Nie pamiętała momentu, w którym się przebudziła.
Jej mózg przez kilka pierwszych minut był kompletnie przymroczony. Coś jej się śniło. Trwała w jakimś dziwnym stanie pomiędzy jawą a snem, w którym jej głowa desperacko chciała mieć przy sobie Madoxa, że nawet wyobrażała sobie, jak jest obok. Jak ją dotyka. Jak mówi jej, że bardzo ją kochał. Że wszystko by dla niej zrobił. Szkoda tylko, że dopiero po chwili zorientowała się, że to wcale nie był jej mąż, tylko pierdolony Dalton.
A potem już wszystko potoczyło się ekspresowo. Bo z momentem, w którym adrenalina skoczyła jej do góry, pobudzając całe ciało, w pierwszej kolejności doskoczyła do Nicka. Kopnęła go z całej siły w kroczę, ten się zatoczył, ona chciała wyjsć z pomieszczenia, ale nim sama sięgnęła po klamkę, do środka wpadł Pająk z jakimś gachem. Oboje się na nią rzucili i chociaż zdążyła jednemu przywalić w twarz, a drugiemu prawie odgryźć palec, finalnie skończyła na krześle, poobijana i skopana, z sercem walącym nerwów w piersi. Z chłodem na skórze. I tęsknotą gdzieś głęboko w duszy za Madoxem.
Nie wiedziała, gdzie był.
Nie wiedziała, co robił.
Miała tylko nadzieje, że chociaż jemu szło lepiej od niej.
Bo ona wyłożyła się na całej linii.
Jakże wielkie było jej zaskoczenie, kiedy wyjeżdżając na wielką, ledwo oświetloną przez wschodzące słońce hale zobaczyła swojego męża w towarzystwie Luny. Oczy momentalnie się jej otworzyły, a źrenice rozszerzyły do tego stopnia, że praktycznie nie było widać koloru jej tęczówek. Wyglądał źle. Wyglądał, jakby ktoś przejechał po nim walcem. Wyglądał, jakby próbował kurwa trzymać w całości coś, co od środku już się całe rozjebało.
To był pierwszy moment, kiedy złamało jej się serce.
Samo oglądanie go takiego było wystarczającą torturą. I nawet to pojedyncze oczko, które puścił w jej kierunku gówno dała. Przecież znała go dobrze, pewnie jak nikt inny na tym jebanym świecie. Nie było okej. Miała ochotę kurwa krzyczeć. Powiedzieć mu wszystko, zanim cokolwiek się stanie. To że Pati go zdradziła, że ona stała za tym wszystkim razem z Benito, że Dalton był kurwa na górze, ze to on się za niego przebrał… Nic z tego przecież nie wiedział. A jeśli mieli zamiar ją zabić na jego oczach, to chociaż powinien wiedzieć, komu nie ufać. Ale nie mogła
krzyczeć. Przed tym wstrzymywała ją taśma. Zaczęła się więc wyrywać. Mocno. To też gówno dało. Węzły były zbyt solidne.
Tylko zaraz okazało się, że Luna nie chciał jej odstrzelić na jego oczach.
Nie tak chciał pogrywać.
On chciał złamać ich od środka. Wyplewić uczucie, które do siebie mieli i sprawić, żeby go znienawidziła. Odebrać mu jedyne, co dobre w życiu. Kogoś, kto bezgranicznie wskoczyłby za niego w ogień, bez najmniejszego zawahania. Sprawić, żeby zobaczyła w nim potwora, zdystansowała się od niego. Chciał tego, bo nie wiedział, jak mocno ona go kochała. NIe miał kurwa pojęcia. Bo prawda była taka, że Madox mógłby zbić ją na kwaśne jabłko, skopać ją, aż nie będzie mogła chodzić ani oddychać… a ona i tak nie miałaby mu tego za złe. Nie przestałaby nagle do niego
czuć. Nie kiedy robił to wbrew sobie. Nie kiedy zaraz po słowach Luny, jego oczy zaszły kompletnym mrokiem.
Wyrwała się znowu do przodu. Szarpnęła pierdolonym krzesłem tak mocno, że Pająk musiał ją przytrzymać, żeby nie poleciała do przodu. Luna mógł dziękować wrzechświatowi, że miała na sobie taśmę, bo miałaby w temacie jeszcze więcej do powiedzenia niż Madox, co o nim myślała. Ale nie miała. Musieli tańczyć tak, jak im grali. A teraz dzwony grały w stronę agresji.
On albo Dalton.
Kurwa, przecież wyborów był tak dziecinnie prosty…
Spojrzała na niego ciemnymi, wilgotnymi już oczami, kiedy podszedł bliżej. Mimowolnie wtuliła się w jego szorstką, zakrwawioną dłoń, gdy tylko przyłożył ją do jej skóry, a serce tak bardzo poderwało się do przodu, że ciężko było jej złapać powietrze. W sekundę pożałowała, że pozwoliła mu wyjść z tego warzywniaka, że nie zatrzymałą go siłą. Bo dopiero kiedy ją dotknął czuła, jak wielką siłę mogliby mieć razem. Pokonać każdą przeciwność po kolei, jedna po drugiej, a nie pozwolić im się zwalić na głowę i teraz ponosić tego konsekwencje.
Spróbowała powiedzieć jego imię. Wyszedł z tego jedynie mruk i bełkot, chociaż po samych dźwiękach jakie wydobyły się z jej gardła, może się poznał. A potem nie ściągając z niego spojrzenia, skinęła głową. Zachęcała go. Dała mu pierdolone przyzwolenie na tą jednorazową przemoc. Przemoc, która przecież nie wychodziła z niego, a z tego skurwiałego dziada w płaszczu tuż obok. Krew w jej żyłach przelewała się w zastraszającym tempie. Czuła też jak czerwona maź z rozwalonego łuku brwiowego, przesuwa się jej przy kąciku oka i płynie po policzku. Nie przejmowała się tym. Patrzyła tylko na niego.
A kiedy ją przeprosił i się zamachnął… wstrzymałą powietrze, chociaż nie zacisnęła oczu. Nawet na moment nie pokazała mu, że się bała. Zrobiła dosłownie wszystko co mogła, żeby jeszcze w tak patowej sytuacji zapewnić mu komfort, żeby nie widział jej przerażonej, żeby nie myślał, że się go kiedykolwiek bała jak jego matka Carlosa. Nie potrafiła na to pozwolić. Trzymała je otwarte i… czekała na coś, co finalnie nigdy nie nastąpiło. Bo Madox się postawił. Wyrwał do Luny, jak pierdolony bohater i znowu próbował przekręcić wszystko na swoje.
Słyszała w tle kolejne przeładowane gnaty.
Czuła pierodoloną kostuchę na plecach. Była tu z nimi. W tym pomieszczeniu. I Pilar w przeciwieństwie do niego nie miała zamiaru pozwolić mu umrzeć. Znowu krzyknęła przez cholerną taśmę, próbując zwrócić na siebie uwagę. Zmusić go do tego, żeby zaczął współpracować z Luną. Żeby przestał się stawiać, kiedy z góry był na straconej pozycji. Madox myślał, że był niezniszczalny, ale przecież tak nie działało życie. Luna miał tu zbyt dużą obstawę. Ale był też Nick Dalton.
Dalton, który pojawił się z cienia. Wyskoczył jak pieprzony filip z konopii i paradoksalnie uratował sytuacje? A przynajmniej na razie, powodując, że Noriega przestał grozić Lunie. Że odskoczył w tył i tym razem sięgnął po byłego policjanta. I tym razem to jego chciał zapierdolić. Jemu był gotowy skoczyć do gardła.
Szkoda tylko, że Madox nie był u siebie.
A babka Carmen chociaż błagała diabła wiele razy, nie była w stanie uchronić go od wszystkiego. Bo każda decyzja miała swoje konsekwencje. Szczególnie w tym skurwiałym świecie bez litości. Dlatego kiedy Noriega szarpał się z Daltonem, Benito poprawił płaszcz, westchnął ciężko, poirytowany tą niesubordynacją i finalnie… sam wydał strzał.
Huk odbił się od ścian i sprawił, że na milisekundę wszystko zamarło. Tylko na tyle, bo zaraz potem całe pomieszczenie wypełnił głośny krzyk Pilar. Jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Na żywca. Bo tak właśnie się czuła, gdy jej ramie zapiekło żywym ogniem. Nie wiedziała, gdzie dokładnie trafił ani jak
źle było, ale ból jaki zalał jej ciało był kurwa bez litości. NIe umiała nawet powstrzymać wycia.
—
Pokaż, że nie jesteś pizdą — tym razem to Luna go przedrzeźnił. Pierwsze na jego twarzy widniał szyderczy uśmiech, a po chwili stała się ona iście kamienna, kiedy przesunął lufę nieco wyżej. —
I co? Lepiej ci kurwa teraz? Takto miałaby tylko siniaka na twarzy, a teraz będzie do szycia i może się wykrwawić przez to, że zachciało ci się zgrywać bohatera — czy on naprawdę zwalał wszystko na Noriegę? To że jego żona zarobiła kulkę w rękę? No chyba tak. Chyba to właśnie sugerował. —
A jak zaraz się nie ogarniesz i będziesz dalej odpierdalać, to dostanie jeszcze jedną. Tym razem prosto między oczy — i tyle było z miłego, wyrozumiałego ganguska Benito, który chciał się polubownie dogadać. Dopiero teraz zaczynała wychodzić jego prawdziwa twarz. Człowieka, który naprawdę był na górze łańcucha pokarmowego.
Mafiozo. Nie jakiegoś pierdolonego Nicka Daltona, na którego wystarczyło zawarczeć i postraszyć pięścią. Luna
był groźny. I może w końcu to do nich dotrze.
Tak jak dotarło do poczciwego Nicka, że…
—
Postrzeliłeś moją Pilar?
W tym samym czasie, Eliot postawił już na nogi pół miasta.
W kilka patroli przeszukali najbliższe przecznice od miejsca, gdzie po raz ostatni logował się telefon Pilar, gdy do niego dzwoniła i nagrywała się na pocztę. Nie mieli nic. Jebane nic. Oprócz domu Pati. To było jedyne, logiczne połączenie. Dlatego pojawił się u niej po raz trzeci ten nocy.
—
…i jesteś pewna, że się tobą nie kontaktowała? — dopytał, przechodząc przez przedpokój. Normalnie juz dawno by sobie odpuścił, ale czasami… człowiek miał tak zwane
przeczucie. Coś mu nie pasowało w tym wszystkim. Trochę już znał Pilar i naprawdę nie chciało mu się wierzyć, że tak bez powodu biegała sobie po jednej z dzielnic Toronto dla sportu. Gdzieś szła. W jakieś konkretne miejsce. Może szukać pomocy. A dookoła nie było nawet nikogo, kogo by znała. Oprócz Fernendez.
—
Mówiłam ci już, że nie — Pati przewróciła oczami i po raz kolejny poprawiła szlafork. —
Długo masz tu zamiar jeszcze siedzieć? Musze być za cztery godziny w robocie, bo mamy dostawę i…
—
Kurwa, Fenrandez, nie rusza cię, że twój szef może być w niebezpieczeństwie? — warknął, już nie potrafiąc trzymać języka za zębami. Przeszedł się jak wściekły pies wzdłuż kuchennego blatu, a kiedy chciał w niego uderzyć, jego wzrok zatrzymał się przy jednym z hakerów. A dokładniej na
telefonie, który leżał pod metalową nóżką.