zdając sobie sprawę, że jego głos cechuje specyficzna chrypka, ta sama, której nabawiał się zawsze wówczas, gdy za dużo pracował, i za często milczał. - To może ta tragedia - Sugestywnie przeniósł spojrzenie na kawowy kleks na rękawie - Przyniesie mi jednak jakieś długoterminowe korzyści...
Mówiło się przecież, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - a jako lekarz Ash zawzięcie wierzył w moc pozytywnego przewartościowania, choć oczywiście o wiele łatwiej było mu je uskuteczniać gdy chodziło o jego pacjentów, a nie o niego samego.
Porzuciwszy nadzieję na choćby łyk tej paskudnej kawy, lekarz przesunął się jednak, pół-świadomie robiąc przestrzeń dla Elliota, gdyby ten z jakiejś dziwacznej przyczyny miał ochotę zostać w jego towarzystwie na dłużej, niż - jak zrobiłby to każdy normalny człowiek - wrócić do własnego życia, nie poświęciwszy przybitemu medykowi ani chwili więcej.
- Ashish - Odparł odruchowo, wyciągając ku chłopakowi rękę. Jego dłonie były chłodne i szczupłe; ładne, podobno - do tego stopnia, że czasem zamiast za chirurga, brano go za pianistę. W gruncie rzeczy, obydwa zawody wymagały od wykonujących je osób niezwykłej delikatności, i jednocześnie precyzji, więc może była w tym jakaś logika. - Ash. - Poprawił się też zaraz, porzucając prędko oficjalną, długą wersję swojego imienia.
Dopiero teraz przyzwolił sobie, by objąć rozmówcę spojrzeniem na choćby sekundę, rejestrując, że chłopak wydawał się odrobinę niższy, i zdecydowanie młodszy od niego. A więc stażysta? Pielęgniarz?
- W porządku - Zgodził się, uśmiechając się półgębkiem - Uznam to więc za wyjątek od reguły. - Jak na to, że miał dość całego świata, Ash okazywał się być zaskakująco rozmowny. Może to już ten etap wycieńczenia, na którym człowiek zamienia się nagle w swoje absolutne przeciwieństwo. - Dopiero zaczynasz? Czy kończysz? - Zapytał, posługując się szpitalnym żargonem, chyba w lekkiej nadziei, że tym samym dowie się jaką rolę Elliot spełniał w szpitalnym uniwersum - Mam na myśli zmianę.
Zupełnie, jakby mogło chodzić o cokolwiek innego.

Elliot Carlisle
25 y/o
For good luck!
180 cm
ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Good intentions, questionable decisions and just enough charm to get away with both. Elliot lives somewhere between having everything under control and making things unnecessarily complicated. He’ll probably laugh it off either way.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Elliot nie spodziewał się, że nieznajomy rzeczywiście podejmie rozmowę. W gruncie rzeczy zakładał jeden z dwóch scenariuszy: albo lekarz przyjmie chusteczkę, wymamrocze krótkie podziękowanie i wróci do własnych problemów, albo spojrzy na niego w sposób jasno sugerujący, że ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował po wielogodzinnym dyżurze, był młodszy facet rzucający żartami na temat jego nieszczęśliwego spotkania z kawą. Obie reakcje byłyby całkowicie zrozumiałe. Tymczasem dostał coś pomiędzy, wraz ze stwierdzeniem, że fartuch ma większe szanse na przetrwanie dyżuru niż jego właściciel. Elliot zerknął najpierw na poplamiony materiał, później na twarz mężczyzny, jakby rzeczywiście dokonywał szybkiej oceny szans obu pacjentów. Zmęczenie było widoczne nawet bez szczególnej spostrzegawczości. Podkrążone oczy, chrypka pojawiająca się w głosie i kawa, której ilości Elliot nawet nie zamierzał zgadywać. Znał ten zestaw aż za dobrze. W ratownictwie medycznym człowiek szybko uczył się rozpoznawać moment, w którym organizm funkcjonował już głównie dzięki kofeinie, uporowi i świadomości, że za kilka godzin może wreszcie pozwolą mu wrócić do domu. -Nie przesądzałbym. Ty przynajmniej odpowiadasz na pytania. Fartuch nie wykazuje już żadnych oznak życia.- stwierdził z powagą zdecydowanie zbyt dużą jak na diagnozę dotyczącą kawałka materiału. Mimo wszystko dobrze było dostrzec choćby ślad humoru po drugiej stronie. Elliot nie wiedział jeszcze, czy Ash rzeczywiście doceniał podobne żarty, czy zwyczajnie był zbyt zmęczony, żeby się przed nimi bronić. Druga możliwość wydawała się całkiem prawdopodobna. Nie uszło jego uwadze, że Ash przesunął się, pozostawiając obok siebie trochę miejsca. Elliot zawahał się zaledwie przez moment. Jeszcze kilka minut temu zamierzał wrócić prosto do domu. Teraz jednak perspektywa natychmiastowego powrotu do pustego mieszkania nie wydawała się już aż tak pilna. Stanął więc obok, zachowując między nimi wystarczająco dużo przestrzeni, żeby gest nie wyglądał jak próba naruszenia granic człowieka poznanego dosłownie kilkadziesiąt sekund wcześniej. Wyciągnięta w jego stronę dłoń była znacznie bardziej oficjalnym gestem niż cała dotychczasowa rozmowa, ale Elliot przyjął ją bez wahania. Uścisk miał krótki i pewny. -Ashish.- powtórzył, bardziej dla zapamiętania niż z potrzeby upewnienia się, że dobrze usłyszał. Kącik jego ust uniósł się lekko. Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się lekarzowi nieco dokładniej i utwierdzić się w przekonaniu, że wcześniej go widział. Nie potrafił jednak wskazać konkretnego momentu. Mount Sinai było wystarczająco dużym miejscem, żeby regularnie mijać te same twarze i przez miesiące nie poznać należących do nich imion. Ratownicy przywozili pacjentów, przekazywali ich dalej i ponownie znikali w ambulansach. Lekarze stanowili zwykle następny element tego łańcucha. Ich światy przecinały się regularnie, ale często tylko na kilka minut. Wzmianka o wyjątku od reguły wywołała u Elliota cichy śmiech. Pytanie Asha sprawiło jednak, że przez sekundę spojrzał na niego z autentycznym rozbawieniem. Nie dlatego, że było dziwne. Przeciwnie, w szpitalnym otoczeniu „zaczynasz czy kończysz?” było prawdopodobnie jednym z najbardziej oczywistych pytań, jakie można było komuś zadać. Wyjaśnienie, które nastąpiło sekundę później, było znacznie zabawniejsze. Elliot uniósł brew. Odwrócił głowę w stronę budynku. Z tej perspektywy szpital wyglądał niemal spokojnie, choć wiedział, że za oświetlonymi oknami nadal trwał ten sam kontrolowany chaos, z którego obaj na chwilę się wymknęli. -Kończę. A przynajmniej oficjalnie skończyłem jakieś dwadzieścia minut temu.- poprawił się, bo technicznie rzecz biorąc właśnie tak wyglądała sytuacja. -Potem popełniłem klasyczny błąd pod tytułem „zrobię jeszcze tylko jedną rzecz” i nagle tych rzeczy zrobiło się pięć.- Wzruszył lekko ramionami. Nie brzmiał przy tym szczególnie zirytowanie. Sam był sobie winien. Nikt nie zmuszał go do zostania dłużej przy ambulansie ani sprawdzania rzeczy, które bez problemu mógł pozostawić kolejnej zmianie. Problem polegał na tym, że Elliot nie lubił zostawiać po sobie niedokończonych spraw. Paradoksalnie dotyczyło to głównie pracy. W życiu prywatnym miał imponującą kolekcję rzeczy odkładanych na później. -Jestem ratownikiem medycznym.- dodał po chwili, rozwiązując zagadkę, której istnienia Ash nawet nie musiał otwarcie przyznawać. Zauważył wcześniej to krótkie, oceniające spojrzenie i potrafił się domyślić, że lekarz próbował umiejscowić go gdzieś w szpitalnej hierarchii. -Więc jeżeli próbowałeś właśnie ustalić, z którego piętra uciekłem, odpowiedź brzmi: z żadnego. Przywożę wam problemy pod drzwi i odjeżdżam, zanim zdążycie mieć do mnie pretensje.- Uśmiechnął się szerzej, chociaż obaj doskonale wiedzieli, że rzeczywistość nie była aż tak prosta. Bywały wezwania, które kończyły się wraz z przekazaniem pacjenta. Bywały też takie, które wracały później w najmniej odpowiednich momentach, nawet jeśli ratownik nigdy nie dowiadywał się, co wydarzyło się z człowiekiem po zamknięciu szpitalnych drzwi. Elliot nauczył się żyć z brakiem zakończeń, choć nie oznaczało to, że zawsze przychodziło mu to łatwo. Przez chwilę przyglądał się Ashowi, a następnie jego spojrzenie ponownie, niemal mimowolnie, uciekło w stronę telefonu leżącego na chodniku. Nadal ekranem do dołu. Ash spoglądał na nie wcześniej z uwagą człowieka, który czekał na coś konkretnego. Elliot jednak nadal nie zamierzał pytać. Nie znał go. Fakt, że wymienili imiona i kilka żartów, nie dawał mu nagle prawa do zaglądania w cudze problemy. Zamiast tego wrócił spojrzeniem do lekarza. -A ty?- zapytał, chociaż odpowiedź wydawała mu się częściowo oczywista. -Bo jeśli powiesz mi teraz, że dopiero zaczynasz zmianę, to wycofuję wszystkie żarty o fartuchu i zaczynam się o ciebie trochę martwić.- Wskazał ruchem głowy na pustawy już kubek. -Wyglądasz, jakbyście z tym czymś mieli za sobą co najmniej dwanaście godzin bardzo toksycznej relacji.- Tym razem w jego głosie pojawiło się rozbawienie, ale za nim kryło się coś jeszcze. Nie nachalna troska i nie próba wydobycia z Asha wyznania, którego ten najwyraźniej nie zamierzał składać przypadkowemu ratownikowi za szpitalem. Raczej zwyczajne zainteresowanie drugim człowiekiem. Elliot potrafił zauważyć, kiedy ktoś był na granicy własnych możliwości. Sam znajdował się tam wystarczająco wiele razy.

ash kapoori
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
trouble
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Prawda była taka, że zmęczenie zbliżało do siebie ludzi. Istniał w końcu ten specyficzny rodzaj bladości, zwłaszcza w kontraście z wyraźnym podsinieniem poniżej linii dolnych powiek, po którym osoby wykonujące podobne rodzaje zawodów - i, co za tym idzie, mierzące się codziennie z podobnymi rodzajami stresu - potrafiły rozpoznać się nawzajem jako przedstawicieli określonych profesji nie zamieniając choćby ze sobą ani jednego słowa. Ashish starał się traktować wszystkich równo, i nie prowadzić w myślach jakiegoś rodzaju selekcji, która nakazywałaby mu na przykład darzyć lekarzy większym szacunkiem niż prawników, a prawników - większą sympatią niż, chociażby, pracowników działu sprzedaży... Ale mimo to nawet on, tak bardzo oddany własnym, egalitarystycznym wartościom, zwyczajnie bardziej doceniał wysiłki profesjonalistów zajmujących się na co dzień ratowaniem i polepszaniem jakości ludzkiego życia, niż chociażby członków korporacji, których jedynym konkretnym celem w pracy było pomnażanie swoich dochodów niemalże w nieskończoność. Może dlatego właśnie nie odstraszył młodszego mężczyzny jakimś rodzajem chłodnej opryskliwości, a wręcz przeciwnie - mimo wycieńczenia podjął rozmowę, która pobocznemu obserwatorowi mogła wydać się jedną z tych konwersacji o niczym, a jednak na Ashisha działała lepiej niż dawka obrzydliwej szpitalnej kofeiny.
Roześmiał się.
- Powiedział ci ktoś kiedyś, że masz ewidentny talent do przynoszenia ludziom nadziei? - Zapytał, dość spontanicznie i bez większego zastanowienia, które pozwoliłoby mu wszak dojść do wniosku, że jego słowa mogą wydać się słuchaczowi dość ciężkie i egzystencjalne. Ton nadal miał lekki, choć balansował na cienkiej powagi i żartu, przy jednym mniej ostrożnym słowie gotów przechylić się za bardzo w jedną lub drugą ze stron - Jeszcze chwilę temu myślałem, że w konkursie na poziom żywotności przegrałem właśnie z moim zawodowym uniformem, a tu proszę...
Nie przedłużył uścisku dłoni ani o pojedynczą, zbędną sekundę, a jednak krótka wymiana dotyku pozwoliła mu zarejestrować jakąś dozę pewności siebie płynącą od Elliota. Było w jego geście coś młodego i męskiego, jakiś rodzaj wigoru, który sam Ash znajdował u siebie coraz rzadziej, jakby jego zasoby wyczerpywały się w nim w tempie przeciw-proporcjonalnym do skali posiadanych przezeń obowiązków.
Gdyby nie był sobą, pewnie natychmiast zarumieniłby się w reakcji na rozbawienie chłopaka, zakładając, że brunet nie śmieje się do niego, a raczej z niego, i niezdarności z jaką niekiedy posługiwał się słowami. Ash posiadał jednak niemałą trudność w odgadywaniu i odkodowywaniu wszystkich tych społecznych zasad i reguł, które podpowiedziałyby mu, kiedy należy się frasować, kiedy krępować, a kiedy po prostu spłonąć ze wstydu. Czasami wydawało mu się, że właśnie palnął jakąś kompletną głupotę, a potem okazywało się, że w jego wypowiedzi nie było absolutnie nic niewłaściwego. Innym razem jednak nie miał pojęcia, że właśnie popełnia jakieś wielkie faux pas, i że większość innych osób na jego miejscu zaczęłaby tłumaczyć się albo przepraszać, podczas gdy on sam zwyczajnie kontynuował konwersację jak gdyby nigdy nic. Tym razem chyba zwyczajnie się ucieszył, że rozmówca znalazł w jego wypowiedzi jakiś rodzaj humoru.
- Ach, to wiele wyjaśnia... - Pokiwał głową. Gdyby Carlisle był pielęgniarzem albo asystentem na jego oddziale - czy choćby na paru innych oddziałach sąsiadujących z neurologią i neurochirurgią, Ash z pewnością byłby w stanie nieco sprawniej dopasować imię, albo przynajmniej funkcję pełnioną przez niego w szpitalnym uniwersum, do jego twarzy. - Patrząc na to z trochę innej perspektywy, przywozicie nam też na próg kolejne powody, żeby tym wszystkim nie cisnąć w cholerę, i nie wyjść, trzaskając za sobą drzwiami... - Zaoponował, starając się spoglądać na nieco bardziej pozytywną stronę własnej profesji, choć nie zawsze było to łatwe. Ash nie cierpiał wszystkich tych szpitalnych dramatów i politycznych zagrywek, które niejednokrotnie przeważały o tym, kto zajmie jaką pozycję w przysłowiowym porządku dziobania (i kto zostanie przy tym zadziobany niemalże na śmierć...), po pierwsze dlatego, że ich nie rozumiał, a po drugie, ponieważ w dużej mierze nimi gardził. Kochał jednak w swojej pracy inne jej aspekty - jak choćby przywilej ratowania ludzkiego życia, a przecież trudno było na świecie o większą wartość. I podczas niektórych zmian tylko to trzymało go jeszcze w gmachu Mount Sinai... No, to, i jeszcze jedna, bardzo praktyczna przyczyna: - Poza tym nie wiem jak bardzo musiałbym się postarać, żeby być w stanie trzasnąć drzwiami obrotowymi... - Westchnął.
- Ja? - Zapytał z pewną dozą roztargnienia, które - gdyby człowiek zmrużył lekko oczy, i wykazał się odrobiną dobrej woli - mogło nawet ujść za całkiem urocze - A, to. Ani jedno, ani drugie... To znaczy, miałem teraz dyżur konsultacyjny. A za jakiś moment zacznę nocną zmianę na intensywnej terapii... - Wytłumaczył, kompletnie ignorując fakt, że dla osób nieco mniej przyzwyczajonych do katorżniczych niemal warunków egzystencji na niektórych oddziałach, musiało brzmieć to przynajmniej niezdrowo. Nie dla Asha, który w pracy lubił pogrążać się tym bardziej, im bardziej przerastały go trudności w jego życiu poza szpitalem. - Ta relacja nazywa się syndrom sztokholmski... - Dorzucił, starając się trzymać żartu w ramach mechanizmu obronnego. Zmarszczył brwi, dopiero po fakcie zdając sobie sprawę, że - o ile się nie mylił - w dowcipnej uwadze poczynionej przez bruneta posłyszał chyba jakąś dozę zatroskania - To nic takiego. Nie moje pierwsze rodeo. Wyszedłem tylko na chwilę, czekam... Hm - Zawahał się - Czekam na dość ważny telefon. Ale wiesz jak to jest. Jak na złość, połączenie pewnie nadejdzie akurat jak będę w połowie jakiejś ważnej operacji...
Nie przyszło mu przy tym wcale do głowy, że może wypadałoby jednak wyjaśnić nie tylko, jaką ma specjalizację, ale także czego ten ważny telefon mógł dotyczyć. Zamiast tego więc zupełnie nieświadomie, pozostawił rozmówcę we mgle niewiedzy.

Elliot Carlisle
25 y/o
For good luck!
180 cm
ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Good intentions, questionable decisions and just enough charm to get away with both. Elliot lives somewhere between having everything under control and making things unnecessarily complicated. He’ll probably laugh it off either way.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Elliot nie potrzebował szczególnie dużo czasu, żeby dojść do wniosku, że Ash był jednym z tych ludzi, których zmęczenie nie czyniło mniej rozmownymi, a jedynie odrobinę mniej ostrożnymi w dobieraniu słów. Właściwie trudno było mu stwierdzić, czy lekarz zachowywał się w ten sposób zawsze, czy może kolejne godziny spędzone w szpitalu stopniowo pozbawiały go filtrów odpowiedzialnych za zatrzymywanie przypadkowych myśli wewnątrz głowy. Niezależnie od odpowiedzi Elliotowi to nie przeszkadzało. Było w tym nawet coś odświeżającego. Większość ludzi, których spotykał w pracy, prowadziła rozmowy w pośpiechu, pomiędzy jednym zadaniem a kolejnym, ograniczając je do niezbędnych informacji. Teraz natomiast stali za szpitalem i dyskutowali o szansach na przeżycie fartucha. Trudno byłoby uznać tę wymianę zdań za szczególnie produktywną, a jednak po całym dniu spędzonym na robieniu wyłącznie rzeczy, które musiały mieć jakiś cel, Elliot całkiem doceniał jej bezsensowność.Pytanie Asha sprawiło, że uniósł brwi, po czym zerknął ponownie na nieszczęsny rękaw, jak gdyby odpowiedź rzeczywiście mogła znajdować się gdzieś pomiędzy plamami po kawie. -Talent do przynoszenia ludziom nadziei?- powtórzył, pozwalając sobie na kilka sekund teatralnego zastanowienia. -Nie. Zazwyczaj słyszę, że mam talent do pojawiania się w najgorszym możliwym momencie i zadawania irytująco dużej liczby pytań.- Kącik jego ust powędrował ku górze. -Ale twoja wersja brzmi zdecydowanie lepiej. Od dzisiaj będę się jej trzymał.- Nie był nawet pewien, czy rzeczywiście była to cecha, którą ktokolwiek mógłby mu przypisać. W jego pracy nadzieja miała specyficzną formę. Czasem oznaczała przywrócenie komuś oddechu, czasem przekonanie przerażonego człowieka, że wytrzyma jeszcze kilka minut do szpitala, a czasem po prostu obecność obcej osoby, która zachowywała spokój wtedy, gdy cały świat drugiego człowieka właśnie się rozpadał. Elliot nauczył się jednak, że składanie obietnic było niebezpieczne. Nie mówił ludziom, że wszystko będzie dobrze, kiedy nie miał pewności, że rzeczywiście będzie. Mógł natomiast zostać obok i zrobić wszystko, co potrafił. Może właśnie dlatego określenie Asha zabrzmiało odrobinę poważniej, niż lekarz prawdopodobnie zamierzał. Nie skomentował tego jednak. W następnych słowach Asha było jednak coś, co skutecznie przesunęło rozmowę o pół kroku w stronę powagi. Elliot znał to uczucie aż za dobrze. Ten moment podczas wyjątkowo paskudnej zmiany, kiedy człowiek przez kilka sekund naprawdę zastanawiał się, po co właściwie nadal to robi. Nie dla pieniędzy, bo istniały prostsze sposoby ich zarabiania. Nie dla godzin pracy, bo te potrafiły być absurdalne. Nie dla spokojnego życia, bo wybrali zawody, które regularnie zabierały im spokój również po powrocie do domu. Potem jednak pojawiał się jeden pacjent. Jedna sytuacja. Jeden człowiek, którego udało się dowieźć żywego tam, gdzie ktoś inny mógł zrobić dla niego więcej. I przez jakiś czas odpowiedź znowu wydawała się oczywista. Elliot pokiwał więc powoli głową. -To chyba działa w obie strony.- zauważył. -My przywozimy wam powody, żebyście nie rzucili tego wszystkiego, a wy czasami oddajecie nam ludzi, których byliśmy przekonani, że więcej nie zobaczymy na własnych nogach.- Wzruszył lekko ramieniem, jakby próbował odebrać własnym słowom odrobinę ciężaru. -Całkiem niezły układ, jeśli pominiemy traumę, brak snu i fatalną kawę.- Żart o obrotowych drzwiach zaskoczył go na tyle, że parsknął śmiechem, odruchowo opuszczając na moment głowę. Zdecydowanie nie spodziewał się tego po człowieku, który kilka minut wcześniej wyglądał, jakby był gotowy osobiście pozwać własny kubek o napaść. -Widzisz? I właśnie dlatego potrzebujecie ratowników. Gdybyś naprawdę próbował trzasnąć obrotowymi drzwiami, ktoś musiałby przyjechać i cię z nich wyciągnąć.- odpowiedział. -Byłoby trochę niezręcznie tłumaczyć na izbie przyjęć, że neurochirurg przegrał pojedynek z wejściem do własnego szpitala.- Nie wiedział jeszcze wprawdzie, czym dokładnie zajmował się Ash, ale fartuch, sposób wypowiadania się o pracy oraz wcześniejsze wspomnienie o konsultacjach pozwalały przynajmniej podejrzewać, że nie należał do ludzi odwiedzających Mount Sinai wyłącznie po to, żeby podpisać dokumenty i wrócić do domu. Dopiero odpowiedź na jego pytanie sprawiła, że rozbawienie na twarzy Elliota zaczęło powoli ustępować czemuś znacznie bliższemu niedowierzaniu. Dyżur konsultacyjny. A potem nocna zmiana na intensywnej terapii. Zawiesił na nim spojrzenie, po czym wypuścił powietrze nosem. -To nawet imponujące. W bardzo niezdrowy sposób, ale jednak imponujące.- Teraz jego wcześniejszy wygląd nabierał jeszcze więcej sensu. I jednocześnie sprawiał, że Elliot przestał się zastanawiać, czy przypadkiem nie przesadził ze stwierdzeniem, że zacznie się o niego martwić. Najwyraźniej miał ku temu całkiem solidne podstawy. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z realiów podobnej pracy. Sam nie zawsze był wzorem zdrowego rozsądku. Brał dodatkowe zmiany, zostawał dłużej i zdarzało mu się funkcjonować po ilości snu, za którą normalnie skarciłby każdego innego człowieka. Być może właśnie dlatego potrafił rozpoznać to zachowanie tak szybko. -Syndrom sztokholmski przynajmniej wyjaśnia, dlaczego mimo wszystko wracasz po kolejną kawę.- zauważył, spoglądając na kubek. -Chociaż mam wrażenie, że wasza relacja weszła już w etap, w którym znajomi powinni urządzić ci interwencję.- Uśmiechnął się, ale tym razem nie odwrócił od razu wzroku. Ash zapewniał, że to nic takiego. Że nie było to jego pierwsze rodeo. Elliot słyszał podobne zapewnienia wystarczająco często, żeby wiedzieć, że najczęściej oznaczały jedynie: robiłem już wcześniej rzeczy, które nie były dla mnie dobre, więc potrafię zrobić to ponownie. Nie zamierzał jednak wygłaszać wykładu człowiekowi, którego znał od kilku minut. Sam zresztą byłby ostatnią osobą posiadającą moralne prawo do podobnej przemowy. Wtedy pojawiła się wzmianka o telefonie. Ważnym telefonie. Elliot mimowolnie przeniósł spojrzenie na urządzenie. A więc jednak dobrze odczytał wcześniejsze zachowanie Asha. Nie była to bezmyślna potrzeba sprawdzania powiadomień ani zawodowy nawyk. Lekarz naprawdę na coś czekał. Zawahanie poprzedzające wyjaśnienie powiedziało mu przy tym więcej niż sama treść wypowiedzi. Nie zapytał jednak, kto miał zadzwonić. Nie zapytał również, czego dotyczyła rozmowa. Ash powiedział dokładnie tyle, ile chciał powiedzieć, a Elliot nie zamierzał wykorzystywać zmęczenia obcego człowieka jako przepustki do jego prywatnego życia. -Jeżeli istnieje najgorszy możliwy moment na ten telefon, dokładnie wtedy zadzwoni.- Przez chwilę spoglądał na telefon, zanim ponownie skierował uwagę na Asha. Dopiero teraz dotarło do niego jeszcze jedno słowo użyte przez lekarza. Operacja. Nie zabieg, nie pacjent, nie konsultacja. Operacja. -Czyli operujesz.- powiedział bardziej jak stwierdzenie niż pytanie, a następnie zmrużył lekko oczy, przyglądając mu się z nowym zainteresowaniem. -Dobra, teraz zaczyna mnie ciekawić, kim właściwie jesteś, doktorze Ash.- W jego tonie nie było przesadnej powagi. Raczej naturalna ciekawość, której tym razem nie próbował ukrywać. -Bo najpierw dowiaduję się, że konsultujesz, potem idziesz na intensywną terapię, a teraz mimochodem wspominasz o operacjach, jakby to była zupełnie normalna lista rzeczy do zrobienia na jeden wieczór.- Pokręcił głową z rozbawieniem. -I zaczynam podejrzewać, że powinienem był przedstawić się trochę bardziej profesjonalnie.- Na krótką chwilę zamilkł, po czym spojrzał ponownie na Asha. Tym razem uśmiech Elliota był znacznie łagodniejszy. -Mam nadzieję, że zadzwoni zanim wrócisz do środka.- powiedział po prostu. Nie dodał, że miał nadzieję również na to, że wiadomość okaże się dobra. Nie wiedział przecież, na co Ash czekał, a puste zapewnienia nie leżały w jego naturze. Mógł jednak przez kilka następnych minut pozostać obok i sprawić, że lekarz nie będzie sprawdzał telefonu co dziesięć sekund. Elliot zerknął na zegarek, a następnie na wejście do szpitala. -Ile masz jeszcze czasu, zanim Mount Sinai znowu cię pochłonie?- zapytał. -Bo jeżeli więcej niż pięć minut, mogę cię uratować przynajmniej przed kolejną porcją tego świństwa.- Ruchem głowy wskazał kubek. -Znam miejsce dwie minuty stąd, gdzie kawa smakuje jak kawa. Wiem, brzmi podejrzanie luksusowo jak na nasze standardy.- ale miał dobre intencje.


ash kapoori
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
trouble
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdyby go o to zapytać, sam Ashish pewnie uznałby, że zwyczajnie zbyt mało osób zwracało na niego wystarczająco dużo tak wnikliwej uwagi, żeby poczynić spostrzeżenia, które czynił właśnie Elliot. Ba, pewnie w zasadzie nawet i Kapoori nie był wystarczająco zainteresowany samym sobą, by kiedykolwiek zadać sobie pytanie, co tak naprawdę robiło z nim zmęczenie. Jego umysł - w połączeniu z aparatem mowy - stanowił system przypominający nieco wadliwe, trochę dziurawe sitko. Nie chodziło o to, że Ash zawsze zwyczajnie paplał trzy po trzy i bez względu na okoliczności plótł cokolwiek ślina przyniosła mu na język. Było gorzej. Brunet sam czasami nie potrafił stwierdzić dlaczego w niektórych warunkach jego mózg zmieniał się w coś na podobieństwo pustego akwarium, zaś w innych - przemieniał raczej w przepełnioną tytułami półkę, z której kolejne woluminy przemyśleń wypadały jedne po drugich, i zupełnie przy tym nieproszone. W młodości - to znaczy zanim większość jego czasu wypełniły obowiązki i sprawy tak poważne, jak choćby obowiązek ratowania ludzkiego życia - pewnie jeszcze posiadał odrobinę ciekawości, która nakazywała mu spoglądać wgłąb siebie i zadawać sobie pytania, dlaczego jestem akurat taki, a nie inny?
W ostatnim czasie jednak - i to czasie mierzonym już w latach, nie miesiącach, czy tygodniach - zwyczajnie nie miał przestrzeni na myślenie o sobie więcej niż to absolutne minimum, które czasami przymuszało go by się zastanowić czy jest głodny, zmęczony, czy smutny. A i wtedy zwykle raczej nieskutecznie.
- Nie ma za co - Odparł, wzruszając lekko ramionami. Jego wzrok automatycznie, i wbrew jego woli, zaorbitował w kierunku kącika elliotowych warg, wykrzywianych ledwie zapowiedzią uśmiechu, ledwie jej cieniem. Coś nieśmiałego i dawno zapomnianego zdawało się przez moment wybudzić z zimowego snu we wnętrzu Ashisha; jakieś ciepło, które znał, ale którego w gruncie rzeczy już nie pamiętał. Za chwilę jednak zgasło, być może kiedy Ash przypomniał sobie, że przecież rozmawia z kompletnym nieznajomym, na bardzo zawodowym terytorium, i to jeszcze w przerwie między pracą, a... no cóż. Pracą.
Słuchając chłopaka, przekrzywił głową z uważnością, która należała się naukowym raportom i wyjątkowo ciekawym wykładom na uczelni.
- Jak to szło? - Przymarszczył brwi, spoglądając na bruneta tak, jakby ten nie tylko miał wiedzieć dokładnie, do czego Ash właśnie nawiązuje, ale w dodatku znać odpowiedź. Potarł skroń, starając się wrócić pamięcią już nawet nie do studiów, a do lekcji biologii w jednej z prywatnych szkół, do których uczęszczał jako chłopak. Jeśli nie myliła go pamięć, musiało być to w liceum. - "Mutualizm obligatoryjny"? - O ile Carlisle jeszcze tego nie zauważył, teraz już na pewno musiał dostrzec, że Ash jest całkiem niezły w terminologię i definicje, i znacznie gorszy w nawigowanie konwersacjami, które raz po raz zdarzały się zbaczać z lekkiego i niezobowiązującego toru w stronę tych głębszych i trudniejszych, podszytych całym mnóstwem skomplikowanych emocji.
Przez moment kusiło go, żeby odeprzeć słowa Elliota prostym pytaniem ("Znajomi? Jacy znowu znajomi...?"), ale nawet w jego uszach, tak niewprawionych w wyłapywaniu subtelnych niuansów w komunikacji międzyludzkiej, brzmiało to niewłaściwie. Jak nietrafiony sarkazm, i dość żałosne użalanie się nad sobą.
- Obawiam się, że moi znajomi znajdują się w szponach bardzo podobnych mechanizmów - Powiedział więc zamiast tego, mając nadzieję, że w ten sposób przynajmniej zasugeruje, że nie był jednak aż takim samotnikiem i odludkiem, jak to lubiła wyobrażać sobie cała jego rodzina. Ash miał przecież znajomych! Choć osobną kwestią było to, że od wielu lat operując głównie na płaszczyźnie między kampusem i szpitalem, trudno było znaleźć jakiekolwiek przyjaźnie niezwiązane z tym kołchozem środowiskiem, z którym Kapoori związał własne losy. Młodsza siostra kilkukrotnie próbowała wyciągnąć go na spotkania towarzyskie z własnymi znajomymi, ale ostatecznie zawsze czuł się na nich jak emeryt. Albo jak niańka. - Jeśli mi powiesz, że sam masz mnóstwo przyjaciół, którzy nie parają się podobnymi zawodami jak twój, będę pod wrażeniem. Albo zwyczajnie ci nie uwierzę... - Rzucił pół-żartobliwie. Przecież obydwaj musieli wiedzieć jak to było, prawda? Lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni, oraz reszta szpitalnego personelu egzystującego w systemie zmianowym (i obciążonym wysokimi dawkami stresu), obracali się we własnym, hermetycznym środowisku równie często co chociażby piloci i stewardessy. W końcu mało kto normalny poza ich kręgami zrozumiałby, że czasami sen jest mniej istotny od dodatkowej zmiany, a pojedyncza udana interwencja na oddziale potrafi okazać się ważniejsza od rodzinnego święta.

Prawie się roześmiał - i jednocześnie prawie się zarumienił - gdy Elliot najpierw nazwał go doktorem, sugerując, że być może powinien był przedstawić się bardziej oficjalnie w perspektywie (rzekomo) posiadanej przez Asha ekspertyzy, a potem dał niezaprzeczalny dowód na to, jak uważnie go słuchał, skutecznie łącząc kropki w wypowiedzi lekarza.
- Daj spokój - Rzucił - Bo teraz to ja z kolei zacznę myśleć, że stworzyłem tu niewiadomo jaką wizję na temat tego, czym się zajmuję na oddziale... - Z lekkim roztargnieniem machnął dłonią w stronę majaczącego za nimi gmachu - A teraz będę musiał ją rozwiać, i cię rozczarować. Jestem neurochirurgiem. Specjalizuję się w pediatrii, ale pierwszą specjalizację robiłem z ogólnej, więc w zależności od tego jak duże są cięcia w danym roku... - Nie podarował sobie lekkiego przytyku w stronę trudnej, szpitalnej rzeczywistości - ...czasem operuję też i dorosłych.
Nawet jeśli Elliot świadomie powstrzymał się od dokończenia własnej wypowiedzi w sposób, który miałby dodać Ashowi otuchy, Kapoori i tak przez moment poczuł się jakby odrobinę mniej samotny. Może właśnie to mieli na myśli ci, którzy zapewniali, że problem, którym człowiek się podzieli, nagle zaczyna ważyć trochę mniej niż wówczas gdy niesie się go w pojedynkę.
- Dwadzieścia minut, jeśli przymrużymy oko? - Zastanowił się, prowadząc w myślach krótką kalkulację. Coś w sposobie, w który Carlisle złożył mu propozycję wspólnej kawy sprawiało, że Ash bardzo nie chciał musieć by mu odmówić. - Czyli jakieś czternaście, nie licząc spaceru do tego kawowego Edenu, który mi obiecujesz... - Rzucił okiem na tarczę zegarka. - Więc... Prowadź, proszę?

Elliot Carlisle
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”