Empatię miała wpisaną w swój kod DNA. To w końcu rodzice przez całe dzieciństwo przekazywali jej jak ważna było pomaganie drugiemu człowiekowi. Bo oczywiście, Eriksenowi nie mieli problemu z pobieraniem wysokich wynagrodzeń od cholernie bogatych klientów, dla których przelewy opiewające na pięciocyfrowe kwoty były jak przysłowiowe splunięcie, ale przecież ilość darmowych porad bądź reprezentowanie w sądzie tych biedniejszych mieszkańców nie tylko samego Toronto, była równie zatrważająca. I mając taki wzór do naśladowania, robiła co mogła, aby uszczęśliwiać innych. Pomaganie w lekcjach, za które przecież nie chciała nic w zamian, przyjmowanie klientek po godzinach swojej pracy, a nie rzadko także i przed — nie mogła w końcu zostawić panny młodej bez fryzury w najpiękniejszym dniu jej życia. A czytając, że jej ulubiony adwokat miałby jechać rowerem w taką ulewę… no musiałaby być bez serca, nie proponując mu podwózki do domu.
Pewnie tata byłby z niej dumny, że uratowała jego
złotego ucznia przed kompletnym zmoknięciem. Bo przecież gdyby mógł to z chęcią zaadoptowałby wszystkie dzieci swoich znajomych… zawsze się jednak zastanawiała czy to by się wiązało z jej natychmiastową eksmisją z rodziny Eriksenów. Miała nadzieję, że dziadkowie stanęliby wówczas po jej stronie…
Skrzywiła się wyraźnie, słysząc w jaki sposób chłopak określił wypitą dzisiaj kawę. Brzmiało… yummy…
— Mmmmm… pychotka. A nie próbowałeś odkamienić ekspres? Albo upewnić się, że nie zaczął się akurat czyścić? Kiedyś podstawiłam kubek pod ekspres i włączyłam program na moją czarną kawę i wróciłam sprawdzić jak tak rozjaśniacz jednej klientki… no i w tym czasie te wszystkie zlewki wylądowały w moim kubku. I to faktycznie smakowało jak woda z mopa… — Zaśmiała się cicho, puszczając mu po chwili oczko. Bo oczywistą oczywistością było to, że jej widok poprawił mu humor. Halo! Spróbowałby tylko powiedzieć inaczej!
— Nie, nie poczekam! Przyjechałam tylko się pochwalić, że ja wracam do domu autem! I popatrzeć jak sobie świetnie radzisz pedałując w stronę burzowej chmurki i tego całego tajfunu! — zawołała za nim, wytykając mu przy tym język. Jak na kogoś kto zdał prawo i zyskał dziwną sympatię jej ojca, zadawał naprawdę głupie pytania. Czekała na niego grzecznie przy wejściu, w jednej ręce ściskając rączkę od parasola, a w drugiej zaś wręczoną przez Willa aktówkę. Ciekawe co by zrobił, jakby tak nagle zniknęła… aktówka, nie ona. Na szczęście sprowadzenie roweru nie zajęło mu niewiadomo jak dużo czasu. Zaprowadziła go wraz z panem ochroniarzem do jej auta, trzymała nad nimi parasol podczas montowania tego demona prędkości do jej biednego range rovera i nim usiadła na miejscu kierowcy, z odmiennym uśmiechem podziękowała panu stróżowi za pomoc. Bo to nie tak, że wątpiła w to, że jej brat od innej matki i ojca by sobie nie poradził. Ale na pewno zaoszczędzili dobrych kilka minut.
— W sumie, ja dziś jestem na ciastku owsianym, więc jakaś kolacja byłaby wskazana… — Zwłaszcza, że Dantego najprawdopodobniej nie było w domu. Co prawda nie wysłał jej żadnej wiadomości, w której miałby ją informować, że wychodzi, ale to przecież nie stało na przeszkodzie, aby faktycznie to zrobił. Nie zdziwiłaby się więc, gdyby w domu zastała tylko psy, śpiące razem na kanapie i mające wszystko i wszystkich gdzieś. I już miała mu odpowiedzieć, kiedy to zaraz po tym jak ledwo rozchyliła wargi, do jej uszu dotarło burczenie brzucha. I to nie jej! Na dodatek brzmiało tak groźnie, że bała się z nim jakkolwiek dyskutować.
— Haha, masz rację. Wolę się nie narażać Patelowi Junior. Mak brzmi całkiem spoko. Węgle burgery mają paskudne, ale to mi wystarczy góra frytek i mcflurry pistacjowe. — Uśmiechnęła się szeroko i wpisała w wyszukiwarkę nawigacji najbliższą restaurację pod złotymi rogami. Podarowali sobie jednak wbieganie do środka i odstanie swoje w gigantycznej kolejce tylko od razu wjechali na mcdrive’a i tam złożyli swoje zamówienie. Z jedzeniem musieli jednak poczekać. Cały parking był zawalony w autach, więc nie pozostało nic innego jak poszukać kawałka miejsca, gdzie mogliby się zatrzymać i w spokoju spałaszować swoje fastfoody. Na szczęście nie zajęło to Elsoe jakoś wiele czasu — pięć minut spokojnej przejażdżki. Zatrzymała się za jakimś sklepem, który lata swojej świetności miał w czasach wojny secesyjnej. Ale nie to ją martwiło najbardziej — na parking zjeżdżało się coraz więcej aut i to takich, co po sprzedaniu swojego range rovera, domu i salonu… nie, nadal nie byłoby jej stać na zakup takiego cudeńka.
— To zanim mnie skrócą o głowę, że wbiłam na ich rewir… — Zaśmiała się nerwowo, sięgając po pudełko swoich lodów.
— Opowiesz mi co u Ciebie? O co żeś się pokłócił z tą dziewczyną? Nie zadzwoniłeś po wspólnej nocy? A mówiłam ci tyle razy, żebyś chociaż smsa napisał, że było miło, że to był najlepszy seks w twoim życiu… ale że to twoja wina i nie dasz rady się z nią związać… — Płynnie wyrecytowała mu wymówkę, którą to przerabiała z nim setki razy. No nie dało się ukryć — nawet pod workiem na śmieci i papierową torbą na łbie, że Patel był przystojny. Przystojny, inteligentny i miał gadane! Wiedział jak zawrócić niejednej dziewczynie w głowie. Dlatego też milion razy albo nawet milion trzy mu powtarzała, żeby od razu zaznaczał, że liczył tylko na jednorazowy numerek. A jak zapomniał to, żeby po wszystkim się jakoś ładnie wykręcił z całej tej sytuacji. Bo przecież najgorsze co mógł zrobić to bezczelnie olać.
William N. Patel