ODPOWIEDZ
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek

you and me...
got ourselves a problem

Ten układ miał trwać tylko miesiąc. Niewinne udawanie, że byli razem tylko po to, żeby w razie czego udowodnić jej byłemu chłopakowi, który miał kurewsko mocną obsesję na jej punkcie, że kogoś miała. Proste, no nie? Tylko że nie przewidziała, albo po prostu nie wzięła pod uwagę takiego scenariusza, w którym jej dobra kumpela, ta sama, która zaprosiła ją na ślub, zwichnie kostkę i przez to wesele, które oryginalnie miało zostać przesunięte o miesiąc, przesunie się o prawie dwa. I takim oto sposobem była w udawanym związku z Albertem już blisko trzy miesiące i cholera...

Naprawdę podobało jej się bycie...
jego udawaną dziewczyną?

Przywiązywała się do niego. Pomimo całego tego przekomarzania chodzili coraz częściej na udawane randki, trzymali się za ręce, żeby stwarzać pozory, że byli ze sobą blisko, przytulali się, całowali, robili zdjęcia przy każdym wyjściu, czy to u niego, czy u niej, żeby mieć dowody tego całego udawanego spotykania się ze sobą, no nie? Proste. Tylko że z każdym kolejnym dniem i tygodniem to udawanie... kurwa... przestało nim być. Przynajmniej dla niej.

Emocje i uczucia, których jeszcze kilka miesięcy temu w życiu nie dopuściłaby do siebie, jeżeli chodziło o Thallmana, zaczęły zakrzątać jej głowę, serce i jakiekolwiek trzeźwe myślenie. Zaczęła się w nim zakochiwać. Tylko że nie mogła mu tego powiedzieć, bo przecież jutro ich układ dobiegał końca, co nie? W klauzulach ich kontraktu, który swoją drogą zapieczętowali pocałunkiem, nie było żadnego podpunktu mówiącego o tym, co miało się stać, jeżeli jedno z nich zakocha się w drugim.

Tough luck, eh?

Wiedziała, że musiała być dużą dziewczynką, założyć te przysłowiowe, metaforyczne spodnie i po prostu przez to przejść. Wykonać ostatnią część ich układu, którą tak bardzo próbowała ostatnimi dniami od siebie odpychać. Zabawne, jak mężczyzna, którego imienia jeszcze cztery miesiące temu nie potrafiła nawet wydusić przez gardło, teraz wręcz cisnął się na jej usta za każdym razem, kiedy myślała o swoim udawanym chłopaku. Albo kiedy ich oddechy mieszały się podczas tych wszystkich pasjonujących pocałunków, które odbierały jej jakiekolwiek racjonalne myślenie.. aż do dzisiejszego dnia... bo ta fantazja, ta cała bajka, właśnie zaczynała pękać. I mimo że znajdowali się w naprawdę pięknym Bed and Breakfast, gdzie kończyli się ogarniać przed ceremonią, wszystko zaczynało zderzać sie z szarą rzeczywistością. Cholera. Jej serce było pełne niepewności.

Przełknęła ślinę, poprawiając się jeszcze przed lustrem i nakładając odrobinę różu na policzki. Wzięła głęboki oddech, wpatrując się przez chwilę we własne odbicie, po czym odwróciła się, chwyciła za klamkę i niepewnie otworzyła drzwi. Na jej twarzy od razu pojawił się delikatny uśmiech, kiedy zobaczyła go elegancko ubranego. - Wow, Thallman - uśmiechnęła się szerzej, podchodząc do niego i zatrzymując się tuż przed nim. - Mam nadzieję, że nikomu nie wpadniesz w oko, bo nie wyglądam najlepiej, kiedy biję się z innymi kobietami. - Parsknęła śmiechem pod nosem. Taka była prawda. Ostatnim razem, kiedy pobiła się z jakąś laską, wylądowała w areszcie, skąd Nico musiał ją wyciągać, bo nie chciała dawać znać Leo, żeby przypadkiem nie zaczął zadawać niewygodnych pytań. Upsi. Po chwili odwróciła się, sięgnęła po telefon i odpaliła zdjęcie swojego byłego chłopaka. - Dla przypomnienia, jego imię to Elias. Tak wygląda - pokazała mu ekran, po czym spojrzała mu prosto w oczy. - Nie zostawiaj mnie z nim samej, proszę. - Schowała telefon do torebki i zawiesiła ją sobie na ramieniu. - Dobrze wyglądam? - zapytała ciszej, po czym uśmiechnęła się do niego. - Cieszę się, że tu ze mną jesteś, Albert. - Przyciągnęła go do siebie i pocałowała czule.

Niecałe trzydzieści minut później byli już w resorcie, w którym miało odbyć się wesele. Przy wejściu zostali przywitani lampką szampana, a chwilę później zaprowadzono ich do krzeseł ustawionych na zewnątrz, gdzie mieli czekać na pojawienie się pana młodego i panny młodej. Wszystko wyglądało pięknie. Naprawdę chciała skupić się na dekoracjach, kwiatach, całej tej oprawie i tym, jak perfekcyjnie wszystko zostało przygotowane, ale jej wzrok raz po raz ukradkiem błądził w stronę Alberta... zupełnie jakby jakaś część jej serca próbowała jej podpowiedzieć, że powinna zapamiętać jak najwięcej. Bo już jutro wieczorem miała spać bez niego. Już nie będzie go denerwowała podczas zmiany. Nie będzie obserwowała całej tej palety jego mimiki, zależnej od tego, w jaki sposób właśnie się do niego odzywała. Nie będzie mogła tak po prostu chwycić go za rękę, przytulić się do niego czy pocałować tylko dlatego, że przecież musieli podtrzymywać pozory, eh... więc Rosenhall po prostu na niego patrzyła. Raz po raz. I próbowała zapamiętać wszystko jak najlepiej potrafiła.

i wish we could pause the time and stay like this forever
Ostatnio zmieniony czw paź 22, 2026 1:15 pm przez Thalia Rosenhall, łącznie zmieniany 1 raz.
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego kłamstwa były aż tak kuszące? Cóż… kłamstwa bardzo szybko zaczynały brzmieć lepiej niż rzeczywistość. Dlaczego? Kurwa... no przecież rzeczywistość była taka niesamowicie bezbarwna. Szara, bolesna i pełna BRAKÓW - braku pieniędzy, braku bliskich, braku poczucia przynależności i braku poczucia bezpieczeństwa. Rzeczywistość kazała płacić rachunki i wymagała bycia dorosłym, zanim w ogóle zdążyło się nim zostać.

No a kłamstwo było słodkie. Można było wymyślić nową wersję siebie. Można było okłamać brata, że z pieniędzmi w tym miesiącu było całkiem spoko, mimo że na koncie miało się dziesięć dolców. Można było okłamywać siebie, że przeszłość nie była już bolesna albo że… jakaś osoba nic dla ciebie nie znaczyła. Kłamstwo brzmiało jak obietnica i dawało złudną kontrolę nad rzeczywistością, która na każdym kroku próbowała człowieka rozjechać.

A ten kontrakt między Albertem a Thalią? To też było słodkie kłamstwo, które miało trwać jeden nędzny miesiąc, a rozciągnęło się na blisko trzy. Trzy miesiące dzielenia przestrzeni, wspólnych randek i skradzionych pocałunków, które już dawno przestały być grą. Trzy miesiące wspólnych nocy, po których budzenie się obok Rosenhall powoli stawało się… niebezpieczną rutyną.

A dziś nadszedł dzień wesela. Ostatni dzień tej pojebanej umowy, na którą oboje się zgodzili. Marynarka opinała go w ramionach, a kołnierzyk dusił, przez co ciągle musiał go poprawiać. Nie wiedział, czy bardziej denerwował go udział w weselu - no bo nigdy nie był na weselu - czy… to, co miało niedługo nadejść. To, że za kilkanaście godzin łączące go z Thalią słodkie kłamstwo miało dobiec końca. Miał przestać być jej chłopakiem, wrócić do swojego szarego życia i udawać, że wcale nie wiedział, jak pachniała jej naga skóra o czwartej nad ranem. Nagle drzwi łazienki otworzyły się i Thalia wyszła na zewnątrz - Albert aż zamarł z dłonią na spinkach od mankietów. Wyglądała obłędnie. Zjawiskowo. I jakoś tak… niedostępnie. Jakby już planowała się z nim pożegnać. - Czy to złe, że chciałbym zobaczyć, jak bijesz się o mnie z innymi kobietami? - mruknął pod nosem, przesuwając wzrokiem po sukience, która tak kusząco opinała ją w najważniejszych miejscach. Wyglądała bosko. Ten dekolt, talia, biodra... Jednak zanim w ogóle zdążył odwdzięczyć się komplementem, brunetka już wyjęła telefon i pokazywała mu zdjęcie tego całego Eliasa. Szybko zarejestrował twarz tego frajerskiego kolesia, po czym skinął głową. - Elias - powtórzył, mimo że nie miał problemu z zapamiętaniem tego imienia. Swoją drogą nazywał się prawie tak samo jak taka jedna typiarka z takiej jednej gry, League of Legends. Cóż, przynajmniej nie miał takiej fajnej blond grzywy jak Elise, ale za to seksownej dupy też nie miał. Kurde, czy on właśnie odczuwał zazdrość? O Thalię? Boże. Przecież już powinien przyzwyczajać się do jej nieobecności, a nie układać w głowie plan rozjebania mordy tego faceta. - Nie zostawię cię z nim samej nawet na sekundę. Nie po to znosiłem cię przez trzy miesiące, żeby jakiś frajer… - zaczął, ale urwał i pokręcił głową. Nie kończ. Ogarnij się, Albert. Thalia Rosenhall i tak stanie się przeszłością o jakiejś czwartej nad ranem.


Dobrze wyglądam?


Kurwa, no tak, zapomniał sprawić jej komplement, bo najpierw przyglądał się jej jak oniemiały, potem pokazała mu mordę Eliasa, a teraz… czuł… kurczę, chyba złość pomieszaną ze smutkiem. Nie chciał, żeby to się kończyło, ale przecież dokładnie na to się umawiali. Nie powinien protestować ani stwierdzać, że na to to on się nie pisał. Umowa to umowa, więc powinien przyjąć wszystkie jej konsekwencje. Zrobił krok do przodu i objął ją ramionami w talii. - Wyglądasz tak, że to ja będę musiał pilnować ciebie, a nie ty mnie - odpowiedział cicho i bez wahania odwzajemnił czuły pocałunek, którym go obdarowała.


🍁 🍁 🍁


Gdy pół godziny później stał na terenie eleganckiego resortu z lampką szampana w dłoni, czuł się jak oszust w ładnym wdzianku. Słońce odbijało się w szkle kieliszków, ludzie wokół śmiali się i rozmawiali o nadchodzącej ceremonii, a on myślał tylko o jednym (i tym razem nie był to seks, wow). Rozmyślał nad tym, jak zaproponować Thalii ucieczkę z wesela i wycieczkę dookoła świata (na którą i tak nie było go stać), żeby już nigdy nie wrócić do Toronto. Pomysł urodził się w nim z przysłowiowej dupy i nie rozumiał, dlaczego myślał o tym w takim momencie.

W rezultacie sam nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd usiadł obok Rosenhall na białym krześle ustawionym przed łukiem weselnym, gdzie miała odbyć się ceremonia. Siedzieli na tyłach, bo miejsca z przodu zostały zajęte przez rodzinę i druhny. No i gdy tak przypatrywał się gościom, próbując dojrzeć wśród nich mordę Eliasa, czuł na sobie każde dyskretne spojrzenie Thalii, które na nim zawieszała. Znał ten wzrok. Widział go, gdy ukradkiem przyglądała mu się w The Well. Tym razem jednak nie zamierzał udawać, że nie widział tego spojrzenia. Przesunął dłonią po jej udzie i odnalazł jej rękę, z którą prędko splótł swoje palce. Kciukiem zaczął powoli, uspokajająco gładzić wierzch jej dłoni. - Przestań tak na mnie patrzeć, Rosenhall - mruknął cicho i nachylił się do niej tak, żeby tylko ona mogła go usłyszeć. Wszyscy wokół i tak czekali na parę młodą i jeszcze byli pogrążeni w swoich rozmowach, no ale w sumie co z tego? Nie chciał, żeby ktoś podsłuchiwał ich rozmowę. Na przykład taki Srelias. - Chyba że się we mnie zakochałaś, to wtedy co innego - dodał z uśmiechem, zanim w ogóle zdążył ugryźć się w język. Jego błękitne oczy odnalazły jej ciemne spojrzenie i… w jego oczach nie było ani grama żartu, mimo że uśmiech dalej czaił się w kąciku ust. Ścisnął mocniej jej dłoń; nie mógł oderwać wzroku od jej twarzy.

Co oni, kurwa, zrobią, jak ten wieczór się skończy?

Wolał sobie jeszcze nie wyobrażać.

time has brought your heart to me
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

if I don't say this now, I will surely break
as I'm leaving the one I want to take

ż a ł o b a

antycypacyjna przejawiała się tym, że spodziewałeś się utraty jeszcze zanim faktycznie do niej doszło… i może wiedziała, że żadne z nich nie umierało, jednak psychicznie już przygotowywała się na moment, w którym będzie musiała się z nim pożegnać, a sama ta świadomość pozostawiała w jej ustach cholernie gorzki posmak.

Nie sądziła, że aż tak polubi jego towarzystwo po tylu latach przekonań na jego temat, które Chris tak skutecznie wbijał jej do głowy. Nie sądziła, że zapach jego perfum i smak jego ust staną się dwiema rzeczami, bez których nagle nie będzie miała pojęcia, jak poradzić sobie w codziennym życiu. Nie sądziła, że się w nim zakocha... że tak mocno go pokocha. Boże. Thalia Rosenhall zakochała się we wrogu. W kimś, kogo miała przeklinać do swojej usranej śmierci. W kimś, kogo rozczochrane włosy nazywała mopem, a jednocześnie uwielbiała zatapiać w nich palce. Kimś, kogo wyzywała od brzydali z przeogromnym nochalem, a kiedy zostawali sami, mogłaby godzinami wpatrywać się w jego tęczówki albo te cholerne dołeczki pojawiające się w policzkach, kiedy się uśmiechał. Jezu. To będzie cięższe, niż się spodziewała. And frankly? She wasn’t looking forward to it.

Stanęła niepewnie przed nim, wpatrując się w jego oczy z nadzieją, że podobało mu się, jak wyglądała, a słysząc jego komentarz, parsknęła pod nosem. - Musiałbyś mnie wtedy wyciągać z aresztu, Thallman, a nie wiem czy jesteś na to gotowy - przewróciła oczami ze śmiechem, zanim pokazała mu zdjęcie swojego byłego. Przyglądała mu się przez moment i nie była pewna, czy kiedy wypowiedział imię Eliasa, naprawdę zauważyła na jego twarzy jakąś mikroekspresję. Ale pewnie to nic. Jakieś zwidy, co nie? ''Nie zostawię cię samej nawet na sekundę.'' Czemu zrobiło jej się tak cholernie gorąco, kiedy to usłyszała? Ohmygod... Może jednak zależało mu na niej trochę bardziej, niż przypuszczała? Tylko że zaraz potem te słowa przeplotły się z tym całym ''nie po to cię znosiłem'' i Thalia poczuła się, jakby przejechał po niej jakiś pieprzony walec. No tak. Czego ty się, kurde, spodziewałaś?

To był tylko układ.

Układ, który już za chwilę miał dobiec końca. Nastąpi wielkie POOF i wszystko, co wydarzyło się pomiędzy nimi przez ostatnie trzy miesiące, zamieni się w nic więcej niż złudne wspomnienie bliskości, której przez krótką chwilę mogła naprawdę doświadczyć.

forgive the urgency, but hurry up and wait
my heart has started to separate

Raz po raz zerkała na niego, próbując wygrawerować sobie w głowie jego twarz, chociaż nie wiedziała nawet, po co to robiła. W końcu miała cholernie dużo zdjęć i filmików na dowód ich jakże wielkiej miłości, prawda? Dopiła jeszcze szampana i odstawiła lampkę na tackę, gdy któryś z kelnerów przechodził obok nich. Kilka chwil później siedziała już, przyglądając się wszystkim dookoła. No dobra. W dalszym ciągu po prostu wpatrywała się w niego. Starała się przestać. Musiała, ale… wtedy poczuła dotyk jego dłoni na swoim udzie, zanim splótł ich palce razem. Ahhhh, kurde. Czemu nagle robiło jej się tutaj tak gorąco i zimno jednocześnie? Czemu w ogóle poczuła to dziwne ukłucie nieśmiałości? Jezu. To kompletnie nie było do niej podobne. Ogarnij się! Rzuciła do siebie w myślach, zanim jego kolejne słowa, które wybrzmiały po tym uspokajającym głaskaniu kciukiem po jej dłoni, kompletnie zmiotły ją z powierzchni ziemi. Dobrze, że siedziała, bo na bank by tam padła.

But waitwaitiwaitwait... nie nazwał jej Rosenhell?

A może nazwał, tylko nie usłyszała, bo była zbyt rozkojarzona jego oczami i tym przyjemnym, uspokajającym gestem dłoni? Boże. - nie patrzę - mruknęła pod nosem, marszcząc brwi i udając, że przecież kompletnie nie wie, o czym do niej mówił. No i kiedy już myślała, że nie rozwali jej na łopatki jeszcze bardziej, palnął tym tekstem o zakochaniu i… COOO? Co miała powiedzieć?! Być defensywna czy play into it? No i dobra. Zdecydowała się na to drugie. - Zakochała? - uniosła brew, zaciskając jego dłoń i uśmiechając się zadziornie. - A co, jeśli tak, Thallman? Przygotuj się na ewentualne złamanie mojego serduszka jutro rano. - Podniosła drugą dłoń do oka i udała, że ociera łezkę zbierającą się tam przez ten tekst, a w środku aż ją, kurde, skręcało.

if ever there was a doubt
my love, she leans into me

Jednak, jak już wszyscy wiemy, w życiu nigdy nie było łatwo. Nie było usłane różami, tęczami czy innymi pierdółkami, gdzie wszystko szło po naszej myśli, co nie? Bo dosłownie w momencie, kiedy to powiedziała, usłyszała znajomy głos, szmer i poczuła, jak ktoś siada obok niej. - Thal? - Usłyszała niski, męski głos. Zacisnęła mocniej dłoń Alberta i odwróciła głowę w bok, żeby ujrzeć Eliasa, który ze wszystkich możliwych miejsc usiadł właśnie obok nich. - Nie było innych miejsc? - zapytała sfrustrowana, widząc jego twarz. Elias uśmiechał się pod nosem, jakby w głowie już układał sobie jakiś niecny plan. - Powiedzieli mi, żebym tutaj usiadł - odpowiedział z uśmiechem. - Wiesz, że nasi kochani znajomi bardzo chcą, żebyśmy do siebie wrócili? - spojrzał prosto na nią, a po chwili jego wzrok zsunął się na jej dłoń splecioną z dłonią Thallmana. - Mam chłopaka. To Albert - rzuciła tylko i wzięła głębszy wdech. - Ah, nie interesuje mnie to - mruknął pod nosem. I dokładnie w tym samym momencie rozbrzmiał dźwięk wiolonczeli i skrzypiec. Ceremonia się rozpoczęła. A ona z jednej strony czuła ciepło ciała Alberta, a z drugiej przeszywający wzrok Eliasa wbity gdzieś w bok jej twarzy. I cholera jasnaaaa. Niby chciała uciekać, ale z drugiej strony chciała trwać w tej chwili jak najdłużej, bo miała blisko siebie właśnie jego. I nie chodziło tutaj wcale o jej byłego... tylko no o prawie byłego.

i hate that i miss you already
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Albert nie znał takich mądrych pojęć jak żałoba antycypacyjna, ale doskonale znał uczucie, gdy piekło gdzieś pomiędzy przełykiem a żołądkiem na samą myśl o stracie. Dziś czuł się jak pies na uwięzi i, cholera, skończył mu się czas na spokojne przemyślenie czegokolwiek. Nie miał dziś ani minuty dla siebie, no chyba że liczyć te pięć minut w toalecie, kiedy poszedł pograć w Candy Crush, bo miał po dziurki w nosie nowych znajomych, których przedstawiała mu Thalia. Spacerki po weselnym resorcie też już mu się znudziły, a obcy ludzie gapili się na niego tak, jakby urwał się z choinki z tą swoją nieogarniętą fryzurą. Wtedy do niego dotarło, że był tutaj tylko i wyłącznie dla niej; no i jakaś jego część w środku uważała, że nie mógł jej zostawić, nieważne jak bardzo nie chciał tu być. Tak naprawdę… nie chciał tu być, ale nie chciał też jej zostawiać. Nigdy. Ciągle myślał o tym, jak wywinąć się z tego pieprzonego zakończenia układu; najchętniej wymyśliłby cokolwiek, byle tylko z nią nie zrywać kolejnego poranka. Chciał przedłużyć ich kontrakt do… kolejnego wesela. Czyjegoś. Kogokolwiek. Codziennie w Toronto ktoś brał przecież ślub, czy to byłoby ważne, kim byliby dla nich państwo młodzi? Tak w sumie to nawet nie musiało być wesele, to mogłaby być jakakolwiek inna okazja, na którą mogliby pójść razem, jako para. Chciał, żeby kolejnego dnia po przebudzeniu też mógł wysłać jej wiadomość z pytaniem, czy do niego wpadnie. Chciał, żeby dalej wysyłała mu swoje selfie, zarówno te idiotyczne, jak i te seksowne (no ale bardziej seksowne). Chciał znowu leżeć z nią na trawie i oglądać z nią te jebane gwiazdy, mimo że tego nie lubił i nigdy nie miał na to ochoty. A może jednak… miał? Kurwa, w jej oczach w sumie mógłby oglądać gwiazdy całymi dniami…

Tak samo jak teraz, gdy zerkała na niego ukradkiem i uparcie przyznawała, że wcale na niego nie patrzyła. A patrzyła. - Patrzysz - odpowiedział twardo, na moment zsuwając spojrzenie na jej usta. Miał przecież oczy, dobra? Widział, że na niego patrzyła. Nie z nim takie numery, żeby przymykać oko na jej małe kłamstewka… Dopóki… Och? A co, jeśli tak, Thallman? Przygotuj się na ewentualne złamanie mojego serduszka jutro rano. Albert zamilkł. Tym razem to on został całkowicie pozbawiony języka w gębie. Wpatrywał się w Thalię w milczeniu, próbując rozszyfrować każdą zmarszczkę na jej twarzy. Żartowała? Udawała? Flirtowała z nim? A co gdyby tak… Po prostu skorzystał z okazji? - A jakby obeszło się bez łamania? - spytał ją cicho, nie odrywając wzroku od jej ciemnych oczu. No i nastała cisza, wpatrywali się w siebie w takim impasie, Albert to nawet wstrzymał oddech, bo to pytanie było pewnego rodzaju… przełomem między nimi… Kiedy nagle… ktoś wparował ze swoimi wielkimi buciorami w ich czasoprzestrzeń. Jakiś typ. Jakiś… Elias? No Ace to sobie właśnie pomyślał, że go pokurwi. Naprawdę musiał zmaterializować się znikąd w takim momencie? Albert zacisnął usta i zerknął na Thalię, bo to w końcu ona tu była najważniejszą osobą. W sensie, dla niej tutaj przyszedł, żeby obronić ją przed tym samym złamasem, który właśnie miał czelność usiąść obok niej.

No i im dłużej Albert przyglądał się Thalii, tym więcej irytacji w niej widział. Nawet jej ciało jakoś tak… zesztywniało. Chwilowo postanowił się nie odzywać i dać jej przestrzeń; czekał na rozwój sytuacji, bo może jego interwencja wcale nie będzie potrzebna? Nawet w momencie, gdy Elias z cwanym uśmieszkiem na mordzie stwierdził, że kochani znajomi jego i Thalii chcieli, żeby do siebie wrócili, milczał. Ba, nawet uśmiechnął się pod nosem… Tania śpiewka, stary. Choć gdzieś głęboko w środku lekko go zapiekło z tego powodu - no bo wizja, w której Thalia wracała do tego Pimpka albo zabawiała się z kimś innym niż Albert wywoływania w nim natychmiastową chęć rozładowania agresji. Wolność wolnością, ale w tej sekundzie… Thalia należała do niego, tak? Nawet jeśli tylko w tym udawanym związku.


Mam chłopaka. To Albert.


Ha! That’s what she said. Albert posłał Eliasowi uśmiech numer pięć i pomachał mu ręką na przywitanie, gdy Thalia nareszcie go przedstawiła i już nie musiał po prostu grzecznie czekać na swoją kolej, kiedy… Elias stwierdził, że go to nie interesuje. Aha. No wiecie co? Duma Alberta Thallmana właśnie została dotkliwie urażona. No i chuj, no i cześć. Już miał coś powiedzieć, kiedy akurat w tym momencie rozbrzmiały pierwsze, wyniosłe dźwięki wiolonczeli i skrzypiec. Thousand years. Christina Perri. Cringe. No masz babo placek. Panna młoda zaczęła podążać w stronę ołtarza, więc wszyscy goście wstali, podziwiając drobną blondyneczkę zmierzającą ku swojemu przyszłemu małżonkowi. Albert również wstał, ale zamiast patrzeć na suknię panny młodej, przyglądał się profilowi Thalii. Miała jakieś takie… hm, zaciśnięte w wąską linię usta. No i wyczuwał jakoś tak wewnętrznie, że czuła się po prostu przechujowo, siedząc obok swojego byłego na E.

Panna młoda nareszcie dowlokła się do ołtarza i wszyscy powoli zaczęli zajmować miejsca siedzące; no i jakoś tak wyszło, że Ace był jedynym gościem w całym rzędzie, który dalej stał. Zaczął się bezczelnie krzątać i zasłaniać widok połowie gości panny młodej, ale nic sobie z tego nie robił i po prostu chwycił Rosenhall za ramię, zlekceważył jej zaskoczone spojrzenie i zmusił ją gestem, żeby wstała i zamieniła się z nim miejscami. Tymczasem wszyscy zaczęli chrząkać i się na nich gapić… Ups? Jakaś daleka, obca ciotka z rzędu za nimi uderzyła nawet laseczką w ziemię, bo Thallman zasłonił jej cały ołtarz, ale cyk, opłacało się. Teraz to Albert siedział na środku, robiąc za żywy parawan między Thalią a tym pewnym siebie dzbanem Eliasem. - Dzień dobry - szepnął do byłego Rosenhall z całym urokiem osobistym, na jaki było go w tej chwili stać. Nachylił się do niego lekko, robiąc słodką minę, i zanim facet zdążył wykrztusić z siebie choćby słowo, zaczął do niego szeptać więcej. - Naprawdę, stary, zainwestuj w tic-taki, bo ci jedzie. Stary, prawie mi przeżarło nos… Tak, jak wtedy, jak… - przerwał szept w połowie zdania, odwrócił się do Thalii i z absolutnym brakiem zainteresowania ceremonią złożył czuły pocałunek na jej policzku, po czym odwrócił głowę z powrotem do Eliasa, który wyglądał już na skrajnie skołowanego i wkurwionego. - A na deser były… brukselki - dokończył cytat ze Shreka prosto do jego ucha.

Ktoś z tyłu - pewnie ta ciocia z Radomia (Albert nie wiedział, czy była z Radomia czy nie, ale tak sobie wymyślił) - zaczęła znacząco chrząkać, bo szepty Alberta pewnie zagłuszały pierwsze słowa przysięgi małżeńskiej, Albert miał to jednak w głębokim poważaniu. - Ładny jesteś - dodał cicho, po czym położył swoją dłoń na udzie Eliasa. No co? Chciał go wytrącić z równowagi. Co z tego, że właśnie uczestniczyli w ślubie. - Zjeżdżaj mi z tym! - odparował Elias z czystą odrazą w głosie i strącił dłoń Alberta ze swojego uda. No i w tym momencie…

PAT, PAT!

Albo JEB, JEB - jak kto woli.


Starsza ciocia z Radomia siedząca za nimi nie wytrzymała psychicznie tego przedstawienia, dlatego zamachnęła się swoją wyjściową, koronkową parasolką i przywaliła Eliasowi prosto w łeb. - Cicho bądź, gówniarzu! Stella bierze ślub, łajdaku! Dewiancie! - zasyczała cicho, wielce oburzona. Albert tymczasem przechylił głowę na bok i zacisnął usta, żeby powstrzymać parsknięcie śmiechem, po czym odwrócił się do Thalii i puścił jej perskie oczko.

Fajnie zaczynało się to wesele, w końcu coś się działo. Prawie zapomniał, że ta piękna dziewczyna obok niego niedługo miała przestać być jego, żal pe el…

one step closer od wyjebania eliasowi gonga
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

''Why are you so far away?", she said
"Why won't you ever know that I'm in love with you...
that I'm in love with you?"

A jakby obeszło się bez łamania?

- Bez łamania? - zdążyła tylko tyle zapytać, bo zaraz scena rozegrała się niczym z jakiegoś horroru. No bo musiała siedzieć obok tamtego patałacha i wysłuchiwać jego komentarzy. Naprawdę nie miała ochoty tam być. Słuchać go, patrzeć na niego, znajdować się z nim w jednym pomieszczeniu czy tam na zewnątrz, bo notabene cała ceremonia odbywała się na świeżym powietrzu ze względu na ładną pogodę. Wiedziała jednak, że to jej nie ominie, dlatego też przecież stąd wziął się ten cały układ z Albertem, no nie? Zerknęła na niego, układając usta w bezgłośne 'I'm sorry', i próbowała ignorować Eliasa. Naprawdę próbowała. W innym przypadku może by mu zdzieliła w twarz, ale wiedziała też, że nie mogła sobie na to pozwolić. Pamiętała, jak wyglądały ostatnie miesiące ich związku, a różnica pomiędzy Chrisem a Eliasem polegała na tym, że chociaż Chris skupiał się tylko i wyłącznie na wykończeniu jej psychicznie, to Elias wiedział, jak robić to samo, a przy okazji gdzie chwycić, żeby nie pozostawić widocznych śladów.

Wskoczyła z jednej rzeki do drugiej. Nieumyślnie. Z początku Elias był idealnym chłopakiem, a przez pierwsze pół roku czuła się przy nim jak księżniczka. Kochana, upragniona… Adorował ją na każdym kroku. Sielanka skończyła się jednak, gdy się do niego wprowadziła. Jednego miesiąca pozwolił sobie opieprzyć ją za to, że w zły sposób ułożyła swoje ciuchy. Następnego za źle wyprasowaną koszulę. Kolejnego za to, że za bardzo się przy nim roztyła, a jeszcze następnego, gdy śmiała odpyskować mu w towarzystwie jego kolegów. Wtedy też po raz pierwszy poczuła ciepły ślad jego dłoni na swoim policzku. Wszystko to przeplecione łzami, przytulaniem i zapewnieniami, że ją kochał, ale przecież powinna zobaczyć, do czego go doprowadziła. No bo w takich sytuacjach wiadomo... to ona przecież go p r o w o k o w a ł a.

Jezu, robiło jej się słabo na samo wspomnienie, ale musiała się jakoś trzymać, stojąc teraz i przyglądając się tej całej ceremonii. Ścisnęła usta w wąski pasek, próbując się uspokoić, a gdy panna młoda w końcu stanęła na ślubnym kobiercu, usiadła, w dalszym ciągu starając się ignorować obecność Eliasa. Po chwili jednak dotarło do niej, że nie czuła obok siebie obecności Alberta, więc spojrzała w górę, zauważając, że ten jeszcze stał. Jezu, czy to była scena z Grey's Anatomy, w której Jackson Avery mówi April Kepner, że ją kocha i żeby nie wychodziła za Matthew, tylko uciekła z nim gdzieś hen daleko? Tylko że w tej wersji Thalia nie będzie panną młodą, a udawaną dziewczyną i towarzyszką weselną? No ale nie, to nie było to, bo poczuła, jak chwycił ją za ramię i zamienił się z nią miejscami?????

Mrugnęła kilkakrotnie, po czym uśmiechnęła się, nie wierząc, co tu się tak właściwie odjebało. Boże, przecież ona na niego nie zasługiwała. Nie mogła przestać przyglądać się temu, jak dosłownie he was fucking with Elias, i uśmiechnęła się pod nosem, czując, jak pocałował ją w policzek. - Zero szacunku dla pary młodej! - rzuciła cicho tamta zbulwersowana ciotka XD. Po chwili przyłożyła dłoń do ust, starając się nie wybuchnąć śmiechem, gdy zobaczyła, jak Albert ułożył dłoń na udzie Eliasa. Dosłownie rozgryzł wszystkie jego słabe punkty w sekundę. Reszta ceremonii minęła jej jakoś o wiele przyjemniej, bo wiedziała, że Thallman stanowił dla niej dosłownie tarczę obronną. I co najważniejsze, czuła się przy nim bardzo bezpiecznie.

3 godziny później

Udało jej się namówić Alberta do kilku wolnych tańców, przy okazji próbując uniknąć udziału w niektórych zawstydzających grach, do których oboje potrzebowaliby zdecydowanie większej ilości alkoholu. Stojąc teraz przy stole z przekąskami, niedaleko baru alkoholowego, bardzo chciała zapytać go o to, co miał na myśli wcześniej, mówiąc, że może jednak obeszłoby się bez łamania serca, gdy nagle przybiegła do nich panna młoda, Stella, wraz z dwiema druhnami. - Thallllll, nie wierzyłyśmy, że przyprowadzisz nowego chłopaka i że będzie taki przystojny! No spojrzcie na niego! - Stella poklepała go po klacie, a Vera tylko przytaknęła, śmiejąc się pod nosem. - I spojrzcie na jego włosy! Jakiego szamponu używasz?? - Bez pytania wsunęła palce w jego włosy, na co Rosenhall tylko uniosła brwi, nie wierząc w to, co one odwalały. Zdecydowanie miały już za dużo alkoholu. - No ale dobra, jak wyrwałeś naszą Thalię? Wiesz, że trzymałyśmy się z nią przez rok, jak mieszkałyśmy w Nowym Orleanie? Było z niej niezłe ziółko - zaczęła Claudia, na co Rosenhall wiedziała, że to była jej queue, więc tylko rzuciła, - To ja was zostawię i zaraz wrócę. - zbliżyła się jeszcze do Alberta i szybko musnęła jego usta, żeby pamiętały, że on był JEJ, HALO? Nawet jeżeli na liczniku zostało im tylko kilka marnych godzin do końca. Ehhh.

Znalazłszy się w łazience, umyła ręce i poprawiła makijaż, żeby zaraz do niego dołączyć i pomóc mu z milionem pytań, którymi zapewne teraz go męczyły. Jednak kiedy wyszła, zauważyła, że obok drzwi opierał się Elias. - masz mnie za idiotę, Athalia? - zapytał, parskając śmiechem, na co ona tylko spięła się, słysząc swoje pełne imię. - Nie wiem, o czym mówisz. Przeszła obok niego, a raczej starała się przejść, kiedy chwycił ją za ramię i pociągnął w kierunku altany oddalonej od reszty ludzi. - Zostaw mnie - rzuciła zirytowana, ale on nie miał zamiaru jej słuchać. - Myślisz, że uwierzę, że tak szybko o mnie zapomniałaś? Dziewczyny mówiły, że dalej za mną tęsknisz, a teraz szlajasz się z jakimś kolesiem, który nie wie, co to szczotka do włosów? - parsknął śmiechem. - Dobre sobie. Zresztą serio myślisz, że ktoś inny niż ja chciałby z tobą być? - Spojrzał na nią od stóp do głów. - No i co z tego, że schudłaś? I tak w chuj ci jeszcze brakuje do tego, żeby wyglądać jak człowiek. Jesteś bardziej pewna siebie? Potrafisz odpyskować? Kto cię tego nauczył, jak nie ja? - Wyciągnął dłoń, chwytając ją za szczękę i zaciskając palce na jej policzkach. - Zaraz mu się znudzisz, a ja już cię nie przyjmę. Znajdę sobie kogoś innego, bo o ile dobrze pamiętam, ten twój cały Chris też ci to mówił. A ty jesteś tak samo głupia jak wtedy. Żałosne. - Każde słowo uderzało w nią ze zdwojoną siłą, a ona tylko tak stała i wpatrywała się w niego. Chociaż na dobrą sprawę nie widziała już przed sobą jego twarzy, a jedynie pustkę, bo wszystkie duchy i demony przeszłości nagle powróciły. A osoba, którą tak usilnie starała się zbudować na nowo… w tamtym momencie?

Gdzieś zniknęła.


if you only knew the truth :stickcri:
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”