Elijah z natury cenił na deskach teatru doświadczonych i wybitnych w swoim kunszcie aktorów, ale czasem bardzo pozytywnie zaskakiwali go ci, którzy występowali jako dublerzy. Zdarzało mu się chodzić na niektóre musicale i przedstawienia kilka razy: najpierw na zaproszenie twórcy, potem z kimś w ramach towarzystwa. Gdy trafiał wtedy na zastępstwa wśród aktorów, początkowo podchodził do nich z rezerwą i nie był przekonany. Jeśli jednak się spisywali i zapewniali świetną rozrywkę, łapał się na tym, że szukał, w czym grali wcześniej i jakie mieli plany, bo chętnie zobaczyłby ich w czymś jeszcze. Bywało, że otwarcie mówił, że byli lepsi niż oryginalna obsada. Może ich aktorstwo stało na niższym poziomie, ale dostrzegał w nich więcej emocji, zaangażowania i świeżości na scenie. To zawsze stawiał ponad tym, czy ktoś idealnie wypowiada wszystkie kwestie i czy potrafi zawsze stanąć w idealnym miejscu, tak by reflektor złapał go za pierwszym razem.
–
Ja nie do końca wierzę w przyciąganie się przeciwieństw. Tak, świetnie, gdy mamy różne zainteresowania i czasem podchwycimy je od drugiej osoby. Ale zauważyłem, że działa to tylko w tych pobocznych, które nie determinują naszej codzienności. Bo jeśli, przykładowo, jedna osoba uwielbia podróżować, a druga woli zostać w domu lub zwiedzać tylko lokalnie, może pojawić się konflikt. Trudno mi wyobrazić sobie relację, w której zawsze podróżujemy osobno – pociągnął temat dalej. –
Na szczęście wspólne wyjście do teatru to nieco mniejszy kaliber. No i doceniam, gdy ktoś jednak podziela tę pasję.
Nie żeby spotkania z kimś poznanym przez Maplindera traktował jakoś poważnie. Był to jego sposób na poznawanie
zwyczajnych ludzi i zaznanie odrobiny normalności, której mocno mu brakowało. Każdy, kogo spotykał na co dzień, miał do niego jakiś interes: partnerzy biznesowi, kontrahenci, pracownicy albo po prostu osoby oczekujące od niego wsparcia finansowego. Zwykły obiad w restauracji był skrupulatnie zaplanowanym przedstawieniem, bo wybór miejsca, a nawet kuchni, potrafił znaczyć coś więcej niż tylko
dzisiaj mam ochotę na. Dlatego wyjście z Ophelią było tak odświeżające. Nie musiał szukać drugiego dna w tym, gdzie poszli i na co, ani udawać, że dobrze się bawi.
–
Prawda, prawda, ale słyszałem też, że ludzie potrafią pójść na całość w tym nieinformowaniu o zmianach w wyglądzie. Jak na przykład podawanie się za kogoś zupełnie innego – pokręcił głową z niedowierzaniem na samą myśl, że ktoś mógłby wykorzystać cudze zdjęcia na swoim profilu. –
Nie pojmuję takich osób. Przecież prawda i tak wyjdzie na jaw. Rozumiem, że nie dla każdego liczy się wygląd, ale rozpoczynanie znajomości od kłamstwa mija się z celem. Jak komuś po czymś takim uwierzyć w cokolwiek? Choćby pozornie pasował do nas charakterem.
Należał do ludzi, dla których łgarstwo było gorsze niż jakakolwiek inna krzywda. Wolałby już, żeby ktoś zranił go fizycznie albo – gdyby faktycznie na to zasłużył – wydał policji, niż żeby go okłamał. Komuś takiemu nie potrafił zaufać już nigdy więcej. To była droga w jedną stronę, bez powrotu. A czy sam nie bywał kłamcą? Odparłby, że nie. Jeśli o czymś nie mógł mówić albo musiał coś zataić, mówił to wprost, ale nigdy nie podstawiał w to miejsce zmyślonej historii. Ktoś powiedziałby, że to dokładnie to samo, lecz w jego głowie wyglądało to inaczej. Wypowiedziany fałsz nabierał mocy. Przemilczenie nie było honorowe, ale nie wprowadzało w błąd. Co najwyżej zostawiało pytania bez odpowiedzi.
–
Nie martwiłbym się na zapas. Może mamy dzisiaj szczęście i nie spotka nas chaos po wyjściu z budynku. Szczególnie jeśli nie korzystamy z transportu publicznego – och, jak on go nie znosił. Raz czy dwa po większym wydarzeniu w Londynie zdecydował, że skorzysta z metra. Żałował tego za każdym razem. Od tamtej pory – nawet gdy nie miał na miejscu własnego kierowcy – wybierał taksówki, choćby miał mocno za nie przepłacić.
Starość go nie przerażała. Nie z jego zgromadzonym majątkiem. Wiedział, że gdy przestanie pracować, a zdrowie zacznie odbierać mu niektóre przyjemności, będzie żył pełnią tego, co mu zostało. Nie potrafił sobie wyobrazić siebie jako podeszłego gościa siedzącego w fotelu przed telewizorem. To nie pasowało do jego charakteru.
–
Staruszkami z klasą! – odparł w sympatycznym tonie, przepraszając kogoś, na kogo prawie wpadł, przechodząc obok grupy ludzi. –
Ale na razie powstrzymajmy się od testowania innych przywilejów starości. Jak siwizna, bóle pleców czy ogromna kolekcja leków, których przeznaczenia już się nawet nie pamięta.
Sala zdążyła się już prawie zapełnić. Wyglądało na to, że nie przyjdzie im czekać na spóźnialskich.
–
W sumie ten bar w przerwie nie brzmi wcale tak źle. Nie zostało wiele czasu do rozpoczęcia – zajął swoje miejsce, a na potwierdzenie swoich słów dostrzegł pracowników teatru z tabliczkami informującymi, że musical zaraz się zacznie, i prośbą o schowanie aparatów oraz innych urządzeń nagrywających. Zamilkł, a po kilku minutach światła w końcu zgasły.
Kurtyna poszła w górę, a pierwsze takty orkiestry sprawiły, że mimowolnie się uśmiechnął. Tytułowy numer
9 to 5 znał jak każdy, kto kiedykolwiek włączył radio, choć nie spodziewał się, że na scenie wybrzmi tak żywo. Trzy bohaterki w biurowych stylizacjach z lat siedemdziesiątych szykowały się do pracy w Consolidated Industries, a chór pracowników maszerował do biurek w rytmie, który wydawał się równie ciasny jak korporacyjny grafik.
Violet, doświadczona i nieco zmęczona pracownica, wprowadzała nowo przybyłą Judy w arkana biura w piosence
Around Here. Nightingale zauważył, że aktorka grająca Violet w pierwszych minutach wydawała się odrobinę sztywna, jakby wciąż szukała właściwego rytmu, ale z każdą kolejną sceną czuła się na deskach coraz pewniej. Judy, tuż po rozwodzie i speszona nowym otoczeniem, miała w sobie za to ten niewymuszony wdzięk, który cenił ponad perfekcję. Pierwszy raz zaśmiał się cicho, gdy na scenę wkroczył Franklin Hart Jr. Aktor wprowadził go z taką dawką nonszalanckiej arogancji, że widownia zareagowała pomrukiem dezaprobaty, zanim ten zdążył otworzyć usta. Gdy w
Here for You zaczął zalecać się do swojej sekretarki Doralee, Elijah uniósł tylko kącik ust. Doralee, grana przez drobną blondynkę z szerokim, południowym akcentem, odpowiadała na to z miną, która mogłaby zmrozić krew w żyłach.
Prawdziwy rozmach zaczął się wtedy, gdy trzy bohaterki, po wieczorze spędzonym w domu Violet, dały się ponieść wyobraźni i każda z nich zaczęła snuć własną wersję zemsty na szefie. Judy w
The Dance O' Death zamieniła się w zjawiskową femme fatale w czerni, Doralee w
Cowgirl's Revenge okazała się dziką cowgirl z lassem w dłoni, a Violet w
Potion Notion przemieniła się w szaloną Królewnę Śnieżkę. Na jej widok roześmiał się głośno, wbrew własnej powściągliwości, i zaraz potem zaklaskał razem z resztą sali. Zerknął kątem oka na siedzącą obok Ophelię, ale szybko wrócił wzrokiem na scenę, żeby niczego nie przegapić.
Dalej akcja pędziła jak nakręcona. Pomyłka z trucizną na szczury, nerwowy wyścig do szpitala, a potem
Joy to the Girls, w którym bohaterki wiwatowały z powodu rzekomej śmierci Harta, nim okazało się, że wcale nie umarł. Najgłośniej klaskał dopiero po
Heart to Hart, w którym asystentka Roz wyznawała swoją obsesyjną miłość do szefa. Aktorka, która ją grała, niekoniecznie miała najczystszy głos w całej obsadzie, ale wypełniła scenę tak szczerym, komicznym oddaniem, że nikt nie potrafił oderwać od niej wzroku. Nightingale złapał się na tym, że w myślach już szukał jej nazwiska w programie. Dublerzy czy nie, to właśnie dla takich chwil chodził do teatru.
Pierwszy akt zakończył się w momencie, gdy bohaterki w
Shine Like the Sun unieruchomiły Harta i zamknęły go we własnym domu w mechanicznej uprzęży nad łóżkiem. Na tym tle, nieco absurdalnym, ale pełnym energii, zabrzmiał finałowy chór, a reflektory zgasły dokładnie w chwili, gdy ostatni dźwięk zawisł w powietrzu. Sala wybuchła brawami, kurtyna opadła, a po chwili zapaliły się światła. Z głośników popłynął komunikat o dwudziestominutowej przerwie.
Klaskał jeszcze przez chwilę, nim opuścił dłonie. Wokół nich ludzie wstawali z miejsc, rozprostowywali nogi i ruszali ku wyjściom, a szmer rozmów szybko wypełnił salę.
–
Dwadzieścia minut – powiedział, poprawiając rękawy. –
Jeśli ruszymy teraz, mamy szansę uniknąć kolejki przy barze. Prowadzisz, czy mam przecierać szlak?
Ophelia Attwood