Znała go już trochę.
Wiedziała, że za maską niewzruszonego życiem właściciela elitarnego klubu chowało się o wiele więcej, niż mogło się ludziom wydawać. Mało kto poznał go tak dobrze jak ona, widział jego rodzinny dom, usłyszał te wszystkie historie z dzieciństwa, marzenia o wielkiej karierze i planach na życie. Pilar z pierwszej ręki widziała i doświadczyła te wszystkie
piękne cechy jego charakteru, gdy raz po raz się przed nią odkrywał, gdy wstawiał się za słabszymi, troszczył o nią i walczył, jak nikt nigdy wcześniej.
Znała go trochę, a jednak w takich chwilach jak ta — kiedy pokazywał jeszcze więcej wielkiego serca i chęci pomocy innym — czuła się, jakby odkrywałą go na nowo. Dokładała kolejny klocek do wielkiej układanki, która tworzyła jego obraz w głowie Stewart. I ten obraz na aktualną chwilę wyglądał… bardzo dobrze.
Przyjrzała mu się uważniej, gdy przykucnął przy niej i Dannym, wdając się w dyskusje o tym, kto był grzeczny, a kto nie i dlaczego w tym wszystkim Madox jednak wcale nie zasłużył na żadną rózgę. Czy była zaskoczona faktem, że nie była to jego pierwsza wizyta w tym miejscu, że bywał tu o wiele częściej? Z jednej strony tak, bo przecież nigdy wcześniej jej o tym nie wspomniał, a z drugiej to tylko pokazywało, jak wiele jeszcze o sobie nie wiedzieli. I może to nieco ckliwe, nieco do nich nie podobne, ale w tamtej krótkiej chwili, Stewart poczuła taką kurewską potrzebę, by wiedzieć o nim wszystko. By poznać go od każdej możliwej strony — z tym co dobra ale i złe. By móc fascynować się tym, jaki był i co jeszcze siedziało głęboko zakorzenione w jego duszy i sercu.
Tak się na niego zapatrzyła, że ominęła ją połowa rozmowy o śnieżynce i świętym Mikołaju. Otrząsnęła się dopiero w momencie, gdy Dora pobiegła do innych dzieci, a Madox zaoferował jej piernika. Ledwo ruszyła głową w prawo, by grzecznie odmówić, a Noriega już wciskał sobie ciastko do ust, mrucząc pod nosem i oblizując wargi, podczas gdy dookoła wyrosło jeszcze z pięciu chłopaczków, wypytujących Noriegę o grę.
—
Mikołaj ma dla was fife? — otworzyła szeroko oczy, zarzucając ręce na biodra i spoglądając po twarzach chłopaków. —
To musi was chyba lubić — aż spojrzała w ciemne oczy Madoxa. Czy on naprawdę kupował im tu aż takie prezenty? Aż pożałowała, że nie wiedziała wcześniej, gdzie jechali, może wtedy Pilar też mogłaby dołożyć cegiełkę do tych prezentów i dodać coś od siebie.
—
A ty wiesz, co to fifa? — zapytał Danny, przyglądając się jej spod przymrużonych powiek i ze zmarszczonym czołem. —
Przecież jesteś DZIEWCZYNĄ.
—
I co z tego, że jestem? — dopytała zainteresowana, nachylając się w jego stronę.
—
Dziewczyny nie grają w gry — aż skrzyżował dłonie na piersi, by pokazać, jak bardzo pewny był swoich przekonań.
—
Ah tak? — sięgnęła do kieszeni po telefon. —
W takim razie pewnie nie chcesz zobaczyć mojej kolekcji kart Fantasy z unikalnymi piłkarzami… — cmoknęła pod nosem, podnosząc się z parteru, faktycznie udając obojętność, tylko wtedy Danny szarpnął ją za skrawek koszulki, krzycząc głośno
JAK TO?! i POKAŻ. Nawet jego koledzy, którzy przysłuchiwali się tej rozmowie również podeszli bliżej. I faktycznie im pokazała. Bo przecież Pilar wiecznie obcowała wśród facetów, grywała w gry na porządku dziennym, a nawet robili sobie na komisariacie rozgrywki w Fifę i zajęła w nich dumne czwarte miejsce.
Pokazała im kilka kart i chociaż chłopaki wcale nie chcieli odchodzić, Ginny szybko przywołała ich do porządku i zawołała do jadalni. Wyprostowała się, rozciągając zastały kręgosłup.
—
Od razu wymęczą — wyrzuciła ręce w górę, wyciągając się jak struna, aż koszulka odsłoniła jej nagi brzuch. I nawet chciała coś dodać, że przecież dzieciaki były super, a potem jeszcze coś na temat tych drogich prezentów, że chętnie mu się dołoży, tylko on wtedy rzucił to
ja pierdole i Pilar w sekundę zerwała się z miejsca i ruszyła w jego stronę.
—
Kurwa, Madox — bardziej niż plamą przejęła się jego stanem. Jak ona mogła w ogóle zapomnieć o tej ranie? Kiedy to się stało? Jak rzuciła go na śnieg? Jak hamowała? —
Trzeba ci zmienić opatrunek — oznajmiła praktycznie od razu, tylko on wtedy zapewne szybko wybił jej to z głowy, bo przecież nie mieli tutaj żadnych gazików i chociaż można by poprosić Ginny, Noriega nie chciał robić problemu. Za to Pilar kazała mu obiecać, że jak tylko wrócą do mieszkania, to pierwsze co zrobi, to zmieni mi ten przeklęty opatrunek. A co do plamy…
—
Nie jest aż tak źle… — skrzywiła się, robiąc pół kroku w tył, by przyjrzeć się temu z dystansu. —
Jakby tak zamknąć jedno oko i przymrużyć drugie… — mruczała pod nosem, próbując znaleźć jakiś pozytywny kąt patrzenia na sytuację, nieskutecznie. —
Nie no, kurwa, jest tragicznie — poddała się, wyrzucając ręce w górę i już po chwili podeszła do niego, łapiąc za materiał. —
Nie ma opcji, że to teraz spierzemy — po pierwsze krew już była zaschnięta, a po drugie plama zrobiła się całkiem duża, więc Madox skończyłby z jeszcze bardziej ubabraną koszulką.
Niby nie było wyjścia z sytuacji, niby trzeba było się pogodzić z plamą i po prostu łudzić, że nikt nie zauważy, tylko Pilar nie byłaby sobą, gdyby chociaż nie
spróbowała coś na to poradzić. Rozejrzała się po pomieszczeniu, przeszła kawałek po korytarzu, zaglądając do salonu, by po chwili odwrócić się do Noriegi z impetem.
—
Jak bardzo lubisz tą koszulkę? — spytała, wbijając w niego ciemne spojrzenie, w którym on bez problemu mógł zobaczyć te diabelskie
dziki błyski kurwiki. I chociaż to pytanie było łudząco podobne do tego, które on zadał jej w malowniczym Medellin, Pilar wcale nie miała zamiaru jej szarpać. —
Chodź — machnęła na niego ręką i sama pierwsze weszła do salonu. —
Nie wiem na ile to wyjdzie, ale… — wskazała na stos markerów w koszyku tuż przy oknie. —
Warto spróbować — wzruszyła ramionami. Lepszego pomysłu i tak nie mieli, a poza tym, to była tylko biała koszulka i tak już upierdolona tak na dobrą sprawę, więc bardziej zniszczyć się jej nie dało.
Ujęła jego dłoń, ciągnąc go w stronę okna i tej żałosnej plastikowej choinki, na widok której jedynie przewróciła oczami. A potem już łapała za markery, wybierając najlepsze kolory.
—
Naciągnij ją i trzymaj, o tak — poinstruowała go, pokazując pod jakim kątem powinien napiąć materiał, a potem już nawet bez jakiejkolwiek dyskusji zaczęła po nim bazgrać. Picasso z niej był raczej średni, ale coś tam umiała namalować. I w tym przypadku zrobiła na jego koszulce wielkiego, krzywego Mikołaja w czerwonej czapce, którą przeciągnęła w taki sposób, że wielka plama z krwi wyglądała jak pompon. I jak twarz wyszła jej całkiem niezła, tak z oczu wyszedł tak wielki zez rozbieżny, że finalnie musiała dorobić Mikołajowi czarne okulary przeciwsłoneczne.
—
Świetnie, teraz to nawet Mikołaj wygląda jak gangus — stwierdziła, przyglądając się temu dziełu sztuki. —
Może jeszcze mu kurwa jointa w ustach dorobimy? — ale przynajmniej wielka plama z krwi już wcale nie rzucała się w oczy.
Madox A. Noriega