25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zastygła na moment, słysząc pytanie Luciena, po czym spojrzała na niego z trudnym do określenia blaskiem w oczach. Właściwie mogła się spodziewać, że będzie chciał się czegoś dowiedzieć i nie powinna mieć mu tego za złe. Może poczuł zazdrość, a może kierowała nim wyłącznie zwykła ciekawość, podsycona tematem brata Adeline. Zoya nie potrafiła stwierdzić.
Cmoknęła więc i pokręciła głową.
— Rozmawiałam z nim w Misano o Adeline. Potem widziałam go na lotnisku, kiedy po nią przyjechał. Nic poza tym — wyjaśniła, aby być w stosunku do Luciena całkowicie szczera. — Trzy lata temu wziął ślub, później się rozwiódł i wyjechał. Prawdopodobnie nawet go kojarzysz, bo jest prezenterem telewizyjnym. Relacjonuje katastrofy. Teraz chyba bierze udział w jakimś programie detektywistycznym w CBC Toronto, ale niespecjalnie mnie to interesuje, więc nie jestem na bieżąco. — Niedbale dygnęła ramionami.
Relacja Zoi i Reecea była zgoła inna od tej, którą pielęgnowała z Lucienem. Brakowało w niej szczerości i głębszych rozmów, nic więc dziwnego, że nie sprawdzili się ani jako przyjaciele ani jako przyjaciele z benefitami.
Na dźwięk zabawnych, choć pokrzepiających słów Luciena, mimowolnie się zaśmiała, po czym przytaknęła z uśmiechem. Wierzyła, że prędzej czy później pogodzą się z Clem, bo brak Adeline coraz bardziej dawał jej się we znaki w codziennych momentach. Myślała o niej przy piciu porannej kawy albo wtedy, kiedy spoglądała w sklepie na klementynki. Tęskniła.
— Poznałyśmy się tam, gdzie rozpoczynają się najlepsze znajomości. — Sugestywnie poruszyła brwiami, aby wiedział, o co chodziło. — W klubie na imprezie. Potem okazało się, że studiujemy na tej samej uczelni i od słowa do słowa, zaczęłyśmy razem spędzać czas — wyjaśniła, jednocześnie z sentymentem powracając do tamtych wspomnień.
Znowu pokiwała głową, słysząc, że Lucien zawsze starał się dotrzymywać obietnic. Doskonale wiedziała, że mówił prawdę i napawało ją to pewną dumą. Z nadzieją patrzyła na przyszłość podopiecznych fundacji i wierzyła, że dzięki wsparciu Spencerów będą mogli spełnić swoje marzenia.
Na moment przeniosła wzrok na usta mężczyzny, po których (nieświadomie bardzo uwodzicielsko) przesunął koniuszkiem języka. Potem ponownie spojrzała w jego jasne oczy. Wciąż nie potrafiła przywyknąć do tego, jak bardzo pociągały ją cechy jego charakteru. Lucien był przecież dobrym człowiekiem, a świadomość ta tylko potęgowała fascynację Zoi.
Ale... nagle prychnęła. K o n s e k w e n c j a zdecydowanie brzmiała lepiej, jednak rzeczywiście było to dobre określenie na potrzeby prasy. Między sobą nie musieli używać aż tak formalnego słownictwa, bo dla Zoi jego upór momentami ocierał się o chorobliwą zawziętość. Oczywiście, dzięki temu był w stanie zdobywać szczyty i realizować marzenia, jednak mimowolnie zastanowiła się, czy w odpowiednim momencie, kiedy wszystko zacznie go przerastać, będzie skłonny zrezygnować. Miała wrażenie w to wątpić.
Poza świadomością Zoi wciąż pozostawał sposób, w jaki Luciena wychowali rodzice. Być może nie postrzegała jego dzieciństwa jako beztroskiego, bo troszeczkę wiedziała, ale chyba nie sądziła też, że nie mógł zwrócić się do najbliższych ze swoimi zmartwieniami i jako dziecko pozostawał sam sobie. Ona, kiedy zabrakło mamy, mogła w tej kwestii przede wszystkim liczyć na braci.
— Po śmierci mamy tak naprawdę wychowała mnie banda neandertalczyków. Biegaliśmy z kijami po lesie, skakaliśmy z dachu stodoły i taplaliśmy się w błocie. Nic więc dziwnego, że wyrosłam na taką diablicę. — Uśmiechnęła się i zmarsczyła nosek, a jednocześnie wyparła z umysłu obrazy żałoby po Acacii. Fakt, przemknęła jej przez głowę myśl, że nie była biologiczną córką kobiety, jednak akurat to miało raczej najmniejsze znaczenie w kwestii jej charakteru. Po prostu od dnia narodzin otaczali ją wariaci.
Mimo wszystko popatrzyła Lucienowi trochę jakby dłużej i nawet rozchyliła usta, prawie gotowa, aby podzielić się z nim rodzinnym sekretem. Ostatecznie jednak znów je zamknęła.
Serce Zoi zabiło mocniej, a w klatce piersiowej poczuła falę gorąca, która zaczęła stopniowo słabnąć, gdy mężczyzna kontynuował swoją wypowiedź. Potaknęła bezgłośnie. Charles bez swojej żony był zupełnie innym człowiekiem.
Otulona ramionami Luciena czuła się naprawdę bezpieczna. Nie chciała, aby doczekali poranka, skoro tak dobrze im się rozmawiało i tak wiele dowiadywali się o sobie nawzajem.
— Jesteś tylko człowiekiem. Nie musisz uszczęśliwiać wszystkich — zauważyła z powagą, nieustannie patrząc mu w oczy. Po chwili odsunęła się nieznacznie i przesunęła dłoń na jego nagie biodro. — Musiało ci być ciężko — urwała na moment, zaciskając mocniej wargi. Zaraz rysy jej twarzy wyraźnie się rozluźniły i po prostu uśmiechnęła się w łagodny sposób. — Tej, która oczekiwała od ciebie pieniędzy, należy się bankructwo. Ale ta druga pewnie po prostu chciała spędzać z tobą więcej czasu. Czasami tęsknota staje się nie do zniesienia, a człowiek w końcu zaczyna pragnąć czegoś więcej niż tylko krótkich chwil razem. Poza tym… hmm, zajmujesz się dość ciężką i niebezpieczną dyscypliną. Myślę, że kochanie kogoś takiego jak ty może być trudne, ale to nie znaczy, że jest niemożliwe.
Palce Zoi nieznacznie poruszyły się na biodrze Luciena. Zjechała spojrzeniem na jego odkrytą klatkę piersiową, po czym powoli powróciła do lustrowania jego oczu.
— Nie czujesz się samotny, kiedy stawiasz karierę ponad wszystko inne? — zapytała ostrożnie.
Znowu pomyślała, że dobrze się stało, że nie zamknęli swojej relacji w ramach związku. Obawiała się, że z czasem mogłaby pokochać Luciena, a to nałożyłoby na niego presję, której zdecydowanie nie potrzebował. Już teraz za nim tęskniła i cieszyła się każdą wspólnie spędzoną chwilą, a jednak wciąż trzymała emocje na wodzy.
— Bardzo zabawne. Muszę jednak wspomnieć, że tobie również różnie to wychodzi — zażartowała, po czym przewróciła się na plecy i kontynuując wypowiedź, utkwiła wzrok w suficie. — Z Charliem byłam w liceum. Było nam dobrze, ale jednak byliśmy nastolatkami. Wyprowadził się i nasz kontakt się urwał, a z Deanem poznaliśmy się w złych momentach naszego życia. Desperacko potrzebowałam wyrwać się z Huntsville, a on był świeżo po zakończeniu związku. Pocieszyliśmy się? — zapytała samą siebie, po czym na chwilę zamilkła. Rozważała to, co powiedziała. — Chyba to dobre słowo. Ta początkowa fascynacja zniknęła, kiedy zamieszkaliśmy razem. Potem przespał się z moją koleżanką z uczelni, więc możesz sobie dopowiedzieć resztę — po raz kolejny sie zaśmiała.
Historia może i brzmiała żałośnie, ale Zoya nie odczuwała wobec niej żadnych głębszych emocji. Traktowała to wszystko jako niefortunny etap w swoim życiu.
— Gdzie widzisz się za dziesięć lat? — rzuciła, podsuwając im kolejne ważne pytanie.

Lucien Spencer
Ostatnio zmieniony czw paź 22, 2026 2:28 pm przez Zoya Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Na jej wyjaśnienia pokiwał z wolna głową, przetwarzając informacje. Tak naprawdę sam nie potrafił do końca stwierdzić, czemu uznał za słuszne zadać to pytanie. Prawdopodobnie przez wzgląd na jego własne doświadczenia w kwestii podobnych układów. Czy Reece stanowił dla niego konkurencję? Nie mógł. Nie umawiali się na takie podejście i Lucien miał się tego trzymać.
— Rzadko kiedy oglądam telewizję — pokręcił przecząco głową, kiedy Zoya stwierdziła, że mógł go znać, w ten sposób ucinając temat.
Co nie zmieniało faktu, że być może sprawdzi, kto to. Z czystej ciekawości.
Sam nieświadomie wpędził się w zobowiązanie z ich układem, obiecując jej rzeczy, których musiał teraz pilnować. I przede wszystkim nauczyć się ignorować pewne myśli i uczucia, które przywoływały słowa Zoi oraz jej zachowanie. Dla własnego i jej dobra.
Być blisko, ale nie na tyle, by pozwolić przemieszać się ich światom. Rozmawiać z nią tak swobodnie na poważne tematy, które rzadko z kim poruszał, ze świadomością, że kiedy przyjdzie pora, będzie musiał odpuścić. Tańczyli na cienkiej granicy, beztrosko w swoich ramionach, całkowicie lekceważąc wszelkie zagrożenia.
Upajał się nią. W jej obecności odcinał się od własnego życia, zafascynowany tym, jak odmienna była od wszystkiego, co znał. Chciał trwać w tej bańce, jaką udało im się wokół siebie stworzyć, jak najdłużej się dało. I udawać, że nie ryzykował ich relacji zaproszeniem na bankiet, bo przecież to nic takiego.
Potrafili być dyskretni.
— Prawdziwa szkoła przetrwania — zaśmiał się na obrazy w jego głowie, które podsunęły mu słowa Zoi. — Ale potrafię sobie to wyobrazić, zwłaszcza, odkąd ich poznałem. W większości — uśmiechnął się lekko do siebie. Cieszył się, że poznał ją oraz jej rodzinę od tej strony, co pozwoliło mu zrozumieć, jak ogromny wpływ wywarło na nią dzieciństwo na farmie oraz relacje z braćmi. Dzięki temu była właśnie tą osobą, którą tulił do siebie. Tą, która niezmiennie go intrygowała i o której chciał się dowiedzieć jak najwięcej.
Jej chwilowego zawahania, które zdążył wyłapać, nie potraktował ze szczególną wnikliwością, zamiast tego skupił się na dalszej rozmowie, uznając, że gdyby było to coś istotnego, raczej nie kryłaby się z powiedzeniem o tym na głos.
Tymczasem rozmowa przeszła na temat jego byłych. I tu znów nie krył się z kolejnymi wiadomościami o swoim życiu, wychodząc z założenia, że jeśli chciała o czymś wiedzieć, wystarczyło po prostu zapytać.
— Jestem Lucienem Spencerem — skontrował pewnym siebie głosem, podchwytując jej spojrzenie. To już mówiło samo za siebie. Zawsze starał się sprostać wymaganiom. Jeżeli już czegoś się podejmował to nie robił tego po łebkach. Albo dawał z siebie sto procent albo się nie angażował. — Z czasem człowiek uczy się na błędach — wyznał z dystansem do sprawy. W końcu nawet poprzednie związki nie traktował jako coś, z czym nie mógł sobie poradzić. Jedyne, co mógł zrobić, to przyjąć te doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski. — Trudno też być z kimś, kto nie akceptuje cię w pełni takim, jakim jesteś, wraz z jego planami, marzeniami i rzeczywistością, w której się obraca — zauważył w wyraźnym zamyśleniu. — Mel… potrzebowała więcej uwagi, której nie byłem w stanie jej dać. Ani pierścionka, na który liczyła i który mógłby na chwilę załatać nasze problemy. Myślę, że ostatecznym krokiem ku rozstaniu była presja otoczenia. Nie radziła sobie zbyt dobrze z byciem w centrum uwagi.
Z perspektywy czasu wcale nie dziwiło go, że czuła się przytłoczona tym wszystkim, co dawał jej związek z kimś takim, jak on. Obecnie nie wierzył, że w jego przypadku dało się pogodzić miłość i pracę. Rezygnacja z jednej z tych rzeczy wydawała mu się właściwym wyjściem.
Widział, jak Zoya lustrowała go wzrokiem, intensywnie nad czymś myśląc, a jej nieznaczne zawahanie sprawiło, że poruszył delikatnie głową. Mimo to bacznie ją obserwował, dopóki nie zadała kolejnego pytania, na które bezwiednie przygryzł dolną wargę.
— Może czasem, ale… to jest świadomy wybór. Wolę być samotnym kierowcą, niż zatrzymywać się dlatego, że brakuje mi j a k i e g o ś towarzystwa — powiedział z wolna, nie przerywając delikatnego gładzenia jej pleców opuszkami swoich palców. Dla niego liczyła się przede wszystkim jakość, a o to, jak już wcześniej wspomniał, było niezwykle trudno. — Zdążyłem się już do niej przyzwyczaić — uśmiechnął się lekko, posyłając jej pokrzepiające spojrzenie, po raz kolejny w myślach uznając, że była naprawdę urocza. — Aczkolwiek ostatnio mi ją rekompensujesz. Tak odrobinę — zmrużył figlarnie oczy, po czym uniósł głowę, żeby dać jej buziaka.
Dwa lata. Tyle czasu upłynęło, odkąd świadomie zdecydował się na to, jak będzie wyglądać jego przyszłość. Przez tyle długich miesięcy nie dopuszczał do siebie żadnej kobiety. Aż trafił na Zoyę, która niepostrzeżenie wkradła się do jego życia, dzięki czemu w ostatnim czasie trochę rozświetliła mu dni. Nie mógł pragnąć niczego więcej.
— Kwestia czasu, zanim dojdę do wprawy — rzucił arogancko, uśmiechając się przy tym kącikiem ust. A kiedy ciemnowłosa odsunęła się, sam poprawił swoją pozycję, podkładając pod głowę zgięte w łokciu ramię i wyciągając się na łóżku. Słuchał jej uważnie, na koniec cmokając z dezaprobatą na wynik jej ostatniego związku. — Czy właśnie to doświadczenie z Deanem miało wpływ na to, żeby nie chcieć się już więcej wiązać z nikim na poważnie? — obrócił głowę w jej stronę, żeby móc przyjrzeć się jej uważnie, z zainteresowaniem, jakby chodziło wyłącznie o jej punkt widzenia. Absolutnie nie zamierzał nadawać temu głębszego znaczenia.
— To dobre pytanie. I strasznie trudne dla kogoś, kto żyje od wyścigu do wyścigu — przyznał, ściągając brwi z pewnym rozbawieniem pomieszanym z zakłopotaniem. Nigdy nie wybiegał zbyt mocno w przyszłość, skupiał się na małych krokach, żeby nie tracić swojej czujności i chłodnego podejścia. — Pewnie nadal będę się ścigał. Może jedynie zmienię dystanse na dwudziestoczterogodzinne. I wyprowadzę się do Europy. Stamtąd będę miał już bliżej na większość wydarzeń z motorsportu — wyznał, dopiero po chwili orientując się, że wszystko, co powiedział, dotyczyło tego, czemu poświęcił już swoje dwudziestosześcioletnie życie. — Od zawsze kierowałem się karierą. Właściwie, bez wyścigów nie wiem, kim bym był. Czasem mam wrażenie, że tylko to mi w życiu wychodzi — prychnął nieznacznie na ten absurd, jakby nie brał swoich słów na poważnie. Przejawiała się w nich jednak ciężka prawda, której nie chciał poruszać. Ostatecznie więc pokręcił głową, chcąc pozbyć się swoich dziwnych myśli, po czym przeniósł na nią wzrok. O wiele ciekawiej było słuchać j e j. — A ty? W jakim miejscu widzisz się za dziesięć lat?

Zoya Weasley
Ostatnio zmieniony czw paź 22, 2026 12:39 am przez Lucien Spencer, łącznie zmieniany 2 razy.
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po prostu wesoło się roześmiała, a zaraz potem przytaknęła, kiedy określił jej dorastanie mianem szkoły przetrwania. Poniekąd rzeczywiście tak było i niewiele minął się z prawdą. Wychowywanie się jako jedyna dziewczynka w domu pełnym chłopów wymagało pewnego dostosowania się do panujących tam warunków.
— A Lucien Spencer nadal nie jest superbohaterem, tylko człowiekiem — zauważyła, sugestywnie unosząc jedną brew. Uważała, że miał prawo do mniejszej empatii, nieskładania obietnic, a przede wszystkim do popełniania błędów.
Kiedy rozmowa zeszła na temat ich byłych partnerów, mimowolnie skupiła się nieco bardziej na słuchaniu wszystkiego, czym właśnie się z nią dzielił. Takie tematy zawsze budziły w niej osobliwe emocje. Być może podświadomie próbowała też wychwycić podobne uczucia u Luciena, ale ten, przynajmniej w jej odczuciu, wydawał się nad wyraz spokojny i pogodzony. Z drugiej strony to, o czym opowiadał, było dla Zoi po prostu przykre.
— Hmm... — Zastanowiła się przez chwilę. Nie prosił jej o opinię, a ona sama nie czuła się na tyle kompetentna, aby oceniać postępowanie Mel czy jego samego. Mimo tego ostatecznie postanowiła się odezwać. — Mieliście zupełnie inne priorytety. Chyba najbardziej pocieszające w tym wszystkim jest to, że rozstaliście się w odpowiednim momencie.
Uniosła dłoń i delikatnie pogładziła policzek Luciena. Dalej miała wrażenie, że wcale nie potrzebował tego pocieszenia. Był dobrym człowiekiem i w pełni zasługiwał na szczęście. Ba, nie tylko na torze, ale także w miłości. Postanowiła jednak zachować tę myśl dla siebie, bo im dłużej się znali, tym trudniej było jej zgodzić się z jego przekonaniem, że dla kariery musiał rezygnować z tego drugiego.
Owszem powinien znaleźć partnerkę, która podzielałaby jego marzenia i akceptowała go takim, jaki był naprawdę. I chyba całkiem intuicyjnie pomyślała, że osobiście przyjęłaby go ze wszystkimi zaletami i wadami.
Z drugiej strony potrafiła też zrozumieć Mel. Nie wszyscy chcieli żyć w publicznym związku i narażać się na krytykę fanów Luciena.
Po raz kolejny jego wypowiedź uderzyła w nią odrobinę mocniej, aż poruszyła się nerwowo, co mógł wyczuć, kiedy tak pieszczotliwie gładził jej plecy. Przesunęła dłoń z policzka mężczyzny z powrotem na biodro i przez chwilę milczała, a jednocześnie bacznie patrzzyła mu w oczy, jakby naprawdę intensywnie zastanawiała się nad tym, co powiedział. Jednak przyjemny dotyk palców Luciena szybko sprawił, że mimowolnie znów się rozluźniła. Wówczas delikatnie uniosła kąciki ust, choć ten uśmiech wypadł naprawdę blado.
— W sumie... rzeczywiście nie chodzi o to, aby mieć przy sobie j a k i e ś towarzystwo. Tylko o to, aby obecność tej właściwej osoby naprawdę coś znaczyła — powiedziała niechętnie. — Niemniej, Lucien, wydaje mi się, że nie można przyzwyczaić się do samotności — dodała ostrożnie, a tym samym dość otwarcie zarzuciła mu kłamstwo.
Potem wzdrygnęła się, kiedy niespodziewanie ucałował ją w usta. Zaraz jednak znów łagodnie uniosła kąciki ust i klepnęła mężczyzznę w ramię.
— I tak... mogę ci to wszystko rekompensować. Odrobinkę. — Pomasowała to samo ramię, które zaledwie sekundę wcześniej uderzyła. — Ale jesteśmy tylko na chwilę. W końcu się rozejdziemy — szepnęła znów niechętnie, a nawet wydęła usta w żałosną podkówkę, aby zaraz prychnąć z nerwowym rozbawieniem. Na samą myśl, że mieliby już więcej ze sobą nie rozmawiać, zrobiło jej się przykro, więc chyba intuicyjnie, próbując odgonić od siebie te obrazy, nie odrywała od niego spojrzenia. Potrzebowała się napatrzeć, bo osobliwa cisza na moment zaplątała się między ich ciałami.
Rozmowa potoczyła się dalej. Dostrzegła arogancki uśmieszek, który ozdobił twarz Luciena, gdy stwierdził, że w końcu ją poskromi. Zoyka nawet nie śmiała w to wątpić, bo rzeczywiście nabierał coraz większej wprawy i coraz lepiej lawirował między jej humorkami.
Pytanie o Deana natomiast wybiło Zoyę z pantałyku. Zmrużyła oczy, ściągnęła brwi i przygryzła wewnętrzną stronę policzka, intensywnie zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu cmoknęła i przenosząc wzrok na sufit, pokręciła głową.
— W sumie to nie wiem. Chyba? — Zaśmiała się. — Na pewno miało to jakiś wpływ. Nie mogę zaprzeczyć, ale to też nie do końca tak, że nie chcę się z nikim wiązać na poważnie. Jestem świadoma, że w końcu przyjdzie na mnie pora i chciałabym dać wtedy z siebie sto procent. Wiesz... — Zerknęła w bok, na twarz Luciena. — Chcę być gotowa na te wszystkie oczekiwania i wymagania, o których mówiłam ci na farmie. Na razie mnie przerastają — odpowiedziała zgodnie z tym, co czuła.
Zamykanie się w związku w dużym stopniu odbierało swobodę zarówno jednej jak i drugiej osobie. Zoya nie miała pewności, czy kiedy znów komuś się odda, będzie w stanie sprostać presji związanej z byciem razem. Bycie osobno, ale wciąż blisko, wydawało się bezpieczniejszym rozwiązaniem.
Ponownie słuchała odpowiedzi Luciena, która wcale jej nie zdziwiła. Niezmiennie stawiał karierę i swoje hobby ponad wszystko inne, co, zdaniem Zoi, doskonale wpisywało się w jego charakter. Miał pasję, którą zamierzał jeszcze długo pielęgnować.
— Europa jest daleko — zauważyła dosyć ponuro. — Ale wracając, seks też ci całkiem dobrze wychodzi — dodała rozbawiona, złośliwie marszcząc nosek. — I w sumie dobry z ciebie farmer. Może powinieneś się przebranżowić? Znam jedno ranczo, które mogłoby cię zatrudnić — zażartowała.
Uważała, że Lucien był naprawdę dobry w wielu rzeczach, jednak z pewnością nie miał zbyt wielu okazji, aby się o tym przekonać, skoro większość życia poświęcił jednej dziedzinie. Zresztą, gdyby teraz zechciał zająć się czymś jeszcze, prawdopodobnie zabrakłoby mu na to czasu. Być może tkwił więc w pewnego rodzaju próżni.
Zoya niespodziewanie poderwała się do góry i owinięta jedwabną pościelą pod pachami, usiadła na Lucienie okrakiem. Mimowolnie sięgnęła po jego dłonie, którymi zaczęła się niesfornie bawić.
— Nie wiem, Lucien. Może gościnnie dalej w twoim łóżku? To byłby dziwny plot twist, co? — zapytała zadziornie, a na jej ustach zamajaczył zaczepny uśmiech. Przez chwilę jeszcze patrzyła mu w oczy, jakby, ha!, rzeczywiście rozważała taką możliwość, po czym zmrużyła powieki i spoważniała. Ich rozmowa, choć szczera, zaczynała być coraz trudniejsza. — Nadal nie mam ustalonych priorytetów, więc trudno mi wyobrazić sobie siebie gdziekolwiek za dziesięć lat. Mam też wrażenie, że wszystkie moje drogi zawsze prowadzą do Huntsville, więc może tam wrócę. A może nie. — Wzruszyła ramionami. — Muszę poukładać sobie wszystko w głowie i przepracować parę spraw. — Na moment uciekła spojrzeniem w bok. Temat, do którego ostateczznie zmierzała, nie należał do tych, o których potrafiła opowiadać. Mimo wszystko już wcześniej czuła, że chciała się tym wszystkim podzielić z Lucienem. — Moi biologiczni rodzice mieszkają w Toronto. W liceum dowiedzieliśmy się, że w szpitalu doszło do pomyłki. Ta prawdziwa Zoya Weasley zmarła i chociaż wiem, że nie jestem temu winna, to bycie córką na dwa domy, w których ludzie mają wobec mnie zupełnie inne oczekiwania, mocno mnie przytłacza.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Znów miał ochotę się jej sprzeciwić, ale pod naporem jej wzroku, którym go mierzyła, ostatecznie pozwolił jej wygrać i w milczeniu na chwilę przeniósł spojrzenie na sufit.
Nadal się z nią nie zgadzał. Nadal jego chore ambicje skłaniały go ku temu, by zadowolić wszystkich dookoła. I nadal uważał, że nie potrafił sprostać oczekiwaniom wszystkim tym, którzy czegoś od niego wymagali, więc musiał zachować wybiórczość. Tak został zaprogramowany. Kiedy już coś postanawiał, nie potrafił odpuszczać.
Tak było w przypadku jego ostatniego związku, na który przeniosła się ich rozmowa. Jego kariera i marzenia wygrały w starciu z miłością, która z perspektywy czasu wyblakła na tyle, że zaczął podawać w wątpliwość, czy to na pewno było coś wartego jego tęsknoty.
— Taaak, zanim któreś z nas zaczęłoby żałować pochopnych decyzji — przytaknął cicho na słowa Zoi o rozstaniu w odpowiednim momencie. Zanim skrzywdziliby się bardziej.
Gdy położyła dłoń na jego policzku, na tę czułą pieszczotę mimowolnie przylgnął do niej odrobinę bardziej. Zdążył już przepracować poprzedni związek i nie zamierzał się nad sobą użalać, jednak jej empatia wpływała na niego niezwykle kojąco. Najbardziej niesamowite było to, że poznała go od zupełnie innej strony, której nie pokazywał przed kamerami, a mimo to nadal tu przy nim była.
Nagle zakiełkowała w nim myśl — akceptowała go. A przynajmniej w ramach układu, jaki mieli. Nie śmiał nawet pomyśleć, że mogłoby to stać się czymś więcej. Taka nadzieja była bardzo nierozsądna.
Jej nagłe, niespokojne poruszenie się odnotował aż zbyt dobrze, co wzbudziło w nim dodatkową czujność. Nie dał tego po sobie poznać, kiedy spokojnie, uważnie wpatrywał się w jej niebieskie tęczówki. Wyraźnie analizowała jego słowa, ale… mówił szczerze, że wolał spokój i skupienie na swoich celach, zamiast chaosu i błądzenia w poszukiwaniu złotego środka. Relacja, w którą nie mógł się zaangażować całym sobą, była dla niego stratą energii. Układ z Zoyą stanowił wyjątek od reguły, ale o tym wolał już nie mówić na głos.
— Jeśli to właściwa osoba to jej obecność niczego nie utrudnia, tylko ułatwia — odparł z przekonaniem. Druga osoba zdecydowanie nadawała życiu kolorów, pytanie, jaką przynosiła ze sobą paletę barw. — Twoje słowo przeciwko mojemu — pochylił nieco brodę do dołu, spoglądając na nią wymownie z uniesionymi delikatnie kącikami ust.
Jego intensywny tryb życia nie dawał mu zbyt wiele przestrzeni na tęsknotę i rozmyślania o czymś więcej ponad swoje zobowiązania. W tej kwestii pozostawał uparty.
Jesteśmy tylko na chwilę. W końcu się rozejdziemy. Na dźwięk tego stwierdzenia w połączeniu z jej pełną żałości minką na moment z wahaniem rozchylił wargi, jakby chciał zaoponować, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. Zamiast tego jego wzrok na powrót złagodniał.
— No właśnie. Jesteśmy. Nic innego nie jest na razie istotne — przyznał miękkim głosem, właśnie w tym przekonaniu się umacniając. Nie chciał na razie myśleć o tym, co nadejdzie w przyszłości, więc zamierzał nacieszyć się tym, co miał teraz.
Pytając o Deana, chciał poznać jej punkt widzenia i zrozumieć, skąd brały się jej przekonania względem związków. On sam postawił sprawę jasno już na początku, a wspomnienie o Melanie nadało jego wypowiedzi większej głębi. I choć ich rozmowa nie należała do łatwych, tak nie bał się poruszać z nią bardziej intymnych tematów. Obserwował więc ciemnowłosą w skupieniu, układając sobie jej słowa w głowie.
— Rozumiem. I to jest w porządku. Nie można sobie niczego narzucać wbrew własnym odczuciom. Inaczej człowiek zaczyna się dusić — pokiwał głową w zamyśleniu. Chyba tak właśnie było z Mel. Chcąc nie chcąc, narzucała mu swoje oczekiwania, a on czuł presję, podświadomie wiedząc, że to nie było to.
Różnica między Lucienem a Zoyą polegała na tym, że kobieta przynajmniej otwierała się na tę możliwość w przyszłości, podczas gdy mężczyzna wolał tego unikać, bo bał się ponownie tę właściwą osobę zawieść. Wierzył w to, że samotność była mu pisana.
Na jej żart parsknął śmiechem i ułożył usta w dziubek, żeby pokiwać głową, jakby rzeczywiście brał pod uwagę obie opcje.
— Czyli jest mi pisane farmerstwo i w wolnych chwilach dorabianie w krzakach przy drodze. Czeka mnie świetlana przyszłość — roześmiał się w głos, gdy tylko wyobraził sobie ten scenariusz.
Wychowany w mieście, nigdy nie brał pod uwagę życia na wsi, ale sądząc po wizytach w Huntsville istniała pewna szansa, że rzeczywiście mógłby się tam odnaleźć. Zwłaszcza, jeśli miałby tam odpowiednie towarzystwo. Niepostrzeżenie zerknął na Zoyę, która sprawdziła się w tej roli idealnie. Na myśl o tym zaraz odwrócił wzrok, by odpędzić od siebie tę przedziwną wizję.
Kiedy zmieniła pozycję i usiadła na nim okrakiem, owijając się uprzednio pościelą, jej chochlikowate spojrzenie z miejsca skupiło na niej całą jego uwagę.
— Mmm, moje łóżko będzie zawsze dla ciebie otwarte — mruknął z rozbawieniem w oczach i splótł ich dłonie, które jeszcze chwilę dryfowały w powietrzu między nimi. Gdy jednak Zoya spoważniała, on również przybrał pozę słuchacza, by ostatecznie bezwiednie zwilżyć wargi i odetchnął głębiej. — Jesteś jeszcze młoda, masz przed sobą całe życie, żeby przekonać się, co chcesz z nim zrobić. Dojdziesz do wszystkiego. W swoim czasie — patrzył na dziewczynę z wiarą nie tylko w swoje słowa, ale przede wszystkim w n i ą.
Przekroczyła raptem ćwierć wieku, nie musiała już mieć z góry ułożonego planu na następne kilka czy nawet kilkadziesiąt lat. Według niego miała prawo poznawać siebie, szukać spełnienia i popełniać po drodze błędy, tak, jak praca, którą niedawno straciła, okazała się ślepym zaułkiem.
Nie spodziewał się po chwili usłyszeć tak istotnej informacji o niej, którą postanowiła mu zdradzić właśnie teraz. Przez kilka sekund zastygł w milczeniu i wpatrywał się w nią spod ściągniętych w zaskoczeniu brwi, dokonując w myślach szybkiej analizy sytuacji. Jednocześnie zalała go fala współczucia, kiedy wszystkie elementy nagle połączyły się w całość.
Momentalnie rozplątał ich dłonie i, napinając mocno brzuch, podniósł się do pozycji siedzącej. Swoje ręce włożył pod pościel i przesunął nimi po jej udach w czułym geście, aż objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Patrzył na nią z troską, ale i pewnością względem tego, co miała od niego usłyszeć.
— Bez względu na to, co się wydarzyło, nikt nie ma prawa dyktować ci, jak żyć. To jest przede wszystkim twoja decyzja, którą muszą uszanować i zaakceptować. Nie przeżyją tego życia za ciebie — powiedział łagodnym, acz zdecydowanym tonem, czując ciepło jej dłoni na swoim torsie. Jej błyszczące w intymnym półmroku oczy patrzyły na niego niezwykle ufnie, a jej lekko rozchylone usta znów nieoczekiwanie zaczynały go kusić. Delikatnie musnął nosem jej nos. — Jesteś tylko człowiekiem, wiesz? Nie uszczęśliwisz wszystkich — przytoczył jej własne słowa, którymi uraczyła go parę chwil temu, uśmiechając się pod nosem. —Zamiast wybierać między nimi, powinnaś w tym wszystkim kierować się wyłącznie własnym szczęściem — podsumował, jeszcze przez chwilę spoglądając jej w oczy tak, by dotarło do niej to, co miał jej do przekazania.
— Ja tymczasem mogę pomóc ci zrekompensować pewne starty moralne. Odrobinkę — mówiąc to już bardziej żartobliwie, sięgnął ustami jej szyi, którą zaczął pieczołowicie znaczyć mokrymi śladami, w tym samym czasie zaciskając swoje ramiona na jej drobnym ciele.
Jej szczęście było dla niego priorytetem.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Delikatnie skinęła głową, kiedy potwierdził, że również uważał, że rozstał się z Mel w odpowiednim momencie.
Trudno było Zoi nie akceptować Luciena, skoro widziała go takim, jakim rzeczywiście chciał dla niej być. Nie analizowała więc jego zachowania, bo wielokrotnie wykazał się inicjatywą, udowadniając, że ta n i e n a z w a n a przez nich relacja była dla niego w jakimś stopniu ważna. Przyjmowała zatem do wiadomości, że choć niejednokrotnie podkreślał, że kariera liczyła się dla niego najbardziej, wydawał się równie mocno zaangażowany w budowanie ich własnej... bańki. Cholera.
— Ale nigdy nie wiadomo na kogo się trafi i czy rzeczywiście, kiedy już się otworzę, od razu spotkam właściwą osobę — prychnęła, kręcąc głową.
Tego również nie zamierzała analizować. Była to kolejna sprawa, którą chciała zająć się kiedyś. Na ten moment wiedziała jedynie, że Dean nie był tą właściwą osobą. Charlie prawdopodobnie również nie, skoro po jego wyprowadzce ich kontakt natychmiast się urwał.
Westchnęła z niezadowoleniem, kiedy mężczyzna wspomniał, że jej słowo stało przeciwko jego. W tej kwestii miał rację. Nie mogła mu niczego udowodnić. Pozostawało jedynie domyślać się, że momentami było mu naprawdę ciężko i wcale nie radził sobie z samotnością tak dobrze, jak twierdził.
Ich wspólna przyszłość była bardzo, ale to bardzo niepewna, dlatego przyjęła słowa Luciena jako pokrzepiający wyraz wsparcia.
Nie wiedzieli, co przyniosą nadchodzące dni, tygodnie czy kolejne pory roku. Mogli być razem, nie będąc w związku, albo w pewnym momencie pójść w zupełnie różnych kierunkach. Musieli więc pogodzić się z tym, co szykowało dla nich życie.
Zaśmiała się. Och, jak Zoya nietaktownie, głośno i szczerze się zaśmiała, kiedy wspomniał o dorabianiu przy drodze. Nawet w najczarniejszych scenariuszach nie wyobrażała sobie Luciena w roli męskiej prostytutki, chociaż musiała przyznać, że z pewnością miałby wzięcie. Nie dość, że był wysportowany i inteligentny, to jeszcze całkiem nieźle potrafił manewrować biodrami.
Siedząc już na nim okrakiem, przyglądała mu się uważnie. Zoya ponownie upajała się ich bliskością i otaczającą aurą, która sprzyjała tym wszystkim tematom, o których rozmawiali.
— Zapamiętam to sobie, kiedy będziesz chciał się mnie pozbyć — rzuciła sugestywnie, po czym cmoknęła.
Potem ponownie wysłuchała tego, co mężczyzna miał jej do powiedzenia, a na jej ustach zagościł delikatny uśmiech. Poczuła to samo ciepło, które rozlało się w jej wnętrzu, kiedy chwalił ją w drodze powrotnej z Huntsville. Wciąż nie mogła uwierzyć, jak Lucien sprawnie i elokwentnie potrafił dobierać słowa. Wydawał się zawsze wiedzieć, co należało powiedzieć.
— Poczekamy. Zobaczymy. — Niby obojętnie wzruszyła ramionami, bo nie chciała pokazać mu, jak wiele znaczyło to wsparcie.
A zaraz musiała zmierzyć się z kaskadą emocji, która przemknęła przez twarz Luciena, kiedy w końcu zdecydowała się podzielić z nim rodzinnym sekretem. Było to dla Zoi ważne. Bam naprawdę istotne, chociaż przecież wcale nie musiała o niczym mówić. Pomimo tego coraz mocniej czuła, że - z nie do końca zrozumiałych dla siebie powodów - właśnie tego chciała i właśnie tego potrzebowała.
Pragnęła uczynić Luciena częścią swojej osobistej tajemnicy.
W momencie, w którym mężczyzna rozplątał ich dłonie, wiedziała co nastąpi dalej, dlatego po prostu obserwowała, jak usiadł i wsunął ręce pod pościel. Wpierw dotknął jej ud, a następnie czule objął ją w talii. I gdy ostatecznie zamknął ją w swoich ramionach, natychmiast zaczerpnęła głębokiego wdechu, wciągając jednocześnie w płuca znajomy zapach. Zaraz ułożyła dłonie na gorącym torsie Luciena i na chwilkę oparła policzek o jego bark.
Znowu wiedział, co powiedzieć, aby poczuła się lepiej. Mimowolnie więc wyprostowała się i spojrzała na niego z niezwykłą ufnością. A po paru sekundach drgnęła i uśmiechnęła się, kiedy przytoczył jej własne słowa.
— Wydaje mi się, Lucien... — zaczęła, klepiąc go lekko w klatkę piersiową — ...że powinniśmy oboje popracować troszkę nad asertywnością — dokończyła i jednocześnie zmarszczyła uroczo nosek. Ledwie zdążyła musnąć nim nos Luciena, kiedy ten niespodziewanie sięgnął ustami do jej szyi. — Mhm. Poproszę. Zrób to — szepnęła.
Przymknęła powieki i przesunęła dłonie na plecy mężczyzny, aby zaraz zacząć delikatnie gładzić jego skórę opuszkami palców.
Znowu stał się całym światem Zoi.

K o n i e c.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”