Niech mnie ręka boska chroni przed tym, żebym musiała słuchać wywodów prezentowanych przez zwolennika związków otwartych, obym nigdy nie musiała i w żadnym związku podobnym nie była. Jasne, jak mnie posadzi William z pet natem na kanapie i powie "siedź, słuchaj", no to bym siedziała. Ale raczej po to, żeby sobie winka smakować, a nie po to, żeby mnie przekonywały jego argumenty. Bo z góry wiem, że nie będą, o nie! William swoją drogą to na prawdę ma tupet, żeby po tym, jak ja mu jasno mówię o moich wartościach, że jak mnie facet nie docenia i jest zainteresowany wszystkim tylko nie mną, to że mnie to boli, a ten by chciał mi pokazywać dlaczego to co mnie boli to tylko mi się wydaje.
Nie, nie, dobrze, że już wyszliśmy z domku i poszliśmy na imprezkę.
Ta moja wizja, która mnie dopadła, kiedy już umierałam a woda dostawała się do moich płuc przeraziła mnie ogromnie, pewnie dlatego zaczęłam powtarzać głupio imię Madoxa, a może wcale nie mówię Madox tylko "ma owoc", trudno stwiredzić, szczególnie że ledwo łapię oddech. Zasłaniam usta i smutne mam oczy, które patrzą w twarz Williama, takiego zmartwionego. Bo chyba jest zmartwiony, cała jego twarz wykrzywiła się tak, że widzę na niej zmarszczki. Zanim mnie opuścił, to palcem przejechałam po zmarszczce na jego czole, która wygląda jak Rów Marjański.
-
William - powtarzam, kiedy już mnie postawił znów i przechylam głowę jak ten piesek, który stara się zrozumieć co się dzieje przed jego oczami, powoli łączę kropki: William - mój współlokator - pralka -
Billy! Uśmiecham się do niego jakbym wiedziała, kim jest, ale oczy moje wyraźnie są zdezorientowane. William mówi, że musimy iść gdzieś na osobności i z początku chciałam się zgodzić i pójść spokojnie, ale poczułam, że potrzebuję jeszcze na chwilę być jednością z jeziorem. Nie wiem czy wszyscy tak mają, ale ja odkryłam to właśnie teraz. -
Woda jest moim ulubionym żywiołem - oświadczam moje odkrycie i się znów zanurzam po szyję w letniej wodzie jeziora Ontario, dłońmi poruszając pod wodą, a małe falki oddalają się odemnie w jego kierunku, kiedy ja oddaliłam się od Williama. On już pewnie nie może się doczekać, aż mi powie coś bardzo ważnego, ale mi akurat z tej perspektywy w której się znalazłam jest całkiem przyjemnie go oglądać. Bo pięknie i zjawiskowo wyglądał jak go tak zachód słońca od tyłu oświetlał - jak Jezus, albo inny święty. I patrzę na niego
tak, że brakuje jeszcze tylko żebym klaskała i mu gratulowała urody. -
Jesteś moim ulubionym współlokatorem - uznałam w przypływie emocji, a zachęcona obietnicą usłyszenia czegoś
na osobności, wstaję znów i idę posłusznie tak jak on mi każe i gdzie.
Okazuje się niestety, że mój ulubiony współlokator chce nas zabrać z mojego żywiołu. I chociaż ciągnie mnie mocno za rękę to opieram się mu i siadam w wodzie, fizycznie dając mu sygnał, że nie-nie-nie idziemy nigdzie! Ale on nic sobie nie robi z moich oporów, strasznie jest silny i chociaż stękam pod nosem, to wyciąga mnie na brzeg. Wydawało mi się to bardzo brutalne, ale ręka nie boli mnie ani odrobinkę, więc istnieje taka możliwość, że sobie wyobraziłam, że się mu opieram.
Jutro pewnie obudzę się i spanikowana zadzwonie do ginekologa, żeby mnie zbadał, czy nie mam jakiś drzazg albo syfów od tego szalonego kąpania się bez ubrań. Ale bardzo dziś dużo dziwnych rzeczy robimy, ale stępiła mi się ocena przez grzybki i tak samo jak zupełnie nie mam przeciwskazań przed siadaniem gołym tyłkiem na starej łodzi, takteż nie mam zupełnie nic do powiedzenia w związku z tym, że oboje jesteśmy nadzy. Jak się okazuje, nawet pomiędzy współlokatorami można dojść do takiego momentu, kiedy się oswoimy z tym i staje się to zupełnie naturalne.
Zresztą, tak na prawdę to ja teraz myślę o zupełnie czymś innym niż tym, że nagi William mi tu macha przed oczami, tylko tak tęsknie spoglądam na mój żywioł i patrzę jak falki tworzą się wokół łódeczki. Niektóre są małe, inne całkiem spore, oddalają sie od nas równomiernie i zastanawiam się gdzie one idą? Czy wrócą? Czy dlatego nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki? Czy moją rzeką jest mój ojstatni związek? Jak go zakończyłam, to powinnam zamknąć ten rozdział? Wzdycham sobie ciężko, przenoszę spojrzenie na mówiącego Williama i mrugam kilka razy.
-
Nikomu? - powtarzam trochę zdezorientowana -
A mogę powiedzieć Beatce? Albo chociaż Elvirce? - proszę go i zaraz zasłaniam sobie usta -
Nie, Elvirce nie powiem, bo ty jej nienawidzisz - i szczerze mnie to rozbawiło i aż się zaśmiałam. -
Ale dlaczego ty kobiet nienawidzisz? Myślałam, że kochasz kobiety - siadam sobie z nogą założoną na nogę, opieram łokieć na kolanie i tak się do niego przychylam, żeby mi powiedział, czy on kocha kobiety, czy ich nienawidzi w końcu.
Kiedyś słyszałam, że wszyscy mężczyźni są gejami.
- Jesteśmy tu bo... - dotąd patrzyłam mu w oczy, ale zerkam nagle w górę, gdzie gałązki wierzby płaczącej wiszą nad nami jak zastygłe w bezruchu fajerwerki. Nie pamiętam po co tu jesteśmy, ale czy to takie ważne? Staram się skupić i znów patrzę na Billego, który się tak przychyla, jakby chciał mi coś powiedzieć na ucho. -
... możesz mówić, jesteśmy sami - zachęcam go, żeby mi powiedział ten swój sekret, który chce mi powiedzieć. Bo chyba po to tu jesteśmy koniec końców?
No już, mów William. Albo jak nie chcesz mówić, to wsłuchaj się w to co mówi ci twój żywioł.
William N. Patel