Sala z barem tonęła w przyćmionym, miodowym świetle, które łaskawie ukrywało zmarszczki, worki pod oczami i wszystkie inne ślady po zbyt wielu latach spędzonych na wyciskaniu z innych ostatniego grosza. Elijah wybrał stolik w głębi, oddzielony od reszty niską ścianką z ciemnego drewna i rozłożystymi paprociami w donicach. Wystarczająco blisko, by kelner pojawiał się na jedno skinienie, i wystarczająco daleko, by nikt nie usłyszał niczego, czego nie powinien. Przyszedł punktualnie, a mimo to dwaj mężczyźni zdążyli już rozsiąść się w skórzanych fotelach, jakby od zawsze należały do nich.
Harold Prescott był potężnym, siwowłosym mężczyzną o twarzy czerwonej od szkockiej i od machania kijem na polu golfowym, z sygnetem tak grubym, że mógłby służyć za kastet. Gordon Whitlock – jego przeciwieństwo – chudy i nieco bladawy, w okularach w złotych oprawkach, uśmiechał się tak, jakby właśnie dorobił się kilku milionów. Razem kontrolowali sporą część tego, co pływało i latało między Azją a Ameryką Północną. Nightingale znał ich od lat i nie przepadał za żadnym z nich. Sympatia jednak nigdy nie była warunkiem ubijania dobrych interesów.
–
Nightingale! Wyglądasz, jakby czas omijał cię szerokim łukiem – zagrzmiał Prescott, podnosząc się z fotela i ściskając jego dłoń tak mocno, że Elijah poczuł to aż w łokciu.
Odpowiedział uśmiechem, który ćwiczył latami. Nie za szerokim, nie za ciepłym, z lekkim przechyleniem głowy, które mówiło
cieszę się, że was widzę i nie zobowiązywało do niczego więcej.
–
Najwyraźniej mamy tego samego lekarza, Haroldzie – odparł melodyjnie, po czym zwrócił się do drugiego mężczyzny. –
Gordonie, miło cię widzieć. Jak miewa się Margaret? Pamiętam, że ostatnio wspominałeś o remoncie domku nad jeziorem.
Usiadł, rozpinając guzik marynarki jednym płynnym ruchem, a pod stołem jego prawa noga zaczęła poruszać się w drobnym, nerwowym rytmie. Twarz miał spokojną, dłonie ułożone swobodnie na blacie, ale stopa uparcie stukała o nogę stolika, ledwie wyczuwalnie, jakby ciało buntowało się przeciwko temu, co mówiły usta. Nie znosił tych wstępów. Każda minuta poświęcona na udawanie zainteresowania cudzym życiem rodzinnym była chwilą, której nikt mu nie zwróci. A jednak musiał to odbębnić, bo ludzie tacy jak ci dwaj nie podpisywali niczego, zanim nie zostali wystarczająco wygłaskani.
–
Margaret zamieniła mój dom w plac budowy, ale muszę przyznać, że kuchnia wyszła prześlicznie – westchnął Whitlock z cierpiętniczą miną. –
Za to kosztowała mnie tyle, że mógłbym za to kupić kawałek Karaibów.
–
Kobiety zawsze wiedzą, na co wydać cudze pieniądze – odparł Elijah z półuśmiechem, który znów zadziałał bez zarzutu. Prescott parsknął śmiechem i uderzył zamkniętą dłonią w stół, aż zadrżały szklanki. –
A dzieci? Zdążyły już wrócić do szkoły?
–
Ledwo! Mój młodszy w poniedziałek wyłudził zwolnienie, bo rzekomo bolał go brzuch. Bolał go, bo nie zrobił zadania z matematyki – Prescott otarł kącik oka grzbietem dłoni.
Nightingale roześmiał się cicho, w odpowiednim momencie i o pół tonu ciszej niż rozmówcy. Ludzie jego pokroju nie chichotali, a już na pewno nie dawali po sobie poznać, że w głowie liczą sekundy do końca tej szopki.
Rozmowa toczyła się dalej wygodnym, wydeptanym korytem. Ktoś wspomniał o ostatnim sezonie na polu golfowym, ktoś o korkach na Gardiner, aż w końcu temat dotarł do pogody.
–
Zimno się zrobiło, prawda? Jeszcze tydzień temu wystarczał sam garnitur, a dziś rano po raz pierwszy sięgnąłem po gruby płaszcz. Jesień nie pyta o zgodę – zauważył, skinieniem głowy udając zainteresowanie, które w całości było fikcją.
–
Dobry garnitur to jedno, ale po pięćdziesiątce płaszcz przestaje być dodatkiem, a staje się koniecznością – mruknął Whitlock i wreszcie – całe szczęście – sięgnął po skórzaną teczkę.
Noga pod stołem znieruchomiała na moment, jakby wstrzymała oddech razem z nim. Whitlock wyciągnął kilka spiętych dokumentów, przesunął je po blacie w stronę Elijaha i podał mu wieczne pióro.
–
Same formalności. Trzy egzemplarze, po jednym dla każdego.
Nie sięgnął po pióro od razu. Najpierw zaczął czytać. Powoli, strona po stronie, z palcem sunącym po akapitach, bez cienia pośpiechu. Papier. Żadnych e-maili, żadnych podpisów składanych na ekranie, żadnych cyfrowych śladów, które ktoś mógłby kiedyś odtworzyć. Zwykły atrament i trzy kopie, które potem trafiały do sejfów, nie do internetowej chmury.
–
Czytasz? Chłopcze, tyle lat się znamy – rzucił Prescott z udawanym oburzeniem.
–
Właśnie dlatego wolę przeczytać. Przyjaźń z wami nauczyła mnie, że zawsze muszę się mieć na baczności, bo nie znam dnia ani godziny, kiedy postanowicie mnie wykiwać – odpowiedział gładko, nie podnosząc wzroku znad kartki. Uśmiech w jego głosie był tak naturalny, że obaj mężczyźni znów roześmiali się, biorąc to za żart. Nie zorientowali się, że była to najszczersza rzecz, jaką usłyszeli od niego tego wieczoru.
Dopiero na ostatniej stronie uniósł głowę i odłożył pióro na blat, dotykając go jedynie opuszkami palców, jakby za chwilę miał je znów podnieść.
–
Zanim złożę podpis, jedna drobna sprawa. Potrzebuję przetransportować coś dużego z Azji. Ogromnego nawet – zawiesił głos na krótką chwilę. –
Szczegóły są nieistotne, panowie. Nie będę wam nimi zawracał głowy. Zapewniam, że nie macie się czym martwić. Wszystko jest legalne.
Ostatnie słowo wypowiedział lekko, niemal od niechcenia, a pod stołem jego noga znów podjęła cichy taniec. Obserwował twarze obu mężczyzn, każdy mięsień, każde mrugnięcie, szukając choćby cienia niepokoju. Nie znalazł go. Zamiast tego Prescott wybuchnął gromkim śmiechem i klepnął go w ramię z siłą, która mogłaby przewrócić słabszego człowieka.
–
Daj spokój, Elijah! Wiemy, że ty byś nas nigdy tak nie zawiódł. Masz najlepszą głowę do interesów w tym mieście.
–
Najlepszą i najbardziej dyskretną – dorzucił Whitlock, unosząc szklankę w jego stronę.
Zawiódł. Mocne słowo. Elijah nigdy nikogo nie zawodził, po prostu nigdy nie mówił wszystkiego. Różnica była subtelna, ale dla niego kluczowa. Uniósł własną szklankę, uśmiechnął się z wdzięcznością i pomyślał, że zaufanie to najtańsza waluta na świecie. Ludzie rozdawali je za darmo, zwykle tym, którzy najmniej na nie zasługiwali.
Podpisał każdą stronę równym, eleganckim pismem. Prescott zrobił to zamaszyście, jakby zawierał pokój między państwami, a Whitlock z precyzją księgowego, który nawet kropkę stawia według obmyślonego schematu. Papiery zaszeleściły, wróciły do teczki, a Elijah dopiero wtedy odsunął się od stołu o kilka centymetrów, na tyle, by gest wyglądał na naturalny, a nie pospieszony.
–
Panowie, nie będę wam już zabierał czasu interesami. Należy wam się chwila odpoczynku – powiedział i spojrzał wymownie w stronę dwóch młodych kobiet, które od dłuższego czasu kręciły się nieopodal stolika jak koty wokół miski z mokrą karmą. Obie w sukienkach, które w tym klubie uchodziły za dress code, obie z uśmiechami wyuczonymi równie dobrze jak jego własny. Jedna z nich zdążyła już oprzeć dłoń na ramieniu Prescotta, a druga zerkała na Whitlocka z miną kogoś, kto ocenia wartość biżuterii na jego palcach.
Nie były ich żonami. Nie wzdrygnął się z powodu moralności. Ta nigdy go nie obchodziła. Po prostu wolał, by ludzie, z którymi robił interesy, nie wyglądali aż tak żałośnie. Przed chwilą pytał o Margaret i szkolne zeszyty, a teraz tym samym uprzejmym uśmiechem pozwalał im zająć się kimś zupełnie innym.
–
Rozumiemy się bez słów, chłopcze – mrugnął do niego Prescott.
Elijah wstał, uścisnął obie dłonie, zapiął guzik marynarki i odszedł równym, spokojnym krokiem. Dopiero gdy ruszył, noga przestała mu drżeć. Szedł z wyprostowanymi plecami, dopóki nie zniknął im z oczu, a za rogiem pozwolił, by uśmiech zsunął się z jego twarzy jak za długo noszone, przyciasne buty. Poczuł ulgę. Czystą, niemal fizyczną, jakby ktoś zdjął mu z piersi ciężki głaz.
Szatnia była cicha i pachniała świeżością oraz drogim mydłem. Otworzył szafkę, zawiesił marynarkę na wieszaku, dwukrotnie wygładził rękawy i poprawił kołnierz, jakby pilnował, żeby garnitur nie zapomniał swoich kształtów. Dopiero potem jego wzrok powędrował ku lustru na przeciwległej ścianie. Z odbicia patrzył na niego mężczyzna o bladej twarzy, zaciśniętej szczęce i niewielkich cieniach pod oczami, których nie dostrzegali ludzie czarowani jego uśmiechem. Przez moment nie rozpoznawał wyrazu, który się tam zagnieździł. Zmęczenie? Może. A może coś mniej szlachetnego: satysfakcja, wstręt i spokój zmieszane w jednej szklance. Przyglądał się sobie dłuższą chwilę, jakby sprawdzał, czy maska nie przywarła do skóry na dobre. Nie. Wciąż dało się ją zdjąć. Na razie.
Rozebrał się do końca, nie zważając na chwilową nagość. Założył luźne, kremowe szorty kąpielowe w wąskie, niebieskie paski, zamknął szafkę i wyszedł na halę basenową.
Było tam niemal pusto. Na drugim końcu starszy mężczyzna w czepku leniwie przecinał wodę żabką, a tafla wokół niego mieniła się w świetle lamp. Elijah zaczął od ćwiczeń rozgrzewających. Zatoczył ramionami kilka szerokich kół, wykonał skręty tułowia, wypuścił głęboko powietrze i pochylił się do kostek, aż poczuł, jak napięcie w plecach pęka, a mięśnie, które przez ostatnią godzinę tkwiły sztywno w fotelu, powoli wracają do życia. Usiadł na krawędzi basenu i zanurzył w wodzie tylko stopy. Ciepło wspięło się po łydkach. Poruszał nimi leniwie, rozganiając fale, i obserwował, jak rozchodzą się po powierzchni. Przez kilka minut nie myślał o niczym. To było uczucie, które cenił bardziej niż większość rzeczy, jakie mógł sobie kupić.
Wskoczył w końcu do wody i westchnął z przyjemnością, gdy objęła go w całości. Temperatura była idealna. Taka, w której człowiek przestawał odczuwać granicę między ciałem a otoczeniem. Przepłynął kilka długości, jedna po drugiej, kraulem, w równym rytmie oddechu, z umysłem, który rozgościł się w tej ciszy i spokoju. Dopiero gdy płuca zaczęły palić, a ramiona poczuły ciężar, wyszedł po drabince.
Wytarł się niestarannie, zostawiając na skórze kilka kropel, zarzucił ręcznik na ramiona i boso podreptał w stronę zacisznej części strefy relaksu, gdzie wcześniej zostawił zamówionego drinka. Szklanka czekała na stoliku obok leżaka razem z telefonem. Upił łyk. Kwaśny, z odrobiną goryczy, która zostawała na końcu języka, a pod nią mocny alkohol, który torpedował przełyk i rozlewał się w klatce piersiowej kojącym ciepłem. Zamknął na moment oczy. Gdy je otworzył, zauważył mężczyznę.
Stał kilka kroków dalej i przyglądał mu się dłużej, niż nakazywała przyzwoitość. Elijah nie skojarzył go od razu. Zarejestrował raczej wysportowaną sylwetkę, szerokie ramiona, płaski brzuch i różowe kąpielówki, które na kimkolwiek innym wyglądałyby niedorzecznie. Dopiero gdy nieznajomy się odezwał, uniósł brwi i spojrzał na niego pytająco, nie rozumiejąc ani jego postawy, ani tonu. Po ułamku sekundy kąciki ust Nightingale'a uniosły się jednak same. Wyczuł okazję do dobrej zabawy.
–
Nikt nie pytał – rzucił z przekąsem, opierając się o zimną ścianę. W dłoni wciąż trzymał szklankę, teraz już do połowy pustą. Skrzyżował nogi w kostkach. Biła z niego nonszalancja.
Śledził go wzrokiem, gdy tamten ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał spojrzenie na krągłych pośladkach mężczyzny dłużej, niż wypadało, choć bardziej interesowało go to, co ten robił. Karta przyłożona raz, potem drugi raz, a na końcu szarpnięcie za klamkę. Nic z tego. Uśmiechnął się pod nosem i mruknął coś do siebie, tak cicho, że nawet osoba stojąca obok nie usłyszałaby ani słowa.
Gdy tamten stanął przed nim z wyciągniętą dłonią, Elijah spojrzał na nią wymownie, potem na jego twarz, a następnie, jak gdyby nigdy nic, wrócił do sączenia drinka. Przedłużał ten moment celowo, by niezręczność między nimi nabrała realnych kształtów.
–
Skąd w tobie nagle tyle tej męskiej, drapieżnej pewności siebie, żeby mi rozkazywać? Zapamiętałem cię nieco inaczej – odbił się od ściany i zrobił jeden krok do przodu, na tyle duży, że nie dzielił ich już żaden dystans. Czuł oddech mężczyzny na swoim policzku. –
Jak kogoś, kto uciekł z internetowego czatu po tym, jak jego urok nie zadziałał na gościa, którego planował zerżnąć.
W międzyczasie przyłożył mu zimną szklankę wypełnioną lodem do odsłoniętego brzucha. Zaraz potem cofnął ją, jak gdyby nigdy nic, obszedł go i skierował się do drzwi, przy których wcześniej tamten sromotnie poległ.
–
I tak jestem zaskoczony, że cię tu spotkałem. Nie wiedziałem, że obniżyli standardy i wpuszczają teraz byle kogo – perfidnie go zaatakował, ale ton pozostał niezmienny. Wciąż mówił tym samym melodyjnym głosem, jakim zawsze słodził ludziom, którzy byli mu tymczasowo potrzebni.
Karty nie miał, ale jego dostęp był zapisany na opasce na nadgarstku. Przyłożył ją do czytnika, lecz ten nawet nie mrugnął. Coś było nie tak. Westchnął z rezygnacją i odwrócił się z powrotem do mężczyzny.
–
Chyba jesteśmy na siebie skazani, pięknisiu – mrugnął do niego zawadiacko, choć i jemu ta sytuacja się nie podobała. Nie dlatego, że został zamknięty w jednym pomieszczeniu z tym nadętym bucem, bo takich spotykał na swojej drodze nieustannie. Po prostu nie zamierzał tu zostawać dłużej, niż miał w planach. Zostało im chwycić za telefony i spróbować skontaktować się z recepcją.
Jayce Byrne