ODPOWIEDZ
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
188 cm
student kinezjologii, trener personalny North York YMCA
Awatar użytkownika
Let your blood dry upon my fangs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sweat and Tonic to nowoczesny klub biznesowy. Za eleganckim wnętrzem kryje się przestronna siłownia, bar dla członków klubu oraz strefa relaksu z sauną, jacuzzi i basenem. Wszystko zaprojektowano w taki sposób, by spotkania biznesowe nie musiały kończyć się wraz z zamknięciem laptopa.
013.
Sweat and Tonic, ze swoim starannie wyreżyserowanym w przestrzeni luksusem, pozostawał daleki od tego, co zwykle wybierał Jayce, gdy szukał miejsca na sportowe aktywności. Zazwyczaj stawiał na otwartą przestrzeń, albo swobodny, publiczny charakter podrzędnych siłowni, gdzie nie tylko mógł zaliczyć dobry trening siłowy, ale przy odrobinie szczęścia również znaleźć nowego klienta. Tego dnia konieczność stała się jednak głównym narzędziem jego decyzji. Nie mógł przecież zignorować, że miejsce to jako jedne z nielicznych w Toronto podczas Blackoutu oferowało wciąż działającą strefę VIP z zadaszonym basenem, na czym szczególnie mu dziś zależało, jako że od tygodni nie miał okazji nigdzie popływać i najwyraźniej australijski zew dawał o sobie znać, wyziewając na niego potrzebą ruchu wpław.
Dlatego właśnie niechętnie — bo wizyta w tym miejscu znaczyła również dla niego zetknięcie się ze śmietanką towarzyską, za której mentalnością nieszczególnie przepadał — skorzystał z pracowniczej wejściówki, przyznanej mu w nagrodę za dobrą pracę. Liczył przy tym na to, że poza bezdennym przepychem budynku nie spotka przynajmniej w środku równie bezdennej próżności, jaką nie raz widział u ludzi z wyższych sfer. Przechodząc przez prawie pustą recepcję, przy której właśnie jeden z gości żegnał się z obsługą, naiwnie wierzył jeszcze, że znajdzie w klubie coś więcej, niż dokładnie wypolerowane powierzchnie blatów i szyb, albo przytłumione, wielce ważne rozmowy biznesowe, czy wyuzdaną elegancję, jaka miała w nawyku wylewać się zza pledu codziennych nawyków bogatych dzieciaków i przedsiębiorców…
… a potem doszedł do przyciemnionego baru dla członków klubu i omal nie prychnął.
Nawet światło w tym miejscu wyglądało d r o g o.
W przestrzeni baru i strefy wellness nie było miejsca na naturalną, dzienną aurę. Resztki dnia wyślizgiwały się łuną ledwie przez szczeliny w roletach, w głównej jednak mierze źródłem światła pozostawały ciepłe w odcieniach żarówki i LED-owe taśmy. Sprawiały one wrażenie nieśmiało skąpanych słońcem, których odblask ostatecznie rozlewał się złotem po krawędziach mebli. Do tego wszystkiego przy każdym ruchu czlonków klubu cienie drżały na ścianach, tworząc wprawdzie kameralną atmosferę, ale przy tym również ciężką i patetyczną. Tak to widział Jayce, gdy mijał większą grupę osób, siedzącą przy barze z (a jakże by inaczej) czystą whisky w dłoni.
Kiwnął im skąpo głową na powitanie, czysto kurtuazyjnie, bez większego entuzjazmu, po przebraniu się w strój kąpielowy w szatni, chowając się w dalszą część klubu, do strefy wellness, gdzie na szczęście było ciszej, w zasadzie to nawet pusto. Jedynie cień męskiej sylwetki błąkał się w kabinie saun po poprzecznej stronie pomieszczenia, ale na ten moment Byrne zignorował cudzą obecność: nawet nie przyjrzał się nieznajomemu. Nie wziął jednak własnego ręcznika, dlatego — zanim zaczął pływanie i ruszył w kierunku basenu, najpierw mimo wszystko zajrzał do odizolowanej części saun, gdzie jak się domyślał — na pewno znajdowały się akcesoria dla gości. Jako że wejście do tej części stanowiło strefę VIP, drzwi zamykały i otwierały się na specjalne kody dostępu. By się tam dostać, musiał więc odbić swoją kartę na wejściu.
Dopiero wtedy go zauważył.
Elijah wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach na Maplinderze, i choć w normalnej sytuacji pewnie doceniłby go za szczerość w prezentowaniu siebie — bez zbędnych filtrów i sztucznych upiększeń — po nastroju ich ostatniej rozmowy nie mógł odgonić się od wrażenia, że mężczyzna ten był ostatnią osobą, którą mógł chcieć dziś zobaczyć. i to w tak ograniczonej przestrzeni.
— Biorę ręcznik i wychodzę — zakomunikował sucho, i o ile z pierwszą częścią obietnicy poradził sobie bez problemu, druga stanowiła pewną pułapkę. Karta, choć przyłożył ją dwukrotnie i dokładnie do czytnika, nie uruchomiła żadnego dźwięku, ani tym bardziej nie otworzyła blokady w drzwiach. Zamek pozostał nieruchomy i zupełnie obojętny na działania Jayce’a, który w ostatniej próbie wyjścia szarpnął za klamkę.
— Albo i nie… — mruknął niezadowolony, odwracając się niechętnie przodem w kierunku swojej dzisiejszej zmory: Elijaha. Schowal w międzyczasie kartę do kieszeni spodenek kąpielowych, pokonując dzielącą ich przestrzeń. W ostatniej sekundzie, będąc już dwa kroki przed nim, wyciągnął rękę w powietrzu w kierunku mężczyzny:
— Musisz dać mi swoją. Moja jest limitowana. Pewnie się wyczerpała.
Jak na ostatni ich kontakt prawdopodobnie za zbytni pewnik brał to, że Elijah go posłucha.
Z drugiej strony nie istniał żaden mu (znany) powód, dla którego mężczyzna ten miałby chcieć zostać z nim w jednym pomieszczeniu na dłużej, skoro już sama rozmowa z nim go brudziła.
Przecież dokładnie pamiętał jego ostatnią wiadomość:
elijah
online
czuję się brudny po tej rozmowie - idę się umyć :podrywacz:
maplinder
Elijah Nightingale
nihilista
godzę się na prawie wszystko, sprawdź mnie, jeśli potrafisz
33 y/o
For good luck!
185 cm
💰 właściciel w Nightingale Investments
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#
#8
Why Don't You Like Me?
Sala z barem tonęła w przyćmionym, miodowym świetle, które łaskawie ukrywało zmarszczki, worki pod oczami i wszystkie inne ślady po zbyt wielu latach spędzonych na wyciskaniu z innych ostatniego grosza. Elijah wybrał stolik w głębi, oddzielony od reszty niską ścianką z ciemnego drewna i rozłożystymi paprociami w donicach. Wystarczająco blisko, by kelner pojawiał się na jedno skinienie, i wystarczająco daleko, by nikt nie usłyszał niczego, czego nie powinien. Przyszedł punktualnie, a mimo to dwaj mężczyźni zdążyli już rozsiąść się w skórzanych fotelach, jakby od zawsze należały do nich.
Harold Prescott był potężnym, siwowłosym mężczyzną o twarzy czerwonej od szkockiej i od machania kijem na polu golfowym, z sygnetem tak grubym, że mógłby służyć za kastet. Gordon Whitlock – jego przeciwieństwo – chudy i nieco bladawy, w okularach w złotych oprawkach, uśmiechał się tak, jakby właśnie dorobił się kilku milionów. Razem kontrolowali sporą część tego, co pływało i latało między Azją a Ameryką Północną. Nightingale znał ich od lat i nie przepadał za żadnym z nich. Sympatia jednak nigdy nie była warunkiem ubijania dobrych interesów.
– Nightingale! Wyglądasz, jakby czas omijał cię szerokim łukiem – zagrzmiał Prescott, podnosząc się z fotela i ściskając jego dłoń tak mocno, że Elijah poczuł to aż w łokciu.
Odpowiedział uśmiechem, który ćwiczył latami. Nie za szerokim, nie za ciepłym, z lekkim przechyleniem głowy, które mówiło cieszę się, że was widzę i nie zobowiązywało do niczego więcej.
– Najwyraźniej mamy tego samego lekarza, Haroldzie – odparł melodyjnie, po czym zwrócił się do drugiego mężczyzny. – Gordonie, miło cię widzieć. Jak miewa się Margaret? Pamiętam, że ostatnio wspominałeś o remoncie domku nad jeziorem.
Usiadł, rozpinając guzik marynarki jednym płynnym ruchem, a pod stołem jego prawa noga zaczęła poruszać się w drobnym, nerwowym rytmie. Twarz miał spokojną, dłonie ułożone swobodnie na blacie, ale stopa uparcie stukała o nogę stolika, ledwie wyczuwalnie, jakby ciało buntowało się przeciwko temu, co mówiły usta. Nie znosił tych wstępów. Każda minuta poświęcona na udawanie zainteresowania cudzym życiem rodzinnym była chwilą, której nikt mu nie zwróci. A jednak musiał to odbębnić, bo ludzie tacy jak ci dwaj nie podpisywali niczego, zanim nie zostali wystarczająco wygłaskani.
– Margaret zamieniła mój dom w plac budowy, ale muszę przyznać, że kuchnia wyszła prześlicznie – westchnął Whitlock z cierpiętniczą miną. – Za to kosztowała mnie tyle, że mógłbym za to kupić kawałek Karaibów.
– Kobiety zawsze wiedzą, na co wydać cudze pieniądze – odparł Elijah z półuśmiechem, który znów zadziałał bez zarzutu. Prescott parsknął śmiechem i uderzył zamkniętą dłonią w stół, aż zadrżały szklanki. – A dzieci? Zdążyły już wrócić do szkoły?
– Ledwo! Mój młodszy w poniedziałek wyłudził zwolnienie, bo rzekomo bolał go brzuch. Bolał go, bo nie zrobił zadania z matematyki – Prescott otarł kącik oka grzbietem dłoni.
Nightingale roześmiał się cicho, w odpowiednim momencie i o pół tonu ciszej niż rozmówcy. Ludzie jego pokroju nie chichotali, a już na pewno nie dawali po sobie poznać, że w głowie liczą sekundy do końca tej szopki.
Rozmowa toczyła się dalej wygodnym, wydeptanym korytem. Ktoś wspomniał o ostatnim sezonie na polu golfowym, ktoś o korkach na Gardiner, aż w końcu temat dotarł do pogody.
– Zimno się zrobiło, prawda? Jeszcze tydzień temu wystarczał sam garnitur, a dziś rano po raz pierwszy sięgnąłem po gruby płaszcz. Jesień nie pyta o zgodę – zauważył, skinieniem głowy udając zainteresowanie, które w całości było fikcją.
– Dobry garnitur to jedno, ale po pięćdziesiątce płaszcz przestaje być dodatkiem, a staje się koniecznością – mruknął Whitlock i wreszcie – całe szczęście – sięgnął po skórzaną teczkę.
Noga pod stołem znieruchomiała na moment, jakby wstrzymała oddech razem z nim. Whitlock wyciągnął kilka spiętych dokumentów, przesunął je po blacie w stronę Elijaha i podał mu wieczne pióro.
– Same formalności. Trzy egzemplarze, po jednym dla każdego.
Nie sięgnął po pióro od razu. Najpierw zaczął czytać. Powoli, strona po stronie, z palcem sunącym po akapitach, bez cienia pośpiechu. Papier. Żadnych e-maili, żadnych podpisów składanych na ekranie, żadnych cyfrowych śladów, które ktoś mógłby kiedyś odtworzyć. Zwykły atrament i trzy kopie, które potem trafiały do sejfów, nie do internetowej chmury.
– Czytasz? Chłopcze, tyle lat się znamy – rzucił Prescott z udawanym oburzeniem.
– Właśnie dlatego wolę przeczytać. Przyjaźń z wami nauczyła mnie, że zawsze muszę się mieć na baczności, bo nie znam dnia ani godziny, kiedy postanowicie mnie wykiwać – odpowiedział gładko, nie podnosząc wzroku znad kartki. Uśmiech w jego głosie był tak naturalny, że obaj mężczyźni znów roześmiali się, biorąc to za żart. Nie zorientowali się, że była to najszczersza rzecz, jaką usłyszeli od niego tego wieczoru.
Dopiero na ostatniej stronie uniósł głowę i odłożył pióro na blat, dotykając go jedynie opuszkami palców, jakby za chwilę miał je znów podnieść.
– Zanim złożę podpis, jedna drobna sprawa. Potrzebuję przetransportować coś dużego z Azji. Ogromnego nawet – zawiesił głos na krótką chwilę. – Szczegóły są nieistotne, panowie. Nie będę wam nimi zawracał głowy. Zapewniam, że nie macie się czym martwić. Wszystko jest legalne.
Ostatnie słowo wypowiedział lekko, niemal od niechcenia, a pod stołem jego noga znów podjęła cichy taniec. Obserwował twarze obu mężczyzn, każdy mięsień, każde mrugnięcie, szukając choćby cienia niepokoju. Nie znalazł go. Zamiast tego Prescott wybuchnął gromkim śmiechem i klepnął go w ramię z siłą, która mogłaby przewrócić słabszego człowieka.
– Daj spokój, Elijah! Wiemy, że ty byś nas nigdy tak nie zawiódł. Masz najlepszą głowę do interesów w tym mieście.
– Najlepszą i najbardziej dyskretną – dorzucił Whitlock, unosząc szklankę w jego stronę.
Zawiódł. Mocne słowo. Elijah nigdy nikogo nie zawodził, po prostu nigdy nie mówił wszystkiego. Różnica była subtelna, ale dla niego kluczowa. Uniósł własną szklankę, uśmiechnął się z wdzięcznością i pomyślał, że zaufanie to najtańsza waluta na świecie. Ludzie rozdawali je za darmo, zwykle tym, którzy najmniej na nie zasługiwali.
Podpisał każdą stronę równym, eleganckim pismem. Prescott zrobił to zamaszyście, jakby zawierał pokój między państwami, a Whitlock z precyzją księgowego, który nawet kropkę stawia według obmyślonego schematu. Papiery zaszeleściły, wróciły do teczki, a Elijah dopiero wtedy odsunął się od stołu o kilka centymetrów, na tyle, by gest wyglądał na naturalny, a nie pospieszony.
– Panowie, nie będę wam już zabierał czasu interesami. Należy wam się chwila odpoczynku – powiedział i spojrzał wymownie w stronę dwóch młodych kobiet, które od dłuższego czasu kręciły się nieopodal stolika jak koty wokół miski z mokrą karmą. Obie w sukienkach, które w tym klubie uchodziły za dress code, obie z uśmiechami wyuczonymi równie dobrze jak jego własny. Jedna z nich zdążyła już oprzeć dłoń na ramieniu Prescotta, a druga zerkała na Whitlocka z miną kogoś, kto ocenia wartość biżuterii na jego palcach.
Nie były ich żonami. Nie wzdrygnął się z powodu moralności. Ta nigdy go nie obchodziła. Po prostu wolał, by ludzie, z którymi robił interesy, nie wyglądali aż tak żałośnie. Przed chwilą pytał o Margaret i szkolne zeszyty, a teraz tym samym uprzejmym uśmiechem pozwalał im zająć się kimś zupełnie innym.
– Rozumiemy się bez słów, chłopcze – mrugnął do niego Prescott.
Elijah wstał, uścisnął obie dłonie, zapiął guzik marynarki i odszedł równym, spokojnym krokiem. Dopiero gdy ruszył, noga przestała mu drżeć. Szedł z wyprostowanymi plecami, dopóki nie zniknął im z oczu, a za rogiem pozwolił, by uśmiech zsunął się z jego twarzy jak za długo noszone, przyciasne buty. Poczuł ulgę. Czystą, niemal fizyczną, jakby ktoś zdjął mu z piersi ciężki głaz.
Szatnia była cicha i pachniała świeżością oraz drogim mydłem. Otworzył szafkę, zawiesił marynarkę na wieszaku, dwukrotnie wygładził rękawy i poprawił kołnierz, jakby pilnował, żeby garnitur nie zapomniał swoich kształtów. Dopiero potem jego wzrok powędrował ku lustru na przeciwległej ścianie. Z odbicia patrzył na niego mężczyzna o bladej twarzy, zaciśniętej szczęce i niewielkich cieniach pod oczami, których nie dostrzegali ludzie czarowani jego uśmiechem. Przez moment nie rozpoznawał wyrazu, który się tam zagnieździł. Zmęczenie? Może. A może coś mniej szlachetnego: satysfakcja, wstręt i spokój zmieszane w jednej szklance. Przyglądał się sobie dłuższą chwilę, jakby sprawdzał, czy maska nie przywarła do skóry na dobre. Nie. Wciąż dało się ją zdjąć. Na razie.
Rozebrał się do końca, nie zważając na chwilową nagość. Założył luźne, kremowe szorty kąpielowe w wąskie, niebieskie paski, zamknął szafkę i wyszedł na halę basenową.
Było tam niemal pusto. Na drugim końcu starszy mężczyzna w czepku leniwie przecinał wodę żabką, a tafla wokół niego mieniła się w świetle lamp. Elijah zaczął od ćwiczeń rozgrzewających. Zatoczył ramionami kilka szerokich kół, wykonał skręty tułowia, wypuścił głęboko powietrze i pochylił się do kostek, aż poczuł, jak napięcie w plecach pęka, a mięśnie, które przez ostatnią godzinę tkwiły sztywno w fotelu, powoli wracają do życia. Usiadł na krawędzi basenu i zanurzył w wodzie tylko stopy. Ciepło wspięło się po łydkach. Poruszał nimi leniwie, rozganiając fale, i obserwował, jak rozchodzą się po powierzchni. Przez kilka minut nie myślał o niczym. To było uczucie, które cenił bardziej niż większość rzeczy, jakie mógł sobie kupić.
Wskoczył w końcu do wody i westchnął z przyjemnością, gdy objęła go w całości. Temperatura była idealna. Taka, w której człowiek przestawał odczuwać granicę między ciałem a otoczeniem. Przepłynął kilka długości, jedna po drugiej, kraulem, w równym rytmie oddechu, z umysłem, który rozgościł się w tej ciszy i spokoju. Dopiero gdy płuca zaczęły palić, a ramiona poczuły ciężar, wyszedł po drabince.
Wytarł się niestarannie, zostawiając na skórze kilka kropel, zarzucił ręcznik na ramiona i boso podreptał w stronę zacisznej części strefy relaksu, gdzie wcześniej zostawił zamówionego drinka. Szklanka czekała na stoliku obok leżaka razem z telefonem. Upił łyk. Kwaśny, z odrobiną goryczy, która zostawała na końcu języka, a pod nią mocny alkohol, który torpedował przełyk i rozlewał się w klatce piersiowej kojącym ciepłem. Zamknął na moment oczy. Gdy je otworzył, zauważył mężczyznę.
Stał kilka kroków dalej i przyglądał mu się dłużej, niż nakazywała przyzwoitość. Elijah nie skojarzył go od razu. Zarejestrował raczej wysportowaną sylwetkę, szerokie ramiona, płaski brzuch i różowe kąpielówki, które na kimkolwiek innym wyglądałyby niedorzecznie. Dopiero gdy nieznajomy się odezwał, uniósł brwi i spojrzał na niego pytająco, nie rozumiejąc ani jego postawy, ani tonu. Po ułamku sekundy kąciki ust Nightingale'a uniosły się jednak same. Wyczuł okazję do dobrej zabawy.
– Nikt nie pytał – rzucił z przekąsem, opierając się o zimną ścianę. W dłoni wciąż trzymał szklankę, teraz już do połowy pustą. Skrzyżował nogi w kostkach. Biła z niego nonszalancja.
Śledził go wzrokiem, gdy tamten ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał spojrzenie na krągłych pośladkach mężczyzny dłużej, niż wypadało, choć bardziej interesowało go to, co ten robił. Karta przyłożona raz, potem drugi raz, a na końcu szarpnięcie za klamkę. Nic z tego. Uśmiechnął się pod nosem i mruknął coś do siebie, tak cicho, że nawet osoba stojąca obok nie usłyszałaby ani słowa.
Gdy tamten stanął przed nim z wyciągniętą dłonią, Elijah spojrzał na nią wymownie, potem na jego twarz, a następnie, jak gdyby nigdy nic, wrócił do sączenia drinka. Przedłużał ten moment celowo, by niezręczność między nimi nabrała realnych kształtów.
– Skąd w tobie nagle tyle tej męskiej, drapieżnej pewności siebie, żeby mi rozkazywać? Zapamiętałem cię nieco inaczej – odbił się od ściany i zrobił jeden krok do przodu, na tyle duży, że nie dzielił ich już żaden dystans. Czuł oddech mężczyzny na swoim policzku. – Jak kogoś, kto uciekł z internetowego czatu po tym, jak jego urok nie zadziałał na gościa, którego planował zerżnąć.
W międzyczasie przyłożył mu zimną szklankę wypełnioną lodem do odsłoniętego brzucha. Zaraz potem cofnął ją, jak gdyby nigdy nic, obszedł go i skierował się do drzwi, przy których wcześniej tamten sromotnie poległ.
– I tak jestem zaskoczony, że cię tu spotkałem. Nie wiedziałem, że obniżyli standardy i wpuszczają teraz byle kogo – perfidnie go zaatakował, ale ton pozostał niezmienny. Wciąż mówił tym samym melodyjnym głosem, jakim zawsze słodził ludziom, którzy byli mu tymczasowo potrzebni.
Karty nie miał, ale jego dostęp był zapisany na opasce na nadgarstku. Przyłożył ją do czytnika, lecz ten nawet nie mrugnął. Coś było nie tak. Westchnął z rezygnacją i odwrócił się z powrotem do mężczyzny.
– Chyba jesteśmy na siebie skazani, pięknisiu – mrugnął do niego zawadiacko, choć i jemu ta sytuacja się nie podobała. Nie dlatego, że został zamknięty w jednym pomieszczeniu z tym nadętym bucem, bo takich spotykał na swojej drodze nieustannie. Po prostu nie zamierzał tu zostawać dłużej, niż miał w planach. Zostało im chwycić za telefony i spróbować skontaktować się z recepcją.

Jayce Byrne
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
188 cm
student kinezjologii, trener personalny North York YMCA
Awatar użytkownika
Let your blood dry upon my fangs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odkąd go zobaczył, palce mrowiły go już od samego wejścia do strefy wellness, jakby pod pierwszym naskórkiem ciała miotały się w nim drobne skrzydła irytacji. Małe muśnięcia, które co prawda nie były w żaden sposób dla niego bolesne, ani nie uciskały jego ego, ale zdecydowanie wywierały na nim pewien wpływ. Był przez to o ton mniej spokojny niż zwykle, i o całe lata świetlne bardziej skłonny do słownej agresji, gdy tylko przypominał sobie przebieg ich dyskusji na Maplinderze.
Elijah czuł się od niego wyraźnie lepszy. Najwyraźniej czuł się również bezkarny w swoich wypowiedziach, gdy wyrzucał z siebie obelgi z oczekiwaniem tego, że druga strona zareaguje na to… właściwie czym? Strachem? Podziwem?
Jayce, choć starał się znaleźć zasadną motywację, nie potrafił wejść w jego skórę tak do końca. Wiedział jednak, że mężczyzna ten chował się za grubą fasadą “taktownego” biznesmena, od której Jayce miał ochotę rzygnąć. Znał takich ludzi. Spotykał ich niejednokrotnie w Australii i za nic w świecie nie chciał znaleźć się z powrotem w tym samym pierdolniku kłamstw, z tym samym perfidnym uśmiechem, jaki ludzie mieli w nawyku zaciągać podczas spotkań, kiedy w sposób pretensjonalny i arogancki, starali się skraść światło w pomieszczeniu.
— Nie wszyscy odzywają się tylko na Twoje zawołanie, Eli — świadomie zatarł granicę między nimi, skracając jego imię do uroczego przezwiska. Tylko w ten sposób był w stanie zaznaczyć pewną równość między nimi. Nie ważne bowiem, jak bardzo Elijah starał się go sprowadzić do pionu i ośmieszyć, Jayce również mógł mu pobłażać w podobny sposób. Dlatego bez żalu właśnie podważał różnicę wieku między nimi, już w samej formie wypowiedzi zwracając się do niego, jak do “kolegi”, a nie starszego wiekiem biznesmena. Wzrok Jayce’a podążył jednocześnie za sylwetką Azjaty, nie zauważając w nim żadnej chęci współpracy.
Usta, wetknięte w wilgoć drinka, zostały przy szkiełku, a dłoń Jayce’a chwyciła powietrze, gdy opuścił ją wreszcie, prychając w rozdrażnieniu. Jego ciało czasem zachowywało się jak łakome na czułość szczenię, szukając prostej bliskości, a czasem był jak kot, reagując na bodźce z dumą i z niezależnością. Dziś zdecydowanie bliżej było mu do tej drugiej opcji.
— Nie interesuj się — żachnął się w odpowiedzi krótko, ograniczony nagle przez cudze ciało. Stało ono na drodze Jayce’a i w horyzoncie jego wzroku, dając mu większy ogląd na bladą twarz Elijaha, nieodgadnione wąskie oczy i perfidnie uśmiechające się do niego usta — jeszcze niepotrzebnie ubrudzisz się rozmową — dodał złośliwie.
Nie ruszył się jednak ani o milimetr. Nie dał mu tej satysfakcji. Zagryzł jedynie na moment wargi pod zębami, jakby właśnie wstrzymywał się od kolejnej kpiny. Gest ten przerwało nagłe uczucie chłodu, wstępujące na brzuch. Mięśnie spięły się znacząco pod nowym, niespodziewanym bodźcem; stwardniały i wyłoniły się przy tym spod skąpej tkanki ciała i pledu skóry. Poza tą jedną reakcją, naturalną i poza jego kontrolą, nie posunął się jednak do żadnych słów komentarza.
— Łatwo mi o pracownicze benefity sportowe, bo sam pracuje w centrum rekreacji.
Wyjaśnienie było skąpe, ale konkretne.
Nie dał się sprowokować. Nie tym razem. Korzystając z chwilowej przestrzeni, gdy mężćzyzna podszedł do drzwi, sam westchnął cicho, głęboko, ciągnąc za uzdę własnego temperamentu i wyciszając w sobie chęć odgryzienia się, by przypadkiem nie wręczyć w dłonie biznesmena lontu, który ten mógłby z łatwością odpalić.
Elijah na pewno znał siłę negocjacji i wartość wyrwanego z kogoś spokoju.
Zawsze przegrywał ten, który dał się podejść i ponieść emocjom.
— Yhym… — poruszył się ponownie w jego kierunku, nie pozwalając by cudze ciepło uciekło za daleko i na zbyt długo. Normalnie uznałby to podążanie za nim za potrzebę cielesnego kontaktu. Dziś chodziło raczej o brak zaufania, gdy odwrócony w jego kierunku, Elijah wydał na nich wyrok.
Patrzył na niego przez moment, mając ochotę klinem pięści wbić się w jego zęby. Powstrzymał jednak pierwotne instynkty. Poruszył się powoli, taktycznie, zbliżając się do niego, póki niemal zabrakło między nimi wolnej przestrzeni. Dopiero wtedy dłoń przylgnęła do nagiego torsu Elijaha, popychając go ku drzwiom.

Jesteśmy na siebie skazani wciąż błąkało się w kątach jego myśli.
Niechciane. Irytująco wyraźnie odbite w pamięci głowy.

— Sory, ale sam to sprawdzę — porwał się na konieczne wyjaśnienie, nie chcąc by Elijah coś sobie do tego działania dopisał. Chwycił wtedy bezceremonialnie za nadgarstek mężczyzny, dociskając go do czytnika, mimo tego, że jego towarzysz wciąż był twarzą zwrócony do niego.
Nie zdziwiłby się, gdyby Elijah blefował…
ale nie blefował, i ta prawda kuła w oczy nawet bardziej. Czytnik nie mrugnął, nie piknął, nie wyraził chęci współpracy, choć oboje próbowali.
Jayce wypuścił gwałtownie powietrze przez nos, tak blisko twarzy Elijaha, że musiał poczuć na szyi i twarzy.
— Nie obraziłem się o to, że nie mogę Cię zerżnąć — powrócił nagle do tematu sprzed chwili, skoro i tak byli tu zamknięci. Przerzucił przy tym wzrok wprost na jego oczy, nie kwapiąc się w odsunięcie od niego:
— Chociaż jeśli chcesz być fair, to Ty w opisie sugerowałeś zagrzanie Ci łóżka, więc podobne fantazje były zasadne.
Mógł mówić dalej, i zamierzał. Najpierw jednak, wciąż trzymając go w swojej dłoni, zacisnął palce na przegubie mężczyzny, nim ten wyczuł w nim realne zagrożenie. Zaraz potem przesunął jego rękę nad głowę Elijaha, blokując ją przy płaszczyźnie drzwi.
— Wkurwiło mnie to, że to Ty dalej udajesz, że jesteś tu dla obelg… Nie podoba Ci się to ciało? — sylwetka Jayce’a wraz z tymi słowami docisnęła się do niego szczelnie, nie pozostawiając przestrzeni między nimi i jednocześnie dając mu poczuć każdy jeden swój mięsień w styku dwóch męskich ciał, zignorował nawet szklankę między nimi, która znów stała się wyraźnym kontrastem dla jego własnej, rozgrzanej skóry, drgnął tylko nieznacznie na zmianę temperatur — Nie chcesz go zerżnąć? — wymruczał zaraz dodatkowo w jego ucho.
A potem skrzywił się w pogardzie, nie znając lepszego sposobu na wyrażenie swojej dezaprobaty. Odsunął się przy tym o parę kroków od niego, puszczając jego przegub.
— Jesteś żałosnym hipokrytą, Eli. Dlatego nie było sensu dłużej gadać. Jestem cierpliwy, mate. Ale nie kurwa anielski, żeby dać się gnoić i nadstawić Ci tyłka jak ostatnia pizda zaraz potem.
Ostatnie słowa niemal z siebie wypluł, znowu się unosząc. Żeby nie potęgować jednak emocji, przestał też na niego patrzeć. Zacisnął rękę na karcie w kieszeni bokserek, patrząc wokół siebie, by znaleźć wyjście z tej patowej sytuacji.
Nie miał ze sobą komórki, nie widział przycisku alarmowego, a jedyne, co mógł zrobić, to ukraść mu końcówkę drinka, by trochę się uspokoić. Ale nie zrobił nawet tego.

Elijah Nightingale
nihilista
godzę się na prawie wszystko, sprawdź mnie, jeśli potrafisz
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Financial District”