Horacy obserwował jak Lina ściera blat, jakby to była najzwyklejsza czynność na świecie, choć jeszcze kilkadziesiąt sekund wcześniej jej ciało było napięte jak struna. Widział to już wiele razy, zarówno u pacjentów, jak i u ich rodzin - mówili że wszystko jest w porządku, podczas gdy ich dłonie drżały, a ramiona pozostawały nienaturalnie sztywne. Zastanawiał się jak często zdarzało się Linie być w takiej sytuacji. Oparł się wygodniej o bar, wziął do ręki szklankę z jej drinkiem i przez chwilę obracał ją w palcach, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Dostrzegł w spojrzeniu Liny coś, co nie miało nic wspólnego z chwilą obecną, coś, co należało do przeszłości, której nie dało się zmienić, choć umysł uparcie próbował do niej wracać i rozkładać ją na czynniki pierwsze. Szukać momentu, w którym wszystko mogło potoczyć się inaczej. Znał ten mechanizm aż za dobrze, choć nigdy nie przyznałby tego głośno.
Powiedziała, że to nie było konieczne. Że miała wszystko pod kontrolą. Skinął lekko głową, jakby przyjmował to do wiadomości, ale nie wyglądał, jakby do końca się z tym zgadzał.
–
Ale to, że ktoś sobie radzi, nie znaczy, że zawsze musi radzić sobie sam. -To zdanie zawisło między nimi na chwilę. Horacy chyba chciał jeszcze coś dodać, ale zdał sobie sprawę jak śmiesznie te słowa brzmiały w jego ustach. Przecież on był
najpierwszy w tej samotności i samodzielności. –
Rozumiem to lepiej, niż może się wydawać. -To było jedno z tych zdań, które można było zostawić bez wyjaśnienia, ale jednocześnie brzmiało tak, jakby coś za nim stało. Nie rozwijał tego jednak. Nie opowiadał o sobie. Zostawił to w pół kroku, jak wiele innych rzeczy tego wieczoru.
Przez chwilę oboje milczeli, a w barze było słychać tylko ciche rozmowy z dalszych stolików i dźwięk szkła odkładanego gdzieś dalej. Horacy spojrzał w stronę, gdzie siedział Larry, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej potrzeby. Mężczyzna wyglądał na zajętego swoim piwem.
Wrócił spojrzeniem do Liny.
Zastanawiał się przez chwilę, jak to możliwe, że w ciągu jednego wieczoru rozmowa z obcą kobietą stała się jedną z bardziej normalnych rozmów, jakie odbył w ostatnich miesiącach. Normalnych w dziwnym sensie, bo nie rozmawiali o pogodzie ani o pracy w sposób powierzchowny, tylko o rzeczach, o których zazwyczaj rozmawia się albo bardzo późno w nocy, albo wcale.
I znowu pojawiło się w nim to uczucie zakotwiczenia, które wcześniej już próbował nazwać. Siedział przy barze, w hotelu, czekał na kobietę, z którą miał spędzić noc w sposób całkowicie pozbawiony emocji, bo tak było prościej, bo tak było bezpieczniej, bo tak nie trzeba było niczego tłumaczyć ani obiecywać. I nagle okazało się, że prowadzi rozmowę, w której jest bardziej obecny niż w wielu ważniejszych momentach swojego życia. To było niemal ironiczne. I trochę niewygodne, jeśli zaczął o tym myśleć zbyt długo.
–
Myślę, że Larry właśnie uwierzył, że naprawdę gdzieś ze mną jedziesz – powiedział w końcu trochę lżej, wracając do bardziej przyziemnego tonu. Czasem myślał, że jego praca polega głównie na kupowaniu ludziom czasu. Godzin, dni, lat. A to, co z tym czasem zrobią później, było już poza jego zasięgiem.
-
Nie wiem czemu wybrałem akurat imię Maggie. - spojrzał na nią z cieniem rozbawienia. –
Ale jedzenie indyjskie to akurat byłby dobry pomysł. Nie mówię tego tylko dlatego, żeby podtrzymać historię przed Larrym. - Nie patrzył na nią nachalnie, raczej uważnie, jakby dawał jej pełną możliwość wycofania się z tego pomysłu, zrzucenia wszystkiego na żart, na tę wymyśloną Maggie. Horacy przez chwilę jeszcze patrzył na nią po tych swoich słowach o indyjskim jedzeniu, ale równolegle, gdzieś z tyłu głowy, wróciła do niego myśl o spotkaniu, które miał zaplanowane na ten wieczór. O kobiecie, która miała przyjść do jego hotelowego pokoju o konkretnej godzinie, o prostej, jasnej umowie, która jeszcze kilka godzin temu wydawała mu się najlepszym możliwym planem na zakończenie tego tygodnia. Bez rozmów, bez tłumaczenia się, bez wchodzenia w czyjeś życie i wpuszczania kogoś do swojego. Czysta transakcja, w której wszystko było przewidywalne i zamknięte w określonych ramach.
Tak to sobie układał w głowie. Logicznie, spokojnie, bez dorabiania do tego większej filozofii.
Tylko że teraz, siedząc przy barze i patrząc na Linę, miał wrażenie, że ten plan należy do kogoś innego - do Horacego sprzed kilku godzin, który wchodził do hotelu zmęczony, zamknięty w sobie i nastawiony na jeden scenariusz. Pomyślał, że powinien napisać wiadomość. Odwołać spotkanie. To byłoby najuczciwsze i najprostsze rozwiązanie. Ale jeszcze tego nie zrobił. I ze wszystkich rzeczy, których się po sobie spodziewał, wcale nie spodziewał się wahania. A jednak się wahał.
Liyana Sinclair