April: When the music stops, you'll see him in the mirror standing behind you.
— The Conjuring
#6
The Mod miało w sobie coś, co Yonaka potrafiła docenić, choć raczej nie zamierzałaby spędzać tu każdego piątkowego wieczoru. Przygaszone światła, lepkie od rozlanego alkoholu podłogi i plakaty zespołów, których nazw nie znała, a których członkowie na fotografiach wyglądali, jakby od lat nie widzieli szczotki do włosów. Miejsce miało charakter. Nie była tylko pewna, czy należało go traktować jako zaletę.
Poprawiła okulary na nosie i pozwoliła Effie na entuzjastyczne powitanie, przyjmując pocałunek w policzek z krótkim, pełnym rezygnacji przymknięciem oczu. Alkohol. Oczywiście. Mogła się tego spodziewać.
—
Widzę, że stan zdrowia naszej gospodyni pozwala jej na całkiem intensywne okazywanie uczuć — zauważyła pod nosem, ocierając policzek kciukiem. —
To pocieszające.
Nie zamierzała jednak robić jej wyrzutów. Nie po tym, co wydarzyło się w domu Effie. Zamiast tego rzuciła okiem na L.A.A.N.S.iarzy, jakby chciała się upewnić, że nikt nie postanowił zniknąć równie niespodziewanie, jak się pojawił.
Aaron, z eyelinerem i miną człowieka, który zdecydowanie wolałby być gdzie indziej, prezentował się na tle klubu zaskakująco wiarygodnie. Phil wyglądał, jakby już dawno zaakceptował, że tego wieczoru nie będzie miał nic do powiedzenia w kwestii własnych planów. Taissa natomiast sprawiała wrażenie osoby, która mogłaby odnaleźć się zarówno na pogrzebie, jak i na imprezie, na której ktoś właśnie podpalał kanapę.
Yonaka wsunęła dłonie do kieszeni skórzanego płaszcza.
—
Chodźmy się rozejrzeć, zanim Effie wciągnie nas do jakiegoś spontanicznego występu — zaproponowała, zerkając w stronę sceny. —
Albo zanim ktoś uzna, że skoro już tu jesteśmy, to możemy pomóc w noszeniu sprzętu.
Zgodnie potaknęli. Zanim jednak zdążyli odejść daleko, Aaron zatrzymał się przy jednym z plakatów, przyglądając mu się z miną człowieka, który właśnie odnalazł zaginiony fragment własnej młodości.
—
Byłem kiedyś na koncertach w podobnych miejscach — rzucił, poprawiając rękaw dżinsowej kurtki pełnej naszywek mniej lub bardziej przypadkowych. —
Chociaż wtedy wyglądałem trochę inaczej. I nie nosiłem eyelinera.
Taissa obejrzała go od stóp do głów.
—
Szkoda. Pasowałby ci.
—
Dziękuję, bardzo mi miło.
—
Nie ma za co. Ja ostatnio byłam na undergroundowym techno death rave. — Białorusinka powiedziała to z taką dumą, jakby właśnie wróciła z ekspedycji na biegun południowy. —
W jakimś magazynie. Bez okien, z trzema generatorami i typem, który przez czterdzieści minut grał dźwięki przypominające umierającą pralkę Franię w trybie wirowania.
Yonaka uniosła brew.
—
Franię?
—
Najlepszy model w ZSRR.
—
I doświadczenie jej śmierci wśród spoconych ciał kwalifikujesz jako przyjemne doświadczenie?
—
Nie powiedziałam, że przyjemne. Powiedziałam, że byłam.
Demonolożka na moment zamilkła i zaraz potaknęła rzeczowo.
—
Zasadnicza różnica.
Phil parsknął pod nosem, a Aaron pokręcił głową.
—
Ja grałem w szkolnej orkiestrze — wtrącił. —
Na puzonie.
Yonaka odwróciła ku niemu wyraźnie zaskoczona.
—
Na puzonie?
—
Tak.
—
Czyli jednak masz doświadczenie sceniczne. — Przyjrzała mu się z udawaną powagą. —
W takim razie, jeśli Killer Kittens będą potrzebowały nagłego zastępstwa, wiemy już, kto powinien wkroczyć na scenę.
—
Nie — odpowiedział Aaron bez wahania.
—
Nawet nie pozwoliłeś mi skończyć.
—
Nie musiałem.
Uśmiechnęła się lekko, po czym jej uwagę przyciągnął ochroniarz stojący przy wejściu. Mężczyzna wciąż obserwował ich z wyraźną nieufnością. To, że wpuścił ich do środka, nie oznaczało, że przestał uważać ich za potencjalne źródło problemów.
—
A teraz proponuję, żebyśmy przenieśli się w stronę baru — powiedziała, dyskretnie wskazując brodą na drzwi. —
Nasz przyjaciel przy wejściu wygląda, jakby żałował każdej sekundy, w której pozwala nam oddychać tym samym powietrzem. Nie chciałabym, żeby przed pierwszym koncertem wieczoru doszło do jakichś nieporozumień.
—
Myślisz, że nas wyrzuci? — zapytał Phil.
—
Myślę, że jeśli jeszcze przez chwilę będziemy stali na środku przejścia, sam znajdzie sobie powód.
Ruszyła w stronę baru, nie czekając na dalsze rozważania. Na przedzie lokalu nie panował wielki ruch, ale w prawie pustej sali, pomiędzy uwagami Killer Kittens między sobą, szło usłyszeć wesołe skandowanie. Gdy znaleźli się przy ladzie, Yonaka oparła się o nią bokiem, dając pozostałym przestrzeń do złożenia zamówień.
Wtedy ze sceny dobiegły pierwsze dźwięki.
Jeden instrument odezwał się z opóźnieniem, drugi wszedł w zupełnie innym momencie, a perkusja zdawała się prowadzić własną, niezależną rozmowę z resztą zespołu. Yonaka spojrzała w tamtym kierunku. Nie była muzykiem. Nie potrafiłaby powiedzieć, co dokładnie należało poprawić, ani czy problem tkwił w sprzęcie, tempie, czy zwykłym braku przygotowania. Nie musiała jednak mieć słuchu absolutnego, żeby zauważyć, że coś nie grało.
Dosłownie.
Przez moment obserwowała scenę w milczeniu, śledząc wzrokiem kolejne próby zgrania instrumentów. Kiedy jedna z nich zakończyła się krótkim, nieprzyjemnym zgrzytem, skrzywiła się odruchowo.
—
To chyba jest ten rodzaj eksperymentalnej muzyki, który wymaga od publiczności otwartego umysłu — skomentowała cicho.
—
Daj im chwilę — rzuciła Taissa, choć sama również zerkała w stronę sceny. —
Może próbują ustalić, w jakiej tonacji istnieją.
—
Odważna koncepcja. Zespół jako stan egzystencjalny.
Nie zdążyła dodać niczego więcej, bo obok nich pojawiła się kobieta, której obecność zdradzała zarówno pośpiech, jak i przyzwyczajenie do zarządzania chaosem. Yonaka rozpoznała ją jako Violę, managerkę, której głos już wcześniej kilkakrotnie przebijał się ponad hałasem zaplecza a głośniejsze były tylko stukające o parkiet szpilki.
—
Viola — przedstawiła się kobieta, wyciągając do niej rękę. Jej spojrzenie powędrowało następnie ku reszcie grupy. —
A to wszystko twoi ludzie? Bo wyglądają jak zbiegowisko najróżniejszych nurtów z lat dwutysięcznych. Sammie! Setkę na specjalnym lodzie! Ty zaś przypominasz mi Yoko Ono w roli menadżera.
Yonaka uścisnęła jej dłoń.
—
Yonaka. I nie, nie są moi. Jesteśmy znajomymi Effie.
—
Jasne — odpowiedziała Viola. Ton jej głosu wskazywał, że nie uwierzyła ani przez sekundę, ale nie zamierzała ciągnąć tematu. Yonaka nie miała jej tego za złe. Sama również nie uwierzyłaby komuś, kto pojawiłby się w klubie z podobną ekipą i próbował wmówić jej, że wszyscy znaleźli się tam zupełnie przypadkiem.
—
Yoko Ono? — powtórzył Aaron, wyraźnie urażony. —
Naprawdę? Idziemy w rasistowskie żarciki?
—
Mogło być gorzej — zauważyła Yonaka, odwracając się w stronę baru. —
Mogła powiedzieć, że wyglądasz jak członek zespołu, który rozpadł się przed wydaniem pierwszej płyty.
—
A wyglądam?
—
Nie chciałabym odbierać ci złudzeń.
Kiedy barman podszedł, Yonaka zamówiła coś bezalkoholowego, po czym wróciła wzrokiem do Violi. Za jej plecami kolejna próba dźwięku skończyła się kakofonią, która wywołała na twarzy demonolożki ledwie dostrzegalny grymas. Menadżerka z burzą włosów coś warknęła pod nosem i na raz wychyliła połowę szklanki.
—
Mogę zapytać o coś, co pewnie nie jest moją sprawą? — zaczęła, odwracając się od lady i zrównując z Violą. —
Dlaczego Killer Kittens nie grały ze sobą przez cały rok? — Nie zabrzmiała oskarżycielsko. Zwyczajnie. Jak ktoś, kto zauważył, że coś się nie zgadza, i wolałby poznać odpowiedź, zanim zacznie wyciągać wnioski. —
Bo zakładam, że gdyby chodziło wyłącznie o brak wolnego terminu, nie musielibyście organizować całego tego przedsięwzięcia w sześć godzin.
—
A skąd ty to wiesz? A, Effie pewnie ci powiedziała.
—
Tak po prawdzie to Taissie. — Skinęła w stronę rudych dredów, co prawie zaliczyły kąpiel w blenderze. Spojrzała jeszcze raz na scenę, gdzie Effie i reszta zespołu najwyraźniej nadal próbowały ustalić, jak powinien brzmieć ich wspólny powrót. —
A patrząc na to, co właśnie słyszę, domyślam się, że nie chodziło wyłącznie o przerwę w próbach.
—
Jesteś z mediów?
—
Unikam ich, jak węży.
Viola parsknęła. A potem zaśmiała się.
I'll fall asleep in a seance