Rytm rozmowy, w którym od wejścia do mieszkania oboje funkcjonowali ze świeżo odnalezionym w sobie spokojem — wypłaszczony w luźnej pogawędce o serialach — pozostawał ku zaskoczenia Milesa b e z p i e c z n y. Dzięki temu częściowo oswajał się z obecnością gościa w swoim domu, choć częściowo również wciąż czuł się jak podrzędna łódka rzucona w odmęty oceanu, który to przez cały ten czas pochłaniał jego uwagę i ciągnął go w nieznane. Howard nie był przy tym pewien, jak długo można było w łupinie własnej kruchości i podatności na cudzą obecność odbijać się od fal tego, co nadsyłała mu aura towarzyszącego mu dziś mężczyzny.
Oleander Everhart, choć na ten moment nie był dla niego
nikim szczególnym, pozostawał także
wszystkim, do czego biegły myśli Milesa. I to wystarczyło, by przestał patrzeć na niego z wcześniejszą pobłażliwością i powściągliwością.
Był więc obcym oddechem, skroplonym w kwadracie jego mieszkania (a te rzadko pojawiały się w jego domu, nie mówiąc już o jego salonie, gdzie bywały prawie nigdy); był nieodgadnionym cieniem w oku i jednoczesną melancholijną kępą nieszczęścia, którą podświadomie Miles pragnął wygładzić za pomocą własnego towarzystwa; a wreszcie — przede wszystkim — pozostawał ciepłem męskiego ciała, rzuconym na obicie kanapy tuż obok niego.
Ta ostatnia część i forma obecności Oleandra pasowała mu najbardziej.
—
Ja z kolei rzadko oglądam seriale kryminalne… ale ja generalnie niewiele oglądam. Chyba, że materiały naukowe, takie jak edukacyjne wideo pooperacyjne, się liczą — zaśmiał się szczerze, bo dopiero w chwili wypowiadania tych słów dotarł do niego ich właściwy kontekst. Jakby dopiero wtedy uchyliła się przed nim gruba kurtyna dystansu, za którą od dawna stało jego własne życie.
Nigdy nie przyglądał się swoim nawykom, choć trzeba było przyznać, że były one brutalnie wręcz rutynowe i żmudne. Od momentu wstania z łóżka do czasu spoczynku, lwia część uwagi Milesa skupiała się na pracy, nauce i poszerzaniu wiedzy. Rzadko na głębokich uczuciach, długoterminowych relacjach, czy budowaniu życia prywatnego.
Na tę myśl założył rękę za kark, ściągając brwi w krótkim zastanowieniu. Choć matryca jego życia wydawała się na wielu płaszczyznach pęknięta, nie był skłonny przyznać tego wprost. Nie był nawet przekonany co do tego, czy te drobne rysy na życiorysie i tę wewnętrzną potrzebę ucieczki, powinno uznać się za wadę, czy po prostu za naturalną konsekwencję życia z pewnym bagażem doświadczeń.
W kontekście braku bliskich mu przyjaciół matka zawsze przypominała mu o tym, że “Oko przyjaciela to dobre zwierciadło” i że nigdy nie dowie się o sobie niczego nowego, jeśli najpierw nie dopuści do siebie kogoś bliskiego, by ten mógł poznać go od podszewki i widzieć go takim, jakim był naprawdę — bez fałszu. By móc dostrzec prawdę, której sam o sobie nie znał.
W Irlandii opinia najbliższych osób miała katedralną wręcz wartość, o której jednak Miles ku własnej przekorze zdawał się zapominać.
—
Ale lubię czytać kryminały i rozwiązywać krzyżówki — dodał na swoją obronę, jakby tymi dwoma drobnymi przyjemnościami próbował ocalić obraz człowieka, który jednak wiedział, czym jest potencjalna rozrywka. Mógł oczywiście wspomnieć również o częstych wizytach w barze dla gejów, ale ta część jego życia wydała mu się zbyt mało chlubna i zbyt przypadkowa, by zasługiwała na wyciągnięcie jej na światło rozmowy.
—
Coś — kierowany głosem gościa, powrócił do niego wzrokiem i z początku zawiesił głos, w gruncie rzeczy zaskoczony tym, z jaką powolnością i jednoczesną płynnością Oleander przeszedł do realizacji rady.
Usta młodzieńca, zanurzone w trunku, zawilgotniały momentalnie od whisky, nawet po wyciągnięciu kostki lodu pozostając w głowie lekarza śliskie i kuszące.
—
Coś pomiędzy — doprecyzował odrobinkę, nie dając mu jasnej odpowiedzi odnośnie własnych przemyśleń na temat natury jego rady.
Oczywiście, że kierował się w pewnym stopniu lekarską troską… jednocześnie jednak trudno było zignorować cień instynktownego pragnienia, wciąż jeszcze łaskoczący go na języku i wargach, gdy patrzył na Oleandra absolutnie urzeczony widokiem skąpanych w wodzie ust i zassanego na kostce języka.
Wtedy, gdy wchodzili do mieszkania, urok Oleandra można było zrzucić na karb jego pomocnictwa. Rycerz, który uwalniał od pułapek dnia zasługiwał na uznanie. Everhart był więc w tamtym momencie zaledwie drobnym poruszeniem gdzieś na obrzeżu świadomości, a pocałunek, który złożył na jego ustach Miles można było uznać prawie za formę wdzięczności.
Teraz nie miał wyjaśnienia dla własnych myśli.
Pozostawał głodny jego uwagi, nienasycony. A jego głowa stawała się niebezpiecznie płodna od myśli, nad którymi nie panował. Które w nim kiełkowały.
Wpływ Oleandra na niego wypuszczał pierwsze, cienkie pędy, oplatając kontrolę.
Miles patrzył na niego — na wilgoć połyskującą na wargach, na chłód topniejącego lodu, na język, który na moment zniknął za przejrzystą kostką. I nie potrafił znaleźć powodu, by przestać.
...Tak?
—
Uroczy jesteś, dzieciaku — parsknął ze śmiechem, w odpowiedzi na seplenienie zniekształconego głosu.
D z i e c i a k u.
Ostatnia forteca dystansu, w postaci tego słowa, opadła między nimi. Jakby wciąż bronił się przed tym, co miało nastąpić. Jakby próbował sam siebie przekonać, że nie myśli o nim w seksualny sposób.
(Zaczął myśleć nieustannie.)
—
Idealnie… — dodał do poprzednich słów —
jeśli chcesz zostać cudzą fantazją.
Dyskretnie przyznawał się do tego, co krzątało się w odmętach jego głowy, pierwszy raz od dawna czując, jak cierpliwość ukruszyła się w nim momentalnie. Dłoń, nie wiedząc kiedy spoczęła na cudzych wargach, ścierając z ich powierzchni krople wcześniej zastygłej na nich wody, i potrzebował krótkiego, zimnego wdechu, zastygłego w płucach, by nie dać się pochłonąć własnej żądzy i nie docisnąć kciuka w dół, rozchylając mu usta.
Jego sylwetka podświadomie jednak zwróciła się ku Oleandrowi, nachylając się bliżej mężczyzny, gdy wypowiadał kolejne słowa.
—
Chcesz…?
Pozostawił go z tym pytaniem samego, łudząc się, że odpowiedź Everharta będzie
d y s k u s y j n a.
Na tyle mocno, by Miles nie chciał brnąć w to dalej.
W ten ocean emocji. W tę obecność.
W ten (silny) wpływ.
oleander everhart