-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale tym razem nie mógł.
Znowu nabrał ciężko powietrze w płuca, czuł pod skórą, że oni jeszcze do tego wrócą, bo to była Pilar, tak samo uparta i zawzięta, jak on, ale już w tym momencie chciał skończyć temat. Zmienić go. Dlatego wypomniał jej to wczorajsze robienie mu na złość, oboje sobie zrobili. I teraz też szło to w takim kierunku, że zaraz też mogli być na siebie kurewsko napaleni, aż Noriega odruchowo zerknął gdzieś w kierunku toalet, kiedy poczuł na uchu jej zęby, które szarpnęły jego kolczyk.
- Estuve pensando en ello toda la noche... lo mojada que estabas - cały wieczór o tym myślałem... jaka byłaś mokra, szepnął jej do ucha, pozwalając, żeby jego ciepły oddech omiótł jej policzek. I teraz też już mało brakowało, żeby znowu o tym nie zaczął myśleć. Kręciła go niesamowicie, kręciła go jak żadna inna kobieta na świecie, a biorąc pod uwagę to jak go wczoraj zostawiła... tak samo na nią kurewsko napalonego, jak ona. To dzisiaj to już było bardzo proste, żeby on znowu zafiksował się tylko i wyłącznie na niej.
Dlatego zmienił temat na tę blondynkę. Chociaż w pierwszej chwili i tak się zastanawiał tylko, czy mogliby jednak znowu skorzystać z tej samolotowej toalety. Dopiero na jej słowa, uniósł jedną brew, parsknął śmiechem.
- No a nie zajebisty? Wszyscy uwierzyli - może to też chodziło o to, że te jego kłamstwa były jakieś takie abstrakcyjne, że nikt nawet nie przypuszczał, że można w takich kwestiach kłamać? A tu proszę, można.
- Nie da się? Czyli mam dobre gadane? - zapytał i się uśmiechnął, i już nabrał w płuca powietrze, co ona też mogła poczuć, jak jego tors się uniósł, bo już miał jej zapytać, czy to znaczy, że miał sprawne usta, czy język... Ale właśnie w ten język się ugryzł. Bo to miał być spokojny lot, już mieli za sobą kłótnie, spoufalanie, poważne rozmowy, chyba wystarczy.
Pokiwał głową na jej pytanie o Rosę.
- Richie uważa, że jest psychiczna, ale nie, jest psychiatrą - potwierdził. Chociaż co do tej psychicznej to też się czasem zastanawiał, zwłaszcza jak słuchał opowieści swojego kuzyna. Ale Ricardo też mógł dużo rzeczy wyolbrzymiać. Wbił w nią ciemne tęczówki, w jej piękną twarz, kiedy powiedziała to, że musi z nią porozmawiać, palcami przesunął po jej boku, układając rękę miękko na jej brzuchu, gdzie jego palce muskały materiał koszulki, pod którym wyczuwał jakieś plasterki, chyba sama je dzisiaj kleiła.
- Na pewno mogłaby ci wypisać, mi chciała dzisiaj rano przepisać Xanax - stwierdził, a zaraz zmrużył powieki - ale nie chcesz... iść do terapeuty? - nie zapytał jej o to na złość. Nie zamierzał jej na to też namawiać. Truć jej dupy jak Eliot. Po prostu chciał wiedzieć, co zamierzała. Cokolwiek by nie postanowiła, to i tak by był z nią.
Może rzeczywiście Rosario coś by w tym temacie pomogła? W końcu miała różnych pacjentów. A porozmawianie z nią to też już jakiś krok, nawet jeśli tylko miałby dotyczyć lewego zaświadczenia dla Eliota.
Na jej kolejne pytanie wzruszył ramionami, tak, że mogła to poczuć, bo szczerze nie wiedział. I chyba gdyby rzeczywiście zmagał się z depresją to ostatnią osobą, która mogłaby mu pomóc, to był Ricardo. Chociaż z drugiej strony jego kuzyn był całkiem śmieszny, miał w sobie coś takiego, co bawiło Madoxa, chociaż czasem to miał ochotę go strzelić w łeb i wywalić za drzwi.
- Akurat ten joint, to troszeczkę nam pomógł, zadziałał bardzo... relaksacyjnie - złapał jej spojrzenie i uśmiechnął się delikatnie. Nawet tego nie kontrolował, że jego palce przesunęły się pod materiał jej koszulki, chyba na to wspomnienie, jak brał ją na stole w jadalni, tak jak chciał. Serce jakoś mocniej zabiło mu w piersi, co też mogła poczuć na policzku. Zamyślił się na moment, dwa dzikie uderzenia serca.
Czy powinien jej mówić po co w ogóle przyleciał Ricardo? Pewnie nie powinien, ale kłamać jej, czy zmyślać też nie miał zamiaru.
- Ale to tak miedzy nami... Zresztą ja w ogóle tego nie popieram, bo oni się hajtnęli... nie wiem, dwa tygodnie temu? - znowu się zastanowił, trochę miał za złe Richiemu, że go nie zaprosił na ślub do Puerto Rico, bo też pewnie byłoby fajnie, ale w sumie, nawet nie wiadomo, czy mogliby lecieć, tyle się ostatnio u nich działo. Ciemne tęczówki znowu spoczęły na jej obłędnych, czekoladowych oczach.
- Przyjechał tu za kobietą - wyjaśnił jej w końcu - poznał ją jeszcze w Puerto Rico i twierdzi, że się w niej zakochał i chce z nią tutaj żyć... No tylko Rosa o niczym nie wie - trochę się skrzywił, bo obawiał się, że jak się dowie, to wtedy to już w ogóle Ricardo będzie miał przerąbane. A przecież oni siedzieli właśnie u niego w domu. Bał się trochę, że ich tam zostawili. Niby była jeszcze Flora, ale ona to akurat jakaś taka nieobecna wiecznie, w swoim nastolatkowym świecie.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie tylko gadane masz dobrą — mruknęła, łapiąc jego ciemne spojrzenie, podczas gdy jej dłoń zaczęła leniwie sunąć po materiale koszulki, którą miał na sobie. Jej ulubionej koszulki. Nawet na moment się zastanowiła, czy specjalnie ją dzisiaj założył. Wiedział, jak bardzo ją lubiła… może chciał ją sobie tym udobruchać?
Prychnęła na uwagę, że Richie uważał Rosę za wariatkę.
— Sam najnormalniejszy nie jest — zauważyła. Lubiła kuzyna Madoxa, mieszkanie jakoś ożywało kiedy był w pobliżu i też dzięki niemu jedli przez te ostatnie dni coś więcej niż ryż z suchym chlebem, ale nie było co udawać, że Martinez był ułożonym człowiek. Prawda była taka, że był równie pojebany co Madox, jak nie bardziej. A skoro Rosa była jego kobietą, to sama z pewnością również miała nie do końca równo pod sufitem. Chociaż miło z jej strony, że chciała wypisać Noriedze Xanax, może jeszcze się przyda. Może nawet mógłby pomóc Pilar na jej lęki?
— I co, przepisała? Masz go ze sobą? — może jej pytanie było zbyt bezpośrednie, jednak opuściło jej usta, nim ta zdążyła się nad tym glebiej zastanowic. Dopiero jego kolejne pytanie sprawiło, że złapała w płuca więcej powietrza, a coś w brzuchu momentalnie się zacisnęło. — Nie chce iść do terapeuty — rzuciła obojętnie, a przynajmniej starała się o taki ton. — Po co? Żeby mi kazał rozmawiać o tym, co mnie boli? Dobrze wiesz, że większość tych ludzi ma jeszcze bardziej nierówno pod sufitem — nie miała racji? Przecież znała kilka takich przypadków, kiedy to psychiatrzy okazywali się jebnięci i finalnie bardziej potrzebowali więcej pomocy niż faktyczny pacjent. — Poza tym… — uniosła głowę i spojrzała na Noriegę, układając delikatnie dłoń na jego policzku — Mam tu przecież lekarza — puściła mu oczko. W końcu pół samolotu już wiedziało, że Madox był lekarzem i przecież już zajmował się jej stanami lękowymi. To po co jej był kolejny? I nawet odkładając żarty na bok, to akurat on jako jedyny sukcesywnie odganiał od niej nieprzyjemne myśli. To właśnie przy nim praktycznie w ogóle nie myślała o Daltonie i wszystkim, co się stało. Działał na nią lepiej niż jakiekolwiek leki. Chociaż tamten joint też wtedy zadziałał. I to kurewsko dobrze. Aż Pilar mimowolnie przesunęła dłoń po jego brzuchu, by zaraz przejechać po brzegu koszulki i wedrzeć się pod materiał.
Przejechała powoli po jego rozgrzanej skórze, przy okazji wsłuchując się w historię o Rosie i Ricardo.
— Czekaj — aż zatrzymała na moment palce, ściągając brwi do siebie. — Wziął ślub dwa tygodnie temu, a teraz przyleciał tutaj za inną laską? To kiedy on ją poznał, kurwa, trzy dni temu? — oburzyła się. Nic nie mogła na to poradzić, że dla Pilar takie rzeczy były… niezrozumiałe. Cały koncept zdrady i tego, że deklarujesz miłość jednej osobie, by zaraz potem zainteresować się inną? — To po chuj się oświadczał, skoro zakochał się w innej? Pojebało go? — uniosła się i nagle jakoś bardziej zaczęła sympatyzować się z Rosą. Już nagle wcale się nie dziwiła, że miała miano wariatki. — I jak to ona o niczym nie wie? To co ten Riczi, dwie na raz sobie chce obracać? — aż podniosła głowę, bo z każdą sekundą kuzyn Madoxa spadał w jej hierarchii sympatii do jebanego lochu hańby.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Aż przez chwilę się zastanowił co ich czeka w Meksyku.
Ale zaraz zmieniali temat na Richeigo i Rosę, nawet dobrze, bo mógł trochę odgonić od siebie te natrętne myśli, które sprawiały, że znowu zerknął w kierunku toalet.
Znowu parsknął śmiechem na jej słowa.
- To jest chyba u nas rodzinne - stwierdził, coś w tym musiało być, bo nawet patrząc na jego ciotki, no i matka Ricardo świętej pamięci, i ojciec Madoxa, to wszystko było rodzeństwo. A później następne pokolenie, to oni, Madox, Richie i Ticiano, chyba jeszcze gorsze. Każdy jeden miał swoje za uszami... Chociaż Madox i tak najmniej z tej całej trójki. A na pewno jeśli chodzi o jakieś zdrady. Aż nabrał ciężko powietrze w płuca, bo miał nadzieję, że Pilar jednak nie będzie się nad tym tak zastanawiała.
- Może mam... - powiedział trochę tajemniczo, ale miał. Bo może i Madox szybko by skołował jakieś prochy w Meksyku, miał do tego dryg, to jednak nie chciał lecieć z pustymi rękami, do Kolumbii to akurat mógł, bo wiedział, co go tam czeka, ale do Meksyku? No to bezpiecznie postawił na leki, jeszcze wydane mu na receptę, na jego depresję.
Słuchał jej, chociaż palcami musnął jej policzek zgarniając z niego jakiś niesforny kosmyk, nawet moment się wahał, czy by jej nie powiedzieć, żeby jednak spróbowała. Ale w końcu skinął głową.
- No popierdoleni są, raz się umówiłem z taką psychoterapeutką, na pierwszej randce chciała mi zrobić psychoanalizę, a potem się zdziwiła, że ja jej też zrobiłem... - może powiedziałby coś jeszcze w tym temacie, ale kiedy oparła dłoń na jego policzku, to on się wtulił w jej rękę, na moment przymykając powieki. Chociaż zaraz je otworzył i złapał spojrzeniem te jej czekoladowe, piękne oczy. Uśmiechnął się delikatnie.
- Tylko ten lekarz może być nieobiektywny, zawsze po twojej stronie - pokazał jej czubek języka, bo akurat to był fakt, że on nawet z tą jej terapią nie potrafił się uprzeć, a może powinien? Czasami mu się wydawało, że w niektórych kwestiach powinien być bardziej stanowczy, ale chyba nie potrafił w stosunku do niej. Chociaż dzisiaj pokazał, że trochę potrafi... Ale to tylko ta jedna kwestia.
Wstrzymał oddech, kiedy poczuł jej palce na brzuchu, żeby zaraz potem nabrać mocno powietrze w płuca i wypuścić je przez nos. A kiedy powiedziała to czekaj, to zerknął na nią z wyrzutem, bo nie chciał czekać. Tylko, że jej chodziło o Ricardo. Powinien się tego spodziewać, że Pilar nie będzie tego popierała, wiedział to, i przez moment przeszła mu przez głowę taka myśl, że niepotrzebnie zaczynał temat, bo teraz Ricardo będzie miał przejebane nie tylko jeśli chodzi o Rosę, ale też o Stewart. Ale z drugiej strony sam sobie nagrabił.
- Poznał ją... na swoim wieczorze kawalerskim - powiedział powoli i zawiesił te ciemne oczy na jej twarzy. On właściwie w tym wszystkim to chyba bardziej Rosie współczuł niż Richiemu, chociaż udawał, że trzyma jego stronę, no ale... Madox prawie też ożenił się z kobietą, która go zdradziła... na ich ślubie.
- Oni z Rosą byli ze sobą dziesięć lat, no i się jej oświadczył, a potem... poznał jakąś rudą, ale już nie chciał zrywać z Rositą, czy coś... - wzruszył ramionami, bo tak naprawdę to co on tam wiedział, tylko tyle, co mu powiedział Ricardo, jakoś za bardzo w to też nie wnikał, tylko słuchał tego swojego kuzyna i mu mówił, że przejebane - ale ona go podobno bardzo źle traktowała, cały czas mu wisiała nad głową i miała o wszystko pretensje - dodał jakby to było jakieś usprawiedliwienie, ale dla niego też nie było. Ale Madox to też był na punkcie zdrady bardzo wyczulony, przez tą kolumbijską Rosę.
- Nie wiem - rzucił w odpowiedzi na to jej pytanie, czy Richie chce obracać dwie... bo chyba chciał, ale przecież nie jemu to oceniać, nie?
Westchnął ciężko, aż klatka piersiowa mu się uniosła, a później pokręcił głową.
- Dlatego ja już się nigdy nie ożenię, prawie raz wystarczy - stwierdził w końcu. W zasadzie na tym kolumbijskim weselu też mieli dobry przykład tego, że to wcale nie jest... normalne.
Oni sobie tutaj tak rozmawiali, jakby nigdy nic, a na tych kłótniach, na tych dochodzeniach, to zleciało im dobre kilka godzin. Nawet tego nie zauważyli, ale nagle stanęła przed nimi stewardesa i oznajmiła, że za godzinę będą lądować i czy zdecydowali się na jakiś obiad. Dopiero teraz Madox poczuł, że aż zaburczało mu w brzuchu, bo chociaż Ricardo im zrobił jakieś zajebiste naleśniki na śniadanie, to kiedy to było...
- Zaraz coś wybierzemy - uśmiechnął się do stewardesy, siadając prosto, żeby ich znowu nie oskarżyli o jakieś spoufalanie, ale chyba tutaj w pierwszej klasie nikt na to nie zwracał tak uwagi.
Aż taka jedna myśl przeszła mu przez głowę, czy oni by tutaj w tych fotelach mogli...
Tylko, że teraz to już nie mieli na to chyba czasu.
Pilar Stewart