ODPOWIEDZ
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Wymiana wiadomości z Williamem wywołała na jej zmęczonej twarzy promienny uśmiech. Oboje byli zapracowani, w końcu zarówno w kancelarii jak i w jej salonie fryzjerskim działo się naprawdę wiele! A jak do tego dołożyć jeszcze ostatnie pokazy, przy których miała okazję pracować jako główna albo jedyna stylistka fryzur, dziwiła się jakim cudem znajdywała kilka godzin, żeby się faktycznie wyspać. Heh, chociaż większym zaskoczeniem było, że jeszcze Dante nie stwierdził, że skoro ma w ogóle nie widywać swojej dziewczyny to wali taki związek i się wynosi. Ale może to właśnie było na rękę? W końcu mógł w tym czasie spędzać czas ze swoimi znajomymi, imprezować… chociaż ona sama również nie mogła na niego narzekać. W końcu dbał, żeby nie zapominała o jedzeniu, szykował jej kąpiel i robił za terapeutyczną przytulankę, gdy psychika siadała od rozwydrzonych modelek albo drących się projektantów.
Kochała go. I była przeszczęśliwa.
Ale to nie oznaczało, że nagle zapomniała o swoich najbliższych! Właśnie dlatego, gdy tylko mama wysłała jej zdjęcie z dzieciństwa, na którym przytulała się do Willa i najprawdopodobniej zmęczona płaczem zasnęła na jego rękach, od razu przesłała je do swojego starszego brata z innej matki i ojca. I od słowa do słowa, zaproponowała mu podwózkę do domu. Oczywiście pod warunkiem, że zdecydowałby się pracować a kancelarii przynajmniej tak długo jak ona! Nie mogła przecież tak po prostu odwołać swoich klientów z godziny na godzinę, choćby niewiadomo jak bardzo stęskniła się za mecenasem Patelem.
Ale w końcu się ze wszystkim wyrobiła. Napisała mu szybko wiadomość, że właśnie wyjeżdża, więc może się powoli zbierać, bo będzie za jakieś piętnaście minut. I żeby wziął oczywiście swój rower, bo na spokojnie przymocują go do haka jej auta. Upewniła się, że odłączyła wszystkie sprzęty, że światło na pewno było wyłączone i że rolety antywłamaniowe spełniały swoją funkcję, a następnie wsiadła do swojej granatowego range rovera i podjechała pod dobrze znany jej adres. Zdarzało jej się w końcu być tam nie raz, kiedy jeszcze miała więcej czasu i mogła odwiedzać przyjaciela podczas przerwy na kawę, żeby pochwalić się pięknie zdanymi egzaminami na studiach, dostaniem się na staż fryzjerski do jednego z najbardziej renomowanych salonów w Toronto i tym, że rodzice — choć pewnie było im przykro — nie robili jej burd o to, że nie chciała iść w ich ślady i wybrała ścieżkę kariery po swojemu.
Ciężko było określić czy pogoda była tej nocy ich sprzymierzeńcem, czy raczej wrogiem. Z jednej strony, gdyby nie padało, mogliby udać się na spacer i spędzić ze sobą znacznie więcej czasu, ale przecież wtedy William nie zdecydował się na robienie nadgodzin tylko czym prędzej wrócił swoim dwukołowcem do mieszkania, więc Eriksen nie miałaby nawet powodu, aby zaproponować mu skorzystanie z usług własnej firmy przewoźniczej. Musiała więc uznać za pewnik, że już nawet chmury uznały, że to najwyższy czas, aby ta dwójka się w końcu ze sobą spotkała.
Gdy dotarła na miejsce, wyszła z auta, rozkładając od razu parasolkę. Wystukała w telefonie jeszcze krótką wiadomość "Jestem!", po czym podbiegła pod daszek znajdujący się nad drzwiami wejściowymi do budynku, w którym znajdowała się kancelaria. I stała tak z żółtą parasolką nad głową, swoim strojem nie wpasowując się w całą tą smutną scenerię Toronto. W końcu kto na taką chlapę ubierał miętową sukienkę z plisowanym dołem i płaszczyk w fuksjowym kolorze? I jeszcze ta delikatna biżuteria w motylkowego wzory… istna wróżka, która trafiła nie do tej bajki co powinna.
— Dzień dobry, panie mecenasie! — zawołała radośnie, gdy wreszcie mężczyzna zaszczycił ją swoją obecnością. — Dziś to ja będę pana kierowcą. Jak się pan miewa? Wszystko w porządku? Kawusia była smaczna? — zapytała z promiennym uśmiechem, po chwili rzucając mu się w ramiona.

William N. Patel
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

To był chujowy dzień, zaczął się marnie, a im dłużej trwał tym bardziej był do dupy. Nic mi się nie składało, natomiast wymiana wiadomości z Gabą zwyczajnie wyprowadziła mnie z równowagi, potem długo nie mogłem się skupić na niczym właściwie i dopiero SMS od Elsy sprawił, że życie wydało się jakieś takie bardziej przyjazne. Ciekawe, że zawsze doskonale wiedziała kiedy powinna napisać, może miała jakiś szósty zmysł, którym wyczuwała, że jej bliscy są w potrzebie, a może był to tylko kolejny przypadek. Chociaż czy powinniśmy wierzyć w przypadki? Dzisiaj nawet niebo było po naszej stronie - gdyby nie nagłe oberwanie chmury pewnie już dawno byłbym w domu, a tak mogliśmy się wreszcie złapać. Pomimo tego, że obydwoje cierpieliśmy na chroniczny brak czasu, chociaż bardziej Elsa, ja jednak starałem się zachować jakieś resztki work-life balance. W sumie nie wiem po co, w aktualnej sytuacji rzucenie się w wir obowiązków brzmiało nawet jak dobra odskocznia od własnych problemów. Rozwiązywanie cudzych zdawało się jakieś prostsze. Nawet nie wiem kiedy dokładnie kancelaria ucichła, co prawda na początku chciałem zatrzymać Thalię i zrujnować jej dzisiejszy wieczór nadgodzinami-niespodzianką, ale jak zobaczyłem jej minę kiedy tylko o tym wspomniałem, to zrezygnowałem. Pieprzony bazyliszek, na bank napluła mi za to do kawy, bo jak zwykle smakowała chujowo. Niemniej puściłem ją równo z Jane, potem wyszli także inni i okazało się, że oprócz mnie w budynku został tylko stary ochroniarz i sprzątaczka, która przychodziła wieczorem żeby ogarnąć biura. Byłem na tyle uprzejmy, że zrobiłem sobie krótką przerwę, żeby w spokoju mogla umyć podłogę oraz przetrzeć szyby, resztę robiłem sam, bo nie lubiłem jak ktoś przestawiał mi rzeczy - każdy przedmiot na biurku czy półce miał swoje miejsce i naprawdę zauważył bym przesunięcie o choćby milimetr. Klikam w komputer, domykając strategię obrony jednego z moich bogatych klientów, po czym przecieram palcami zmęczone oczy. W tym samym momencie dostaję wiadomość od Elsy, że będzie za piętnaście minut, więc zapisuję plik i powoli zbieram się do wyjścia. Ulewny deszcz wciąż dudni o szyby. Nawet nie mam ze sobą parasolki, więc jej propozycja zdaje się być wybawieniem, nawet jeśli kosztowała mnie kilka dodatkowych godzin w pracy, no cóż, za darmo tu przecież nie siedzę. Zjeżdżam windą na dół i wdaję się w krótką rozmowę z ochroniarzem, zanim nie dostanę kolejnej wiadomości od Eriksen. Kiedy wychodzę na zewnątrz to ona czeka już pod dachem i nie sposób pomylić jej z kimś innym. Wywracam z rozbawieniem oczami, natomiast moje usta same wyciągają się w lekkim uśmiechu, nawet jeśli z twarzy bije zmęczenie. Chyba nie tyle samą pracą, co po prostu życiem. Ledwie zdążę rozchylić wargi, a ona już rzuca mi się w ramiona, więc najsamprzód ściskam ją mocno. Bije od niej przyjemne ciepło - Właściwie to wszystko jest do dupy, a kawa smakowała gorzej niż pomyje z mopa, którym ktoś obleciał wszystkie stacje metra - czyli chujowo. Parskam krótkim, mało radosnym śmiechem, ale kiedy się od siebie odklejamy to patrzę na nią zdecydowanie łagodniej - Ale dobrze cię widzieć, już jest trochę lepiej - przyznaję, zgodnie zresztą z prawdą. Była dla mnie dosłownie jak młodsza siostra, ze wszystkimi trudami oraz radościami rodzinnych relacji - Zgarnę szybko swój rower, poczekasz? - to raczej pytanie retoryczne, ale wręczam jej swoją aktówkę z dokumentami i wracam na moment do budynku. Ochroniarz przytrzymuje mi drzwi, kiedy wyprowadzam swoje dwa kółka, pomaga nam nawet zamontować rower do samochodu. Wreszcie, wraz z dziewczyną, ładujemy się do auta - Jak bardzo ci spieszno do domu? Bo nie wiem jak ty, ale ja jestem w opór głodny, jadłem dzisiaj tylko kawę - a jak wiemy była do dupy - Zajedziemy do maka? Albo gdziekolwiek? Możemy zjeść w samochodzie - proponuję, po czym sięgam do pasa, żeby go zapiąć. Jak na zawołanie burczy mi w brzuchu - Oho, mi możesz odmówić, ale jemu nie polecam - śmieję się, wskazując palcem na swój brzuch, głodny nie jestem sobą, heh.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Empatię miała wpisaną w swój kod DNA. To w końcu rodzice przez całe dzieciństwo przekazywali jej jak ważna było pomaganie drugiemu człowiekowi. Bo oczywiście, Eriksenowi nie mieli problemu z pobieraniem wysokich wynagrodzeń od cholernie bogatych klientów, dla których przelewy opiewające na pięciocyfrowe kwoty były jak przysłowiowe splunięcie, ale przecież ilość darmowych porad bądź reprezentowanie w sądzie tych biedniejszych mieszkańców nie tylko samego Toronto, była równie zatrważająca. I mając taki wzór do naśladowania, robiła co mogła, aby uszczęśliwiać innych. Pomaganie w lekcjach, za które przecież nie chciała nic w zamian, przyjmowanie klientek po godzinach swojej pracy, a nie rzadko także i przed — nie mogła w końcu zostawić panny młodej bez fryzury w najpiękniejszym dniu jej życia. A czytając, że jej ulubiony adwokat miałby jechać rowerem w taką ulewę… no musiałaby być bez serca, nie proponując mu podwózki do domu.
Pewnie tata byłby z niej dumny, że uratowała jego złotego ucznia przed kompletnym zmoknięciem. Bo przecież gdyby mógł to z chęcią zaadoptowałby wszystkie dzieci swoich znajomych… zawsze się jednak zastanawiała czy to by się wiązało z jej natychmiastową eksmisją z rodziny Eriksenów. Miała nadzieję, że dziadkowie stanęliby wówczas po jej stronie…
Skrzywiła się wyraźnie, słysząc w jaki sposób chłopak określił wypitą dzisiaj kawę. Brzmiało… yummy…
— Mmmmm… pychotka. A nie próbowałeś odkamienić ekspres? Albo upewnić się, że nie zaczął się akurat czyścić? Kiedyś podstawiłam kubek pod ekspres i włączyłam program na moją czarną kawę i wróciłam sprawdzić jak tak rozjaśniacz jednej klientki… no i w tym czasie te wszystkie zlewki wylądowały w moim kubku. I to faktycznie smakowało jak woda z mopa… — Zaśmiała się cicho, puszczając mu po chwili oczko. Bo oczywistą oczywistością było to, że jej widok poprawił mu humor. Halo! Spróbowałby tylko powiedzieć inaczej!
— Nie, nie poczekam! Przyjechałam tylko się pochwalić, że ja wracam do domu autem! I popatrzeć jak sobie świetnie radzisz pedałując w stronę burzowej chmurki i tego całego tajfunu! — zawołała za nim, wytykając mu przy tym język. Jak na kogoś kto zdał prawo i zyskał dziwną sympatię jej ojca, zadawał naprawdę głupie pytania. Czekała na niego grzecznie przy wejściu, w jednej ręce ściskając rączkę od parasola, a w drugiej zaś wręczoną przez Willa aktówkę. Ciekawe co by zrobił, jakby tak nagle zniknęła… aktówka, nie ona. Na szczęście sprowadzenie roweru nie zajęło mu niewiadomo jak dużo czasu. Zaprowadziła go wraz z panem ochroniarzem do jej auta, trzymała nad nimi parasol podczas montowania tego demona prędkości do jej biednego range rovera i nim usiadła na miejscu kierowcy, z odmiennym uśmiechem podziękowała panu stróżowi za pomoc. Bo to nie tak, że wątpiła w to, że jej brat od innej matki i ojca by sobie nie poradził. Ale na pewno zaoszczędzili dobrych kilka minut.
— W sumie, ja dziś jestem na ciastku owsianym, więc jakaś kolacja byłaby wskazana… — Zwłaszcza, że Dantego najprawdopodobniej nie było w domu. Co prawda nie wysłał jej żadnej wiadomości, w której miałby ją informować, że wychodzi, ale to przecież nie stało na przeszkodzie, aby faktycznie to zrobił. Nie zdziwiłaby się więc, gdyby w domu zastała tylko psy, śpiące razem na kanapie i mające wszystko i wszystkich gdzieś. I już miała mu odpowiedzieć, kiedy to zaraz po tym jak ledwo rozchyliła wargi, do jej uszu dotarło burczenie brzucha. I to nie jej! Na dodatek brzmiało tak groźnie, że bała się z nim jakkolwiek dyskutować. — Haha, masz rację. Wolę się nie narażać Patelowi Junior. Mak brzmi całkiem spoko. Węgle burgery mają paskudne, ale to mi wystarczy góra frytek i mcflurry pistacjowe. — Uśmiechnęła się szeroko i wpisała w wyszukiwarkę nawigacji najbliższą restaurację pod złotymi rogami. Podarowali sobie jednak wbieganie do środka i odstanie swoje w gigantycznej kolejce tylko od razu wjechali na mcdrive’a i tam złożyli swoje zamówienie. Z jedzeniem musieli jednak poczekać. Cały parking był zawalony w autach, więc nie pozostało nic innego jak poszukać kawałka miejsca, gdzie mogliby się zatrzymać i w spokoju spałaszować swoje fastfoody. Na szczęście nie zajęło to Elsoe jakoś wiele czasu — pięć minut spokojnej przejażdżki. Zatrzymała się za jakimś sklepem, który lata swojej świetności miał w czasach wojny secesyjnej. Ale nie to ją martwiło najbardziej — na parking zjeżdżało się coraz więcej aut i to takich, co po sprzedaniu swojego range rovera, domu i salonu… nie, nadal nie byłoby jej stać na zakup takiego cudeńka.
— To zanim mnie skrócą o głowę, że wbiłam na ich rewir… — Zaśmiała się nerwowo, sięgając po pudełko swoich lodów. — Opowiesz mi co u Ciebie? O co żeś się pokłócił z tą dziewczyną? Nie zadzwoniłeś po wspólnej nocy? A mówiłam ci tyle razy, żebyś chociaż smsa napisał, że było miło, że to był najlepszy seks w twoim życiu… ale że to twoja wina i nie dasz rady się z nią związać… — Płynnie wyrecytowała mu wymówkę, którą to przerabiała z nim setki razy. No nie dało się ukryć — nawet pod workiem na śmieci i papierową torbą na łbie, że Patel był przystojny. Przystojny, inteligentny i miał gadane! Wiedział jak zawrócić niejednej dziewczynie w głowie. Dlatego też milion razy albo nawet milion trzy mu powtarzała, żeby od razu zaznaczał, że liczył tylko na jednorazowy numerek. A jak zapomniał to, żeby po wszystkim się jakoś ładnie wykręcił z całej tej sytuacji. Bo przecież najgorsze co mógł zrobić to bezczelnie olać.

William N. Patel
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Greektown”