33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore mimowolnie pochylił głowę w bok, dopiero po sekundzie uświadamiając sobie, co robi. Wyprostował się, ale o tym, jak bardzo analizował usłyszane słowa, mimo wszystko świadczyło krótkie zawieszenie. Wolniejszy oddech, wolniejsze mruganie, wolniejsze ruchy.
Niecodzienna zmiana? Być może.
O p t y m a l n a? Jak najbardziej.
Milczał więc — zarówno w pierwszym, jak i drugim oraz trzecim odruchu. Dopiero potem, przypatrując się Santorini, zaczął m y ś l e ć. Czy powinien odpowiedzieć, czy nie. Co wypada, a co nie; co panna Elena chciałaby usłyszeć, a czego nie. Bez względu na to, jak skutecznie dotychczas wycofywał się z takich sytuacji, teraz m y ś l a ł: o konwenansach, praktykach społecznych, szczególnie tych niefunkcjonalnych.
Co sam, prawdę mówiąc, nie do końca rozumiał.
Mimowolnie odwrócił się, widząc podchodzącą kelnerkę, po czym podziękował krótkim skinieniem głowy. Ostatecznie uznał odpowiedź za niefunkcjonalną, niepotrzebną wręcz, upił więc łyk wody, aby przepłukać usta, zanim zacznie jeść. Jedzenie pachniało zachęcająco. Przewidywalnie.
Milczał trochę dłużej, niż powinien.
Trwało to dokładnie trzy sekundy.
Dokładnie tak dużo czasu — j e d e n, dwa, t r z y — potrzebował, aby sklasyfikować usłyszane pytanie. Racjonalne. Uprzejme. Nieinwazyjne. Dotyczące faktów z przeszłości, faktów, o których mógł sobie przypomnieć, które r o z u m i a ł. Nie emocji. Historii.
Chwycił więc widelec, wcześniej obracając talerz o pół centymetra, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
Nie. Ojciec był policjantem, a matka dość często zmieniała pracę — odezwał się może niezbyt głośno, ale tonem pewnym, mocnym, s z c z e r y m, dopiero teraz podnosząc wzrok. Poruszył się niespokojnie, widząc wyczekujące spojrzenie, mimowolnie przesuwając palcami prawej dłoni wzdłuż białego, ceramicznego brzegu talerza.
Chcąc dobrać optymalne słowa, Theodore podniósł nóż, po czym ukroił kawałek mięsa.
Pracowała w administracji, sprzedaży, potem, przez pewien czas, w banku. Nic związanego z prawem kryminalnym, ale zajmowała się nami... mną — poprawił się niemal natychmiast. Bezwiednie napiął mięśnie, zaciskając palce trochę mocniej na widelcu.
Teraz moja kolej — powiedział, tym razem trochę za szybko, bez tak charakterystycznego, kilkusekundowego opóźnienia. Pochylił głowę, jakby szukał w talerzu odpowiedniego sformułowania. Wszystkie dźwięki nagle stały się za głośne: uderzanie sztućców o talerze, śmiech, skrzypnięcie potrącanego właśnie krzesła.
Odetchnął głębiej, powoli, zanim podniósł wzrok.
Dlaczego balet, panno Eleno? Był wyborem czy konsekwencją?

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Już od pierwszych chwil spędzonych wspólnie wiedziała, że Beaulieu był człowiekiem co najmniej enigmatycznym.
Sposób, w jaki zachowywał się w stosunku do niej czy innych ludzi był zdecydowanie niecodzienny dla Santorini, tak nawykłej do kontaktów towarzyskich i obracania się wśród innych osób, które to zwyczajnie lubiły. Mieszanka skrajnej bezpośredniości i dłuższych chwil ciszy zalegającej w rozmowie stanowiła kontrast, który ją przyciągał. Interesowało ją to, kim był, w jaki sposób rozumował i co stało za jego wyborami.
Przede wszystkim interesowało ją dlaczego to o n a go zaciekawiła.
Na pierwszy rzut oka różnili się od siebie jak ogień i lód. Santorini uwielbiała poruszać się na tafli powierzchowności, widziała w konwersacjach z drugim człowiekiem swojego rodzaju pole walki, po którym zawsze poruszała się płynnie. Pławiła się w blasku fleszy, zarówno tych dosłownych, jak sceniczne światła, jak i będących metaforą bycia w centrum uwagi. Lubiła ekstrawaganckie przyjęcia, drogie buty, kieliszki szampana w dłoni i puste komplementy osób, na których zdaniu jej nie zależało - których miała nie widzieć nigdy więcej. Stanowiło to dla niej rozrywkę, rolę, w którą wchodziła, byle tylko uciec od osoby czekającej na nią w pustych, czterech ścianach zapyziałego mieszkania w Parkdale, w którym dalej mieszkała.
W którym utknęła.
I choć w głębi duszy wszystko miało swoje wytłumaczenie, a Elena nie była osobą tak próżną i tak zakochaną w drogich przyjęciach, na jaką wyglądała, wiedziała, że pierwsze wrażenie miało większe znaczenie niż prawda schowana w środku. I patrząc przez pryzmat tego właśnie pierwszego wrażenia, nie miała pojęcia, dlaczego osoba taka jak Theodore chciała w ogóle spędzać z nią czas.
- Stróż prawa. To godne podziwu - skłamała płynnie, mówiąc to, co p o w i n n o się mówić. Wiedziała, że odznaka nie czyniła mężczyzny prawym, a równie często bywała splamiona, co niezasłużona. W Mediolanie znała twarze tych, których ciągnęło do przepychu jej ojca tak, jak ćmę ciągnie do blasku ognia. Mundur nie przeszkadzał im w wyciąganiu ręki po więcej. - Nami. Ma pan rodzeństwo? - dodała, chłonąc ten mały skrawek informacji z takim zaangażowaniem, że zapomniała o napoczętym przez siebie obiedzie. Drgnęła, świadoma przekroczenia przez siebie granic, złamania reguł gry, którą sama zaproponowała i uniosła rękę w jego kierunku, zatrzymując go nim to wytknął. - Przepraszam, zachowam to sobie na następną kolejkę.
Cień rozbawienia przemknął przez jej twarz gdy wróciła do jedzenia, słuchając pytania, które tym razem było skierowane w jej kierunku. Diabelska iskierka zamigotała w jej spojrzeniu gdy sięgnęła po szklankę wody, posyłając mężczyźnie uśmiech znad jej krawędzi.
- Wbrew pozorom to skomplikowane pytanie, podczas gdy pana oszczędna odpowiedź nakazywałaby mi udzielenie takiej samej - odparła niewinnie, choć mógłby dostrzec w niej odrobinę zadziorności. - Mogę odpowiedzieć wyczerpująco, jeśli wyjaśni pan liczbę mnogą w swojej odpowiedzi - dodała, jak gdyby nigdy nic, choć jej widelec wodził po ułożonym na talerzu jedzeniu, sprawdzając, czy w mężczyźnie tkwiła choć odrobina elastyczności.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore, w pierwszym odruchu, ściągnął brwi, jakby próbował zrozumieć, czemu zmieniała zasadę.
Dopiero w drugim, otrząsnąwszy się wreszcie z zaskoczenia, odpowiedział.
Jeżeli dobrze pamiętam, panno Eleno, zapytała pani o wychowanie. O rodziców, o to, czy pracowali w prawie — i tego dotyczyła moja odpowiedź. Zgodna z prawdą. Precyzyjna.
Otworzył usta trochę szerzej, po czym zacisnął w węższą kreskę, decydując się na chwilę milczenia. Pochylił głowę w bok, mimowolnie, powoli. Wyglądało to tak, jakby zmieniając perspektywę, spodziewał się lepiej zrozumieć to, co mówiła, w szczególności zaś — pytanie, które zadała. Otaksował więc wzrokiem twarz rozmówczyni, od dużych, brązowych oczu, poprzez niewielki nos, aż po usta. Theodore patrzył jednak z ciekawością. Bez nachalności, raczej z taką miną, jaką widać u ludzi rozwiązujących łamigłówki logiczne — pełną skupienia oraz oddania chwili.
Beaulieu również wypatrywał wzorców.
Proporcji, czegoś, co da się nazwać, a potem uporządkować.
Wiedział jednak, o co dopyta, jeszcze zanim to zrobiła. Słowo, tak nieopatrznie wypowiedziane, tak oczywiste i niepotrzebne, a jednocześnie tak proste — "n a m i" — uderzyło krytyka równie szybko co odpowiedź. Niechciana myśl o młodszej siostrze zbiegła się w czasie z odpowiedzią Santorini. Rodzeństwo... Nieważne, jak próbował to rozkładać, pytanie, które zadała, rozumiał wyłącznie w jeden sposób. W s z y s t k o — zarówno semantyka, składnia, jak i idiolekt — zawiodło. Szczególnie reguły, prowadzące ich rozmowę, ni stąd, ni zowąd przestały obowiązywać.
Jedno pytanie przekroczyło ustalony zakres.
Westchnął więc, ni to wzdychając, ni to oddychając głębiej.
Odchylił się, stabilniej opierając plecy o krzesło, które nagle wydawało się za twarde.
Siostrę. Młodszą... — zawahał się, krótko, ledwie wyczuwalnie, po czym kontynuował, odchrząknąwszy: — Bliźniaczkę. Lucille — odezwał się, w teorii, lekko, trochę tak, jakby recytował fakty z pamięci. Tak naprawdę jedyne, co zmieniło się, kiedy mówił, to ułożenie dłoni. Palce, wcześniej uderzające rytmicznie o przezroczystą, wysoką szklankę, nagle się uspokoiły. Zatrzymały. Zacisnęły. Niewiele brakowało, aby drugą dłonią potarł nadgarstek — zatrzymał się dopiero w pół ruchu. Otwartą dłoń oparł o swoje udo, domyślając się, jak by to wyglądało, gdyby jeszcze raz złapał szklankę.
Obserwował wszystko — dosłownie: w s z y s t k o — poza Eleną.
Przyglądał się a to małemu kęsowi łososia, od pewnego czasu balansującemu na ostrzach widelca, a to drewnianemu blatowi, jakby gdzieś tam spodziewał się wyczytać odpowiedź. Czasami spoglądał gdzieś w bok, z daleka od ramienia Santorini, w milczeniu śledząc ruchy kelnerek oraz klientów.
Tym razem podniósł wreszcie wzrok.
Czy teraz zechce pani powiedzieć, czy balet to konsekwencja, czy wybór?

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z jakiegoś powodu w i e d z i a ł a, że natychmiast wytknie jej zasady ich gry.
Nie znała Beaulieu dobrze - tak w zasadzie nie mogła powiedzieć, by znała go w ogóle, ale podobnie jak on, dostrzegała pewne wzorce. Znała się na bardzo niewielkiej ilości rzeczy na poziomie eksperckim - poza tańcem, byli to l u d z i e.
Obserwowała mężczyznę, krytyka filmowego, adwokata - obserwowała tę odrobinę napięcia, które tchnęło w jego ciało zadane przez nią pytanie. Było przecież niewinne, rodzina dla większości osób - innych od niej - stanowiła temat, o którym zwyczajnie nie warto było wspominać, a nie nie chciało się. Zastanawiała się, czy ten widoczny dyskomfort był u niego wywołany osobą, o którą zapytała, czy zwyczajnym wyjściem poza stworzone przez nich ramy.
Nie potrafiła jeszcze określić dokładnie, ale miała już swoje podejrzenia.
- Piękne imię - odparła, przekrzywiając lekko głowę. Zlustrowała wyraz twarzy mężczyzny, oczami wyobraźni zastanawiając się nad tym, jak mogłaby wyglądać jego bliźniaczka. Był przystojny, miły dla oka - z pewnością te dobre geny zostały przez nią odziedziczone. - Wasi rodzice mieli wyjątkowe gusta.
Jej wzrok na moment opadł w dół, zawiesił się na talerzu, którego połowę zawartości już podjadła. Była głodna, jednak nauczono ją, by nigdy nie rzucać się na jedzenie - toteż wykorzystała jego pytanie jako okazję, by na moment odłożyć widelec.
- Balet wybrano dla mnie jeszcze zanim byłam tego do końca świadoma. Miałam trzy lata - odparła zgodnie z prawdą, sięgając po szklankę wody. - Można powiedzieć, że zaczął się jako konsekwencja, ale z czasem stał się wyborem.
Odstawiła naczynie na stół z cichym stukotem. Gdy odpowiedzi miały sięgać jej historii, jej własne spojrzenie błądziło po stoliku, stojących na nim rzeczach i wreszcie - na siedzących w restauracji gościach, zajętych własnymi posiłkami.
- Pochodzę z bardzo tradycyjnej rodziny. Ważnym było dla moich rodziców, żeby ich córka zajmowała się czymś wartościowym. Nie przejawiałam szczególnych talentów do śpiewu czy gry na instrumentach, z ich wąskiej listy dopuszczalnych zajęć został mi wyłącznie taniec - uśmiechnęła się lekko, na przekór tym, jak brzmiały jej słowa, jaką treść ze sobą niosły - było to dla niej miłe wspomnienie. - Balet jest trudniejszy niż zwykłym ludziom może się wydawać. Podoba mi się to, jakim wysiłkiem i dyscypliną okraszona jest w nim sztuka - przeniosła wreszcie swój wzrok na niego, jej ramiona drgnęły lekko. - Oraz podoba mi się to, że w każdym kraju jest taki sam.
Jej uśmiech poszerzył się nieco gdy sięgnęła po swój widelec. Pozwolił ciszy wybrzmieć na krótką chwilę, by zaraz zadać swoje pytanie.
- Dlaczego przyszedł pan dziś mnie obejrzeć, panie Beaulieu?

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Tym razem z a r e a g o w a ł, zamiast p o m y ś l e ć.
Theodore podniósł wzrok, trochę instynktownie, bardzo niespokojnie. Szybko — zdecydowanie za szybko — jakby badając, czy rzeczywiście uważa imię Lucille za piękne, a gust ich rodziców za wyjątkowy, czy jedynie tak powiedziała, bo: trzeba, bo wypada, bo to miłe.
Otaksował Elenę od czoła po podbródek, szukając potwierdzenia tego, co usłyszał o czym pomyślał.
Milczał. Najpierw jedną sekundę, potem drugą i trzecią, aż wreszcie zrozumiał, jak nieistotne to jest, a przynajmniej to, jak nieistotne powinno to być. Odruchowo podniósł rękę, dopiero po pewnym czasie uświadamiając sobie, jak poprawia koszulę opinającą wytatuowane przedramię. Odchrząknął, wypuścił materiał spomiędzy palców, po czym upił parę łyków chłodnej, bezsmakowej wody.
Odchylił się w krześle, opierając się o drewnianą ramę mebla.
Trochę bardziej rozluźnił się, słuchając, zamiast mówiąc. Przyzwyczaił się do tego. Zawsze, nieważne, czy to w sądzie, czy podczas zwyczajnych rozmów, to on ciągle pytał, on podchwytywał temat. Więc i teraz, w którymś momencie, bezwiednie oraz bezmyślnie skinął głową, nie wiedząc tak naprawdę, czemu to zrobił. Elena patrzyła wszędzie dookoła, on zaś rzadko robił coś, bo powinien, więc... po co?
Pochylił głowę w bok, trudno jednak stwierdzić, czy do własnych myśli, czy do słów Santorini.
Odruchowo, niewiele o tym myśląc, podniósł widelec, ale zatrzymał się w pół ruchu, słysząc pytanie.
Odłożył sztuciec równo, co do milimetra względem linii, jaką tworzył z nożem.
Uważniej, niż powinien, dłużej, niż wypadało.
Wszystko zależy od tego, jaką definicję dlaczego przyjmiemy — odezwał się wreszcie, po paru sekundach milczenia, podczas których klasyfikował to, co usłyszał, a także przetwarzał pytanie. Dotyczyło intencji. Nie faktów. Nie struktury.
I n t e n c j i...
Występ wart był obejrzenia — to oczywiste. Ale prywatnie... — urwał, raz, a potem drugi przesuwając kciukiem wzdłuż stalowego brzegu widelca — ...uznałem to za optymalne wykorzystanie wolnego czasu. Jak się okazało: słusznie.
Wreszcie oderwał wzrok od zastawy, a następnie wyprostował się trochę bardziej, sięgając dłonią do szklanki. Jednak zamiast się napić, Theodore wyłącznie przesunął naczynie o parę milimetrów, ledwie widocznych — dopiero wtedy uporządkował własne rozbiegane myśli.
Spojrzał wprost na Elenę.
Dlaczego "panna", a nie "pani"? Większość osób, które znam, dzisiaj nie przywiązuje do tego wagi. To, panno Eleno, jest nietypowe.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik jej ust uniósł się w górę na dźwięk kolejnego obejścia - czy też, kreatywnego podejścia do zadanego przez nią pytania, które przecież było proste. A ona znała na nie odpowiedź, lecz wciąż chciała ją u s ł y s z e ć z jego ust.
Dostrzegła sposób, w jaki na nią patrzył - wtedy, jeszcze na przyjęciu, gdy zupełnym przypadkiem wdali się w konwersację na temat filmu, który ją poruszył. Wyczuła napięcie, które wywoływała jej obecność w jego ciele, gdy zaprosił ją do tańca, a jej dłonie znalazły się na męskich ramionach. Santorini znała swoją wartość - być może aż za dobrze - i nie było dla niej szokującym to, że mu się spodobała.
Ale jednocześnie wydawało się to szokujące dla n i e g o.
Był całkowitą sprzecznością sygnałów, które wysyłał i słów, którymi się posługiwał. Z jednej strony wiedziała, że pragnął dotrzymania mu towarzystwa i dalszej rozmowy, z drugiej zaś okazywał całkowitą powściągliwość. Wszystko w nim wydawało się kalkulacją, sposobem poszukiwania o p t y m a l n y c h działań, które Elena w pełni była w stanie zrozumieć w każdym aspekcie życia - ale nie w t y m.
Bo dla niej nie było niczego optymalnego w uroku czyjejś osoby, w chęci poznania jej bliżej. Konwersacje z ludźmi często były dla niej sposobem na otrzymanie tego, co chciała, ale gdy była kimś zainteresowana, logika zwykle nie szła z tym w parze.
Patrzenie, jak logika usiłowała przejąć nad nim władanie nawet, gdy przyznawał, że chciał spędzić z nią więcej czasu, było zarazem fascynujące i na swój sposób f r u s t r u j ą c e. Dla tej części jej osobowości, która śledziła ruch jego dłoni gdy poprawiał koszulę, wodziła spojrzeniem po wytatuowanym ramieniu i napiętej skórze. Beaulieu był zdecydowanie zbyt przystojny by być taki niedostępny - a ona z niedostępnymi ludźmi radziła sobie zwykle znacznie szybciej.
- Może mnie pan nazwać staromodną - odbiła piłeczkę, nie poświęcając jego pytaniu tak wiele przemyślenia jak on poświęcał własnym. - Uznałam, że doceni pan wartość w moim bezpośrednim określeniu statusu.
Przebiegły błysk znów zagościł w jej oczach, z tą otwartością, ku której zwykle nie sięgała - ale do której ją z m u s z a ł. Pochyliła się lekko, odsuwając talerz w bok, by zgarnął go kelner. Jej dłonie zaś pojawiły się na blacie, jedno ramię oparło się o blat w nieeleganckim geście, łokieć drugiego spoczął obok, gdy podparła policzek dłonią.
- Jakie to inne formy optymalnego spędzania czasu pan preferuje? - spytała, lecz gdzieś pod jej beztroskim głosem zabrzmiała prowokacyjna nuta. - Często odwiedza pan kobiety w miejscach ich pracy by później zabrać je na obiad? - dodała, z nutką rozbawienia przyglądając się wszystkiemu, co Theodore miał wypisane na twarzy.
Każdej decyzji, każdemu zawahaniu, sposobie, w jaki odsuwał od siebie szklankę po to, by ułożyć ją w inne miejsce - jakby jedno było właściwe.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore powoli, aczkolwiek bez wyraźnego przekonania, pokiwał głową.
Doceniam precyzję — powiedział krótko — niemniej jednak zastanawiam się, czy to właściwa kategoria. Staromodność to... — urwał, tak, jakby szukał odpowiednich słów. Czasami, bardzo rzadko, trudno było mu nadążyć za własnym tokiem rozumowania... w zasadzie to nadążał. Aż za bardzo, przez co, w efekcie, sam się gubił. Tak, myślał dużo. Badał. Sprawdzał. Część mówił, część zachowywał dla siebie. Ale to, co uważał za słuszne — p r a w d z i w e — n i e p o d w a ż a l n e — mówił. Najczęściej bez ogródek, czasem tylko z minimalnym zawahaniem.
Tym razem jednak w znanych, utrwalonych dobrze schematach, dostrzegł pęknięcie.
Otworzył więc usta, chcąc powiedzieć więcej, ale ściągnął zaraz brwi.
Potem zacisnął wargi w wąską kreskę i pokręcił jedynie głową.
Trochę w rezygnacji, trochę we własnej konsternacji.
Uśmiechnął się jednak, wciąż ledwie zauważalnie, ale kącik ust zdecydowanie drgnął w górę.
Mężczyzna, pojawiający się w miejscy pracy kobiety, proponujący kolację... — urwał, przesuwając szklankę najpierw o parę milimetrów w lewo, po czym potwórzył ruch, przekręcając naczynie w drugą stronę. Dopiero wtedy kontynuował: — To brzmi jak sygnał ostrzegawczy, panno Eleno, i zazwyczaj nie kończy się to dobrze dla jednej ze stron, przynajmniej w kinematografii. Ale tutaj warunki były inne.
Theodore drgnął, poprawiając się nieznacznie, przez co wygodniej oparł się o krzesło. Trochę pewniej niż dotychczas, przynajmniej w teorii, w praktyce bowiem wciąż dotykał wysokiej szklanki, opierając przegub prawej dłoni o twardy brzeg stołu. Drugą rękę płasko oparł o swoje udo.
M y ś l a ł.
W pełnym skupieniu, patrząc gdzieś w bok, marszcząc przy tym brwi, jakby tak bardzo chciał udzielić precyzyjnej odpowiedzi. Przestał nawet zwracać uwagę na przestrzeń, przynajmniej do momentu, w którym jeszcze raz zerknął z ciekawością na Elenę. Wtedy usłyszał wszystko w pełnej krasie. Nagle, niespodziewanie, głośno. Boląco wręcz. Strzępki urwanych rozmów, głośny, niepasujący do ich rozmowy śmiech, nierytmiczne uderzenia sztućców o zastawę. W s z y s t k o. Dosłownie wszystko.
Ale kiedy przyglądał się pannie Santorini, to przestawało mieć tak duże znaczenie.
Zazwyczaj wybieram coś przewidywalnego, sprawdzonego, ale dzisiaj — odpowiedział, unosząc rękę, trochę niepewnie, a trochę próbując zasygnalizować całość wieczoru — ...to wyjątek.
Zastanawiał się, czy dodać coś jeszcze, ale uważał to za optymalną odpowiedź.
Być może dlatego tym razem pytanie, które zapragnął zadać, przyszło szybciej.
Często testuje pani, panno Eleno, granice swoich rozmówców, czy to, co robi pani teraz, to wyjątek?

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poniekąd miał rację - Elena nie uważała się za kobietę staromodną, a przynajmniej nie do końca. Co prawda nie była na bieżąco z obecnymi trendami w popkulturze, ale w innych aspektach doganiała społeczeństwo - takich jak moda czy literatura. Nigdy nie była osobą przyssaną do telefonu i nawet w Toronto nie korzystała z tego urządzenia by oderwać swoje myśli od trudnych wspomnień, preferując znacznie bardziej tradycyjne metody.
Jak pracoholizm, przyjęcia, zakupy, alkohol. Mężczyźni.
Przekrzywiła głowę, patrząc, jak Theodore poszukiwał odpowiedniego słowa i jak go nie znajdywał. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek poznała kogoś, kto przywiązywałby aż taką wagę do wypowiadanych zdań. Większość ludzi w jej życiu wypowiadała się pośpiesznie, słowa opuszczały ich usta nim mózg był w stanie je zarejestrować.
Beaulieu zdawał się działać zupełnie odwrotnie - nie mówił niczego, co nie zostałoby przez niego skrzętnie przemyślane.
- Czyżby? - uśmiechnęła się bezwiednie, dostrzegając sens w tym, co jej przekazywał - w innych przypadkach to mogłoby być ryzykowne.
Nie znała go, poza krótkim przyjęciem, na którym spędzili ze sobą trochę czasu. Znała wyłącznie strzępy informacji na jego temat, imię, nazwisko, zawód - zainteresowania. Odrobinę o rodzinie. A jednak pozwalając mu wybrać miejsce, do którego się udadzą, nie czuła ani grama niepokoju - nawet tego, który zwykle towarzyszył jej w samotnych nocach, których nie dzieliła z nikim innym.
- Nie wygląda pan na niebezpiecznego mężczyznę, panie Beaulieu - dodała, lekko, dziewczęco.
W sposób, który kompletnie nie przekazywał tego, że z n a ł a niebezpiecznych mężczyzn, widziała ich z bliska, widziała jak się zachowują, słyszała jak mówią, czuła  jak oddychają. I właśnie dzięki temu miała pewność, że Theodore nie był jednym z nich.
- Lubię widzieć, gdzie leżą - odrzuciła z początku, wodząc wzrokiem po jego profilu, rozświetlonym przez padające z boku światło lamp. - Można powiedzieć, że bywam w tej kwestii męczącym towarzystwem.
Rozbawienie na jej ustach wyraźnie wskazywało, że nie wierzyła we własne słowa. Santorini znała swoją wartość i nie zakładała, by jej towarzystwo mogło kogokolwiek z m ę c z y ć.
- A pan? - odbiła piłeczkę, przyglądając się reakcji na jej słowa, wymalowanej na jego twarzy. - Lubi pan być testowany?

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore pochylił głowę w bok, mrugnąwszy kilkukrotnie, jakby potrzebował chwili.
N i e b e z p i e c z e ń s t w o...
Czyli coś, co stanowi zagrożenie, a zagrożenie to coś, co wywoła stratę bądź straty. Gdyby rzeczywiście zależało od wyglądu, wtedy wiele spraw sądowych, zarówno tych, które prowadził, jak i tych starszych, znanych w środowisku, potoczyłoby się inaczej.
Dahmer, Bundy, Meeks.
"Nie wygląda pan na niebezpiecznego mężczyznę"...
Mało kto wygląda. Wiedział coś o tym — o tym, jak wygląda prawdziwe niebezpieczeństwo, jak skrywa się w hasłach, uśmiechach, czynach. Być może właśnie dlatego teraz, w tym konkretnym przypadku, tak trudno było mu oddzielić subiektywną ocenę od faktów.
Proszę uważać, panno Eleno — Theodore odchylił się w krześle — bo wygląd bywa mylący — odezwał się ostrożnie takim tonem, jakby bardziej formułował fakt, nie opinię. Odwrócił wzrok, przez chwilę przyglądając się temu, jak przesuwał palcami wzdłuż krawędzi wysokiej szklanki. Czuł, jak to robi, widział, jak mocno ściska naczynie, ale i tak reagował nie do końca zależnie od siebie. Bardziej nieświadomie. Dopiero w takich momentach, kiedy sam się na tym przyłapywał, ruch zwalniał, aż wreszcie całkiem się zatrzymywał.
Ściągnął brwi, bardziej do swoich myśli, niż do tego, co usłyszał. Analizował to, co powiedziała, ale tym razem okazało się to mniej ważne; ważniejsze było dokończenie procesu myślowego.
Wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez testowanie. Sprawdzanie granic? Tego nie lubię. Obserwacji reakcji? To... — Theodore urwał, wahając się widocznie, po czym odwrócił wzrok, jakby wiedział, że łatwiej będzie mu się skupić, jeśli to zrobi. — Obserwowanie reakcji dostarcza wielu niezbędnych informacji. Skutecznie porządkuje zmienne.
Powoli, tym razem z większym przekonaniem, pokiwał głową.
Lubił porządek.
Otworzył usta, chcąc dodać coś więcej, ale zrezygnował z tego, kątem oka dostrzegając przechodzącą nieopodal kelnerkę. Widział, jak zachwiała się, stawiając stopę na obluzowaną, pękniętą płytkę. Theodore odruchowo wyciągnął rękę, aby podtrzymać kobietę za łokieć. Skinął jedynie głową, słysząc krótkie "dziękuję", po czym, już z precyzyjnie sformułowanym pytaniem, całą uwagą powrócił do Santorini.
Co dokładnie, panno Eleno, próbuje pani sprawdzić i dlaczego?

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej brew bezwiednie zawędrowała w górę na dźwięk jego słów. Wygląd bywał mylący.
Z pewnością.
Spoglądając na Beaulieu nigdy nie powiedziałaby, że był człowiekiem tak ostrożnie ważącym słowa. Że jego wytatuowane ramiona tak dobrze wyglądałyby w eleganckiej koszuli, a włosy stworzone do niesforności były tak podatne na ułożenie i niemal kulturalny wygląd. Nie przeszłoby jej przez myśl, że był krytykiem filmowym obecnie, a w przeszłości prawnikiem.
Był pewną miksturą, koktajlem cech zupełnie ze sobą niezbieżnych i obserwowanie tych sprzeczności było dla niej fascynującym doświadczeniem. Jego wzrok był badawczy, analizujący - dostrzegł nierówność na podłodze jeszcze nim kelnerka wdepnęła w poluzowaną płytkę, Santorini wszak zauważyła to, jak pośpiesznie wyciągnął w stronę kobiety swój łokieć.
Nie przywykła do rozmów z ludźmi, którzy taką wagę przykładali do wypowiadanych przez nich słów. W swoim życiu była przede wszystkim ozdobą, klejnotem tkwiącym w rogu pomieszczenia, którego zadaniem było błyszczeć i przyciągać swoją uwagę. Miała być słuchaczem, nigdy osobą, która prowadziła rozmowę. Jej słowa miały być płytkie, podtrzymujące konwersację, niczym lustro stworzone specjalnie dla kogoś innego, by mógł odbijać od niego swe myśli.
Theodore zmuszał ją do starania się, przyjęcia pozycji, której zwykle nie zajmowała w społeczeństwie. Wyjścia ze strefy komfortu, którą zabrała ze sobą z Mediolanu.
- Może robię to z nudów, dźgając i patrząc, jak druga osoba reaguje na dany bodziec - odrzuciła z początku, z westchnieniem, zerkając na kieliszek z wodą trzymany w jej dłoni. - A może sprawdzam to, jakim jest pan człowiekiem.
Dopiła resztę zawartości swojego kieliszka, chowając za jego krawędzią swój uśmiech. Odstawiła naczynie na blat, kompletnie ignorując kelnerkę, która podziękowała mężczyźnie za jego gest - nie dlatego, że jej nie widziała. Dlatego, że j e j skupienie było wyłącznie w nim.
- I może sprawdzam, czy to spotkanie było przypadkowym wydarzeniem, czy jeszcze kiedyś zabierze mnie pan na randkę - dodała beztrosko, a jej uśmiech zmienił swoje zabarwienie, nabierając zadziorności.
Odstawiła serwetkę, wcześniej tkwiącą na jej kolanach i wygładziła materiał sukienki schowany pod spodem.
- Robi się już późno - zauważyła, widząc, że świat po drugiej stronie szyb już dawno nabrał mroku. - Powinnam wrócić do domu.
Jej wzrok uniósł się znad zastawy stołowej z powrotem do tkwiącego po drugiej stronie mężczyzny, s p r a w d z a j ą c.

Theodore S. Beaulieu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Cheesecake Factory”