-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się pod nosem na wybrzmienie tych słów. Powinien, ze swoim tytułem, być przecież kimś, kto nie boi się ognia. I w istocie nie bał się go nigdy, nie tak formalnie; często nawet świadomie dawał się mu pochłonąć, bo musiał i go znał go, a przez tp wiedział, kiedy nie jest w stanie go skrzywdzić. W tej sytuacji było całkowicie podobnie. Różnica polegała jedynie na tym, że tym razem płomienie nie miały źródła w rozżarzonym materiale ani w wybuchu, a w spojrzeniu, w dotyku i w tej niepokojąco naturalnej bliskości.
Swoją dłoń zatrzymał na wysokości jej żeber, kciukiem przesunął po materiale jej koszuli.
Jej kolejne słowa, to zaczepne stwierdzenie faktu, wywołały u niego drobny uśmiech. Krótki, ledwie widoczny, który jednak zamarł niemal natychmiast, gdy jej dłoń uniosła się i osiadła na jego karku. Ten prosty gest, tak niepozorny w swojej formie, rozszedł się po jego systemie nerwowym jak impuls elektryczny, zostawiając po sobie ślad. Najpierw napięcie, potem jako mrowienie, gdzieś głębiej, pod jego skórą, w mięśniach. Tak nieprzyjemnie przyjemne. Nie zdawał sobie sprawy, jak znaczące było to dla niego. Jak szybko temu uległ i zaakceptował w sobie, i jak mocno związał się z gestem, który był prosty, a w tej chwili dosadnie ciężki.
Palce sunące po jego skórze zostawiały za sobą ślad, którego nie mógł tak po prostu zignorować zignorować. Wsunięcie ich w jego włosy było punktem, w którym byłby się rozpadł. Nie tyle, że nie potrzebował dużo, ale tyle, że każdy miał słaby punkt. Abby dość precyzyjnie odnalazła jego. Nie było to zaraz takie trudne…
Trudno było mu z początku zbudować odpowiedź przez suchość w ustach, która wezbrała od czegoś tak trywialnego, a jednocześnie tak ciężkiego. Zanim na coś się zdecydował, znów się odezwała.
Kolejną iskrą, która zbiegła po jego nerwach, wywołało coś tak prostego – jej palce zaciśnięte na jego włosach i ten drobny, choć kontrolujący gest. Podniósł spokojnie głowę na tyle, by móc na nią spojrzeć. Na tyle, na ile pozwalał mu na to panujący półmrok. Na tyle, by mogła zarejestrować, że na nią patrzy, wbrew tej zaczepce, którą wytoczyła przeciwko niemu. Przesunął spojrzeniem krótko po jej twarzy, pozwalając by zdążyła też odnotować delikatny uśmiech półgębkiem u niego, zanim przysunął swoją twarz do jej, do punktu w którym już byli, ale który niczego wtedy nie przyniósł.
— Wyjątkowo dobrze się na ciebie patrzy — odpowiedział, twardo akcentując dwa pierwsze słowa. — Za dobrze.
Oddech, który niósł to zdanie, mógłby być jej własnym. A słowa, które wypowiedział niemal w jej wargi, równie dobrze mogły należeć do niej, a wszystko przez ów zerowy dystans pomiędzy nimi.
Dotknął subtelnie wargami jej własnych, choć nie w pocałunku. W delikatnej, miękkiej zaczepce. W chybotliwym balansie pomiędzy tym, czego chciał spróbować, a co było rozsądne. Większość życia przeminęło mu pod ciężkim znakiem ryzyka; chociaż wszystko było w zdrowej granicy. A teraz? Teraz przecież też niewiele miał do stracenia. To czy w ogóle wyjdzie spod gruzu stało pod ogromnym znakiem zapytania; a nawet jeśli – to przecież szanse na ponowne spotkanie, w przypadki kiepskiego zakończenia, były zerowe. Bo jakie istniało prawdopodobieństwo, że mieszkała w Toronto?
Pocałunek, który w końcu złożył nie był gwałtowny, ale nie był też niepewny. Raczej spokojny, głęboki, jakby sprawdzał, czy to, co napięcie obiecywało od dłuższego czasu, rzeczywiście tam było. Jego wargi najpierw musnęły jej usta, zanim na moment przycisnął je mocniej, bez pośpiechu, bez żadnej próby dominacji. Bliżej temu było do oferty, którą składał na jej wargach, niż bezczelnemu zamachowi na jej przestrzeń.
Abby Wallace
-
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zadała mu trzy pytania.
A jednak — pierwsze dwa kompletnie zignorował, podsumowując je jedynie uśmiechem, który doskonale czuła i słyszała gdzieś w załamaniu własnej szyi, pomiędzy napiętym mięśniem mostkowo-obojczykowo-sutkowym a obojczykiem. Pojedyncze prychnięcie, które normalnie pewnie byłoby ledwo odczuwalne, a jednak tutaj, przy nienagannie wyostrzonych zmysłach, dawało o sobie znać wyjątkowo intensywnie. Zbyt intensywnie. Do tego stopnia, że niemal od razu poczuła, jak wzdłuż jej kręgosłupa wędruje pojedynczy prąd, który swoje uście znalazł dopiero w okolicach lędźwi.
Fascynowało ją, jak na nią działał. Przerażało również, jednak fascynacja grała tutaj pierwsze skrzypce. Przecież nawet dobrze go nie znała. Ledwo wiedziała, jak miał na imię i ile rodzeństwa czekało na niego w domu, gdziekolwiek mieszkał. Wiedziała gdzie pracował i że nosił gumki w przedniej kieszeni spodni. I to by było na tyle. Marna garstka informacji, które sam jej przekazał. Jasne, można było to tego dołożyć jeszcze jej własne wnioski i przemyślenia — w końcu miała ich sporo — jednak niezależnie od tego, jakby na to nie spojrzeć: był jej obcy. A jednak jakimś cudem, w tamtej chwili, wydawał się tak cholernie bliski.
Nie tylko miała przeczucie, że mogła mu zaufać — a przecież Abby z góry zawsze była nieufna, stawiała na suche fakty i sprawdzone sposoby — to w dodatku czuła z nim pewnego rodzaju więź. Jak najbardziej mogła być ona spowodowana długim czasem spoczynku we wzajemnych ramionach pod kupą gruzu, ale takie były fakty. I chociaż nie miała pojęcia, co siedziało w jego głowie, tak oceniając po gestach i sposobie, w jaki sunął dłonią po materiale jej koszulki; jak reagował, gdy jej dłoń znalazła się na rozgrzanym karku, można było wysnuć dość dosadny wniosek, że chyba czuł podobnie.
Obserwowała go uważnie, kiedy leniwie unosił głowę. W
Na trzecie pytanie postanowił odpowiedzieć.
Wyjątkowo dobrze się na ciebie patrzy.
Prychnęła. Delikatnie. Subtelnie wręcz. Może nawet przewróciłaby do tego oczami, rzuciła jakimś błyskotliwym komentarzem, który przeciął by to ciągle gęstniejące powietrze, jednak ona już za bardzo skupiona była na jego czynach. Na tym, jak jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko; jak ich nierówne oddechy splątały się w jeden, a usta dzieliła odległość maksymalnie jednego milimetra. Był tak blisko, że kiedy krótkie za dobrze wybrzmiało w uszach, jej wargi czuły każdy, najdrobniejszy ruch.
A potem poczuły i te jego, gdy zaczepnie zahaczył o jej usta swoimi w wyjątkowo delikatnym, ledwo odczuwalnym geście. Drgnęła nieznacznie, jakby chciała wyjść mu naprzeciw. Cicho dać do zrozumienia, że ona również była gotowa się sparzyć — cokolwiek to miało znaczyć, jakkolwiek miało się to skończyć.
Jej serce zabiło szybciej, co Jax spokojnie mógł poczuć na własnej piersi. Stresowała się? Możliwe, chociaż dochodziła do tego również domieszka ekscytacji, ciekawości i jakiegoś dziwnego przekonania, że przecież nie mieli tu nic do stracenia. I on chyba myślał podobnie, bo już po chwili nie tylko ją zaczepiał ale i pełnoprawnie pocałował.
Jego usta były ciepłe, lekko spierzchnięte od suchego powietrza, jednak wciąż przyjemnie miękkie, a sam gest momentalnie przyprawił o gęsią skórkę. Abby odwzajemniła go z należytą uwagą, wstrzymując na moment powietrze, pozwalając chwili po prostu wybrzmieć. Nie śpieszyła się. Przyjmowała to, co jej dawał. Cały czas. Od momentu, w którym wsiadła do metra i wybrzmiał pierwszy huk — podporządkowała mu się, nie zgłaszając najdrobniejszego sprzeciwu.
I tu również nie zamierzała. Co więcej — po raz pierwszy miała zamiar sama wyjść z inicjatywą, dyktowaną bardziej rozszalałym sercem, niż rozumem.
Dłoń którą przez cały ten czas miała wplecioną w miękkie włosy, przesunęła delikatnie wzdłuż kości skroniowej, by już po chwili osadzić ją na kującym od zarostu policzku. Zapoznawała się z nową teksturą, zaciskając nieznacznie palce, podczas gdy usta odnajdywały ze sobą wspólny rytm.
Przyjęła jego ofertę i — co gorsza — nagle nie potrafiła się nią nasycić. Dlatego nie myśląc za wiele (albo już wcale), pogłębiła pocałunek, wdzierając się językiem i przyciągając go do siebie bliżej. Jakby wcale nie był już przerażająco blisko. Dosłownie na niej. Przylegając całym ciałem. Jakby przez moment zapomniała, gdzie tak naprawdę się znajdowali i że wciąż istniała szansa, że nie wyjdą stąd
A może wcale nie zapomniała? Może to przede wszystkim dlatego pozwalała sobie właśnie na chwile uniesienia z kimś, kogo poznała niecałą godzinę, półtorej temu, a kto teraz wypełniał większość jej myśli. Kogoś, kto zupełnie naturalnie spowodował, że jej ciało zalała fala gorąca, a wzdłuż kręgosłupa powędrował kolejny przyjemny dreszcz.
Jax Harrison
-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zdążył zdecydować, czy powinien zwolnić, bo pogłębiła pocałunek zanim jakakolwiek myśl zdążyła się uformować, a jego ciało odpowiedziało szybciej niż rozsądek. Dłoń na jej boku zacisnęła się odruchowo na materiale koszuli, czując pod nim ciepło i ruch mięśni, który przeszedł przez jego palce krótkim impulsem. Obniżył się minimalnie, bardziej szukając stabilności niż bliskości, lecz skończyło się tym, że znalazł się jeszcze bliżej. Swoim biodrem przy jej biodrze, swoją klatką piersiową zsynchronizowaną z jej nierównym oddechem. Jego przedramię zaparte o podłogę napięło się tak, że po kilku sekundach pojawiło się znajome pieczenie, drobne drżenie mięśni, którego normalnie nie ignorował. Teraz tylko przesunął ciężar, żeby wytrzymać dłużej w tej pozycji.
Jeszcze chwilę wcześniej dotyk miał znaczenie czysto praktyczne, był sposobem na zatrzymanie paniki i utrzymanie jej przytomnej, a teraz trudno było oddzielić jedno od drugiego. Nie wiedział, kiedy dokładnie granica się przesunęła. Może wtedy, gdy przestała się cofać. Może kiedy sam przestał pilnować dystansu. Ta myśl była niewygodna, więc pozwolił jej rozpłynąć się równie szybko, jak się pojawiła.
Miał wrażenie, że czuł jej serce przez własną klatkę piersiową, bijące mocno, szybko i nierówno. A może to było jego własne? Ta świadomość rozproszyła go bardziej niż powinna, sprawiając, że pocałunek stał się wolniejszy, cięższy, mniej impulsywny. Bardziej sensualny.
Jego oddech zrobił się płytki, suche od pyłu powietrze drażniło jego gardło, a kiedy oderwał się na moment, wdech wyszedł krótszy niż planował. Ich twarze nadal pozostawały blisko, czoło niemal dotykało jej skroni, a przez chwilę po prostu trwał w bezruchu, czując mrowienie rozchodzące się po karku i napięcie w ramieniu, które zaczynało przechodzić w przyjemne odrętwienie.
Jeszcze niedawno Abby była jedną z wielu twarzy w wagonie, kimś, kogo miał uspokoić i wyprowadzić na zewnątrz. Teraz ta myśl wydawała się dziwnie odległa, jak wspomnienie z innego dnia. Nie analizował tego dalej, bo każda próba kończyła się powrotem do tego samego punktu, w którym byli teraz: jej dłoni przy jego twarzy, oddechu mieszającego się z jego własnym i faktu, że żadne z nich nie próbowało odzyskać dystansu.
Instynktownie poprawił ułożenie ciała, przesuwając kolano odrobinę między jej nogami tylko po to, żeby odzyskać równowagę, lecz ruch sprawił, że ciężar rozłożył się inaczej i znaleźli się jeszcze bliżej, praktycznie bez przestrzeni pomiędzy. Wypuścił powietrze krótkim wydechem, nachylając się niżej; usta odnalazły jej ponownie, tym razem pewniej, wolniej, jakby sprawdzał reakcję przy każdym kolejnym muśnięciu zamiast od razu pogłębiać pocałunek. Kciuk jego dłoni przesunął się leniwie po jej boku, zatoczył niewielki łuk i wrócił w to samo miejsce, a kiedy zmienił kąt podparcia, jego klatka piersiowa przesunęła się lekko po jej ciele wraz z oddechem. Zatrzymał się tylko na sekundę, unosząc głowę minimalnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego znów pochylił się bliżej, tym razem zahaczając ustami o kącik jej warg i linię szczęki, krótszym bardziej zaczepnym ruchem.
— Czy ty zawsze tak reagujesz na stres? — mruknął niskim i chropowatym głosem, pozwalając by drobny, figlarny półuśmiech ozdobił kącik jego warg.
Nie oczekiwał odpowiedzi, te słowa były bardziej efektem chwili niż próbą rozmowy. Kciuk przesunął się wolno po jej boku, niemal nieświadomie, zatrzymując się pod żebrami, gdzie materiał koszuli unosił się lekko wraz z jej oddechem. Nie przesunął się wyżej, a w bok, znacząc opuszką subtelną, wyczuwalną granicę wytyczoną przez jej biustonosz.
Czuł leniwie narastający głód. Fascynację jej osobą. I nie potrafił zdecydować, ile w tym wszystkim udziału miała świadomość zagrożenia życia, poczucie jego kruchości. Tego, jak bardzo może być ulotne.
Abby Wallace
-
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Do czasu.
Bo w momencie, kiedy jego ciepłe, spierzchnięte usta raz po raz muskały te jej w sensualnym tańcu, wszystko dookoła na krótki moment przestało mieć znaczenie. Głowa oczyściła się z nieprzyjemnych myśli, a ciało zaczęło spinać w zupełnie inny sposób niż wcześniej. Nie czuła napięcia w klatce piersiowej i na barkach, a bardziej w okolicach podbrzusza i biodra, po którym błądziła jego dłoń.
Była wrażliwa na każdy jego dotyk. Kodowała nawet najdrobniejsze przesunięcie palcy z wyjątkową starannością, skupiając na tym całą swoją uwagę. I na ustach, które smakowały jak ostatnia deska ratunku. Jakby na to nie spojrzeć, to właśnie nią były — ucieczką od zagrożenia i bezpieczną przystanią, w której chociaż na moment mogła schować się przed czarnymi myślami.
Pojawiła się tam również przyjemność, której pewnie powinna się wstydzić. Ludzie leżeli martwi pod gruzem, a ona całowała się z przypadkowym mężczyzną i jeszcze śmiała odczuwać z tego przyjemność? Śmiała poddawać się elektryzującym dreszczom, które wędrowały wzdłuż kręgosłupa, przyspieszonemu biciu serca i tej charakterystycznej potrzebie czerpania od niego jeszcze więcej? No właśnie chyba śmiała. Na te kilka minut kompletnie odpłynęła, zatracając się w czystej fizyczności, chociaż niezaprzeczalnie zbudowała się również między nimi i więź emocjonalna. I chyba to przerażało ją najbardziej — to jak dobrze się przy nim poczuła.
Czy ty zawsze tak reagujesz na stres?
Uśmiechnęła się przelotnie, chociaż mógł to doskonale poczuć na własnych wargach, które właśnie muskały kąciki jej ust. Delikatnie pokręciła głową.
— Dzisiaj jest dzień pierwszych razów — rzuciła po chwili, prosto pomiędzy rozchylone wargi Jaxa, nim ponownie go pocałowała. Pierwszy raz była w Detroit, pierwszy raz znalazła się w samym epicentrum ataku terrorystycznego, pierwszy raz leżała po gruzem i pierwszy raz dobierała się do strażaka, ledwo znając jego imię.
Jej serce biło mocno. Mieszało się z uderzeniami spod jego własnej klatki piersiowej, a krew pulsowała nawet uszach, mieszając się z cichym pomrukiem, uciekającym z jej gardła. Nawet nie zakodowała momentu, w którym jej wolna dłoń również uniosła się do góry i wylądowała na jego karku; kiedy przejechała paznokciami po rozgrzanej skórze i wdarła się pod kołnierzyk koszulki, którą miał na sobie.
Po chwili zakodowała za to coś innego: trzask. Gdzieś w oddali, krótki. A potem kolejny. Trzeci sprawił, że zamarła w bezruchu, czwarty zaś, że w końcu się od niego oderwała, próbując odszukać ciemne spojrzenie w półmroku.
— Słyszysz to? — jej głos był cichy, ledwo słyszalny. Jakby bała się, że ta krótka nadzieja, która pojawiła się w jej sercu, miała zaraz zostać roztrzaskana na kawałki, gdyby tylko powiedziała to głośniej. Równie dobrze mógł to być jedynie osuwający się gruz. Mógł. Tylko że już po chwili doszły do tego zgłuszone głosy gdzieś w oddali.
Jax Harrison
-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słowa te echem zagrały w jego umyśle, wywołując kolejny, niewielki, rozbawiony uśmiech, który zdołał zająć miejsce na ułamek sekundy w kąciku jego warg. Tych samych, które tak ochoczo, choć wcale nie nachalnie, smakowały ust kobiety.
Nie sposób było się nie zgodzić – to był jego pierwszy raz, kiedy to on znalazł się w sytuacji, w której wymagał pomocy. Jego pierwszy raz, kiedy pozwolił, aby zdrowy rozsądek i niemal wkodowane w DNA praktyczne podejście do sytuacji takich jak ta, ustąpiły ciekawości i czemuś bardziej ludzkiemu. Moment, w którym nie był strażakiem, próbujący opanować sytuację i zachować się jak najlogiczniej, a po prostu kimś, kto odpowiadał czemuś zupełnie innemu niż odpowiedzialność. Wibrującemu delikatnie pod skórą pociągowi i fascynacji.
Może też kimś, kto logicznie nie próbował odpychać świadomości możliwości końca, a kto miał być z tym pogodzony – a raczej z tym, że co ma być, to będzie. Kimś, kto pozwalał by mrowienie na skórze, które było żywym śladem po jej dotyku – tak intensywnym, że nie do zignorowania, było tutaj najistotniejsze. Czymś, co wciągało go całego.
Jej słowa wciąż rezonowały gdzieś pod czaszką, mieszając się z przyspieszonym pulsem i ciepłem, które nie chciało opaść nawet wtedy, gdy pocałunek zdążył już wybrzmieć. Miał wrażenie, że organizm uparcie odmawia powrotu do równowagi, jakby przez krótką chwilę nauczył się funkcjonować inaczej i nie widział powodu, by z tego rezygnować. Jeszcze sekundę wcześniej wszystko było proste. Jej oddech, jej dłonie, ciężar chwili, który zamiast przytłaczać, dziwnie stabilizował.
Pewnie też dlatego ten pierwszy trzask nie dotarł do niego od razu. Dopiero drugi przeciął tę miękką, zamkniętą przestrzeń, w której tkwili, wślizgując się do świadomości powoli, jak obcy element, który po prostu nie pasował do rytmu ich oddechów.
Zamarł w bezruchu, wytężając własny słuch. Próbując skategoryzować dźwięki, które przytłumione dobiegały zza gruzowiska, w którym pogrążeni byli. Niemal od razu, gdy tylko zdawał się bezbłędnie rozpoznać trzask pracującego sprzętu, ta lekkoduszna i mało odpowiedzialna osobowość została zdarta z niego wraz z kolejnym odgłosem. Ustąpiła miejsca temu, kim był tak naprawdę w takich akcjach.
Choć nie odsunął się od razu. Przez ułamek sekundy trwał jeszcze w zawieszeniu pomiędzy jednym stanem a drugim, świadomy ciepła jej ciała i własnego oddechu, który wciąż nie chciał się uspokoić, jakby organizm protestował przeciwko nagłemu powrotowi rzeczywistości.
Słowa blondynki na dobre uziemiły tę drugą stronę, tę codzienną. Nie odpowiedział na nie, wciąż badając dźwięki, jak gdyby chciał mieć stuprocentową pewność, zanim podejmie działania, które mogłyby stworzyć u dziewczyny coś, na wzór ulgi. Nie chodziło o to, że nagle przesunie całe gruzowisko. Ale o to, że potwierdzi możliwość ratunku.
Po krótkich paru chwilach był już pewien. Powietrze opuściło jego płuca wolniej, ciężej, razem z czymś na kształt ulgi, której nawet nie zdążył wcześniej dopuścić do świadomości.
Niemal odruchowo dłoń, która jeszcze chwilę wcześniej tak beztrosko sunęła kciukiem po ramieniu Abby, przesunęła się na tyle, by zakryć jej ucho. Na ułamek sekundy, zanim krzyknął donośnie.
— Tutaj! Dwóch przytomnych!
Przez chwilę odpowiadała mu tylko cisza, moment niepewności, zanim zza gruzowiska dobiegło coś niewyraźnego, ale wystarczającego, by nie mieć wątpliwości. Usłyszano ich, ale to dopiero rozpoczynało cały ten proces ratunkowy. Teraz najważniejszym było, by wytrwać i nie pozwalać emocjom przejąć kontroli.
— Telefon, Abby — odpowiedział, tym razem głosem profesjonalnym, twardym, choć nie bez charakterystycznej jemu miękkości. — Włącz coś, bardzo głośno, muszą nas słyszeć — To było ajrozsądniejsze rozwiązanie. Zamiast ciągle nawoływać, sprawić by dźwięk był stały, bez przerwy a w ciągłości.
Przemilczał jedno – to, że ich usłyszano, wcale nie oznaczało, że szybko zostaną stąd wydostani. Mogło okazać się tak, że gruzowisko jest tak skomplikowane, iż praca sprzętu będzie się przeciągała. Mogło się okazać też tak, że wcale nie tak łatwo – a może wcale – będzie się dało ich uwolnić bez naruszania konstrukcji i przez to narażenia ich zdrowia lub życia.
Wolał zostawić to dla siebie. Pozwolić Abby w nadziei po prostu czekać. Ze świadomością, że są słyszani, a ktoś teraz, tam na powierzchni, pracuje nad tym, aby ich uratować.
— Dzień pierwszych razów — rzucił tak, aby był słyszalny mimo dźwięków z telefonu. — Po raz pierwszy to mnie ktoś wyciąga spod gruzu.
Abby Wallace
-
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Była silniejsza od niej. To momentalne spięcie ciała, przyspieszone bicie serca, ciepło, które rozlało się na całej długości i nagłe przekonanie, że teraz już będzie tylko lepiej. W głowie nagle wszystko było proste: przyjadą, uratują, będzie dobrze. Tylko czy na pewno?
Abby nie miała odpowiedniej wiedzy, by to ocenić. W końcu wyciąganie ludzi spod kupy gruzu również musiało wiązać się z niebezpieczeństwem i ewentualnym pozbawieniem życia poszkodowanych. I chociaż akurat o ratowaniu innych wiedziała całkiem sporo, tak tutaj za nic nie wiedziała, jak powinni się zachować. Naturalnym odruchem ciała, byłoby zerwanie się z miejsca i desperackie odgradzanie na własną rękę, żeby jakoś im pomóc. To zaś byłoby skrajnie nieodpowiedzialne, dlatego finalnie leżała w bezruchu i patrzyła na Jaxa. Oddała mu pałeczkę. Zresztą nie pierwszy raz tego dnia.
Ściągnęła brwi, kiedy przykrył jej ucho, z początku kompletnie nie rozumiejąc jego zamiarów. Dopiero gdy z jego gardła wybrzmiał donośny krzyk, wzdrygnęła się lekko i spięła mięśnie, chociaż oczu nawet na moment nie zdjęła z jego skupionej twarzy. Wspólnie z nim nasłuchiwała jakiejkolwiek reakcji, starając się minimalizować nierówny oddech, który przeszkadzał w osiągnięciu kompletnej ciszy.
Nie miała pojęcia, jak on to robił. Jak potrafił z taką łatwością zachować stoicki spokój, w dodatku w takich warunkach. Ale z drugiej strony, ona na izbie przyjęć również umiała, nawet w sytuacjach, kiedy wszyscy inni dookoła panikowali. Jax był w swoim żywiole. Wiedział, jak się zachować. Znał procedury. I tego trzeba się było trzymać.
Dlatego kiedy kazał jej wyciągnąć telefon i coś włączyć, praktycznie od razu ściągnęła z niego dłoń, by sięgnąć nią do kieszeni kurtki. Zawierciła się nieznacznie pod jego ciałem, a już po chwili unosiła do twarzy ledwo żywą komórkę.
— Dziesięć procent — rzuciła czysto informacyjnie. W teorii było to przecież całkiem spoko, zanim telefon kompletnie padnie, a w praktyce… do sprawdzenia. Nie miała zasięgu, więc musiała szyć z tego, co miała w telefonie. W pierwszej kolejności spróbowała budzik. Tak. Dokładnie ten jeden skurwiały iphonowy dźwięk, który obudziłby nawet trupa zakopanego dziesięć metrów pod ziemią. Był irytujący, charakterystyczny i wiercił w głowie dziurę, ale nie był wystarczająco głośny.
— Kurwa — mruknęła bardziej do siebie niż do niego i nerwową ręką, zaczęła grzebać w galerii. Potrzebowali czegoś głośniejszego, lepszego, a przynajmniej ona wmówiła sobie, że potrzebują. Klatka piersiowa falowała niebezpiecznie, a tętno ponownie przyspieszyło. — To może… — włączyła folder z filmami i przesunęła palcem po ekranie. Masa materiałów z wykładów, na którym była, kilka filmików ze szpitala i… — Dobra — westchnęła, przy okazji włączając video z koncertu, na którym była jakieś dwa miesiące temu. Materiał faktycznie był głośny. Miał w sobie dużo przesteru, ale przede wszystkim dawał im donośny, jednostajny dźwięk, dzięki któremu będzie można ich zlokalizować.
Inną sprawą był fakt, że na wyświetlaczu na pierwszym planie była spruta do granic możliwości Abby, tańcząca i odbijająca się od ludzi. Nie wspominając nawet o śpiewaniu, które również dało się słyszeć na nagraniu. W każdych innych okolicznościach, byłaby to ostatnia rzecz, jaką świadomie puściłaby przy kimś, z kim jeszcze chwilę temu namiętnie się całowała, ale… warunki nie były do końca normalne.
— Pierwszy raz kiedy pokazuje takie rzeczy publicznie — rzuciła w odpowiedzi na jego słowa, prezentując kolejną paletę dzisiejszych pierwszych razy. Obserwowała go uważnie, kiedy patrzył na nagranie. Błądziła spojrzeniem po intensywnie ciemnych oczach i delikatnym zaroście, a kąciki jej ust mimowolnie uniosły się do góry.
Musiała się na nim skupić. Potrzebowała tego dla własnego spokoju i wyciszenia narastającego w ciele niepokoju. Bo chociaż pomoc zdawała się nadciągać, wciąż nie mieli pewności, że z chwilą, w której zaczną usuwać gruz, wszystko po prostu się na nich nie zawali. A Jax... z jakiegoś powodu działał na nią wyjątkowo uspokajająco.
Jax Harrison