ODPOWIEDZ
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

outfit

Chcąc nie chcąc, wizyta u rodziców trochę Lucienowi się przedłużyła. Przede wszystkim, musiał wyperswadować Isobel organizację bankietu, argumentując to głównie tym, co było w tej chwili najważniejsze zarówno dla nich, fundacji, jak i szacownych gości — bezpieczeństwem. Rozległa awaria prądu wywołała panikę wśród mieszkańców, którzy radzili sobie z sytuacją w różny sposób.
Codziennie dochodziły do niego niepokojące wieści; a to związane z problemami w szpitalach, a to napaściami albo pożarami. Nie mógł pozwolić na to, by coś nieoczekiwanego wydarzyło się pod ich dachem nawet, jeśli mieliby zatrudnić dodatkową ochronę. Niewielka część niego myślała również o tym, że przeniesienie daty wydarzenia wpłynie także na jego samopoczucie przed wyjazdem do Niemiec. Przed ostatnim, najważniejszym wyścigiem serii DTM nie potrzebował dodatkowego stresu i bardziej, niż zwykle napiętego harmonogramu.
Oprócz zadań związanych z przekładaniem całego przedsięwzięcia jeździł również do kwatery Mercedesa, żeby skorzystać z ich jednostek prądu i poćwiczyć jazdę na symulatorze. To przeplatało się z treningami w towarzystwie trenera oraz nagrywaniem materiałów promocyjnych na sociale przed planowanym w przyszłym tygodniu finałowym wyścigiem. Mimo utrudnień czas nie stawał w miejscu, miał jeszcze sporo pracy do wykonania.
Pomiędzy tym wszystkim brakowało mu jednej istotnej osoby — Zoi. Po kilku dniach spędzonych razem w jego mieszkaniu na Financial District rozłąka z nią przyszła mu trudniej, niż się tego spodziewał. Tęsknił za nią. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że każde z nich miało własne obowiązki i zajęcia, a sytuacja w mieście nie ułatwiała im ponownego spotkania.
Dlatego, kiedy wreszcie udało im się umówić, nie mógł się jej doczekać. W oczekiwaniu na dziewczynę, korzystając z popołudniowego słońca, wyszedł pobiegać do parku. Ze słuchawkami w uszach, pogrążony we własnych myślach, zdawał się przyzwyczaić do panujących na zewnątrz dziwnych warunków i trochę opustoszałych ulic.
Wrócił przyjemnie zmęczony. Po wejściu do domu zatrzasnął drzwi i ściągnął sportowe buty w korytarzu, po czym udał się do kuchni, żeby napić się wody. Dopiero po odstawieniu szklanki na blat ściągnął z siebie słuchawki i, bezwiednie przeczesując dłonią swoje wilgotne włosy, zerknął na wiszący na ścianie zegar. Już miał ściągać z siebie spoconą podkoszulkę i iść pod szybki prysznic, kiedy usłyszał szczęk otwieranych z klucza drzwi.
Jego serce momentalnie przyspieszyło. Ciemnowłosa, na którą czekał, właśnie stanęła w progu. Jej widok przywołał na jego twarzy łagodny uśmiech
— Witam panią — odezwał się pogodnie i podszedł do niej, by ująć dłonią jej brodę i unieść ją delikatnie ku sobie, finalnie łącząc ich usta w krótkim, czułym pocałunku. — Co to? — po chwili ściągnął odrobinę brwi, widząc trzymane w jej dłoniach torby, które od niej odebrał, żeby mogła spokojnie się rozebrać.
Kiedy przeszli do otwartej części mieszkania, dopiero teraz mógł przyjrzeć się jej uważniej i zrozumiał, że coś było nie tak. Jej dziwna nieswojość wzbudzała w nim złe przeczucia.
— Wszystko w porządku? — zapytał zaniepokojony i, wciąż się w nią wpatrując z troską w oczach, odłożył torby obok kanapy, by w następnej chwili przystanąć przy niej i położyć jej dłonie na biodrach. Z jej niepewnego spojrzenia starał się wyczytać to, co kłębiło się w jej myślach.

Zoya Weasley
Ostatnio zmieniony wt paź 27, 2026 4:53 pm przez Lucien Spencer, łącznie zmieniany 1 raz.
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

U b r a n k o

Kolejnego ranka dostała wiadomość od kolegi brata. Nie była przygotowana na... t o w s z y s t k o, ale na szczęście przez cały czas Zoi towarzyszył Rowan. Okazało się bowiem, że ktoś, o zgrozo, zakradł się do jej mieszkania i zrobił jej zdjęcie, gdy spała we własnym łóżku. Fotografia znalazła się wśród zdjęć innych osób, które leżały w jakimś opuszczonym budynku. Odkrył je wspomniany znajomy, pasjonujący się eksplorowaniem takich miejsc.
Zoya spędziła ostatnie dni na składaniu zeznań i bezsilnym obserwowaniu nieudolności organów ścigania. Policjanci byli zbyt pochłonięci trwającym blackoutem i wywołanym przez niego zamieszaniem, aby poświęcić jej sprawie jakąkolwiek większą uwagę. Rowan nie krył oburzenia i w pewnym momencie na komisariaciue dał upust swojej awanturniczej naturze, jednak tak naprawdę jego protesty niewiele wniosły. Ostatecznie policja ograniczyła się do przesłuchania współlokatora Zoi, który feralnej nocy przebywał u rodziny oraz sąsiadów. Oczywiście... nikt niczego nie widział.
Nie chciała angażować w to Luciena, dlatego zbywała go wiadomościami. Obawiała się, że mężczyzna, tak jak w Misano, chciałby się wszystkim zająć. Wolała jednak, aby z uwagi na swoją karierę, tym razem trzymał się z daleka. Jako kanadyjski kierowca mógł zostać łatwo rozpoznany, a wydawało się, że ostatnim, czego potrzebował przed wyścigiem były dodatkowe komplikacje.
Spała u Rowana. Nie zamierzała wracać do wynajmowanego mieszkania, o czym zdążyła już poinformować właściciela. Wyjaśniła mu również sytuację i poprosiła, aby dla bezpieczeństwa wymienił zamki. Do Luciena zdecydowała się wrócić dopiero siedemnastego października. Tym razem zabrała ze sobą dwie torby z rzeczami. O ile wcześniej jeszcze się wahała, o tyle teraz była już świadoma, że chciała zatrzymac się u niego na trochę dłużej.
Przekręciła klucz w zamku, otworzyła drzwi łokciem, a potem zamknęła je za sobą biodrem. Nie zdążyła zrobić nawet dwóch kroczków, gdy usłyszała głos Luciena i odruchowo odnalazła go wzrokiem. Uśmiechnęła się delikatnie i od razu wyciągnęła szyję, kiedy ujął jej brodę i odwzajemniła pocałunek. Znienacka poczuła tę dziwną tęsknotę, na którą przez ostatnie kilka dni nawet nie miała czasu.
— To... Zaraz ci opowiem — zaczęła, jednak prędko nerwowo przemieliła ślinę. Zaraz oddała mu bagaż i ściągnęła płaszcz, który odwiesiła na wieszak. Następnie zsunęła z nóg botki i włożywszy nogi w puchate kapcie, udała się za Lucienem w głąb mieszkania.
Była spięta. Przez ostatnie dni napędzała ją adrenalina, która sprawiała, że działała bardzo mechanicznie. Teraz, gdy w końcu nie musiała stawiać się na komisariacie ani słuchać kolejnych wybuchów złości Rowana, podwójnie poczuła się zaniepokojona. W dodatku męczyło ją zdenerwowanie brata, jakie z każdym dniem eskalowało. Od niepochlebnych wiązanek pod adresem organów ścigania Zoyę zaczynała boleć głowa, a od zapowiedzi, że samodzielnie odnajdzize tego zboczeńca, po prostu bolał ją żołądek.
Potrzebowała odpocząć.
Prawie pękła, gdy Lucien zadał pytanie. Wciągnęła powietrze do płuc a potem mimowolnie zaczęła ciężej oddychać. Zaraz odwróciła głowę, a w jej oczach błysnęły łzy. Szybko jednak odpędziła je kilkoma gwałtownymi mrugnięciami, po czym jedną dłoń ułożyła na ręce mężczyzny, którą umieścił jej biodrze, a drugą przycisnęła do jego klatki piersiowej.
— Mhm — mruknęła żałośnie, niby na potwierdzenie, ale kto by w to uwierzył. Wówczas odwzajemniła jego spojrzenie, choć piętrząca się w oczach Luciena troska sprawiła, że poczuła się gorzej. — Wyprowadziłam się ze swojego mieszkania. Przeniosę się do brata, ale to chwilkę potrwa, więc… czy mogłabym tu zostać? — zapytała i z naprawdę z wielkim trudem zdobyła się na uśmiech. Jakos głupio jej było o to prosić. — Miałam zostać tylko do końca blackoutu, ale myślę, że zanim Rowan wszystko ogarnie, mogą minąć z dwa tygodnie — Przesunęła kciukiem po dłoni Luciena i znowu nabrała głębokiego wdechu. — Ktoś włamał się do mojego mieszkania. Zrobił mi zdjęcie, kiedy spałam i niby nic takiego się nie stało, ale… — Zaśmiała się nerwowo. — Jak ktoś może w ogóle robić takie rzeczy? Podobno jest więcej ofiar, ale policja niewiele przez ten czas zrobiła. Podobno są zajęci poszukiwaniami jakiegoś więźnia i nie mają na nic czasu.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dzięki latom praktyki Lucien wyrobił w sobie umiejętność wyłączenia się ze świata pozostawionego w Toronto oraz całkowitego focusu na konkretnych zadaniach. Była to niezwykle cenna w świecie motorsportu cecha, dzięki której udało mu się przetrwać kilka mniejszych lub większych kryzysów.
Sytuacje, które wpływały na wyniki jego pracy, zdarzały mu się bardzo rzadko, a ostatnią, jaka odbiła się echem podczas jego tegorocznej walki o tytuł mistrzowski, była ta lipcowa. Wszystko przez ten nieszczęsny epizod z ciążą, który na chwilę zupełnie wybił go z rytmu.
I choć obecnie problemy z prądem w mieście trochę komplikowały jego ułożone z wyprzedzeniem plany, tak nie odczuwał większych trudności przed rzuceniem się w wir zobowiązań. To właśnie w ten sposób zwykle radził sobie z samotnością.
Konkretne zadania pozwalały mu skoncentrować się na tym, co ważne i zajmowały jego umysł na tyle, by nie myśleć stale o pewnej uroczej ciemnowłosej, która najwyraźniej miała kilka ważnych spraw do załatwienia, zanim wróci do niego z powrotem. Ale kiedy już się pojawiła w jego mieszkaniu, poświęcił jej stuprocentową uwagę.
Dopiero po zobaczeniu jej na żywo, ze świadomością, że właśnie znajdowała się na wyciągnięcie ręki, pozwolił sobie poczuć wypełniającą go tęsknotę oraz ciepło, które zamierzał przekazać jej poprzez krótki pocałunek.
Nic też dziwnego, że po chwili wyczuł w jej zachowaniu tę przedziwną ostrożność. Różniło się ono diametralnie od czasu, gdy widzieli się ostatnim razem. Jej naturalny blask w oczach, zadziorny uśmieszek, którym zwykła go obdarzać oraz beztroskie pląsanie po mieszkaniu były wręcz nieodłącznymi elementami ich życia w poprzednim tygodniu. Tymczasem teraz nic nie zapowiadało podobnej atmosfery.
A na pewno nie łzy. Już po samej reakcji na pytanie zrozumiał, że n i c nie było w porządku. Jej nagłe odwrócenie głowy i kilkukrotne mrugnięcie, by opanować czające się pod rzęsami emocje, wywołały w nim nieprzyjemny dreszcz na plecach. Przełknął nerwowo ślinę i mimowolnie jedną z dłoni trzymanej na jej biodrze pogładził ją w pokrzepiającym geście, nie spuszczając z niej wzroku.
Nie uwierzył w jej potwierdzenie, a to zbyt oczywiste kłamstwo zdradzało jej spojrzenie, gdy wreszcie postanowiła je na niego podnieść.
— Jasne, nie ma problemu — powiedział łagodnie, przeciągając głoski. Jednocześnie ściągnął odrobinę brwi, próbując zrozumieć, co mogło doprowadzić do tak nagłej zmiany. Pozwolił jej mówić w swoim tempie, nie naciskając na nią, czując, jak z każdym jej słowem jego mięśnie samoistnie spinają się w oczekiwaniu. Kiedy usłyszał o włamaniu, jego brwi powędrowały do góry, a z ust wyrwało się zaskoczone: — Co?
W ułamku sekundy przelała się przez niego cała gama emocji. Sam już nie miał pewności, czy był bardziej zszokowany, zmartwiony czy zły, że dowiedział się o tym dopiero teraz. Pokręcił powoli głową z niedowierzaniem, lekko uchylając przy tym wargi.
— Czemu nic mi nie powiedziałaś? Porozmawiałbym z policją — zapytał z nutą pretensji w głosie. Nie miał pewności, czy powołanie się na własne nazwisko coś by dało, ale nie zaszkodziło przecież spróbować. — Nadal mogę to zrobić — dodał zaraz z przekonaniem, w głowie już obmyślając plan działania. — W ogóle jak się o tym dowiedziałaś?
W tym mętliku myśli i uczuć dopiero po kilku sekundach ułożył sobie wszystko w umyśle i, gdy już bardziej świadomie spojrzał w jej niebieskie oczy, pojął, że cokolwiek Zoyę powstrzymało przed zaangażowaniem go w sprawę, tak w tym momencie w jej jasnych tęczówkach dało się odczytać jedną, konkretną potrzebę. Przygryzł dolną wargę i odetchnął mocniej, jakby chciał wypuścić z siebie wszystkie kłębiące się w nim emocje.
— Chodź do mnie — mruknął i bez wahania, mimo posiadania na sobie wciąż trochę wilgotnego stroju sportowego, objął ją ramionami i zamknął w mocnym, bezpiecznym uścisku. W następnej chwili jedna z jego dłoni powędrowała na kark kobiety, a swój policzek wtulił w jej ciemne włosy.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak sam bardzo potrzebował jej ciepła, które z każdym kolejnym oddechem zaczęło przynosić mu spokój. Kiedy tak trwali przytuleni do siebie, myślał o tym, że przynajmniej teraz nie musiała się niczym martwić. Delikatne gładzenie jej po plecach miało dać jej dowód na to, że będąc przy nim, była bezpieczna. Nie pozwoliłby jej skrzywdzić.
— Mam nadzieję, że temu typowi nie ujdzie to na sucho — mruknął cicho w jej włosy, jeszcze przez chwilę nie wypuszczając jej z objęć. Dopiero, gdy Zoya poczuła się już lepiej, dał jej czułego całusa w głowę, po czym podniósł swoją i delikatnie zwolnił uścisk, tylko po to, by spojrzeć w jej piękną twarzyczkę. — Zostań tutaj, jak długo potrzebujesz. Klucze już masz, a z resztą sobie poradzimy. Zrobię ci miejsce w szafie — mówił zdecydowanym, opanowanym głosem, na koniec subtelnie unosząc jeden z kącików ust.
Już wcześniej jej rzeczy potrafił znaleźć tu i ówdzie, a klucze do mieszkania dał jej po to, by po wyjściu do sklepu czy załatwieniu czegoś na mieście mogła bez skrępowania wracać na miejsce nawet, kiedy sam miał do wypełnienia pewne zobowiązania. Przez ostatnie kilka dni razem, kiedy nastąpił blackout, radzili sobie całkiem dobrze, więc czemu tym razem miałoby być inaczej?
— Czego potrzebujesz? — dopytał jeszcze, spoglądając w jej oczy, gotów spełnić każdą jej zachciankę.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba Zoya znała już wystarczająco długo Luciena, aby być pewną, że pozwoli jej zostać trochę dłużej, niż początkowo planowali. Jednak mimo wszystko, kiedy potwierdził to słowami, poczuła zdwojoną ulgę.
Bardzo nie chciała więcej nocować w tamtym mieszkaniu. Miała też wrażenie, że po tak koszmarnym wydarzeniu nie była jeszcze gotowa na przeprowadzkę do nowego, obcego miejsca, które mogłaby przecież wynająć. Zdecydowanie wolała więc przeczekać u Luciena do czasu, aż będzie mogła wprowadzić się do brata.
Krótkie c o? odbiło się echem w głowie Zoi. Na moment zsunęła spojrzenie na czubki swoich kapci, po czym wraz z kolejnym pytaniem, uniosła wzrok, aby spojrzeć Lucienowi w twarz. Dostrzegła te wszystkie emocje, które kształtowały jego mimikę, przechodząc z jednej w drugą, aż poczuła nieprzyjemny skurcz żołądka.
— Oszalałeś? — wyrwało jej się i tym razem, zważywszy na wciąż wezbrane w Zoi emocje, spojrzała na mężczyznę z oburzeniem. Rozumiała, że mogło mu towarzyszyć jakieś rozczarowanie z powodu tego, że nie powiedziała mu wcześniej o włamaniu, ale zrobiła to tylko i wyłącznie dla jego dobra. — Jakby to wyglądało, gdyby Lucien Spencer zaangażował się w sprawę jakiejś obcej kobiety z Toronto? Na pewno ktoś by cię rozpoznał i na pewno sprawa zostałaby rozdmuchana. Nie chcę tego, więc proszę, nie mieszaj się — powiedziała prawdopodobnie ostrzej, niż chciała, ale to wszystko przez te... cholerne e m o c j e.
Zoya naprawdę miała dosyć tej całej sytuacji i związanego z tym stresu. Obecność Luciena na policji tylko by wszystko skomplikowała. Nie potrzebowała tego. Ba, oboje tego nie potrzebowali, zwłaszcza przed nadchodzącym wyścigiem. Patrzyła więc na mężczyznę w - wbrew pozorom - bardzo wymownym milczeniu, jakby usiłowała dać mu do zrozumienia, że mówiła bardzo, ale to bardzo poważnie. Następnie nerwowo zmieliła ślinę i westchnęła.
— Kolega mojego brata do mnie napisał. Łazi po opuszczonych budynkach i w jednym z nich znalazł zdjęcia. Było ich dużo i większość miała datę dwunastego października — wyjaśniła, a gdy ponownie przypomniała sobie o tamtej feralnej nocy, kiedy nie zdążyła wrócić do apartamentowca Luciena, natychmiast rozbolała ją głowa.
Potrzebowała go. Naprawdę bardzo go potrzebowała i aż poczuła się żałosna z tego powodu. Nie chodziło o pomoc w kwestiach organizacyjnych, ale o jego obecność w tych najtrudniejszych momentach, kiedy po prostu potrzebowała wsparcia. Sama nie wiedziała, kiedy Lucien zdążył tak głęboko zakorzenić się w jej głowie oraz w sercu, ale gdy tylko objął ją ramionami i zamknął w uścisku, poczuła się po prostu bezpieczna.
Ułożyła brodę na ramieniu mężczyzny i przymknęła powieki, gdy zaczął pokrzepiająco gładzić ją po plecach. Początkowo oddychała nerwowo, ale już po kilku sekundach zaczęła się uspokajać.
Nie przeszkadzało jej, że był po treningu; że miał wilgotne ubranie i unosił się od niego dość charakterystyczny zapach. Wszystko to było tak przyjemnie znajome, że nie miała ochoty prędko się odsunąć.
— Mhm. Ja też — odpowiedziała. Ciepło uścisku Luciena i spokojny ton głosu sprawiały, że napięcie, które dotąd ściskało klatkę piersiową Zoi w końcu ustąpiło. Więc kiedy odrobinę odsunęli się od siebie i obdarzył ją czułym całusem w czubek głowy, mógł zauważyć, że patrzyła na niego już znacznie spokojniej. — Naprawdę bardzo dziękuję — Ujęła jego twarz w obie dłonie i delikatnie, acz wesoło, zgniotła mu policzki. Zaraz wspięła się na palce i skradła prędkiego buziaka. — Nie rób mi miejsca w szafie. Nie będę się rozpakowywała. To tylko na chwilę — zapewniła szczerze. Naprawdę nie zamierzała nadużywać gościnności i naprawdę liczyła, że Rowan najdalej w ciągu dwóch tygodni upora się ze wszystkimi sprawami.
Dziwnie byłoby, gdyby przyzwyczaili do wspólnego mieszkania.
— Hmm... — mruknęła, po czym przesunęła dłonie na jego wilgotną koszulkę, a następnie schowała pod nią ręcę. — Może prysznic? — zaproponowała figlarnie. Oczywiście, że sama go nie potrzebowała, ale Lucien... zdecydowanie tak.

Zoya potrzebowała tego słodkiego zapomnienia, które Lucien podarował jej chwilę później, aby poczuć, że rzeczywistość powróciła do normy. Z niecierpliwością i niewyobrażalną ochotą pozbyła się kolejnych warstw ubrań, nie mogąc doczekać się bliskości, której tak bardzo pragnęła. Dopadła Luciena, a on z równym pożądaniem odpowiedział na jej gesty i... oczywiście raz zarazem sam inicjował następne intymne momenty.
Całowała go z pasją i niewyobrażalną tęsknotą; z namiętnością tak wielką, jakby od ich ostatniego spotkania minęły całe tygodnie, a nie zaledwie kilka dni. Nerwowo badała każdy fragment nagich mięśni mężczyzny, a jednocześnie z doskonale znaną sobie ufnością poddała się jego dotykowi i gorącu, które ostatecznie wstrząsnęło jej ciałem.
Po wspólnej kąpieli Zoya, już w pełni odprężona, przebrana w podomkowe ubranko, z ręcznikiem na głowie i z wypiekami na policzkach, sięgnęła do szafki po maseczki w kształcie zwierzątek. (Kupiła je któregoś po południa na małych zakupach) Wyciągnęła więc dwie w stronę Luciena, kiedy akurat wyszedł spod prysznica.
— Którą byś chciał? Tygryska czy pande? — zapytała, po czym od razu przesunęła spojrzenie po sylwetce mężczyzny i na dłużej zatrzymała się w strategicznym punkcie. Przygryzła wargę i wyciągnęła dłoń, zupełnie tak jakby zamierzała demonstracyjnie go tam złapać, po czym zrezygnowana mlasnęła i przeniosła wzrok wyżej, ku pięknym, błękitnym oczom Luciena. — Dostaniesz tygryska — zdecydowała i podała mu ręcznik. Następnie przysiadła na wydłużonym blacie przy umywalce, aby zabrać się za rozpakowanie uroczego kosmetyku. — Właściwie, co robiłeś przez ostatnie dni? Coś ustaliłeś w kwestii bankietu? — zapytała, nawet nie odrywając wzroku od opakowania, z którym dzielnie walczyła.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oszalałeś? Wyrzut i oburzenie słyszalne w jej głosie uderzyło w Luciena ze zdwojoną siłą i momentalnie skupiło na niej całą jego uwagę. Słowa ciemnowłosej nieprzyjemnie przecinały powietrze, ale dostrzegał w nich nie tylko jej punkt widzenia, ale przede wszystkim to, jak bardzo musiała tą sytuacją czuć się zmęczona.
Rozczarowanie nie było trafnym określeniem dla stanu emocjonalnego mężczyzny, bo nie winił jej za to, że mu nie powiedziała. Za to rozbudził się w nim absurdalny smutek oraz bolesna świadomość swojej niemocy, że Zoya nie pozwalała mu angażować się w część swojego życia. Posiadanie nazwiska, które coś znaczyło, miało swoje plusy i minusy.
— Dla mnie nie jest obcą — posłał jej wymowne spojrzenie, przerywając to chwilowe milczenie. — Przecież mogę mieć znajomych. Dla Ellie czy Maggie zrobiłbym to samo — zauważył z przekonaniem.
Znów jego upór przebijał się ponad rozsądek. Do Luciena docierał fakt, że mógłby sobie trochę skomplikować życie, ale z drugiej strony jej niemal chorobliwą dbałość o jego wizerunek uważał za lekką przesadę. Miał prawo wkraczać do akcji, jeśli sytuacja tego wymagała.
Nie pomyślał natomiast o jednym ważnym szczególe — nie zrobiłby tego dla wszystkich. Pomoc Ellie czy Maggie dało się jeszcze wytłumaczyć ich długoletnimi znajomościami, Zoya natomiast była kimś nowym, czym mógłby łatwiej zwrócić na nią uwagę prasy. A przecież sama niejednokrotnie przyznała, że wolałaby być z dala od rozgłosu.
Pod naporem jej wzroku jego przekonanie co do słuszności własnych intencji zaczęło maleć, aż w końcu zrezygnowany zwyczajnie przygarnął ją do siebie.
— Naprawdę mi przykro, że musiało cię to spotkać. Ale powinnaś wiedzieć, że możesz zwrócić się do mnie z każdym problemem, nawet, jeśli chciałabyś t y l k o porozmawiać. Nie musiałaś być z tym sama — wyszeptał, jeszcze zanim się od niej odsunął.
Kierował się naprawdę szczerymi intencjami. Chciał uczestniczyć w jej życiu na tyle, na ile chciała, ale też okrutnie ciążyła na nim granica ustanowiona przez jego pozycję w społeczeństwie. To znacznie wszystko im utrudniało. Mimo to chciał, by wiedziała, że nie musiał dla niej znajdować rozwiązania. Mógł przy niej po prostu być.
Jej pogodniejsze usposobienie przyjął z ulgą, a lżejszy uśmiech ozdobił jego twarz, kiedy postanowiła w nieco psotnym geście zmiętosić mu policzki. Przelotny buziak dopełnił swobodniejszej atmosfery, pozostawiając ich już w lepszych humorach.
— Zbyt dobrze wiem, jak to jest być ciągle na walizkach. Dlatego nawet podczas weekendowych wyjazdów wolę się rozpakować. Niby to tylko na chwilę, ale przez to czuję się bardziej na miejscu — poczęstował ją małą anegdotą na swój temat, nie spuszczając z niej wzroku. — Poza tym, szafa to znacznie wygodniejsze rozwiązanie. A twoje rzeczy i tak znajdowały już swoje miejsce w różnych częściach tego mieszkania — zauważył z łobuzerskim błyskiem w oku, po czym, widząc, jak kobieta rozchyla wargi, żeby zaoponować, uciszył ją pocałunkiem. Zaraz się od niej odsunął na niespełna centymetr. — To akurat nie podlega dyskusji — wyznał cicho, pewnie spoglądając w jej niebieskie tęczówki, by następnie zsunąć spojrzenie ponownie na jej pełne usta. Ponownie musnął je swoimi.
Kiedy tylko jej ręce przesunęły się po jego mięśniach pod wilgotną od potu koszulką, a z pomiędzy jej warg padła wymowna propozycja, niemal naprawdę oszalał. Wystarczył jej figlarny uśmiech, żeby z największą ochotą spełnił jej śmiałą zachciankę.

Lucien miał jedno, szczególne zadanie — sprawić, by Zoya zapomniała o problemach. Z ogromną żarliwością przykładał się do tego, pozostawiając na jej skórze gorące ślady swoich ust i dłoni badających ją tak, jakby znów przeżywali swój pierwszy raz.
Wspólna kąpiel była już dla nich swoistym rytuałem, przeżyciem, które za każdym razem paliło ogniem jego żyły, oszałamiało jego umysł i smakowało truskawką, by ostatecznie przynieść długo wyczekiwane spełnienie, spokój oraz odprężenie.
Po wszystkim, został jeszcze chwilę pod prysznicem, żeby dokończyć kąpiel. Wciąż nieco szumiało mu w głowie od wrażeń, gdy postanowił wyjść, akurat w momencie, jak Zoya sięgnęła do szafki po płaskie torebeczki z wizerunkami zwierzątek.
— Co to? — ściągnął brwi, po czym zaczesał palcami wilgotne pasma włosów do tyłu. Na jej demonstracyjny gest zmrużył figlarnie oczy z niemym wyzwaniem, a następnie wyciągnął rękę po wiszący tuż obok niej ręcznik. — Zdecydowanie bliżej mi do tygryska — rzucił z rozbawieniem, wycierając pobieżnie swoje ciało. Biały ręcznik po chwili owinął sobie wokół bioder i podszedł do ciemnowłosej zajmującej miejsce na blacie.
— Całkiem intensywnie pracowałem — stwierdził krótko, a widząc, jak ciężko szło jej otwarcie opakowań, delikatnie wyciągnął je z jej dłoni. — Jeździłem do firmy na symulatory, przygotować trochę materiału przed Hocken i zaliczyć kilka spotkań. — Przerwał plastik zębami, zręcznie oderwał końcówkę i podał jej kosmetyk, aby sięgnąć po pandę leżącą obok jej uda. — A bankiet przekładamy na najbliższy możliwy termin. Musieliśmy powiadomić wszystkich gości o zmianach. Mam nadzieję, że miasto upora się z awarią i po moim powrocie wszystko wróci już do normy. — To samo poczynił z drugim opakowaniem, które odłożył na bok i oparł się rękami na blacie, zamykając ją pomiędzy swoimi ramionami.
Na widok maseczki, która rzeczywiście przypominała postać tygryska pokręcił głową z rozbawieniem pomieszanym z niedowierzaniem, bo chyba zwariował.
— To jest mój pierwszy raz. Bądź delikatna — ostrzegł z udawaną powagą i żartobliwymi ognikami w oczach. Pochylił się do przodu i umożliwił jej założenie na siebie kosmetyku.
Przymknął oczy, gdy tylko poczuł na swojej skórze chłodny materiał, który Zoya delikatnie wygładziła palcami. Po otwarciu oczu zobaczył przed sobą wesołą twarz kobiety i aż sam odwzajemnił ten uśmiech, w następnej sekundzie dziwiąc się temu przedziwnemu ściągnięciu na buzi.
— Coo, taki ładny ze mnie tygrysek? — zagadnął ochoczo i raptownie potrząsnął głową, aż drobna mgiełka z jego włosów wzbiła się w powietrze, osadzając się na jej twarzy i dekolcie.
Zaraz zaśmiał się z powodu jej reakcji i przechylił się na bok, żeby wyjrzeć na lustro. I wcale się nie dziwił, czemu ciemnowłosa miała taki dobry humorek, bo wyglądał bardzo osobliwie. Parsknął śmiechem i szybko poprawił włosy.
— I jakie wspaniałe efekty nas po tym czekają? — zapytał, gdy powrócił do Zoi. Przyglądał się z zaciekawieniem, jak dziewczyna zakładała na siebie maseczkę pandy i intuicyjnie podniósł dłoń, żeby pomóc jej wygładzić brzegi. — Piękna jesteś — powiedział ni to poważnie ni to żartem, jeszcze przez kilka sekund podziwiając jej twarzyczkę. — A dostanę za to poświęcenie buzi? — ułożył demonstracyjnie usta w dziubek, ale nie poczekał. Sam sobie go odebrał, po czym wyprostował się.
— To byłby dopiero content na fanpage Merca — zaśmiał się i skierował swoje kroki do sypialni po ubrania.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya postanowiła darować sobie mówienie Lucienowi, że jego zainteresowanie i zaangażowanie bardzo jej schlebiały. Wciąż jednak uważała, że mimo wszystko była jego kochanką; przyjaciółką do seksu, a ze względu na tajemnicę ich relacji nie powinien zbytnio angażować się w jej prywatne sprawy.
Na dźwięk pokrzepiających słów mocniej zacisnęła dłonie wokół bioder mężczyzny i przytaknęła nadal wtulona w jego ramię. Była mu wdzięczna za wszystko, co zrobił, czego nie zrobił i co chciałby jeszcze zrobić. Jednak ostatecznie w całym tym bałaganie, z którym musiała się obecnie zmagać, po prostu chciała nacieszyć się tym, że znowu był blisko.
Naprawdę blisko, co po raz kolejny Zoya uświadomiła sobie, kiedy uciszył jej sprzeciw pocałunkiem. Nawet nie zdążyła dokończyć pierwszej głoski w swoim planowanym nie trzeba.
— W porządku — zgodziła się lekkim tonem, po czym prychnęła rozbawiona — Wygrałeś. Rozpakuję się jutro.
Tak naprawdę nie miała ze sobą wielu rzeczy. Jedna torba zawierała ubrania, zaś druga kosmetyki i przedmioty, które wolała mieć pod ręką. M.in własną suszarkę, prostownicę, polaroida, którym od czasu do czasu cykała zdjęcia, kilka spinek do włosów i dwie dodatkowe pary butów.

Reset w postaci namiętnego seksu pod prysznicem, okazał się idealnym rozwiązzaniem, aby przeginić (chwilowo) z głowy Zoi wszelkie troski. Miło było dla odmiany w końcu się wyłączyć i spędzić kilka beztroskich chwil sam na sam w łazience.
Jak chociażby...

— Maseczki nawilżające — odpowiedziała zgodnie z prawdą. Potem zachichotała na uwagę, że bliżej mu było do tygryska.
Obserwowała jak Lucien rozpakowywał kosmetyk z czym wcześniej sama nie potrafiła sobie poradzić, a potem w skupieniu wysłuchała o tym, jak ciężko pracował przez ostatnie dni. Intuicyjnie przekrzywiła głowę, doskonale rozumiejąc, że pomimo blackoutu Lucien nadal miał wiele zobowiązań. Zaraz odebrała od niego otwartą już maseczkę i przez chwilę trzymała ją w dłoni.
— Przyszły alerty, że w części miasta udało się przywrócić zasilanie — odezwała się trochę zamyślona, przypomniawszy sobie o wiadomości. — Więc jest spora szansa, że kiedy wrócisz, wszystko znów będzie normalne. Jak się właściwie się czujesz? Wyścig już niedługo — zapytała.
Finał zbliżał się wielkimi krokami, a Lucien był przecież tegorocznym faworytem. Nigdy nie rozmawiali o tym, jakie emocje towarzyszyły mu podczas przygotowań ani co czuł w dniu samego startu. Była tego ciekawa i... chciała zzaznajomić się z jego uczuciami.
Zoya poruszyła się na blacie. Wyprostowała plecy, po czym pochyliła się w stronę mężczyzny. Delikatnie odgarnęła z jego czoła bardziej niesforne kosmyki włosów, gdy oparł dłonie po obu stronach jej ud. Znów znaleźli się niestosownie blisko, ale jak zawsze dobrze się z tym czuła.
— Pierwszy raz? — Rozwinęła maseczkę. — Właściwie nigdzie się jeszcze nie ruszam. Może powinniśmy mieć więcej takich twoich pierwszych razy? — Zaczęła ostrożnie naklejać mu produkt na twarz. — Czego jeszcze nie robiłeś? — zapytała zaciekawiona, jednocześnie wygładzając maseczkę tu i ówdzie. Im dłużej to robiła, tym szczerzej się uśmiechała, bo po wszystkim Lucien wyglądał naprawdę u r o c z o. — Oczywiście. Najlepszy kociak w mieście. Mrau — zażartowała, ledwo powstrzymując się przed głośnym wyśmianiem samej siebie za ten beznadziejny, cringowy tekst.
W odpowiedzi na reakcję mężczyzny zmrużyła powieki i nieco odsunęła twarz, gdy niespodziewanie potrząsnął głową. Już po chwili poczuła na sobie kropelki wody. Natstępnie obserwowała, jak przypatrywał się swojemu odbiciu w lustrze, po czym ostatecznie zajęła się zakładaniem własnej maseczki.
— Nie jestem pewna — prychnęła rozbawiona i wyciągnęła szyję, gdy Lucien zdecydował się poprawić brzeg jej kosmetyku.
Słysząc dosyć osobliwy komplement uniosła brwi i delikatnie rozchyliła usta. Momentalnie zaczęła wpatrywać się w jasne oczy mężczyzny, zaskoczona tym nagłym, choć zarazem lekkim wyznaniem. Drgnęła dopiero na dźwięk pytania, ale nie zdążyła nawet zareagować, bo Lucien jako pierwszy skradł jej całuska.
— Hej! — Udała oburzenie i klepnęła go w nagą klatkę piersiową. Zaraz objęła jego kark i mocno zaplotła nogi wokół jego bioder. — Chodźmy porobić sobie zdjęcia na tego fanpagea — zaproponowała, przy czym mocno przywarła do torsu mężczyzny, dając mu tym samym do zrozumienia, że powinien ją zanieść. — Nie robiliśmy sobie fotek od czasu wycieczki na jachcie — zauważyła.
Zoya nie pozwoliła Lucienowi się ubrać. Uznała, że tak będzie ciekawiej. Stanęli więc w salonie, a ona niewyobrażalnie zadowolona z siebie, wyciągnęła z torby polaroida i demonstracyjnie zaprezentowała go Lucienowi, po czym zrobiła pierwsze zdjęcie. Z zaskoczenia! W kiepskim, awaryjnym świetle wyszło dość niewyraźnie, ale sylwetka mężczyzny i tak odcięła się na ciemnym tle, gdy patrzył na nią z rękami opartymi na biodrach, nagą klatką piersiową i dziwnym spojrzeniem.
Później cykali sobie zdjęcia z bliska, dzięki czemu uwiecznili swoje urocze maseczki. Mieli fotografie z wystawionymi językami, głupimi minami i mniej lub bardziej namiętnymi pocałunkami. Uśmiechnięci, udający smutnych, złych i obłędnie radosnych. Pozowali w najdziwniejszych fiurach. Raz on na niej, raz ona na nim. Momentami byli wykrzywieni w kuriozalnych pozycjach oraz ubawieni po same uszy z prawdziwym s z c z ę ś c i e m iskrzącym w oczach.
W międzyczasie sięgnęli po butelkę wina, którą prędko opróżnili, przez co kolejne zdjęcia stały się jeszcze bardziej absurdalne, a polaroid niezmiennie wypluwał jedną fotografię za drugą. Na jednej Lucienowi zsunął się ręcznik, a Zoya pochyliła się, aby go podciągnąć. Ba, lampa błyskowa uwieczniła moment, w którym ledwie zdążyła zasłonić mu genitalia i będąc w połowie kucka patrzyła zdumiona w obiektyw. Inna przedstawiała ją potykającą się o stolik. Wylądowała na blacie z pośladkami wypiętymi w stronę aparatu. Dwie kolejne już bez maseczek, wyszły niewyraźnie i z wyjątkowo świetnie zaprezentowanymi zezami. Na następnej lizali pustą butelkę po winie i niby przypadkiem dotknęli się koniuszkami języków. Na jeszcze innej Zoya gryzła Luciena w ucho. Potem to on gryzł ją w skroń.
Nie zabrakło również tych ładniejszych obrazów; tych bardziej intymnych. Na jednym Lucien nonszalancko trzymał Zoyę za brodę i całował. Na następnym wtulała nagie piersi w jego klatkę piersiową, a na jeszcze innym patrzyli na siebie w milczeniu z nieodgadnionymi wyrazami twarzy.
Po wszystkim pomiędzy nimi znów doszło do wybuchu namiętności. W głowie Zoi szumiało wino, ale nie zamierzała odmówić sobie przyjemności dosiadania Luciena na kanapie. Ten moment również przypadkiem został uwieczniony na jednej z fotografii przez cholerny samowyzwalacz.
— Są genialne! — krzyknęła zachwycona, już ubrana i rozłożona plackiem na siedzisku z nogami przerzuconymi przez uda Luciena. Trzymała zdjęcia tuż przed oczami i przeglądała je jedno po drugim. — To jest super. Wsunę sobie za obudowę telefonu. — Nagle poderwała się do siadu skrzyżnego i podetknęła mężczyznie pod nos fotografię, na której oboje mieli jeszcze maseczki. Miętosił na nim w dwóch palcach policzki Zoi, przez co miała naprawdę durną minę. — Uwielbiam oglądać zdjecia.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien pokiwał głową na wzmiankę o alertach. Miał nadzieję, że pocieszające słowa Zoi rzeczywiście się sprawdzą i niedługo miasto upora się z tą awarią. W razie czego miał jednak plan b.
— Jestem zadowolony ze swoich wyników, samochodu i formy, więc wygrana jest w zasięgu ręki. Z tym, że nie myślę w tych kategoriach. Liczy się głównie czysty przejazd, do czego potrzebuję nie tylko umiejętności i sprawnego auta, ale i trochę szczęścia — przyznał lekkim tonem. Nie zamierzał niepotrzebnie się stresować. Wyścig jak wyścig, zależało mu przede wszystkim na daniu z siebie stu pięćdziesięciu procent, a co będzie na mecie… — Wiem, kto przyniósł mi je ostatnio. Chyba mam swój własny talizman — dodał, uśmiechając się znacząco do ciemnowłosej.
Im bardziej zbliżał się finał sezonu, tym bardziej chciał, żeby Zoya znalazła się podczas ostatniego wyścigu DTM gdzieś w zasięgu jego wzroku. Jako wsparcie, które znaczyło dla niego więcej, niż chciał to przed sobą przyznać.
Wiedział jednak, że to niemożliwe, więc nawet nie próbował jej tego proponować. Podjąłby nie tylko zbędne ryzyko, ale i wymusił na niej coś ponad u k ł a d. I tak już wystarczająco zapędził się, zapraszając ją na bankiet, niemniej przekonywał siebie, że tam łatwiej będzie im stwarzać dobre pozory.
Kiedy kobieta delikatnie odgarnęła opadające mu na czoło wilgotne kosmyki włosów, poczuł przyjemne ciepło. To było m i ł e. Niezmiennie nadal podobała mu się intymność oraz swoboda, jaką posiadali w swoim towarzystwie.
— Hmmm… — zastanowił się chwilę, marszcząc przy tym nos. — Nie mam pojęcia, jestem otwarty na propozycje. Ale na pewno nie dam sobie pomalować paznokci lakierem — zastrzegł zaraz, znacząco unosząc brew, choć jego tygryskowa mina nie miała nic wspólnego z jego poważnym głosem.
Na jej cringowy tekst zamruczał niczym groźny kot i poruszył zabawnie brwiami, po czym jego usta rozszerzyły się pod wpływem wesołego uśmiechu.
— Może dodatkowe dziesięć lat młodości? — rzucił żartobliwą tezę, wygładzając jej maseczkę.
Wyglądała w niej tak uroczo, że nie potrafił powstrzymać komplementu, który po chwili padł z jego ust. A potem zuchwale skradł sobie buziaka, jej oburzenie tym faktem kwitując parsknięciem śmiechem.
Natomiast, gdy oplotła udami jego biodra, znów całkowicie skupił na niej swoje myśli. Dłonie automatycznie znalazły swoje miejsce na jej pośladkach, i przysunął ją bliżej siebie. Bynajmniej nie zamierzał jej puszczać.
— Och, chcesz je wrzucić na forum fanowskie tak, jak wtedy? — zapytał z aroganckim uśmieszkiem, bo pamiętał, czy to się skończyło. Doigrała się. Ostatecznie oboje wpadli do wody, a jego Rolex ucierpiał na tym najbardziej.
Nie miał do końca pojęcia, co też ciemnowłosa kombinowała, dlatego kiedy przeniósł ją na dół i postawił na środku salonu, z zaciekawieniem oraz podejrzliwością przyglądał się, jak wyciągała polaroid. Z rękoma opartymi o biodra, ściągnął jedynie usta w wąską linię, zanim nastąpił pierwszy, niespodziewany błysk lampy.
Później nastąpiło czyste wariactwo. Aparat błyskał raz po raz, uwieczniając ich pozowane miny, pocałunki i pozycje. Te ściany dawno nie słyszały tyle śmiechu, co tego popołudnia, gdy z takim zaangażowaniem tworzyli nowe wspomnienia. Butelka wina, którą opróżnili w międzyczasie, pozwoliła im rozluźnić się jeszcze bardziej i przejść do znacznie śmielszych poczynań, które zakończyły się w jeden sposób — żarem, który zawładnął ich ciałami i umysłami, prowadząc do pełnych namiętności scen, uwiecznionych przez niesforny samowyzwalacz.
Po wszystkim siedział na kanapie niedbale owinięty ręcznikiem ze stopami na blacie stolika kawowego i gładził leniwie rozłożone na jego udach nogi Zoi. Bezmyślnie patrzył na jej zmieniającą się przy każdym zdjęciu mimikę twarzy i musiał przyznać, że taka beztroska i szczęście pasowały do niej najbardziej.
— Mhm, będziesz miała z czego sobie je wymieniać. Na każdy dzień tygodnia — uśmiechnął się na widok podsuniętego mu zdjęcia w maseczkach, po czym przeniósł wzrok na resztę porozrzucanych na blacie zdjęć.
Skoro już zabrała z niego zgrabne łydki, wyprostował się do pozycji siedzącej i po krótkim obrzuceniu wzrokiem fotografii wziął do ręki tę, na której widać było jego profil i składany na jej łabędziej szyi pocałunek. Oprócz zarysu jej brody i konturów części ciała nie dało się rozpoznać, kim właściwie była postać i właśnie dlatego wydawała mu się to idealna pamiątka.
— To pojedzie ze mną do Niemczech — powiedział, chyba bardziej do siebie, niż do Zoi. Jeszcze przez chwilę mu się przyglądał, gdy usłyszał jej stwierdzenie. — A… właściwie mam coś dla ciebie — odwrócił na nią swoje jasne spojrzenie, a jego twarz rozjaśnił przebiegły uśmiech. — Pomyślałem, że wezmę to z domu rodziców, żeby ci pokazać — mówiąc to, podniósł się z miejsca i owinął się ciaśniej ręcznikiem, by następnie przejść do komody nieopodal i zgarnąć z niej welurowy album. Z nim w ręku wrócił do Zoi i jej wręczył. — Niepodważalny dowód na to, że zawsze byłem słodziakiem — mrugnął do niej zawadiacko, by zaraz udać się na górę po dresy i podkoszulkę.
W międzyczasie dziewczyna mogła na pierwszych stronach zobaczyć małego chłopczyka na rękach rodziców na progu ich posiadłości, później nieco starszego, ale wciąż bobasa z dumnym tatą na kolanach na gokarcie. Trochę dalej znajdowały się już pierwsze ćwiczenia i występy na torze, przeplatane wycinkami z gazet o osiągnięciach młodzieńca. Wśród nich wklejone zostały także pojedyncze fotografie z golden retrieverem oraz przedstawiające jego, małą Ellie i jeszcze jednego chłopca na wspólnych wakacjach, których roześmiane twarze zmieniały się wraz z wiekiem. Chłopca podpisanego jako Nathan, można było rozpoznać również stojącego z Lucienem na podiach czy w boksie. Gdzieś pomiędzy pojawiło się kilka zdjęć z czasów szkolnych, głównie z dyplomami i tulącą go z dumą mamą, niemniej główną ich część stanowiło życie w padoku i na torze.
Kiedy Lucien w końcu zszedł na dół w szarych dresowych spodniach i białej podkoszulce, zobaczył pochyloną nad albumem Zoyę.
— Możesz przyglądać się do woli, nie dopatrzysz się tam żadnych kompromitujących zdjęć. Czysta słodycz — zażartował i klapnął przy niej, jedną ręką opierając się za jej plecami i pochylając się z zainteresowaniem w stronę welurowej księgi. Jego zdaniem stanowiła piękną laurkę własnoręcznie sporządzoną przez jego matkę. Czasem aż nawet za bardzo idealną.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Jest ich tyle, że będę musiała wymieniać je po kilka razy dziennie — stwierdziła wielce rozbawiona, przyglądając się kolejnemu zdjęciu, które podniosła ze stolika. Pozostałe, jakie ledwo przed chwilą trzymała w dłoniach, odłożyła na bok kanapy.
Kątem oka dostrzegła ruch Luciena i mimowolnie ponownie zwróciła twarz w jego stronę. Przylgnęła mu do boku i wścibsko zerknęła na fotografię, którą wybrał. Było to jedno z wyraźniejszych, acz bardziej tajemniczych zdjęć. Pozostawała na nim incognito. Potaknęła więc z aprobatą dla tego wyboru.
— Co takiego? — zapytała natychmiast. W tej samej chwili mężczyzna mógł dostrzec, jak zaczęła spoglądać na niego zaskoczonym wzrokiem, spod delikatnie uniesionych brwi i z uroczo wydętymi ustami. Następnie podejrzany uśmiech Luciena sprawił, że Zoya automatycznie zmrużyła powieki. I nie spuszczając z niego oczu, obserwowała, jak ruszył w stronę komody, aby po kilku sekundach wrócić z welurowym albumem. — Powiedziałam kiedykolwiek, że jesteś słodziakiem? — zapytała retorycznie i jednocześnie ostrożnie odebrała od niego przedmiot. Dalej ułożywszy album na nagich udach z należnym mu szacunkiem, otworzyła pierwszą stronę.
Najpierw, zanim zerknęła na zamieszczone w albumie fotografie, jeszcze przez moment obserwowała, jak mężczyzna udał się na górę. Jej spojrzenie powędrowało na jego odkryte, umięśnione plecy, ramiona, a następnie niżej ku ręcznikowi, który zapobiegawczo przytrzymał dłonią. Wówczas wypuściła z siebie ciche westchnienie, po czym z uśmiechem skupiła się na albumie.
Zoya niespiesznie przeglądała każdą ze stron. Uważnie śledziła etapy dorastania Luciena i musiała przyznać, że był naprawdę uroczym chłopcem. Chwilami nie potrafiła zapanować nad rozanieleniem, jakie mimowolnie ją ogarniało na widok niektórych fotografii. Uśmiechała się, a czasem wręcz prychała wesolutko. Zdarzyło się też, że z dziwnym sentymentem przesunęła opuszkiem palca po twarzy Luciena, po czym prędko przechodziła do kolejnych obrazów.
Zdjęciom z sekcji poświęconej pamiątkom z początków początku kariery poświęciła jeszcze więcej uwagi, ponieważ przy niektórych musiała dokładniej wczytać się w wycinki z gazet. Lucien Spencer zdawał się być złotym chłopcem. Niczego mu przecież nie brakowało, a jednak Zoyę zakuła jedna, bardzo podstępna myśl. Mianowicie czy tak młody człowiek rzeczywiście powinien wkładać we własne dzieciństwo aż tyle wysiłku. Po raz kolejny uderzyła w nią świadomość, jak bardzo się od siebie różnili.
Usłyszawszy kroki, na moment oderwała się od albumu i zerknęła na Luciena.
— Moje rodzinne zdjęcia skończyły się, kiedy zmarła mama — rzuciła, dzieląc się z nim właściwie nieistotną informacją, ot tak, z potrzeby powiedzenia czegokolwiek. — I może to i dobrze, bo na wielu fotkach było widać, jak kleję się do Alexa. Całowałam go znienacka i byłam przekonana, że zostanie moim mężem. Teraz, kiedy sobie o tym przypominam, przechodzą mnie dreszcze — wyznała bardzo zażenowana sobą sprzed jakichś osiemnastu lat.
Zaraz potem ponownie skupiła się na albumie. Tym razem rozpoznała na zdjęciu Ellie, więc stuknęła palcem w jej twarz.
— Była słodka, ale nie jest tu do siebie podobna. Teraz... hmm... — Zamyśliła się na kilka sekund, a w międzyczasie Lucien zdążył zejść już całkiem na dół. — Za bardzo się maluje. I chyba zrobiła usta — stwierdziła, przytakując samej sobie, po czym wysłuchała wypowiedzi mężczyzny, odnoszącej się do kompromitujących zdjęć. — Wiesz, jakby nie patrzeć, wolę oglądać ciebie nago w dorosłej wersji, niż kiedy byłeś dzieckiem, ale z drugiej strony... Nie masz zdjęcia w plastikowej misce na podwórku? My raz wleźliśmy do takiej całą szóstką, aż w końcu pękła — zaśmiała się, po czym ponownie pochyliła nad albumem.
Przejrzała jeszcze kilka stron, zanim odezwała się ponownie.
— Masz na koncie naprawdę mnóstwo sukcesów. Twoja mama wygląda na dumną, kiedy cię przytula — zauważyła, przesuwając całą dłonią wzdłuż fotografii, na której pani Spencer pozowała razem z synem. — Musiała bardzo cię wspierać, co?
Posłała mu łagodny uśmiech. Przez głowę Zoi przemknęła kolejna, nieproszona myśl. Miał naprawdę idealne życie. Ale... być może dawno nie przeglądała własnych rodzinnych albumów, jednak miała wrażenie, że jej pamiątki ograniczały się głównie do zdjęć z biesiad, ognisk, biwaków i hucznych, acz tandetnie zorganizowanych urodzin. Przypominały o stajni i gospodarstwie; o beztroskich dniach spędzonych wśród bliskich. Na niektórych była brudna, szczerbata, ale zawsze uśmiechnięta od ucha do ucha.
Nie miała jednak na swoim koncie tylu sukcesów, a zwłaszcza na tak wczesnym etapie życia. Nie posiadała więc zbyt wielu powodów, aby się nimi chwalić tak jak Lucien.
— A kto to jest? Twój przyjaciel? — zapytała i cofnęła się o dwie strony. Zaraz wskazała na chłopca, który już kilkukrotnie mignął jej przed oczami. Raz nawet zauważyła go nawet obok Ellie, ale obecnie stał przy Luciena na podium. — Nathan. Ładne imię. Też jest teraz zawodowym kierowcą? — dopytała, patrząc na niego w ciekawski sposób.
Nie była pewna, czy może po prostu za mało angażowała się w zdobywanie informacji z internetu, ale nie kojarzyła tego imienia z listy kierowców startujących w serii, w której ścigał się Lucien. Mimowolnie uznała, że albo rywalizował w innej kategorii, albo nie zdołał przebić się do wyścigów lub zwyczajnie zrezygnował.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien nie miał tak fantastycznego, beztroskiego dzieciństwa, jakim mogła poszczycić się Zoya. O tym dobitnie przekonywał się podczas każdej wizyty w Huntsville, gdy słuchał jej wesołych wspomnień z czasów spędzonych z braćmi na farmie oraz doświadczał sielskich klimatów. Nie miał wątpliwości co do tego, jak oba ich światy różniły się od siebie. Niemniej, skoro pozwoliła mu zajrzeć do swojego i pokazała całą siebie, on chciał odwdzięczyć się jej czymś podobnym.
To dlatego, widząc kilka welurowych okładek w witrynie w posiadłości Spencerów, wpadł na pomysł zabrania swojego albumu ze sobą, który teraz spoczywał w jej rękach.
— Nie musiałaś. Ja o tym w i e m — zaśmiał się, przekonany o swojej racji. W końcu a r o g a n c j a była jego drugim imieniem.
Już ubrany, schodził po schodach, przyglądając się kobiecie z nieukrywanym zaintrygowaniem. Niby nie miał sentymentu do fotografii z dzieciństwa i wycinków z gazet, którym ciemnowłosa tak badawczo się przyglądała, ale miał wrażenie, że właśnie w ten osobliwy sposób dzielił się z nią kolejną intymną sprawą. Uchylał przed nią rąbek siebie, obnażając się ze swojego idealnego, acz, jak na jego gust, trochę sztywnego życia, opartego na wiecznych zasadach i skupieniu na przyszłości.
— No wiesz, z braku laku… — zmrużył żartobliwie oczy, jakby nie miał przekonania co do jej gustu. Próbował się przy tym nie roześmiać na głos na widok jej zażenowanej miny. — Na szczęście, twój gust znacznie się poprawił przez te lata — stwierdził zaraz, a sądząc po jego zuchwałym uśmiechu nietrudno było zgadnąć, że mówił o sobie.
Na opinii Zoi względem jego przyjaciółki z dzieciństwa tym razem wzruszył lekceważąco ramieniem.
— Możliwe. Nie mnie oceniać — rzucił pogodnie. — Początkowo, jak byliśmy jeszcze w podstawówce, nasi rodzice próbowali nas spiknąć, ale już po pierwszym spotkaniu wiedzieliśmy, że to się nie sprawdzi. Była stanowczo za głośna, wszędzie było jej pełno i wpychała się wszędzie, gdzie się da. Od zawsze lubiła się buntować — zaśmiał się cicho do własnych wspomnień. Z biegiem czasu wcale się temu nie dziwił – chyba tak już młodsze rodzeństwo miało. I właśnie trochę jak młodszą siostrę ją traktował. — Na podwórku to ja miałem basen — parsknął w odpowiedzi na następną ciekawostkę z czasów jej dzieciństwa.
I zero towarzystwa. Tak niestety przedstawiały się lata jego wczesnej młodości. Ściany posiadłości w Don Mills nigdy nie zaznały gwaru wywołanego dziecięcą beztroską. A właściwie rozbrzmiewały tylko od święta, gdy odwiedzali ich Rothmansowie. Na czwarte urodziny dostał Sandy, która potem długo cieszyła go swoją obecnością w dużym, pustym domu.
Widok zdjęcia z mamą, którą obejmował z triumfalnym uśmiechem tuż po zajęciu pierwszego podium po awansie na większy gokart, wywołał w nim delikatny uśmiech.
— Taak, do tego stopnia, że na początku trochę bawiła się w mojego menadżera — odpowiedział z rozbawieniem i przechylił głowę na bok. Wtedy jeszcze niewiele rozumiał, co się wokół niego działo i co było dla niego najlepsze. — Często jeździła ze mną na zawody. Później bardziej zaczęła pochłaniać ją fundacja i pozostał mi tylko tata, ale i on przecież od zawsze miał sporo swoich zobowiązań — wzruszył lekko ramionami.
Isobel zawsze go wspierała, akurat na to nie mógł narzekać. Była dumna z jego dokonań i zawsze popychała go do przodu, kiedy coś szło nie tak. Nie pozwalała mu się poddawać. Jednak ich relacja znacząco wybiegała od tej, jaką Zoya miała z własną mamą — Spencer była kobietą sukcesu, która rzadko kiedy miała czas na to, by przysiąść w jednym miejscu i po prostu porozmawiać. A jeśli już to się działo, to rozmowy sprowadzały się głównie do jednego — postępów Luciena.
Dlatego cieszył się, że miał wtedy obok siebie przyjaciół. Już na dźwięk tego słowa i wyraźnego zainteresowania Zoi, wiedział, o kogo chodziło. Nie musiała pokazywać twarzy, którą znał zbyt dobrze. Znał.
Na pytanie o Nathana wyprostował się na kanapie i przesunął nerwowo dłońmi po swoich udach, po czym przygryzł policzek i pokiwał głową, usilnie starając się jej nie poprawić odruchowo.
— Mhm — potwierdził mruknięciem, czując, jak na widok swojego przyjaciela mięśnie na jego karku ulegają nieprzyjemnemu spięciu. — To brat Ellie. Zginął w wypadku samochodowym pięć lat temu — na ułamek sekundy zwinął usta w wąską linię, gdy przemknęło mu przez myśl, że ten czas leciał zdecydowanie zbyt szybko. — Wracał z nią z ferii zimowych, jadące z naprzeciwka auto straciło przyczepność. Nathan był cholernie dobrym kierowcą, więc przyjął uderzenie na siebie i ją uratował — wyjaśnił z typowym dla siebie opanowaniem, choć jego palce bezwiednie zacisnęły się mocniej na jego udzie. — A tamten facet… okazał się pijany — skrzywił się trochę, by następnie wypuścić głośno powietrze i oprzeć się przedramionami o kolana. — Startowałem czasem z Nathanem w wyścigach, w jednym zespole, na zmianę w trakcie pit stopu. Był naprawdę dobry w tym, co robił. Mieliśmy ambicje razem zdobyć mistrzostwo GTWC. Od czasu wypadku staram się unikać sprintów. Wychowaliśmy się w jednej stajni. Bez niego jest jakoś inaczej — westchnął ciężko, z narastającą nostalgią w głosie.
Znali się od dziecka, razem jeździli na każdy obóz, trenowali i dzielili świat motorsportu. Ich przyjaźń wywarła na Lucienie ogromny wpływ, podobnie jak jego niespodziewana śmierć, o której rzadko rozmawiał z kimś tak otwarcie.
Zerknął na Zoyę, w której oczach odbijała się troska, więc uśmiechnął się do niej na znak, że to nic takiego. To przynajmniej sobie od pięciu lat wmawiał. Zaraz szturchnął ją lekko ramieniem w ramię.
— Tooo w skali od jeden do dziesięciu jak dużym jestem nudziarzem? — zapytał żartobliwie, wskazując brodą na album, a następnie obdarzył ją wyzywającym spojrzeniem.
Chciał pozbyć się tej ciężkiej atmosfery, która nagle zapanowała w powietrzu między nimi. Cokolwiek miała powiedzieć, zamierzał przyjąć to na klatę. I odciągnąć ich uwagę od poprzedniego tematu.
— Właściwie… jestem głodny — zauważył po chwili i wyprostował plecy, ciekaw jej reakcji.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prychnęła ni to ironicznie, ni to z rozbawieniem, gdy Lucien po raz kolejny zaprezentował, jak bardzo potrafił być a r o g a n c k i. Nadal jednak było w tym coś uroczego, dlatego jego drobną przekomarzankę Zoya ostatecznie puściła mimo uszu.
— No nie wiem — rzuciła, udając powagę w odwecie za kolejne żarty. Przesunęła spojrzeniem po sylwecie mężczyzny, po czym cmoknęła ze sztuczną dezaprobatą i pokręciła głową. — Alex w sumie nie jest zły. Ma przystojną buzię, szerokie ramiona i no, całkiem ładny tyłek. Jest też bardzo silny. Wiesz, że potrafi przenosić beczki na głowie? — dodała z uznaniem. — I właściwie nie jest moją biologiczną rodziną, więc może powinnam się nad tym lepiej zastanowić? — zasugerowała żartobliwie, aby zaraz znowu się roześmiać. — Nie ma mowy — odpowiedziała sama sobie, czując na skórze kolejny dreszcz. Być może nie łączyły ich więzy krwi, ale wychowała się z Alexem jak siostra z bratem. Istniały jakieś granice.
Później płynnie przeszli do rozmowy o Lucienie i fotografiach. Zoya nadal czuła się dziwnie zaszczycona, że w ogóle zechciał podzielić się z nią wspomnieniami z dzieciństwa. Z zainteresowaniem przeglądała zdjęcia, a kiedy zaczął opowiadać o Ellie i próbie zeswatania, uniosła wysoko brwi. A potem mocno je zmarszczyła, słysząc, jak wymieniał kolejne cechy dziewczyny, które podobno mu się nie spodobały.
Prychnęła, bo nie uwierzyła w te bzdury, które właśnie wygadywał.
— Doprawdy? — zapytała i niby obojętnie przewróciła stronę w albumie. — A ja myślałam, że właśnie takie kobiety idealnie do ciebie pasują, Lionel — zauważyła, zerkając na mężczyznę z wyjątkowo wymownym uśmieszkiem. — Chyba musiało mi się coś pomylić — mruknęła, po czym demonstracyjnie potaknęła sama sobie.
Zoya była zdecydowanie za głośna i wszędzie sie pchała. W dodatku od zawsze lubiła się buntować i stawiać na swoim. Być może właśnie dlatego tak szybko złapała dobry kontakt z Ellie.
Na wzmiankę o basenie głośno westchnęła, po czym zacisnęła wargi. Tym razem spojrzała na Luciena spod lekko przymkniętych powiek.
— Fajnie, że miałeś basen — sarknęła. Nie kryła przy tym wesołej i niewinnej zazdrości. — I pewnie więcej dzieciaków się do niego zmieściło niż do mojej plastikowej miski, co? — zapytała sztucznie oburzona. — Wyobrażam sobie, jak świetnie musiałeś sie w nim bawić z rówieśnikami.
Mimowolnie wyobraziła sobie wszystkie spotkania z dzieciakami ze szkoły czy padoku, które Lucien mógł spędzać nad basenem, a także huczne, wodne przyjęcia, w których sama nigdy nie miała okazji uczestniczyć. W Huntsville wszyscy mieli przecież miski zamiast niebotycznie drogich zbiorników wodnych.
Wtedy nie miała jeszcze pojęcia, że Lucien dorastał w tym domu samotnie.
Przez dłuższą chwilę przyglądała się twarzy Isobel, potem przeniosła wzrok na Luciena, a następnie na gokarta. Wtedy też wyłapała drobną zmianę narracji w głosie mężczyzny.
— Czyli co? — Spojrzała na niego w chwili, w której akurat wzruszył ramionami. — Kiedy zacząłeś dorastać i jeszcze bardziej angażować się w motosport, musiałeś też stać się bardziej samodzielny, skoro twoja mama zajęła się fundacją? — dopytała. Nie była pewna, czy dobrze to zrozumiała, niemniej słowa Luciena miały właśnie taki wydźwięk.
Gdy znowu zmienili temat, Zoya patrzyła na Luciena w niecierpliwym oczekiwaniu na odpowiedź na swoje pytanie. Mimo wszystko... od razu zauważyła zmianę w jego zachowaniu. Na ten widok zacisnęła usta. Już wtedy widząc napięte mięśnie, domyśliła się, że miał jej do przekazania złą wiadomość. Wtedy, zupełnie odruchowo wyciągnęła dłoń i ostrożnie ułożyła ją na kolanie mężczyzny.
To brat Ellie. Zginął w wypadku samochodowym pięć lat temu; Zoya poczuła nieprzyjemną falę gorąca, przez co musiała oderwać wzrok od twarzy Luciena i ponownie skupiła się na zdjęciu. Najpierw nawiedziła ją smutna myśl, że Ellie musiało być niesamowicie ciężko stracić członka rodziny. Dopiero po chwili znowu spojrzała na mężczyznę i uświadomiła sobie, że on również nie miał łatwiej.
Kiedy jednak usłyszała o heroicznym czynie Nathana, natychmiast się wyprostowała, a na jej twarzy zamajaczyło jedynie większe przynębienie. Wówczas przykryła dłonią rękę, którą Lucien zaciskał na własnym udzie i delikatnie pogładziła jej wierzch.
Ile niesprawiedliwości kryło się w śmierci tak młodego człowieka. Zoya nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ludzie pod wpływem alkoholu wsiadali za kierownicę i narażali przy tym nie tylko własne życie, ale przede wszystkim życie innych.
Potem słuchała dalej i z coraz większą troską przyglądała się Lucienowi. W momencie, w którym oparł przedramiona na kolanach, oburącz objęła jego ramię i oparła na nim skroń.
— Najgorzej nie mają ludzie, którzy umierają, ale ci, co zostają i muszą żyć bez nich — powiedziała cicho, przypomniawszy sobie słowa jednej ze starych szeptuch z Huntsville, która podeszła do niej w dniu pogrzebu mamy. Było w tym wiele prawdy. Po wysłuchaniu całej historii potrafiła sobie wyobrazić z jakim ciężarem musiała żyć Ellie i jak wielką tęsknotę próbował pomieścić w sobie sam Lucien. Po tym, co powiedział wiedziała już, że żałoba po zmarłym przyjacielu zakorzeniła w nim swoje piętno. — Mimo wszystko... chciałabym zobaczyć, jak bierzesz udział w sprincie — powiedziała znienacka, po czym uniosła głowę z jego ramienia i nawiązała z nim kontakt wzrokowy. W oczach Zoi rozbłysł dziwny blask, a na jej ustach pojawił się łagodny uśmiech. Właśnie w ten sposób chciała mu pokazać, że była gotowa towarzyszyć mu w różnych chwilach. I tych dobrych, i tych najgorszych, kiedy wszystko zdawało się go przytłaczać. — Są przecież rzeczy, które możemy powiedzieć w imieniu zmarłych. Na przykład chciałbym, abyś był szczęśliwy, albo nie rezygnuj ze swoich marzeń, nie oglądaj się za siebie lub żyj pełnią życia. — Tym razem Zoyka popatrzyła na Luciena z ogromną czułością. — Przyjaźniliście się, Lucien. Myślę, że nie chciałby, abyś się przed czymś powstrzymywał.
Zmieniła pozycję i ujęła policzki meżczyzny w obie dłonie. Zaraz wyciąnęła szyję i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek, a widząc jego skromny uśmiech, mimowolnie sama uniosła kąciki warg. Po chwili znowu usiadła prosto i odnalazła spojrzeniem album, na którym zawiesiła się na dłużsą chwilę. Dopiero szturchnięcie Luciena trochę ją ocuciło, więc ponownie zerknęła w jego stronę i... prychnęła bardziej rozbawiona.
— Nie jesteś nudziarzem — zaprzeczyła od razu. — Wszystko, co jest w tym albumie ukształtowało człowieka, którego mam właśnie przed sobą — Wsunęła dłoń w rękę Luciena i zacisnęła na niej palce. Jednocześnie głęboko spojrzała mu w oczy. — Człowieka, którego naprawdę lubię. Jak dotąd nie spotkałam nikogo podobnego do ciebie, więc nie próbuj się zmieniać. — Cmoknęła go w usta.
Zoya odniosła wrażenie, że zbyt mocno się uzewnętrzniła, dlatego gdy tylko usłyszała, że Lucien zgłodniał, wyswobodziła się z uścisku. Następnie pospiesznie wstała z kanapy.
— Zobaczę, co mamy w lodówce — zaproponowała i od razu poszła w stronę kuchni.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”