37 y/o
For good luck!
186 cm
in carnage, I bloom like a flower in the dawn
Awatar użytkownika
art requires a certain cruelty
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

— L’una cosa non esclude l’altra — odrzucił z niewielkim wzruszeniem ramion.
Nie przestawało go jednak zastanawiać, dlaczego tak uparcie wracała do możliwości, że ktoś mógł go po nią przysłać. Obcy akcent najwyraźniej czegoś dowodził; pozwalał jej odsunąć od siebie jedną obawę, chociaż nadal stała przy drzwiach z palcami wbitymi w drewno.
Nie zapytał jednak, kogo się spodziewała.
Pozostawił sobie tę niewiedzę, podobnie jak kilka wcześniejszych słów, które nie całkiem pasowały do tej konkretnej sytuacji. Było ich już odpowiednio dużo, żeby chciał do nich wrócić. Tak zazwyczaj zaczynała się j e g o ciekawość; musiał samodzielnie nadać jej kierunek, wybrać szczegół i poświęcić mu uwagę, zanim czasami pojawiało się coś, co mogłoby go przy nim zatrzymać. Zainteresowanie rzadko przychodziło samo, a jeśli już to bywało zbyt słabe, blado odczuwalne jak reszta emocji, które miał w osie nosić.
Spojrzenie przesunął na jej usta, kiedy stwierdziła, że jej nie potrzebował.
— Nie potrzebowałem — poprawił spokojnie. To była znacząca różnica bo jeszcze te kilka chwil wcześniej mógł faktycznie skończyć to, po co przyszedł, nie wiedząc nawet, że znajdowała się w sąsiedniej garderobie. Anastasia mu w zupełności wystarczała. Wtedy. Jej obecność, ciało, wszystko to, czemu przez ostatnie dni poświęcał uwagę i co ostatecznie przestało mu jej odpłacać. — I nie musiałaś.
Dopóki nie otworzyła drzwi – od tamtej chwili sytuacja wyglądała inaczej, choć widocznie wolała nadal rozpatrywać ją tak, jakby można było po prostu cofnąć ten szczegół i uznać za niebyły. Wyjść, jak gdyby nigdy nic i pozostawić go przy Romanovej, tak jak powinno być.
Przez moment zastanawiał się, czy rzeczywiście mogłaby tak zrobić. Zostawić ją, tak po prostu, z jego twarzą, głosem, obrazem Anastasii na podłodze. Tyle, że wtedy musiałby powierzyć jej coś, nad czym dotąd miał całkowitą kontrolę.
Rozsądniej byłoby ją zabić.
Ta myśl pojawiła się już na początku świadomości obecności kobiety w pokoju; i ta myśl od początku budziła w nim głód; przypominała sobie drapiąc go od śrordka i uciskając pod mostkiem nęcąco. Przełknął ślinę, spodziewając się znajomego metalicznego posmaku; pamięć podsunęła mu ostatni oddech, z którym świat stał się wyraźniejszy, i na krótką chwilę poczuł ochotę, żeby spróbować ponownie.
To byłoby takie proste.
Tyle że musiałby się spieszyć. Znów improwizować. Zadowolić tym, co miał przed sobą, zanim zdążył w ogóle dowiedzieć się, komu zamierzał odebrać życie. Nie dobrałby do tego idealnej sztuki, bo Elena miała rację przynajmniej w jednym: nie wiedział, kim była. Znał jej taniec, imię i kilka zdań wypowiedzianych ze strachem, któremu uparcie nie pozwalała pochylić sobie głowy.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy.
Piękno potrafiło zatrzymać go na długo, ale znał już moment, w którym zaczynało powszednieć. Przychodził zawsze, choć nigdy nie wtedy, kiedy byłby gotów go przyjąć. Z czasem pozostawały jedynie znajome proporcje, rysy, które umiałby odtworzyć z pamięci, i coraz większe znużenie własną niemożnością poczucia czegokolwiek więcej. Nie wiedział jeszcze, jak szybko spowszedniałaby mu ona.
Jej sposób myślenia pozostawał mniej dostępny. Musiałby dać jej czas, posłuchać, pozwolić powiedzieć coś poza argumentami za własnym ocaleniem. Dopiero wtedy mógłby sprawdzić, czy poza urodą rzeczywiście znajdowało się w niej coś, przy czym zechciałby pozostać.
To brzmiało kusząco.
— Veni, vidi — powiedział, ruszając w jej stronę powoli, nazywając obie jej winy i przywołując je w tak dobrze znanych słowach. Dłoń, w której dzierżył narzędzie zbrodni uniosła się dopiero wtedy, kiedy znalazł się blisko. — Vici. — Z tym hasłem ostrze wbiło się w drzwi obok jej szyi, rozmijając się z nią o niemal niewidoczne elementy. Pozostawił palce na rękojeści i pochylił głowę, odnajdując jej oczy z tej niewielkiej już odległości; kciuk odstawił na tyle, by pogładzić nim puls pracujący pod jej skórą.
Decyzja, która układała się w nim, była nieprzewidywalna, a przez to tak ekscytująca. Dlatego był tak bardzo skłonny jej ulec.
Wygrała. Wygrała jego uwagę.
— Nie chcesz umierać — odezwał się cicho, przechylając nieznacznie głowę. — Ale jednocześnie, kiedy cię zobaczyłem, wyglądałaś, jakbyś już oczekiwała na tę śmierć. — Przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — Które jest silniejsze teraz? — Drewno drzwi zarzęziło nieznacznie, kiedy ostrze przesunęło się po nim, zaraz składając zimny pocałunek stali na skórze, do której się przysunęło.
Killing you will be one of my finest works
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i could be tamed for a moment; then you'll walk over my grave where we lay and dream the weather away until we went insane
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była przecież tak cholernie o s t r o ż n a.
Spędziła rok w tym przeklętym mieście, w zapyziałym mieszkaniu w gównianej dzielnicy porzucając wszystkie wygody, które towarzyszyły jej przez całe jej życie. Oglądała się przez ramię, trzymała ludzi na dystans, nigdy nie wędrowała po ulicach dłużej niż było to konieczne. Znała swoich sąsiadów i należące do nich samochody, zwracała uwagę na nieprawidłowości w swojej dopracowanej do perfekcji rutynie. Trzymała nawet pod ręką nóż, tkwiący w szafce przy jej łóżku choć nie była pewna, czy w ogóle potrafiłaby się nim posługiwać.
Wiedziała, że śmierć nie zostanie wiecznie w Mediolanie, który porzuciła. Nie była naiwna - wróci po nią, prędzej czy później. Liczyła się z tym faktem, ale odnajdywała oparcie w tej nieszczęsnej rodzinie, która jej pozostała, nawet jeśli była jedynie niewidzialną siłą, która może będzie powstrzymywać nieuniknione jeszcze trochę.
Przez warstwę jej paraliżującego strachu przebiła się irracjonalna szpilka złości.
Robiła wszystko dobrze. Może nie idealnie, może nie powinna wracać do swojego nazwiska ani tym bardziej na deski teatru, w którym zawsze można było ją znaleźć, ale odnalazła balans między zwykłym istnieniem a życiem, które miało jakąś wartość.
A i tak odnalazła ją śmierć.
I to nie ta właściwa, nie ta, której się bała. Ta była skrajnie głupia, przypadkowa, zbędna, zaskakująca ją na własnym terytorium. Znalezienie się w złym miejscu o złym czasie było na równi z potrąceniem przez samochód na przejściu dla pieszych. Niby nie powinno być śmierci dobrej i złej, niby wszystkie prowadziły do tego samego efektu końcowego, a jednak wręcz czuła zażenowanie docierające do niej z pieprzonych zaświatów.
Śmierć miała ciemne oczy i szeroką szczękę porośniętą cieniem zarostu, a także zbroczony cudzą krwią nóż i świadectwo szaleństwa wymalowane na lustrze.
Śmierć byłaby całkiem przystojna - gdyby nie była obłąkana.
Santorini tkwiła w miejscu, gorączkowo rozważając jakie konkretnie słowa byłyby tymi magicznymi, które zdołałyby ją uwolnić. Wielki, niebezpieczny mężczyzna wydawał się niezainteresowany jej błaganiami nawet, gdyby przełknęła swoją dumę i postanowiła się do nich zniżyć. Wciąż jednak, naiwnie, wierzyła, że było coś, co mogłaby mu zaoferować w zamian za oderwanie spojrzenia, którym taksował jej sylwetkę. Mogłaby, na przykład, powiedzieć mu, którędy mógłby stąd wyjść tak by uniknąć kamer. Mogłaby nawet własnoręcznie go wyprowadzić byle tylko odcięłoby ją to od zamordowanej Romanovej. W jej przypadku, przecież, już nic nie mogło być wykonane - nie zamierzała więc płakać nad jej losem gdy obecnie rozpaczała nad własnym.
Żadne z magicznych słów nie przyszło jej odpowiednio szybko.
Ugrzęzły w jej gardle gdy mężczyzna ruszył w jej kierunku, błysk broni zacisnął się wokół jej płuc swoimi szponami, paznokcie desperacko przesunęły po drewnianej powierzchni.
Cóż za gówniana śmierć.
Podskoczyła gdy ostrze przecięło powietrze, jej powieki zacisnęły się w żałosnej próbie uniku dokonanego przez umysł, palce zwinęły w pięści w tym drobnym akcie buntu, którego prawdopodobnie nawet nie dostrzegł. Przez większość swojego życia lubiła myśleć, że wraz z krwią płynęła w niej ta wojowniczość, którą posiadał jej brat i ojciec, ale rok temu to przekonanie zniknęło, pozostawiając po sobie pustą skorupę przygotowaną na śmierć.
Ale drewno pod jej plecami drgnęło od impetu zagłębiającego się w nim noża.
Uchyliła powieki, ostrożnie, niechętnie. Wyczuwała jego bliskość jeszcze nim kciuk sięgnął jej gardła, wyczuwała ją w intensywnym zapachu drogich perfum i tym wrażeniu bycia obserwowanym, które musiała posiadać zwierzyna.
Powinna błagać.
- Non sono tua, da uccidere - syknęła, z przebłyskiem tej irracjonalnej złości, świadoma tego, że właśnie zginie jako poboczna postać w spektaklu Anastasii Romanovej. Najwyraźniej ta kobieta nie potrafiła wykrzesać z siebie nic oryginalnego - nawet we własnej śmierci. - O per conquistare.
Jej serce waliło w ściany klatki piersiowej, wyczuwała swój gnający puls w całym ciele gdy na przekór logice, jej podbródek uniósł się jeszcze wyżej - teraz, gdy stał tuż przy niej, dostosowując swoje położenie do wysokości jego twarzy tak, by przypadkiem ani na chwilę nie spoglądała na niego spode łba.
- Nie obchodzi mnie Romanova - wycedziła, napędzana strachem związanym z chłodem metalu odczuwalnym na własnej skórze. Miała już jedną bliznę, która bezpowrotnie ją oszpeciła. Nie chciała następnych. Nie chciała oglądać swojej krwi na bieli pięknego kostiumu. - Pozwól mi wyjść.

not yours to kill
37 y/o
For good luck!
186 cm
in carnage, I bloom like a flower in the dawn
Awatar użytkownika
art requires a certain cruelty
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Non sono tua, da uccidere. O per conquistare.
Spośród wszystkich słów, które mogła wybrać, wybrała właśnie te.
Nie należała do niego.
Nie przypominał sobie, żeby twierdził inaczej; nie zaoferował jej jeszcze żadnego miejsca przy sobie, nie nazwał własnością ani nawet nie zdecydował, czy będzie chciał pamiętać ją dłużej niż do końca tego wieczoru. To ona pierwsza sięgnęła po możliwość, że mógłby ją sobie przywłaszczyć i też ona natychmiast postawiła przed nią granicę, jakby spodziewała się, że zechce ją przekroczyć.
Jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach. Włoskie słowa nadal miały jej głos; syczący, napięty, lecz dostatecznie pewny, żeby nawet przy ostrzu unieść podbródek i odmówić mu czegoś, czego jeszcze od niej nie zażądał.
Było w tym wszystkim coś niemal prowokującego. A przez to hipnotyzującego. Jakby wyznaczała zasady gry, której on jeszcze nie zdecydował się rozpocząć; rozstawiała granice, zanim zdążył sprawdzić dokąd prowadziły i najwidoczniej wierzyła, że samo wypowiedzenie ich na głos mogło nadać im znaczenie również dla niego. Cóż.
Kącik jego ust drgnął nieznacznie.
— Non ho detto che fossi mia — sprostował łagodnie.
Każda kolejna chwila spędzona w jej towarzystwie przekonywała go jednak, że Elena, poza tym, że była piękna potrafiła być również intrygująca. Miała jedynie irytujący zwyczaj nieodpowiadania na zadane jej pytania. Mógłby przypisać to instynktowi przetrwania, który w podobnych okolicznościach musiał podpowiadać jej kolejne słowa; które miałyby ją zabezpieczyć.
Mógłby.
Tyle że już wcześniej zrobiła dokładnie to samo. Zamiast odpowiedzieć, czy chciałaby, żeby po nią przyszedł mówiła o decyzjach, które nigdy do niej nie należały. Teraz ponownie zostawił jej wybór pomiędzy oczekiwaniem na śmierć a pragnieniem życia, a ona w odpowiedzi zabroniła mu jej posiadać. A może właśnie to było odpowiedzią. Może to właśnie ją wyczuwał ją w pośpiechu pulsu pod swoim kciukiem; dostrzegał w dłoniach zaciśniętych w pięści i podbródku, uniesionemu czymś na miarę dumy. Jej ciało wyraźnie pragnęło przetrwać – znał to; widział niejednokrotnie. Mimo to słowa wybrały dla niej inną walkę; nie prosiła o życie – broniła prawa do samej siebie.
Uniósł wolną dłoń powoli, opuszki znalazły się przy jej skroni, potem przesunęły niżej, podążając wzdłuż łagodnej linii policzka. Z tej odległości widział miejsca, których sceniczne światło nie miało odsłaniać: drobne załamania pudru, nierówną krawędź pigmentu,niuanse. Kciuk zatrzymał tuż pod kością policzkową i pogładził skórę tak, jak gdyby pomiędzy jego dłońmi nie znajdowało się ostrze.
— Zadałem ci pytanie — przypomniał cicho. Przechylił głowę delikatnie, przyglądając się jej z bliska. Nie próbował zmusić jej twarzy do innego ułożenia. Podobał mu się ten zadarty podbródek; ta drobna niedogodność, przez którą sam musiał pochylić się odrobinę bardziej, jeśli chciał nadal patrzeć jej w oczy. — Spróbuj jeszcze raz.
Śmierć zatrzymałaby Elenę dokładnie taką, jaką była teraz: przestraszoną, wyniosłą, opartą plecami o drzwi i ograniczoną do kilku wyborów, które pozostawił jej w tej garderobie. Pozwolić jej wyjść oznaczało znacznie więcej. Po drugiej stronie mogłaby zacząć wybierać samodzielnie; oddalić się, przekonać samą siebie, że odzyskała bezpieczeństwo, może nawet spróbować zapomnieć jego twarz. Przekonać siebie, że obroniła swoją własną autonomię oraz on jej nie posiadł.
Chciał zobaczyć, co zrobiłaby z podarowaną odległością. Jak długo wytrzymałaby bez oglądania się przez ramię. Czy rozpoznałaby go natychmiast, gdyby następnym razem odnalazł ją wśród ludzi, bez ostrza przy jej szyi i krwi na własnych dłoniach? Czy wtedy również powiedziałaby mu, że do niego nie należała i czy jej głos brzmiałby równie pewnie, gdyby wiedziała już, że żyła bo on jej pozwolił?
Zwierzyna zamknięta z nim w jednym pokoju pozostawała przecież już tylko ofiarą. Ona mogła stać się czymś znacznie ciekawszym.
Ostrze odsunęło się od jej skóry, lecz dłoń na policzku pozostała tam gdzie ją umiejscowił, na jej policzku. Pogładził go jeszcze raz; wolniej, niemal czule, zbierając na opuszce jasny ślad pudru.
— Parlare — powiedział, odnajdując jej spojrzenie. — Dimmi quanto desideri sopravvivere. Quanto desideri sfuggirmi.
not mine, not yet
ODPOWIEDZ

Wróć do „Four Seasons Centre for the Performing Arts”