44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie raz zdarzyło mu się marzyć o tej chwili, bo nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mu się w takiej znaleźć. Był blisko Iris, ona było blisko niego; trzymał ją w swoich ramionach tak, jakby nie chciał już nigdy jej puścić. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jaka ulgę przyniesie mu ten teoretycznie mały gest. Cały dotychczasowy stres, złość – nic z tego nie zostało. Jedyne o czym teraz myślał to Iris i jak bardzo mu jej brakowało. I teraz też zastawiał się, skąd w nim była ta cała złość i żal, które wcześniej na nią wylewał. Nie potrafił sam zrozumieć swojego zachowania, które w tamtej chwili było dla niego bardziej jak zasadne.

Nie dało się ukryć, że nie myślał zbyt rozsądnie w tym momencie, jednak nie można było mu się dziwić. Ledwo co pochwali bardzo dobrą koleżankę; dowiedział się, że jego ukochana zostawiła go przez chorobę; a teraz? Teraz miał okazję być tak blisko Iris, jak tylko mógł w swoich snach do tej pory. — Słaba? Krucha? — powtórzył za nią, kręcąc lekko głową. — To są ostatnie słowa, którymi bym cię opisał — stwierdził, po czym założył za jej ucho pojedynczy kosmyk włosów, który wkradł się przed jej twarz. — Nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, ile odwagi i siły wymagało to od ciebie — dodał, a oczami powiódł do jej czekoladowych oczu, których już dawno nie miał okazji widzieć z tak bliska. Tęsknił za tym. Tęsknił za nią. Bardziej niż wcześniej zdawał sobie z tego sprawę.

— Ale wszystko już jest dobrze? — zapytał, gładząc ją delikatnie po plecach. — Jesteś już zdrowa? — Teraz też zaczynał rozumieć, dlaczego, gdy pierwszy raz od dawna spotkał ją w Toronto, wydawała się chudsza, bladsza. Nawet nie przeszło mu przez myśl, że mogło to być spowodowane taką chorobą. Podejrzewał stres, nagłe zmiany w życiu i inne nietypowe okoliczności, ale nie raka. Wiedział, że była to choroba, która mogła spotkać każdego, niezależnie od wieku. Niemniej jednak, do tej pory nie miał w otoczeniu kogoś chorego, a przynajmniej chorego na raka. Było to dla niego nowe doświadczenie, które do tej pory kojarzył jedynie z opowieści innych lub filmów, które tę tematykę poruszały. Na Bliskim Wschodzie głównym powodem śmierci były postrzały albo wypadki - mając takie zagrożenie nikt nie zastanawiał się czy przypadkiem nie rozwija się w nim jakaś choroba. Dziewczyna miała rację, chociaż Jesse jeszcze nie był w stanie tego przyznać - faktycznie, gdyby o tym wiedział, nie byłby w stanie nie martwić się o nią i jedyne, czym by się przejmował, to jej stan. Możliwe, że wówczas kontuzja jeszcze szybciej by go z Iraku ściągnęła, a wówczas i on dołożyłby jej więcej stresu.

— Iris, ja tęskniłem i nadal tęsknie — przyznał, po czym poluźnił uścisk i odsunął się na dosłownie pół kroku. Nie mógł jednak zrezygnować z jej dotyku. Prędko odnalazł jej kościste dłonie, które ujął w swoje. Przyglądał się nim, plącząc ich palce. — Chociaż wiem, że często dawałem trochę sprzeczne temu sygnały — stwierdził, poniekąd przyznając się do swojego dość chwiejnego jak na czterdziestolatka zachowania. — Ale naprawdę myślałem, że powód, dla którego zniknęłaś był inny, że ja w jakiś sposób byłem tym powodem, że coś ci zrobiłem i nawet nie miałem okazji się zrehabilitować — tłumaczył, nie myśląc zbyt wiele, po prostu pozwalając słowom opuszczać jego usta. — I chociaż minęło już tyle czasu, to nadal nie byłem z tym pogodzony, bo cały czas miałem nadzieję, że to nie jest definitywny koniec tego, co między nami było — mówił i mówił, możliwe, że nawet za dużo. Niemniej jednak, znając nieprzewidywalność ich relacji oraz jej dynamiczność, nie chciał przegapić okazji, aby jej to wszystko powiedzieć. Pierwszy raz od dawna mogli porozmawiać tak szczerze, tak prawdziwie bez zbędnych krzyków, obaw przed własnymi słowami czy też innymi osobami, które często lubiły im przeszkadzać w takich momentach. Zresztą, już i tak zbyt wiele czasu zmarnowali, aby gryźć się w język. — Było i jest, bo nie wmówisz mi, że jest inaczej, że zostawiliśmy to wszystko w Iraku — stwierdził, wracając swoim spojrzeniem do jej oczu. Nie ostało się ono jednak tam zbyt długo. Zsunął je niżej, na jej delikatne, różowe usta. I jedna, krótka myśl przeszła mu przez głowę. Nawet nie poddał jej krytycznej analizie, która w tej sytuacji prawdopodobnie by się przydała. Nachylił się. Tak, że czuł na swojej skórze jej ciepły oddech. I zawahał się jedynie na ułamek sekundy, może trochę licząc, że Iris się temu postawi, że po raz kolejny uchroni ich przed błędem, który był im pisany. Tak się jednak nie stało. Henderson musnął delikatnie jej usta swoimi. To jednak było niewystarczające. Spojrzał na nią raz jeszcze. I po tym, zatopił się w jej ustach. Za tym też zdążył zatęsknić.


Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
If you wanted me dead
You should've just said
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tego wszystkiego było dużo… za dużo. Bonnie, pogrzeb, jego bliskość, ich rozmowa, jego złość i samotność, która coraz częściej jej doskwierała i teraz to. Tego było strasznie dużo i im dłużej tkwiła w jego ramionach, tym bardziej docierało do niej jak bardzo tego potrzebowała, a jednocześnie jak niebezpieczne to było. Pod policzkiem czuła jego silnie bijące serce, czuła ciepło od jego skóry i oplatały ją ramiona, w których kiedyś czuła się bezpiecznie. Kiedyś. Zanim wszystko się rozsypało jak domek z kart. Kiedyś, gdy pozwolili sobie na za dużo, chociaż nie mieli do tego najmniejszego prawa. Ona nie miała prawa tak się z nim czuć, a jednak…
Dreszcz przemknął przez jej ciało w momencie, gdy opuszki jego palców musnęły skórę na jej policzku, gdy odgarniał kosmyk jej włosów. Coś tak prostego, tak… niegroźnego a i tak zadrżała, wpatrując się w niego intensywnie – Nie. Nie byłam ani odważna, ani silna, Jesse. – była samolubna. Nie powiedziała nikomu, żeby nikt się o nią nie martwił i żeby ona nie musiała sobie z tym radzić, żeby nie musiała radzić sobie z uczuciami innych ludzi, żeby nikt nie wywierał na nią presji, żeby nikt nie mówił jej, co ma robić. Wbrew pozorom wybrała najprostszą opcję. Nic nie musiała.
Kolejny dreszcz przeszedł ją w momencie, gdy zadał pytanie, którego obawiała się najbardziej. Czy była już zdrowa? Była. W tym momencie była. Czy będzie za dwa miesiące, pół roku albo pięć lat? Tego nie wiedziała. Mimo wszystko po chwili skinęła w odpowiedzi i uśmiechnęła się do niego lekko, pokrzepiająco, jakby chciała go uspokoić. Ale tak właściwie było i oboje tego potrzebowali – ona głównie dlatego, że nie chciała, żeby się martwił i patrzył na nią z wiecznym współczuciem i żalem. To naprawdę był jeden z powodów przez które nie lubiła mówić o swojej chorobie. W większości przypadków ludzie się wtedy zmieniali… a już na pewno zmieniali podejście do niej, a ona przecież nie potrzebowała żadnej taryfy ulgowej. Była zdrowa.
A on za nią tęsknił.
Ściągnęła mocniej brwi, ale nie w złości… wpatrywała się w niego intensywnie i słuchała, a on mówił te wszystkie rzeczy, które zawsze przecież chciała od niego usłyszeć. A jednocześnie gdzieś z tyłu głowy miała świadomość, że mówił to tylko dlatego, że właśnie dostał w twarz informacją, że otarła się o śmierć. I może to daleko idący wniosek, bo Valentine naprawdę nieźle zniosła leczenie – jak na ten rodzaj leczenia – i jej organizm bardzo dobre zareagował, ale mimo wszystko… pewne rzeczy przerażają. Tylko czy mówiłby to, gdyby tego nie czuł? Gdyby to tak naprawdę w nim nie było? Serce zaczęło bić jej szybciej i naprawdę chciała coś z siebie wydusić, chciała coś wtrącić, ale miała wrażenie, że głos ugrzęzł jej w gardle, więc tylko się w niego wpatrywała. I dlatego nie zareagowała, nie zaprotestowała, nie poszła po rozum do głowy. Nie odsunęła się, wręcz przeciwnie.
Już przy pierwszym lekkim muśnięciu sięgnęła do jego koszuli i zacisnęła na niej lekko palce, nie chcąc, żeby się odsuwał. Nie, gdy miała go już tak blisko, nawet nie tyle, co na wyciągnięcie ręki… bardziej. Nie miała w sobie tyle siły, żeby z tego zrezygnować. Tyle woli…
Nie chciała z tego rezygnować. Nie chciała być sama. Potrzebowała go.
Tych kilka myśli uparcie rozbijało jej się po głowie i nie zamierzała z nimi dłużej walczyć. Dlatego przylgnęła do niego ciasno, całkowicie likwidując między nimi jakikolwiek dystans. Dlatego odwzajemniła ten pocałunek. Zachłannie. Żarliwie. Zawierając w tym pocałunku całą swoją tęsknotę, potrzebę i jednocześnie żal. Za stracony czas, za to, że zrobiła to tak źle… że teraz musieli o tym rozmawiać.
- Zostań. – szepnęła prosto w męskie wargi i odsuwając się tylko tak, żeby móc odnaleźć jego spojrzenie. Upewnić się, że błysk w jego oku nadal był. Będą tego żałować... jutro. Dzisiaj nie chciała już być sama. I dlatego pozwoliła, żeby węzeł, który zawiązała niedbale w pasie po prostu puścił, a hotelowy szlafrok zsunął się z jej ramion prosto na podłogę. Stała przed nim w samej bieliźnie, boleśnie blisko... ale jednoczesnie nic więcej nie zrobiła. Nie wykonała żadnego kroku, dając mu przestrzeń na decyzję. To on miał żonę...


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W jego głowie w jednym momencie były dziesiątki nieuporządkowanych myśli. Analizował co się dzieje, jak to się może potoczyć, do czego doprowadzić, dlaczego do tego doszło - wszystko na raz. Jesse pracował w gorszych, bardziej zagrażających życiu warunkach i był w stanie utrzymać trzeźwość umysłu, a mimo to aktualnie nie potrafił wyciszyć tego szumu myśli. Tego było za dużo. Zdecydowanie za dużo.

I nagle wszystko ucichło. Dylematy, żale, pytania – nic, kompletna cisza. A to wszystko za sprawą pocałunku, który okazał się lekarstwem na wszystkie jego problemy. A przynajmniej w tym momencie.

Minęły miesiące, a nawet i lata, odkąd miał ją tak blisko, odkąd ostatni raz mógł trzymać ją w ramionach. Musiał z tej chwili korzystać, nacieszyć się nią. Teraz był o tyle mądrzejszy, że wiedział, że to prawdopodobnie ostatni raz, że więcej się to nie zdarzy. Wtedy, w Iraku o tym nie wiedział. Gdy ostatni raz ją przytulił, pocałował myślał, że następna taka okazja przydarzy się dość szybko, może nawet w ciągu paru godzin, gdy "przypadkiem" wpadną na siebie w pustej kancelarii. Tak jednak się nie stało. Przypadek jednak zarządził, że spotkali się raz jeszcze, ale już poza wojną. Przypadkiem też było, że wybrali ten sam hotel i że Jesse zobaczył ją na piętrze akurat w odpowiednim momencie.

O przypadku jednak nie można było mówić, gdy ją pocałował. To była jego świadoma decyzja, której nie mógł i przede wszystkim nie zamierzał się wypierać. — Tylko na to czekałem — odpowiedział spokojnie, szczerze ciesząc się, że w końcu mówili to, co faktycznie im na sercu leżało i przekraczanie "nieprzekraczalnych" granic nie miało dla nich w tym momencie większego znaczenia. Na żal jeszcze przyjdzie czas.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
If you wanted me dead
You should've just said
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Co dzieje się w Rhinebeck zostaje w Rhinebeck.

Stwierdzenie to spodobało mu się bardziej niż powinno. Uznał nawet, że będzie to jego myśl przewodnia z tego wyjazdu, który jak dla niego w tym momencie mógłby się nigdy nie kończyć. Mógłby zostać w tym przeklętym mieście tak długo, jak tylko Iris byłaby wraz z nim. Wiedział jednak, że było to niemożliwe, że nazajutrz powinni, a przynajmniej on wrócić do Toronto. Tam miał żonę, miał syna, miał życie, na które sam się zdecydował i decydował każdego dnia. Mógł wszystkim tłumaczyć, że przy żonie trzymało go jedynie wspólne dziecko, jednak czy była to prawda? W pewnym stopniu tak, bo nie można było zapomnieć o innych powodach, przez które Jesse wciąż powinien złotą obrączkę na palcu nosić.

Gdy dopiero zaczynali z Iris odważniej o swoich uczuciach mówić oraz je okazywać (i nie, nie miał na myśli jedynie schadzek po kantorkach czy innych kontenerach), czasami świadomość, że źle i niemoralnie postępuje przemykała mu przez głowę. Nie dość, że czuł, że postępuje nie w porządku w stosunku do "nadal" partnerki, to jeszcze do samej Iris, którą wciągnął w tę skomplikowaną relację. Dręczyło go to nawet pomimo faktu, że przecież papiery rozwodowe już dawno otrzymał w momencie, w którym zapoznawał się z ratowniczką. To wszystko jednak było wbrew jego wartościom, w których był wychowany i które do tej pory praktykował. Wiedział, że było to złe, a mimo to - brnął w to z całą świadomością. I podobnie było tego wieczoru. Wiedział, że te chwile przyjemności srogo im się odbiją.

Miał jednak wrażenie, że było to tego wszystkiego warte. Iris była warta tych wszystkich konsekwencji, które zamierzał wziąć na swoje barki. Ciepło jej ciała, namiętność pocałunków, jej bliskość - wiedział, że tego wszystkiego mu brakowało, jednak nie spodziewał się, że aż tak bardzo. I nie mógł sobie jej odpuścić nawet po wszystkim - obejmował ją swoim ramieniem i bawił przy tym kosmykami jej momentami poplątanych włosów. — I musieliśmy po to lecieć aż do Stanów? — zapytał, trochę żartobliwie, pomimo okoliczności, przez które tak naprawdę się znaleźli. Domyślał się, że bez tych wszystkich emocji i wydarzeń, które w ciągu dnia się nawarstwiły to prawdopodobnie do niczego by nie doszło; że ich relacja dalej byłaby jedynie niemym proszeniem o więcej i karaniem się za to wewnętrznie. — Kiedyś bardzo chciałem cię tu zabrać. W sensie nie tu — powiedział od razu, żeby nie doszła do nieodpowiedniej konkluzji. — Ogólnie do Stanów, ale bardziej tych moich — dodał, kładąc dłoń na jej ramieniu. — I sądziłem, że dojdzie do tego szybciej niż do mojego zamieszkania w Kanadzie, a tu zobacz — powiedział, po czym odwrócił się w jej stronę, by móc mieć lepszy pogląd na jej twarz - chciał się nacieszyć faktem, że miał ją tak blisko i nie mógł zrezygnować z jakiejkolwiek szansy na to.

— Ale przyznaj, że to dość paradoksalne, że to wydarzyło się poniekąd za sprawą Bonnie — stwierdził, celowo omijając słowo "pogrzeb". W końcu nie przez sam pogrzeb się w tak patowej sytuacji znaleźli, a poprzez miłe (lub też trochę mniej) wspomnienia o dobrej koleżance. Może i tej relacji nigdy nie wspierała, jednak Jesse miał wrażenie, że w głębi cieszyła się ich szczęściem tam, na Bliskim Wschodzie. W Iraku nie było zbyt wielu powodów do radości - dobrze więc, że odnajdywali ją w sobie.


Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
If you wanted me dead
You should've just said
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Leżała obok, opierała głowę na jego torsie i chociaż czuła pod policzkiem równy rytm jego serca to trochę nie mogła w to uwierzyć. Nie przypuszczała, że to się jeszcze kiedykolwiek wydarzy. Że jeszcze kiedyś spędzą taki wieczór, że będzie mogła czuć ciepło jego skóry, że on będzie mógł leniwie wpleść palce w jej włosy, że przez kilka chwil cała reszta świata nie będzie miała najmniejszego znaczenia. Bo nie miała. Teraz w tym konkretnym momencie nie interesowało ją nic, co działo się poza tym pokojem hotelowym.
Spojrzała na twarz Jesse, a kącik ust drgnął jej lekko w kierunku uśmiechu. Czy musieli lecieć po to do Stanów? Nie, nie musieli. Potrzebowali jednak impulsu, wymówki… czegoś, co powoli im na krótką chwilę zapomnieć o odpowiedzialności i popchnie ich w swoje ramiona. Nie przypuszczała jednak, że będą to jej choroba i śmierć Bonnie. Ugh. Ale zaraz też przypomniał jej się ten wieczór, gdy Henderson odwiózł ją do domu… jak niewiele wtedy brakowało, żeby przekroczyli granicę, ale uratował ich telefon od jego żony. Teraz aparat milczał.
- Jakie są twoje Stany? I chciałabym móc powiedzieć, że przecież zawsze możesz to zrobić, że przecież jeszcze mamy czas… że moglibyśmy jechać chociażby jutro. – ale nie mogli i oboje byli tego brutalnie świadomi, a to był ten moment, w którym świat zewnętrzny brutalnie wdzierał się do środka pokoju hotelowego. Nie chciała tego. Nie chciała o tym myśleć, nie chciała się nad tym zastanawiać. Dlatego gdy odwrócił twarz w jej stronę, gdy ich spojrzenia się na krótką chwilę spojrzały – zrobiła dokładnie to, czego robić nie powinna… pocałowała go. Sięgnęła jego twarzy, opuszkami palców sunęła po jego policzku, przysunęła się i zamknęła mu usta pocałunkiem. Nieśpiesznym, trochę leniwym, dokładnie takim, żeby uziemić ich tu i teraz… żeby nie wracać do tego, co czekało na nich w Kanadzie i że prawdopodobnie nigdy więcej tego nie powtórzą.
- I oczywiście, że to sprawka Bonnie… i mam nadzieję, że przewraca się teraz w grobie. – dodała półżartem półserio, chociaż… nie, wcale nie żartowała – Jestem na nią zła. – przyznała zupełnie szczerze, ale mimo wszystko wierzyła, że Henderson to zrozumie, a przynajmniej nie będzie jej oceniał, nawet jeśli nie zrozumie, bo jednak trudno było zrozumieć to komuś, kto nigdy nie był w takiej sytuacji – To nie powinno się tak skończyć… pamiętam nasze rozmowy wtedy, gdy zaczęła się orientować, że coś jest nie tak, gdy zmusiła mnie do zrobienia badań i konsultacji z lekarzem. Załatwiła mi wideokonsultację z lekarzem, chyba jakimś z Nowego Jorku. Walczyła o mnie, a nie zawalczyła o samą siebie. Gdy tak naprawdę miała więcej do stracenia niż ja kiedykolwiek. – bo miała męża, dzieci i wnuki. Widzieli dzisiaj całą tą rodzinę, wszyscy wyglądali jakby ich serca pękły na tysiące kawałków i już nigdy nie miały dać się posklejać. A ona? Może była młoda, może miała przed sobą całe życie, ale razem z tym nie miała nic i nie miała nikogo. No… prawie.
- Naprawdę nigdy nic nie powiedziała? Nawet się nie zająknęła? - musiała być naprawdę zawzięta. To aż godne podziwu.


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jej bliskość była dla niego kojąca. Miał wrażenie, że była to jej nadprzyrodzona zdolność – potrafiła go uspokoić, gdy wydawać by się mogło, że nikt i nic nie byłby w stanie. Znała swoje sposoby i wiedziała, kiedy je wykorzystać. Chociaż Jesse był człowiekiem raczej opanowanym i potrafiącym trzeźwo myśleć, to zazwyczaj były to jedynie pozory, pod którymi ukrywał się w trakcie najgorszych momentów służby. Jego też łapał stres, jego też łapał strach przed nieudaną misją i Iris doskonale o tym wiedziała. Nie potrzebowała wiele czasu od momentu ich poznania, aby być w stanie rozczytać go jak otwartą książkę. Widziała, że najlepiej działała na niego jej bliskość. Fakt, że mógł ją objąć, złapać za rękę, przytulić naprawdę by pomagał. Nieczęsto okazywał takową potrzebę, praktycznie wcale. Nie musiał jednak, bo Valentine doskonale wiedziała, kiedy powinna wkroczyć do akcji.
Tęsknił za tym spokojem, który w jego odczuciu był tożsamy z jej delikatnym dotykiem, spokojnym oddechem i ciepłem ciała. Nic więc dziwnego, że tak bardzo nie chciał, aby ta chwila się kończyła. Chciał ją przedłużać tak długo jak tylko był w stanie i widział, że Iris też nie spieszyło się do końca tej nocy. — Moje Stany są dokładnie takie jak wyobrażasz sobie typowy amerykański sitcom z lat dziewięćdziesiątych — stwierdził, a na twarzy wymalował mu się uśmiech na wspomnienia z lat młodzieńczych. — Ale lepszy, bo ze mną w roli głównej — dodał żartobliwie. — Flaga przed domem, kościół co niedzielę, a po nim mecz baseballu i szarlotka babci — powiedział bardzo w skrócie. To jednak najbardziej kojarzyło mu się z domem. Cóż, Jesse miał trochę wyidealizowany obraz USA. Może i stąd pochodził, służył w armii i wziął ślub, to mimo wszystko większość swojego życia spędził za granicą. Wyjechał jeszcze w szkole podstawowej, gdy ojciec pierwszy raz otrzymał przydział za granicą, a później już po prostu tak zostało. Na dobrą sprawę, najdłuższy okres w Stanach Jesse spędził będąc na szkole oficerskiej. — Skoro wszystko co się tu wydarzy, też tu zostaje, to nie mogę ci obiecać, że kiedyś ci to naprawdę pokaże? — zapytał, po czym poddał się pocałunkowi zainicjowanemu przez dziewczynę. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, dłonie lokując na jej biodrach, aby na pewno nigdzie daleko mu nie uciekła.
I skupił się na jej słowach. Potrzebowała tego – wyrzucić z siebie tę złość, która się w niej tliła. Henderson domyślał się, że były to po prostu kolejne etapy żałoby, która Iris musiała przejść, dlatego w ciszy jej słuchał. — Nie możesz tak mówić, Iris — odezwał się w końcu, delikatnie sunąć dłonią po jej tali. — Obydwie miałyście wiele do stracenia, a i świat straciłby wiele be ciebie — stwierdził. Powątpiewał, że ją do swoich racji przekona, jednak chciał, żeby to usłyszała. — Wiesz, Bonnie najmłodsza już nie była. Pewnie wiesz jakie leczenie jest męczące i wykańczające – nie chciała przez to przechodzić w tym wieku — dodał. To brzmiało mu logicznie i sensownie, i pasowało też do Bonnie, którą znał te kilka lat wcześniej. Wszystko musiała zrobić na własnych zasadach.
— I rozumiesz, że jeszcze miała czelność udawać, że pomaga mi Cię szukać? — zaczął, przypominając sobie te dni, do których z oczywistych względów nie wracał wspomnianymi, gdy nie musiał. — Mówiła, że popyta kogo może, że da mi znać, a wychodzi na to, że doskonale wiedziała, co się z tobą stało — mówił, a po jego tonie dało się wyczuć, że miał pewnego rodzaju pretensje do starszej pielęgniarki. — Z drugiej strony naprawdę cieszę się, że zmusiła Cię do wyjazdu. Wiele razy zakładałem, że coś ci się stało, że nigdy więcej cię nie zobaczę, ale wiesz, zawsze gdzieś z tyłu była nadzieja, że gdzieś tam jesteś — mówił szczerze, przyciągając ją do siebie. — Gdyby więc okazało się, że, że. . . Nie chce tego nawet mówić. Nie wiem co bym zrobił i nie chce się nigdy przekonywać — powiedział, po czym pocałował ją w czoło.

Iris Valentine
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”