-
Aa, no tak zapomniałem, że żyjemy w jebanym średniowieczu i jedyną szansą kontaktu z kimkolwiek jest puszczenie gołębia z listem albo posłańca - ironizuję -
A nie, zaraz, a słyszałaś kiedyś o takim magicznym wynalazku jak telefon? Albo internet? Trzeba było wysłać chociaż pieprzoną pocztówkę! - żebym wiedział gdzie jej szukać, albo chociaż miał pewność, że jeszcze żyje -
No to nie mogłaś na mnie poczekać? Cokolwiek powiedzieć? Myślałem, że możemy sobie ufać. Wtedy - bo teraz już nie, teraz już chyba nie umiałbym jej w pełni zaufać, ale te kilka lat temu dosłownie dałbym sobie za nią uciąć rękę. Teraz najprawdopodobniej nie miałbym ręki. Chociaż to prawda, to był okres kiedy miałem w chuj roboty, praktycznie całe dnie spędzałem w sądzie, byłem wówczas na początku swojej prawniczej drogi i brałem dosłownie wszystko byle się pokazać i złapać kolejnych klientów, jak widać się opłaciło -
Proszę cię, Gabriela - jak już używam jej pełnego imienia to znak, że robi się poważnie, a każde jej kolejne słowo działa na mnie jak czerwona płachta na byka - wkurwia strasznie -
Co ty mi próbujesz wmawiać? - że jej nie szukałem? Kurwa, oczywiście, że tak, po całym jebanym Toronto, a potem Kanadzie. Że wróciła, żeby się ze mną spotkać, a ja jej kazałem spierdalać? Dobre sobie. Kręcę głową i prycham cicho -
A czy w tej bajce były smoki? Daj sobie spokój - macham ręką. Przez moment słucham dalej, ale nie wytrzymuję i wcinam jej się w pół słowa -
A ja potrzebowałem ciebie - rzucam ostro. Znowu otwieram usta, tylko Gabi tak szybko wyrzuca z siebie kolejne słowa, że nie jestem w stanie nic dodać. Na krótką chwilę zapada cisza, w chuj gęsta i wyjątkowo nieprzyjemna. W tym momencie mam mętlik w głowie. Kim do kurwy nędzy jest Marco i dlaczego nie wrócił do paki, skoro odpierdala takie rzeczy? Mam tak dużo pytań oraz tak wiele sprzecznych emocji w sobie. Chciałbym poklepać ją po plecach, przytulić i pożałować, potem może nawet popłakać aż do osiągnięcia pierdolonego katharsis ale mrok wokół podsuwa bardzo nieprzyjemne wizje, sprawia, że budzą się ukryte demony i zamiast załatwić to tak jak powinno załatwiać się takie sprawy to zaciskam dłonie w pięści tak mocno, że czuję jak bieleją mi knykcie -
No kurwa, dziękuję bardzo, że nadstawiasz za mnie dupę do jebania. Pierdol się ty i ci twoi makaroniarze - to chyba było dla mnie za dużo. Za dużo słów, pretensji i nieprzepracowanych nigdy traum, które teraz wracają ze zdwojoną siłą -
Słucham?!... - tutaj nie było lepszych ani gorszych, one obie były całkiem różne. Charlotte była stabilną ziemią, mimo wielu kłótni wprowadzała w moje życie sporo spokoju, dawała mi namiastkę czegoś, co kiedyś mogło przerodzić się w piękne, pełne uczucie. Gabriela z kolei była powietrzem, dzikim wiatrem, którego nie sposób dogonić, bo w ostatnim momencie zmienia swój kierunek. Ja w tym wszystkim byłem jak ogień, który podsycany każdym chaotycznym podmuchem, niszczy każdy plon zrodzony z gleby, zostawiając po sobie tylko martwe zgliszcza. Chociaż rozum podpowiadał że powinienem trwać przy matce swojego nienarodzonego dziecka, to serce mimo wszystko należało do tej drugiej. Tylko jej nie należało już do mnie i ta myśl uderza mnie tak mocno. Do tej pory ignorowałem wszystkie niepokojące sygnały, informacje o pięciu kochankach, wiadomości o tym, że się
zakochała, ale szambo w końcu wylało i teraz brodziliśmy w gównie po samą szyję. Czasem powinienem ugryźć się w język -
No i może jest lepsza? Boże, powinienem być teraz przy niej - szczególnie, że przecież mnie potrzebowała, skoro zdecydowała się napisać, a tymczasem stoję jak kołek w ciemnym korytarzu wraz ze swoją eks, która w dodatku jest psychiczna. Ale ze mnie zjeb, tyle osób ostrzegało mnie, że to się tak skończy, ale wszystkie te dobre rady latały mi koło chuja bo jak tylko zobaczyłem ją znowu, to dosłownie czułem się jak pijany tym gorącym uczuciem, które na nowo wybuchło między nami. Ukrywam twarz w dłoniach i głośno wypuszczam z płuc powietrze. Chciałbym być teraz z Lottą... Chyba, chociaż sam już nie wiem czy faktycznie, czy tylko potrzebowałem pocieszenia i chwilowej odskoczni byle nie myśleć. Powinienem dać sobie w mordę, na otrzeźwienie, bo przecież Kovalski była szczera w swoich uczuciach,
kochała mnie, a ja zamiast odwdzięczyć jej się tym samym, to uciekałem do femme fatale, która pewnie od samego początku tylko się ze mną bawiła. Nie powinienem był gonić króliczka, kiedy zaczął uciekać, bo ten tunel zdecydowanie nie prowadził do krainy czarów tylko do jakiejś pierdolonej doliny rozczarowań -
Ja mam nie przychodzić? To ty do mnie napisałaś bo prawie wyruchałaś brata - tego też nie powinienem mówić, ale chuj, już za późno -
No i świetnie, też się wypisuję, nie pisz do mnie jak... W ogóle do mnie nie pisz - pewnie jakby napisała i znowu zaczęła mydlić mi oczy to nawet bym się nie zastanawiał, tylko dalej leciał do niej jak wierny piesek. Dreszcz obrzydzenia do samego siebie wstrząsa moim ciałem, czuję jaki jest nieprzyjemny, tak inny od tego, który zwykle biegł mi wzdłuż kręgosłupa kiedy Gaba była obok -
Nie powiedziałem tego - ja akurat byłem ostatnią osobą, która może nazywać kogokolwiek dziwką, bo sam przecież sypiałem z kim popadnie, ale tak po prawdzie uważałem, że seks wcale nie musi łączyć się z jakimikolwiek głębszymi uczuciami, był tylko sposobem na zaspokojenie niektórych rządz. Nawet nie zawsze zbliżał kochanków, bo czy szybki numerek w klubowym kiblu budował jakąś intymność? Nie sądzę. Ale wiedziałem, że ją to zaboli, a o to mi przecież chodziło, żeby dojebać jej tak, by zapamiętała to na zawsze. Karuzela wkurwienia ruszyła i wsiedliśmy na nią obydwoje -
Dziwka przynajmniej ma z tego jakieś pieniądze, ty po prostu jesteś kurwa puszczalska, ale jebie mnie to komu pozwalasz sobie wsadzać, pierdol się z kim chcesz - macham ręką. Chcę już stąd wyjść. Iść do domu i się zaszyć, a może bardziej rzucić się do jeziora i w liście samobójcy napisać, że to wszystko wina Gabrieli Blais, żeby do końca jebanego życia zżerały ją wyrzuty sumienia. Ruszam wąskim korytarzem w kierunku wyjścia, przynajmniej tak mi się wydaje i już na wstępie wchodzę w pajęczynę, czuję na twarzy lepkie nici, więc próbuję się ich pozbyć, bluzgając dalej pod nosem. Potem potykam się o wystający z gruntu kamień i ląduję na ziemi jak długi -
Ała, kurwa - zdarta skóra na dłoniach od razu zaczyna nieprzyjemnie piec, natomiast zbite kolano pulsować. Zbieram się czym prędzej, ruszając dalej przed siebie. Nie wiem gdzie jest wyjście, ale liczę na to, że uda mi się dotrzeć do niego jako pierwszy, ba! Powinna tu zostać i zgnić w tych obskurnych korytarzach. Nie słyszę zresztą żadnych innych kroków. Ja pierdole, ale gnój.
Gabriela R. Blais