34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jesteś mi potrzebna.
To nie było łatwe stwierdzenie, bo przecież Madox całe życie nie potrzebował ni-ko-go. Już od dzieciaka musiał radzić sobie sam. Owszem miał Ticiano, z którym byli jak bracia, i czasem rzeczywiście stawali za sobą murem, ale ile razy Tio dawał w długą, gdy coś się wyjebało? Tego by nie zliczył, ale byli dziećmi, nie miał mu tego za złe, bo Madox był taki sam, łatwiej było czasem uciec, a potem złapać kumpla na boku i powiedzieć mu, dałeś sobie radę, podziwiam to. Już jako małolaty uczyli się radzić sobie sami, bo to była cecha wskazana, pożądana. Nie można liczyć na kogoś, nie w tym świecie, gdzie prochy, narkotyki i mafia każdego mogą zniszczyć. Tam możesz liczyć tylko i wyłącznie na siebie...
Chociaż może jak miał te pięć lat, jak zawiódł ojca i chował się za matką, wtedy mógł liczyć na nią, tak to później odeszło... On się od niej odsuwał. Od wszystkich się odsuwał, aż wylądował w Toronto. A tam był sam.
Zawsze był sam. I zawsze liczył na siebie. I nigdy nikogo nie potrzebował.
Do tej pory.
Chociaż to go przerażało, bo... była jego słabością, bo budując jakikolwiek plan stawiał ją na pierwszym miejscu, to nie umiał z tym walczyć, już nie umiał się przed tym wzbraniać, wypierać tego. Musiał to po prostu zaakceptować przewartościować pewne rzeczy w swoim życiu. Zmienić je. A najgorsze, że był na to gotowy.
A może to było najlepsze? Że kurwa oni w tym skurwiałym świecie znaleźli siebie nawzajem? Bo siebie potrzebowali. Bo dawali sobie więcej niż ktokolwiek inny, a te wszystkie wady zamieniali w zalety, w coś, co sprawiało, że się po prostu kochali?
Westchnął ciężko, kiedy się od niego odsunęła, jeszcze wyrwał do niej, żeby znowu sięgnąć jej gorących, pełnych warg, ale ona już opierała rękę na tych jego. Kazała mu słuchać. Słuchał, a ciemne tęczówki wpatrywały się intensywnie w jej piękne, czekoladowe oczy. Tymi swoimi wywrócił, kiedy powiedziała to jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało, bo chociaż to wiedział chociaż czuł to samo, że była dla niego najlepsza w życiu, to gdyby nie zamykała mu ust, na pewno by jej powiedział, że chyba najgorszym. Pewnie dlatego, że Madox gadał... za dużo. Bez sensu. Klepał trzy po trzy. Ale też dlatego, że przecież kiedy on stanął na jej drodze to był... tym diabłem z Medellin, dopiero później, przez nią, przy niej, wyciągając z siebie jakieś te dobre cechy, które przecież w nim były, ale jakoś tak kurewsko schowane.
Pokręcił delikatnie głową, bo tego nie rozumiał, nawet szczypnął lekko zębami jej palec i już chciał się jej wyswobodzić, żeby znowu nawijać, ale wtedy ona powiedziała to nigdy nie chcę cię opuszczać, to go też jakoś tak dotknęło, bo wszyscy go zawsze opuszczali, bo w jego życiu nigdy nie było jakieś stałej, jedynie klub. Dlatego on zawsze nad wszystko stawiał Emptiness… Do tej pory.
On też strzelił oczami, nawet zmarszczył na moment brwi, no przecież wiedział jak się trzyma broń... Inna sprawa, że nie umiał wycelować. Przyparł ją mocniej do tego muru, już miał się wyswobodzić, żeby jej coś powiedzieć, ale kiedy ona mówiła dalej, to się uspokoił, to tylko wpatrywał się w nią tymi ciemnymi oczami, chociaż się kręcił, on się zawsze kręcił, już dwa razy zmienił pozycję, podparł się ręką o ścianę powyżej jej ramienia, a potem poniżej. Naparł na nią biodrem i szczypnął zębami opuszek jej palca. Ale tylko nabrał mocno powietrze w płuca nosem, a potem wypuścił je w jej dłoń. Wierzyła w niego, tak jak nikt nigdy nie wierzył, i dlatego też między innymi ją kochał, do jebanego bólu. Bo wierzyła, że jest dobry. A nikt przecież nie wierzył.
Na te buñuelos już nie wytrzymał, parsknął, a później zacisnął palce na jej ręce i przesunął ją sobie na umazany we krwi kark. W pierwszym odruchu szarpnął się do niej, i musnął wargami jej gorące, pełne usta, krótko, zaczepnie.
- Jak się nauczysz dla mnie buñuelos, to... zwariuje - i tak już wariował na jej punkcie, a to, że by się z nią ożenił... to przecież też chciał. Chociaż kiedy ona to powiedziała, że kiedyś chciałaby zostać jego żoną, to oparł się o ścianę obok niej, na boku. Przesunął palcami po jej boku, po biodrze.
- Pilar... - zaczął, a te ciemne oczy znowu odszukały jej przenikliwe spojrzenie - nie musimy... to znaczy, możemy po prostu być razem, to mi wystarczy - sięgnął do jej ręki, żeby oprzeć ją sobie na gładkim, brudnym policzku - po prostu... - westchnął ciężko - wiesz jaki ja jestem, ja bym chciał wszystko, teraz, już - dokładnie tak było, że dla Madox nigdy nie było półśrodków, wszystko, albo nic... Ale może powinien się też nauczyć tego, że nie zawsze tak jest? Odepchnął się od tej ściany i zrobił dwa kroki w tył, a potem jeden z powrotem w jej kierunku.
- Ale nie zawsze musi być tak, jak ja chcę, bo... - znowu się do niej przysunął, znowu zaglądając jej w oczy - bo jesteśmy w tym razem nie? - a przecież on zawsze się z nią liczył z jej zdaniem, z jej zachciankami, z jej lękami. I teraz też powinien, może to dopiero zrozumiał?
- A ja... - zawiesił się i znowu przyparł ją do muru - a ja nawet lubię kiedy ty się ze mną nie zgadasz, masz swoje zdanie i... przecież wiesz, że ono jest dla mnie ważne, i ja je zawsze biorę pod uwagę, ale czasem jestem... dupkiem - znowu wypuścił mocno powietrze z płuc, ale taka była prawda. Bo na tej plaży był dupkiem, wiedział to, bo zareagował zbyt nerwowo, bo ją zostawił, bo walczył z myślami czy jej nie odesłać. Bo chciał jej robić na złość.
A potem mu przeszło, bo zawsze mu w końcu przechodzi, jak już emocje opadną. Ale kiedy biorą górę, to Madox był czasem nie do wytrzymania, i zdawał sobie z tego sprawę.

una vez... mi esposa
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiele rzeczy była gotowa dla niego zrobić.
Można by nawet rzec, że wszystko. Bo co więcej trzeba, jeśli jesteś już gotowy oddać za kogoś życie? Kiedy nawet jedna myśl nie powstrzymuje cię przed tym, żeby wskoczyć w ogień? Pilar robiła to bez mrugnięcia okiem. Szła za nim dzielnie, trwała u jego boku i poświęcała dla niego nie tylko własne przekonania i bariery, które kiedyś starannie postawiła, ale przede wszystkim własne życie.
Chociaż akurat ratowanie mu tyłka było zdecydowanie łatwiejsze, niż przygotowywanie tych buñuelos, o których przed chwilą mu wspomniała. Tak szczerze to wolałaby przyjąć trzy kulki w brzuch niż ryzykować spalenie kuchni, ale dla niego? Dla niego mogła wszystko. I najbardziej pojebane w tym wszystkim było to, że ona chciała. Nic z tego nie było wymuszone — to były jej własne przemyślenia i wnioski.
I dokładnie tak samo było, kiedy powiedziała, że kiedyś chciałaby zostać jego żoną. Bo chciała. Akurat co do tego nie miała możliwości. I gdyby nie ich sytuacja zawodowa, mogłaby hajtać się nawet dzisiaj, już teraz, natychmiast. Bo przecież tu nie chodziło o uczucia, wątpliwości czy jakiś za krótki staż związku — nic z tego nie miało dla niej znaczenia. Tu przede wszystkim chodziło o ich bezpieczeństwo.
Jego przede wszystkim.
Madox może i nie patrzył na to logicznie, ze swoim podejściem jakoś to będzie, ale Pilar nie potrafiła. Dobrze wiedziała, jak kończyły psy, które podpadły półświatkowi, informatorzy, którzy zdradzili swoje intencje. Straciła w taki sposób wielu kumpli przez te kilka lat, a jego po prostu nie mogła. Nie mogła go kurwa stracić i zamierzała zrobić wszystko w jej mocy, żeby tak się nie stało.
Ale to wcale nie zmieniało faktu, że chciałaby być jego. W praktyce, w teorii… na wszystkich płaszczyznach. Nic z tego, co mu powiedziała, nie było nowe. To po prostu były rzeczy o których nie zdążyli porozmawiać, bo trzeba było jechać, a potem bo Madox ją od siebie odepchnął. Ale teraz mieli ten krótki moment na rozmowę. Obnażonej z wszelkich filtrów chwilę szczerości, której chyba oboje po tym popierdolonym dniu potrzebowali.
Obserwowała go uważnie, kiedy zaczął się miotać. Kiedy nagle okazało się, że zmienił zdanie. W pierwszej chwili w jej głowę naturalnie wręcz pojawiły się destrukcyjne myśli, że ona po prostu zjebała, że od jej odmowy nie było już odwrotu, że już jej nie chciał, tylko że przecież chciał. Wiedziała to w nim. Słyszała dokładnie, co powiedział jej jeszcze chwilę temu i nie mogła tak po prostu tego zignorować. Może on też nieco przejrzał na oczy? Dojrzał do tego, że po prostu nie mogli tego zrobić, nie że nie chcieli, bo to przecież dwie inne rzeczy.
Oczywiście, że nie musi być tak, jak ty chcesz — zaśmiała się na jego słowa, kręcąc delikatnie głową na boki i zaglądając w piękne, brązowe oczy. — I ty dobrze o tym wiesz — wyprężyła szyję, by znaleźć się jeszcze bliżej niego. Akurat Madox najbardziej wiedział, jak wcale nie musiało być po jego. Pilar była pierwsza do podważania jego planów i decyzji, praktycznie nigdy nie robiła tego, co chciał. I on dobrze o tym wiedział. Że akurat jej nie dało się po prostu do czegoś zmusić. Ona musiała chcieć. I właśnie…
Ale chcę, żebyś wiedział, że chciałabym — złapała w płuca więcej powietrza, podczas gdy jej dłoń przesunęła się na jego ciepły, brudny od krwi policzek. Pogładziła go delikatnie. — Że gdyby nie nasze zawody i twoje relacje z półświatkiem, które i tak już stoją na włosku, odpowiedź byłaby twierdząca. Zawsze. Kurwa, nawet dzisiaj teraz zaraz powiedziałabym ci tak przed ołtarzem. W tych upierdolonych od krwi ciuchach i podartej sukience — zaśmiała się krótko, wolną ręką szarpiąc jego marynarkę, a potem niebieską falbanę przy nodze, która od razu podarła się jeszcze bardziej. — I chciałabym tego nie bo ty tak chcesz, a bo ja równie mocno. Rozumiesz? — naprawdę chciała, żeby zrozumiał. Zależało jej na tym, żeby nie miał ani jednej wątpliwości co do jej uczuć. Bo ona ich nie miała. Żadnych. — Quiero pasar el resto de mi vida contigo — Chce spędzić z tobą resztę życia. Nawet jeśli jutro mieli ich odstrzelić, ona i tak chciała. Być, kochać i czerpać z tego pieprzone życia. Z nim. Nikim innym. — I chce kiedyś nosić twoje nazwisko — nigdy nie spodziewała się, że kiedykolwiek powie to zdanie. Że naprawdę będzie w stanie oddać się jakiemuś mężczyźnie. A ta myśl, że w końcu miałaby swoje nazwisko, z wyboru, które nie było pierwszym lepszym przydzielonym przez sąd była… niesamowita. Nierealna wręcz. Nawet jeśli to była tylko wizja jakiejś odległej przyszłości.
Teraz nie możemy zrobić nic oficjalnie i pewnie przez dłuższy czas nie powinniśmy, ale… — odsunęła się nieco od niego, by sięgnąć dłonią do torebki, którą miała przewieszoną przez ramię. Lekko nerwową ręką sięgnęła do środka, dokładniej do bocznej kieszonki, z której zaraz wyciągnęła pierścionek, który w męczarniach wygrzebała z piachu, po tym jak on po prostu go wyrzucił. Uniosła na niego spojrzenie. — Może mogłabym go po prostu nosić jako symbol tego, że jestem twoja — zaproponowała w końcu, odnajdując jego ciepłą dłoń i umieszczając w niej błyskotkę. — Że kiedyś i tak to zrobimy kiedyś, bo teraz nie było na to miejsca, ale symbolika była przecież dokładnie taka sama. Tylko oni wiedzieli co on znaczył, cała reszta świata nie musiała. Była to obietnica na przyszłość i… chyba całkiem niezły kompromis w całej tej sytuacji, na którą oni zwyczajnie nie mieli wielkiego wpływu. Pilar i Madox przeciwko całemu światu. To jak będzie?

Madox A. Noriega
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu się miotał. Bo z jednej strony... no to on przecież tego chciał. Chciał jej dać ten pierścionek, jako jakiś pierdolony symbol jego miłości, oddania, wspólnej historii, którą razem budowali, a której teraz ona była tak integralną częścią. Tu nawet mu nie chodziło o ślub, bo do niego jeszcze nie doszedł, bo najpierw w jego głowie zaświtał ten pierścionek, kiedy tylko go zobaczył, początek jego historii, z czerwonym oczkiem. Chciał żeby go nosiła na palcu. Ale ona nie chciała...
No i on musiał przecież wziąć pod uwagę jej obawy, jej wahania, no ją musiał wziąć. I wziął. Przemyślał sprawę. Ułożył trochę w głowie. Bo może ich miłość rzeczywiście nie potrzebowała, żadnych symboli? Bo mieli się ukrywać, bo dzielili to zakazane uczucie. Bo może nawet nigdy nie będą mogli się pobrać? A może będą? Bo on wszystko by dla niej poświęcił. Uciekł na drugi koniec świata, żeby się z nią ożenić, ale... Ale musiał, nie... chciał, też myśleć o niej. Pierwszy raz w życiu chciał myśleć o kimś innym, a nie tylko o sobie.
Spojrzał na nią, kiedy się zaśmiała, kiedy powiedziała mu to, że nie musi być tak, jak on chce, wypuścił ciężko powietrze z płuca, opierając czoło o jej ramię, na chwilę, żeby zaciągnąć się jej zapachem. Bo może on wiedział, że ona jest nieugięta, że nie robiła tego, co chciał. Ale wiedział też, że... on zawsze działał tak, żeby było na jego. Manipulował, a żadna kobieta w jego życiu nie miała nic do gadania, bo zawsze musiało być na jego. Tak, jak on chciał.
Żebyś wiedział, że chciałabym, nie wiedział. Sam już nie wiedział, co ma o tym myśleć, a przede wszystkim, nie chciał nic na niej wymuszać. Podniósł głowę dopiero, kiedy opuszki jej smukłych palców przesunęły się po jego policzku, znowu jego ciemne spojrzenie odszukało jej piękne, czekoladowe oczy. Chociaż spuścił na moment wzrok na te ich ujebane w szkarłacie ciuchy, czerwony to był ich kolor... pewnie dlatego, że nie widać na nim krwi, na tym błękicie bardzo rzucała się w oczy.
- Proszę cię... - zaczął, i miał jej powtórzyć to, że nie chce, żeby mu przytakiwała, bo był zły. Bo był nieznośny, bo kurwa zawsze musi być tak, jak on chce. Bo nie rozumiał tego, że można zmienić zdanie tak w jednej chwili. Bo on by nie zmienił... Ale może zmienił?
Znowu się odsunął podpierając o ścianę, znowu cofnął pół kroku, a potem zawisł nad nią, dosłownie pochylając się nad jej nagą szyją, którą omiótł jego ciepły oddech.
- Moje nazwisko? - powtórzył po niej. I chyba dopiero teraz dotarło do niego z czym to się wiązało. Jego pierdolone nazwisko, które przecież miał po mordercy, które w Kolumbii wciąż łączyło się z narkotykami, które w Meksyku zakrawało o handel bronią. A w Toronto... W Toronto mogło być czasem jak bilet trzy metry pod ziemię, w jedną stronę.
Odsunął się od niej, cofnął o krok, żeby móc na nią spojrzeć, prosto w jej obłędne, czekoladowe oczy. Serce waliło mu w piersi jak szalone, rwało się do niej, ale mózg wciąż trawił te wszystkie słowa, wciąż rozważał za i przeciw. Powiódł spojrzeniem za jej dłonią, kiedy sięgała do torebki.
- Proszę cię nie... - nie chciał wiedzieć tego pierścionka, nie chciał żeby go w ogóle szukała. A kiedy położyła go na jego dłoni, to zacisnął na nim palce, znowu się zamachnął i chciał go wyrzucić, gdzieś w te śmietniki. Ale tego nie zrobił, odwrócił się na pięcie, zrobił trzy kroki w tył, a potem do niej, a potem znowu w tył.
- Nie wiem... Nie chcę... - wystawił przed nią na ręce ten pierścionek i wbił w niego spojrzenie, ale potem wsunął go do kieszeni marynarki - chciałem, ale... - znowu sięgnął do kieszeni i znowu zacisnął palce na biżuterii - po co nam taki symbol? Jak będziemy chcieli to... to zrobimy - stwierdził i przesunął palcami po schowanym w kieszeni rubinie - nie chcę żebyś go nosiła - powiedział to w końcu i znowu stanął na przeciwko niej, znowu bardzo blisko - i to nie chodzi o to, że mam wątpliwości, bo ich nie mam... Chciałbym, żebyś nosiła moje nazwisko, bo to by brzmiało pięknie - Pilar Noriega, no pięknie. Sięgnął do jej ręki i zacisnął palce na jej dłoni, przyłożył ją sobie do gładkiego, obitego policzka, przesuwając po nim jej wierzchem.
- Ale nie chcę, żeby to tak wyglądało, nie z tym pierścionkiem, nie w takim miejscu, i nie teraz, kiedy... tyle się działo - znowu spojrzał jej w oczy, musnął wargami opuszki jej palców - przepraszam cię ale... nie wiem, jeśli obudzisz się kiedyś i wciąż będziesz tego chciała, to może wtedy, ale nie teraz - pokręcił głową, a jej dłoń oparł sobie na klatce piersiowej na tym tatuażu z lwem, który dzisiaj miał tyle wątpliwości... Pod którym kołatało w szaleńczym tempie jego serce.
- Zobacz jak ono bije dla ciebie... Ale ja nie wiem - i znowu się odsunął. Tym razem to już przeszedł na drugą stronę uliczki. Oparł się plecami o ścianę.
I co tak to się miało skończyć, na tym, że on już nie wie?
Ale tak właściwie to czego nie wiedział? Przecież wiedział, co do niej czuje. Wiedział czego od niej chciał. Czego ona chciała?
Wywrócił oczami i aż odwrócił się do ściany, żeby walnąć w nią pięścią, zabolało, ale miało. Bo tyle wątpliwości co w tej chwili, to jeszcze nigdy w nim nie siedziało, tyle sprzecznych uczuć. Chciał i nie chciał, jednocześnie.
Kochał ją, to nie podlegało żadnej dyskusji, ale co to zmieniało? On wtedy na plaży też ją tak kochał. I wtedy to był ten moment, a teraz nie wiedział czy... oni już go nie przegapili może? A może wystarczyło dać im jeszcze jedną szansę? Tak jak wtedy w Medellin ona dała mu szansę? A on może teraz też powinien jej dać. Zawalczyć o nią. Zacisnął znowu palce na tym pierścionku. Wyjął go nawet z kieszeni i znowu wbił w niego spojrzenie.
- Moja matka dostała go od mojego ojca, i on jej przyniósł dużo cierpienia, tylko jedną trochę dobrą rzecz, ale też nie jakąś super dobrą, bo jakby nie ja, to ona by już pewnie dawno wyjechała z Medellin - podniósł na nią wzrok. Bo teraz z perspektywy czasu, to zaczynał się obwiniać o to, że matka przez niego tkwiła w Kolumbii, a przecież miała tutaj w Meksyku kogoś, kto ją kochał - nie chcę, żebyś ty też przeze mnie cierpiała, przez to, że wyskoczyłem z tym pierścionkiem, że w ogóle... - znowu ciężko westchnął - wiem, że jesteś moja i kocham cię, i chciałbym, żebyś go nosiła, jako symbol mojej miłości, naszej wspólnej historii, ale nie chcę, żebyś go zakładała, tak jak moja matka - na przymus, kierując się jedną dobrą rzeczą. Kiedy na szali, po drugiej stronie stały same czerwone flagi. Kiedy wszystko krzyczało, że oni nie powinni tego robić. Bo jak? Bo po co? Policjantka i gangus. I ta jego cała jebana rodzina, to jego nazwisko, za którym szło więcej złego niż dobrego. Wszystko było za tym, żeby tego nie robili... i tylko jedna mała rzecz przeciwko. Ich miłość.

pequeño amor ❤️‍🔥
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciał.
A potem jej nie chciał.
Patrzyła na niego dokładnie i szczerze? Nie rozumiała. Nie rozumiała, skąd w nim brały się aż tak skrajne wahania. Może dlatego, że ona wcale ich nie miała? Bo przecież nigdy nie chodził o jej uczucia. To od samego początku był tylko i wyłącznie argument logiczny — nie mogli wziąć ślubu, przez jego życie z półświatkiem. Tyle. Była to tylko i wyłącznie kwestia bezpieczeństwa. Nigdy uczuć. Akurat co do tego Pilar nie miała żadnych wątpliwości. Może dlatego tak zabolał ją widok Noriegi? Tego, że on nie wiedział? Tego, że tak zmieniał zdanie? Martwiło ją to. Powodowało, że w jej głowie naturalnie pojawiały się myśli, co jeśli jutro obudzi się i stwierdzi, że już kompletnie jej nie kocha? Że już wcale nie chce z nią być? Jak to było, że w jednej chwili tak bardzo mu na czymś zależało, a w drugiej po prostu odpuszczał? Czy ta ich miłość naprawdę nie była warta walki? Wiedziała, że była. Tylko co jeśli ona zapisywała się na samotną batalię?
Otworzyła się przed nim. Stanęła dosłownie ogołocona z uczuć, obnażyła się do pierdolonego zera, a on nagle nie wiedział? Zabolało ją to. Mocno. Z autentycznym bólem serca patrzyła na niego, kiedy mówił, że już teraz nawet nie chciał dać jej tego pierścionka. W jednej chwili poczuła się jak ta siedmioletnia Pilar, którą potencjalna rodzina zastępcza zabrała do zoo, sprawić jej najlepszy dzień w całym dotychczasowym życiu, żeby potem powiedzieć jej prosto w twarz, że jednak jej nie chcą. Że jednak wezmą kogoś innego. Lepszego. Bo zmienili zdanie. Znowu poczuła pod skórą te nieprzyjemne, gryzące emocje i naprawdę musiała spiąć się w sobie, by się teraz przed nim nie rozlecieć. Jego zmiana zdania, obudziła w niej jakieś głęboko zakorzenione demony przeszłości, które starannie całe życie spychała w dół swojej świadomości. Bo przecież to właśnie był powód, dla którego zamknęła się na uczucia, otoczyła swoje serce murem — by już nikt nie mógł jej go skrzywdzić. A w tamtej chwili Madox chcąc lub nie: naruszył je. Zadrapał.
Tylko ona wiedziała, jak wiele kosztowało ją to, żeby się przed nim otworzyć, żeby powiedzieć mu te wszystkie rzeczy, których on nagle nie chciał. Głupia była. Głupia, że pozwoliła sobie czuć, pozwoliła temu sercu w piersi wyrwać się do niego, że zachciała być jego już zawsze. Jednak trzeba było pozostać przy logice i autentycznych argumentach. Bo co z tego, że ona chciała, jak on nie wierzył w jej intencje? Jak z jakiegoś chorego powodu myślał, że robiła to dlatego, że on chciał. Jakby wszystko kręciło się wokół jego zachcianek. Jakby te jej wcale nie były ważne. Jakby ona po prostu sama z siebie nie miała prawa chcieć.
Nie odzywała się.
Stała w miejscu, oparta o chłodną ścianę, z sercem walącym w piersi i po prostu na niego patrzyła. Na to jak się miotał, jak raz mówił jedno, zaraz potem drugie. Nienawidziła sposobu, w jaki jego usta układały słowo nie wiem, podczas gdy przecież jej dłoń na jego piersi dokładnie czuła, że on wie. Przecież kurwa wiedział. Nagle zaczął słuchać głowy? Nagle przytaczał jej wcześniejsze argumenty?
Źle jej z tym było.
Kurewsko źle.
A jednak spróbowała go zrozumieć.
W przeciwieństwie do niego wtedy na plaży i nawet przed chwilą, kiedy on słuchał jej słów ale dopowiadał sobie do nich własną narrację, ona słuchała jego. Jego zmartwień i próbowała zrozumieć. Zepchnąć na bok ten nieprzyjemny krzyk w środku i przełknąć gorycz związaną z tym odrzuceniem. Każde z nich miało jakieś demony przeszłości. Coś, co mieszało im w głowie i powodowało, że robił się tam pierdolony mętlik. I on również miał prawo do swoich. Skoro bał się, że robiła to tylko i wyłącznie dla niego, skoro nie chciał na ten przyjąć innej prawdy do wiadomości, była gotowa to zrozumieć. Bo miłość, którą do niego czuła była silniejsza niż te wszystkie zadrapania na sercu i urażone uczucia. Bo dla niej to on był najważniejszy.
Westchnęła głośno, kiedy skończył. Milczała jeszcze kilka dzikich uderzeń serca, próbując to sobie jakoś uporządkować. Kochali się. Byli dla siebie. To powinno wystarczyć. Nie mogli teraz pozwolić, żeby jakiś pieprzony pierścionek ich poróżnił. Nie po tym, co razem przeszli.
Posłuchaj mnie — złapała jego dłoń, tą, w której trzymał błyskotkę i zacisnęła palce na jego skórze, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia. — Nie jesteś żadną trochę dobrą rzeczą. Rozumiesz to? — przechyliła delikatnie głowę i nachyliła się w przód, jakby chciała wymusić na nim, by zajrzał jej głęboko w oczy. — Jesteś najlepszym, co ją wtedy spotkało. Prezentem od losu, który pomógł jej przetrwać ten trudny czas. Kto wie, co by było, gdyby nie miała ciebie. Gdyby w całym tym pierdolonym gównie, do którego twój ojciec ją ściągnął, była kompletnie sama. Czy by się nie złamała. Miłość do ciebie trzymała ją przy życiu, pozwoliła jej przetrwać to jebane piekło — nic z tego nawet w najmniejszym stopniu nie tyczyło się ich ani zaręczyn. Tu chodziło tylko i wyłącznie o Madoxa. Madoxa, który miał wyrzuty sumienia, traktował się jak problem, gdzie w rzeczywistości mógł być dla Esme darem od losu. Jedyną dobrą rzeczą, która ją spotkała. Nie małą. Ogromną. I Pilar bardzo chciała, żeby o tym wiedział. Żeby nie umniejszał sobie ani temu, że pojawił się na tym skurwiałym świecie. A ten pierścionek…
To — otworzyła jego dłoń i na krótką chwilę spojrzała na czerwony kamień, jednak zaraz potem podniosła ciemne oczy na te jego, obłędnie czekoladowe. — To jest czyjaś historia. Tragiczna, z przymusu, z pewnymi dobrymi skutkami ale i złymi… — sięgnęła do pierścionka i podniosła go na moment. — Ale ona nie jest nasza — wyjaśniła spokojnie, po czym wsadziła mu ten pierścionek do kieszeni marynarki. Z początku chciała go wypierdolić, tak jak on zrobił to wcześniej, ale jakoś nie miała serca robić tego za niego. To był kawałek jego historii. Tej, którą zostawił w Medellin. I która właśnie tam powinna zostać. — My piszemy własną — uśmiechnęła się delikatnie, łapiąc jego spojrzenie. Bo może właśnie o to w tym chodziło. O to, że ten czerwony rubin niósł ze sobą brzemię, błędy przeszłości, które przecież nie były ich błędami. Oni mogli popełniać własne, robić głupie rzeczy, ale na pewno nikt z nich nie robił niczego z przymusu. Ich miłość była szczera. Najszczersza, o jaką tylko dało się prosić. I mocna aż do bólu. W niczym nie przypominała tej jego rodziców. Nawet kurwa w jednym stopniu. Dlatego ten pierścionek od samego początku był dla nich pechowy. Dlatego też został w marynarce, kiedy Pilar znowu sięgnęła do jego dłoni. W pierwszej chwili pogładziła ją delikatnie, czule, zaglądając mu w oczy, a w następnej… z jego małego palca zdjęła pierścionek z literką M, który już wczoraj na moment miała na dłoni. Jego pierścionek. Nie jego matki, nie ojca, nikogo innego. Jego. I to właśnie jego nałożyła na palec wskazujący. Bo to nie były zaręczyny. Na te może kiedyś przyjdzie czas. To był po prostu gest pełen miłości i coś, co symbolizowało, że będzie nosiła go nie tylko w sercu ale i na dłoni.
Te amo — wyznała najszczerzej, jak tylko potrafiła. Całą kurwa sobą. — Por mi propia voluntad Z mojej własnej nieprzymuszonej woli, dodała gdyby miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości. Bo ona nie miała żadnych. Chciała być jego, przy nim i dla niego. Zaręczona czy nie. To nie było ważne. — Całym sercem — wyszeptała, a potem po prostu przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Z całym uczuciem, jakie trzymała w sobie. Jedynym w swoim rodzaju.

Madox A. Noriega
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciał ją...
Ale nie wiedział, co ma zrobić. Bo kiedy podszedł do niej kompletnie szczerze z tym pierścionkiem wyciągniętym na ręce, to mu odmówiła, a teraz co? A teraz sama go wyjęła. A mogła po prostu pozwolić mu go wyrzucić, nie rozgrzebywać tego, nie rozpamiętywać, bo przecież skoro się kochali, to po co do tego wracać? On nigdy nie wracał do takich rzeczy, przez dziesięć lat nie wracał do tego, co się wydarzyło między nimi, a Rosalindą, on dziesięć jebanych lat brał winę na siebie, bo nie chciał tego rozgrzebywać. Zadręczać się tym, że tak łatwo jej przyszło, żeby złamać mu serce. I teraz też nie chciał wracać do tego pierścionka. Nie dlatego, że miał wątpliwości co do tego uczucia, którym ją darzył, bo nie miał, powiedział jej to nie raz, dzisiaj jej to powiedział, w tej uliczce, że kocha ją nad życie. I to by się tak łatwo nie zmieniło, z dnia na dzień. To się nie zmieniło, kiedy odrzuciła te jego zaręczyny. Ale... to wszystko też gdzieś tam w środku odciskało na nim jakieś piętno. I chociaż mógł udawać, że nie, zarzekać się. To tak samo przeżył to dziesięć lat temu, kiedy wszystko mu się spierdoliło na głowę. Matka uciekła, ukochana zdradziła z najlepszym przyjacielem i całe Medellin się od niego odwróciło. Każdy by to kurwa przeżył.
I to jej nie, na plaży też przeżył, na swój sposób, dusząc to gdzieś w sobie. Odkładając na bok, bo były rzeczy ważniejsze. Zagrzebując w piasku, tak jak powinni zagrzebać ten pierścionek. Dać sobie z nim spokój.
Naprawdę stoczył w tym momencie w sobie ogromną walkę, miedzy sercem, które wyrywało się do niej jak szalone, a głową, która kręciła się wokół tego, co mu powiedziała wtedy na plaży, co mu mówiła teraz. Chciała i nie chciała, i on też, chciał i nie chciał. Wcześniej chciał, tak bardzo tego chciał jak niczego innego na świecie, a teraz miał jebane wątpliwości. Nie w stosunku do tej miłości, odnośnie tego pierścionka. I odnośnie tego co nią kierowało.
Ciemne tęczówki zatrzymał na czerwonym rubinie, który odbijał światło latarni, padające na nich gdzieś z boku. Mienił się jak świeża krew. Ładnie.
Dopiero kiedy zacisnęła palce na jego skórze, kiedy znowu kazała mu słuchać, to na nią spojrzał. Poważniej, z tą wciąż toczącą się gdzieś w środku burzą. Pierdolonym chaosem w głowie i sercu. Trzy razy otworzył usta, żeby jej przerwać, żeby zaprzeczyć, powiedzieć, że nie ma racji. Ale może miała? Zacisnął tylko zęby i odwrócił na moment od niej spojrzenie. Mogli mieć swoje racje, zupełnie różne, dochodzić się o nie, kłócić. On by powiedział, że to jest niemożliwe, bo w Medellin ludzie nigdy nie potrafili kochać, a ona by powiedziała, że nie ma racji, bo jego matka kochała, bo ciotki też go kochały. Może...
Dopiero kiedy wskazała na ten pierścionek na jego ręce, to ciemne tęczówki znowu zawiesił na jej pięknej twarzy, chociaż zerknął w dół, na ten rubin, kiedy powiedziała, że to nie jest ich historia. Wypuścił ciężko powietrze z płuc, bo może miała rację?
Bo może ona zawsze miała rację, a on wszystko musiał zawsze komplikować?
Spojrzał na dół, kiedy sięgnęła do jego dłoni, kiedy zdjęła mu ten pierścionek z literką M.
- Nie, czekaj, ten jest brzydki... - rzucił i zawahał się, żeby jej dać ten najdroższy, z zielonym kamieniem, który nosił od niedawna, ale w sumie... - chociaż ten jest pierwszy, który kupiłem w Toronto, jest... mój ulubiony - przesunął palcem po tej literce M z drobnych kamyczków, już tyle razy go naprawiał, tyle razy zgubił w nim któreś oczko, ale wciąż go nosił. I naprawdę ten pierścionek chyba znaczył dla niego najwięcej, nie dlatego, że był najdroższy, był znoszony, wytarty w kilku miejscach, ale też zawsze miał go przy sobie. Dlatego jej go dał, wtedy w pokoju w hacjendzie jego matki, swój najcenniejszy pierścionek. Dla niej. Najcenniejszej kobiety w całym życiu.
- Yo también te amo - ja ciebie też kocham, odpowiedział jej od razu, bez żadnego zawahania, nawet sekundy zastanowienia, naturalnie -para siempre - na zawsze, bo to się nie zmieni z dnia na dzień. A może nawet już nigdy? Sięgnął do kieszeni i już miał się odsunąć, ale kiedy zacisnęła palce na jego marynarce, kiedy przyciągnęła go do siebie i pocałowała. To odwzajemnił ten pocałunek, nie agresywnie jak zwykle, jakoś inaczej. Czule. Przesuwając palcami po jej policzkach, zgarniając z nich niesforne kosmyki. Chociaż kiedy już się od niej oderwał, kiedy się od niej odsuwał, to przygryzł jej dolną wargę, zostawiając na niej to pulsujące uczucie. Odsunął się od niej na moment, włożył dłoń do kieszeni i zacisnął palce na pierścionku z rubinem. Położył go na klapie jednego z pojemników na śmieci. Bo tutaj było jego miejsce.
- Dobra, chodźmy stąd... - wyciągnął do nie rękę, żeby zarzucić jej ją na ramię, objąć ją ramieniem, przyciągnąć do siebie, wtulić się w jej włosy kudły - myślisz, że jeszcze załapiemy się na imprezę na plaży? - zapytał kiedy już wyszli z tej uliczki, chociaż... może w tych ciuchach nie powinni jednak straszyć tam ludzi? - czy wracamy do Acapulco... trochę odpocząć? - na to też zasłużyli. Na chwilę spokoju.

para siempre
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Często miewali odmienne zdania.
Naprawdę rzadko zgadzali się na coś od razu. Dochodzili się. Takie już mieli charaktery. Silne. Stanowcze. Żadne z nich nie było słabym ogniwem w dyskusji i również żadne nie bało się prezentować swoich racji. Może właśnie dlatego przez moment nie mogli się dogadać? Bo każde z nich tak kurewsko mocno wierzyło we własne przekonania i myśli, które po czasie zboczyły na zupełnie inne tory. Bo tak naprawdę, jakby się nad tym zastanowić, jakby rozłożyć to wszystko na czynniki pierwsze, to przecież oni wychodzili dokładnie z tego samego miejsca. Czuli to samo, chcieli tego samego tylko… używali do tego nieco innych argumentów. I z tego zrodziło się to jedno wielkie nieporozumienie, w którym pierwsze on myślał, że ona go odrzuciła, a potem role się odwróciły.
I mogło się to ciągnąć w nieskończoność, mogli wciąż się wykłócać o to kto jak bardzo kocha i kto czego nie wie, ale przecież ich łączyło coś więcej niż zwykłe uczucie. To nie była żadna mała miłość. Coś błahego. Dzieliła ich więź o wiele silniejsza. Przez to, przez co razem przeszli oraz przez to jak bardzo każde z nich się rozwinęło, zmieniło, rozkwitlo, na swój własny, niepowtarzalny sposób. I chociaż wszystko owiane było krwią i bólem, tak ich relacja była piękna. Niepowtarzalna na swój sposób.
Ściągnęła brwi do siebie, kiedy oznajmił, że pierścionek, który wybrała był brzydki. Jakby to kurwa miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Już otwierała usta, żeby mu powiedzieć, jak bardzo miała to gdzieś; że to właśnie ten jej się podobał, że pasował do niego najbardziej, ale wtedy Madox jakby czytał jej w myślach. Odpuścił. Sam przyznał, że to był pierwszy, jego ulubiony, na swój sposób wyjątkowy i to on już po chwili zdobył palec Pilar.
Przejechała po nim opuszkami przeciwnej dłoni. Delikatnie, jakby bała się, że zaraz drobne karaciki rozpadną się i rozsypią po podłodze, jednak nic takiego się nie stało. Leżał idealnie, aż mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Szczerze. Bo chociaż to, co właśnie się stało, nijak miało się do zaręczyn, tak chyba znaczyło coś o wiele więcej. Dedykacje i pełne oddanie. Umocniło ich jeszcze bardziej i właśnie dlatego już po chwili roztapiała się w jego ramionach, smakując najsłodsze usta, jakie kiedykolwiek przyszło jej całować.
Ten pocałunek też był inne, niż te charakterystyczne dla nich — był wolny, staranny i głęboki. Sensualny wręcz. Ten jeden, który powodował, że podbrzusze zaciskało się mocno a stado motylków latało w brzuszku. Nie chciała, żeby się odsuwał. Chciała czuć go na sobie najdłużej, jak tylko się dało. A jednak finalnie nie miała nic do gadania. Chociaż próbowała go jeszcze przy sobie przytrzymać, została jedynie z przyjemnym mrowieniem po ugryzieniu na dolnej wardze. I to musiało jej wystarczyć.
Uważnie obserwowała, jak wyciąga z kieszeni pierścionek i odstawia do na pokrywę od kontenera na śmieci. W pierwszym odruchu, chciała go zapytać, czy był tego pewien, tej decyzji, jednak chyba nauczona dzisiejszym dniem, odpuściła. Bo może czasami było warto? Odpuścić to, co nieistotne i skupić się na tym, co ważne. A dla niej najważniejszy był on. Dlatego z uśmiechem podeszła bliżej, kiedy wyciągnał do niej dłoń i złapała go na wysokości biodra, przytulając mocniej.
Chcesz iść na imprezę… tak? — prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Bo chociaż tańce na plaży same w sobie brzmiały zajebiście, tak z chwilą w której pojawiliby się na miejscu cali w krwi, chyba prędzej skończyliby na komisariacie. — Wyglądamy jakbyśmy spierdolili z zakładu zamkniętego i wybili cały personel — prosto z kiepskiego serialu zajebistego horroru, dwójka wariatów, która miała nierówno pod sufitem. Może jeszcze gdyby było Halloween, to nikt nawet nie spojrzałby na nich krzywo, ale tak? Mogło nie być za kolorowo.
Nie chcesz pierwsze sprawdzić, czy oni… już pojechali? — spytała po chwili, kiedy już przemierzali opustoszałą ulicę. — Esme mówiła, że poczekają tyle, ile będą mogli, no wiesz, żeby się pożegnać — wiedziała, jakie Madox miał do tego wszystkiego podejście, ale może jednak, gdzieś w środku chciał chociaż zobaczyć się z matką i siostrą? Bóg jeden wiedział, gdzie tak naprawdę zaprowadzi ich życie. Mogli skończyć w Kanadzie, a mogli przecież na drugim końcu świata, gdyby cokolwiek jeszcze się wyjebało. Nie chciała, żeby potem żałował. Zacisnęła mocniej palce na jego biodrze i zadarła delikatnie głowę. — Zrobimy tak, jak będziesz chciał — akurat w tej kwestii nie miała zamiaru się z nim spierać. Będzie chciał wrócić do domku, to to zrobią, jeśli nie będzie, Stewart nie miała zamiaru nalegać. Zostawiła tą decyzję jemu, krocząc boso po rozgrzanym jeszcze asfalcie, chociaż słońce zaszło już dobre kilka godzin temu.
I kiedy tak szli, Pilar oczywiście rozglądała się na boki, przyglądając się pięknym hacjendą. W niektórych wciąż świeciło się światło, inne wydawały się poddawać nocy wraz z domownikami. Kawałek dalej po lewej, była też jedna… z napisem na sprzedaż. Może i nie była tak wielka jak dom Esme i Pablo, jednak na tyle duża by tuż obok domu mieć wielki basen i piękny ogród. Dookoła wydawało się nie być żywej duszy i to właśnie wtedy do głowy Pilar wpadł kolejny tego wieczoru durny pomysł.
Madox — rzuciła spokojnie, a kiedy jego piękne oczy w końcu na nią spojrzały, gestem głowy wskazała opuszczony dom. — Jak pojebane będzie jak się tam wkradniemy i nieco… umyjemy w basenie? — spytała, zaglądając mu w oczy, a potem odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i zaczęła iść tyłem, tuż przed nim, ciągle patrząc mu w oczy. Wyciągnęła dłonie do przodu i osadziła je na marynarce całej z krwi, po czym po prostu zrzuciła mu ją z ramion, pozwalając, że materiał wylądował na środku drogi. I tak już mu się nie przyda. Tak samo jak jej buty, którymi cisnęła gdzieś na bok. A potem już przysunęła się do niego jeszcze bliżej i wcisnęła palce pomiędzy guziki od koszuli, by jednym, zwinnym ruchem po prostu ją rozwalić, ukazując jego obłędne ciało, zdobione tatuażami.
No me dejes preguntarteNie daj się prosić, mruknęła zadowolona, a następnie odwróciła się i… po prostu pobiegła w stronę płotu. Może jakaś dama z klasą poczekałaby na faceta, aż ją podsadzi, czy coś, ale to przecież była Pilar. Z odpowiedniego rozbiegu wybiła się w górę i złapała górnej części desek, wspierając bosymi stopami o drewno i wspinając się w górę, tym samym przeskakując na drugą stronę.

No me dejes preguntarte
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Leżał idealnie. I chyba był lepszy od tego pierścionka jego matki, zdecydowanie, bo to był jego pierścionek. Najważniejszy, który też był jakąś częścią jego historii, tej którą co prawda tworzył sam, ale w Toronto. A przecież oni to tam chcieli być razem, chociaż tam chyba mogli najmniej. Bo jednak tam wciąż ona była policjantką, a on jakimś szemranym typem z półświatka. A tutaj, z daleka od domu, mogli sobie pozwolić na trochę więcej.
Pozwalali sobie... całując się przy jakimś śmietniku, w ciemnej, podejrzanej uliczce, gdzie sobie wyznawali miłość. Gdzie założyła na palec ten jego pierścionek, dając mu do zrozumienia, że kiedyś... może, przyjmie od niego prawdziwy pierścionek zaręczynowy? A on kiedyś może jej go da?
Albo może nigdy, bo z nimi nic nie było wiadomo. Bo oni sami potrafili zmienić zdanie w jednej sekundzie. Tylko jednego nie potrafili... Chociaż by próbowali. Sprawić, że te serca nie będą się w piersi wyrywać do siebie, kiedy tyko złączyli gorące wargi w pocałunku. Sensualnym. A jednak tak ognistym, że powodował to przyjemne mrowienie pod skórą. Pierdolone iskierki.
Dobrze, że się od niej odsunął, bo jeszcze spaliliby ten śmietnik. Zostawili po sobie pożogę i zgliszcza. Ale oni chyba dobrze odnaleźliby się na zgliszczach. W takich dziwnych miejscach, jak za kontenerami, odnajdowali się wybornie.
Ale najlepiej to jednak w swoich ramionach, i kiedy tylko znalazła się obok, to Madox od razu zachłysnął się jej zapachem, od razu pochylił głowę nad jej nagim ramieniem.
- Wydaje mi się, że tylko pół... - rzucił i szczypnął zębami skórę na jej ramieniu - poza tym jest ciemno... - jakby to coś dawało, a na plaży nie było świateł. Dopiero w tych migoczących, klubowych lampionach wyglądaliby psychopatycznie. Tylko, że Madox się nigdy za bardzo takimi rzeczami nie przejmował. Dlatego stawiał na kolorowe koszule, bo na nich nie było widać krwi. Znikała pośród wzorków, kwiatów i innych. Czerwone też były w porządku, ewentualnie czarne. A błękitny... Z tą krwią wyglądał makabrycznie.
Na jej kolejne pytanie zamyślił się na moment. Chciał. Ale nie chciał. I to była kolejna rzecz, na którą on tak łatwo nie mógł się zdecydować. Nie chciał ich narażać tym, że jakieś psy siedziały im na ogonie, nie chciał też rozgrzebywać jakiś ran, ale z drugiej strony może powinien się pożegnać?
- Nie chcę - powiedział w końcu - i tak zrobiliśmy dla nich dużo, i... tam jest na pewno jeden płacz, niech sobie radzą już sami, a ja... - spuścił spojrzenie na jej piękne, czekoladowe oczy - też bym chciał spędzić trochę czasu, z tobą, sam na sam - mrugnął do niej jednym okiem, znowu sięgając jej policzka palcami, żeby zrzucić z niego jakiś kosmyk. Może będzie tego żałował, ale na razie to żałował tego, że w ogóle tu przyjechał... Chociaż...
Meksyk też miał kilka dobrych chwil. I teraz kiedy szli tą opustoszałą ulicą, przed siebie, zostawiając to wszystko za plecami. Było całkiem... miło?
Kiedy tylko jej pełne, gorące wargi ułożyły się w jego imię, to od razu się do niej odwrócił. I w pierwszej chwili na jej propozycje uniósł jedną brew, ale zaraz do góry skoczył też jeden kącik jego ust.
- Bardzo pojebane... - zaczął, ale przecież wiadomo było, że on by na każdy jej pomysł przystał, pojebany, czy nie - może nas zgarnąć policja... Znowu się w coś wpakujemy... - czy on tak poważnie gadał? Chyba nie, bardziej tak, żeby sobie pogadać. Rzucił tylko spojrzeniem za brudną marynarką, która wylądowała na bruku. Nie była mu potrzebna. I ta koszula pewnie też już nie, a kiedy jej palce wsunęły się miedzy guziki, które porozrywała, to wyrwał się do niej, i musiał musnąć zaczepnie jej wargi swoimi.
- Dobra... - szybko się poddał. Ale... zawsze się łamał, kiedy go prosiła. A już jakby go błagała, to chyba zrobiłby dla niej wszystko. Stanął w miejscu przyglądając się jak zwinnie przeskoczyła przez płot. Oczywiście, że był pod wrażeniem, ale on zawsze był. Tego jak zgrabnie jej to wyszło w falbaniastej sukience. Rozejrzał się jeszcze na boki, ale w pobliżu nie było żywego ducha, więc sam też z rozbiegu podciągnął się na płot...
Jemu wyszło mniej zgrabnie, bo rozerwał sobie na tyłku te eleganckie spodnie. Chyba takie garniaki jednak nie nadawały się do włamów. Obejrzał się przez ramię podziwiając wielką dziurę, którą zrobił z tyłu, właściwie to ciągnęła się prze cały krok, poszło na szwie.
- Ja pierdole... - mruknął, bo jeśli nie znajdą tu żadnych ubrań, to będzie wracał do Acapulco w bokserkach. Ale w zasadzie to teraz nie było ważne, bo on już sięgnął do tej błękitnej, falbaniastej sukienki Pilar, żeby rozwiązać ją na jej plecach. Szarpnął za mocno, też prując delikatny materiał. Co to w ogóle były za ubrania? Jakieś słabe.
Chyba nie dla takich narwańców jak oni...
Na pewno nie.
Podwórko było ciemne, ciche, jakieś takie tajemnicze, ale woda w basenie wyglądała dobrze, intensywnie turkusowa, jakby miała zachęcać kolejnych odwiedzających do kupna. Madoxa zachęciła, bo on już po chwili stał na brzegu zrzucając z siebie spodnie i buty. I tak nie były jego, tylko pasek z ozdobną klamrą był. O nim musiał pamiętać.
Obejrzał się jeszcze na Pilar przez ramię.
- Kto ostatni w basenie ten... - nie dokończył, bo nawet nie zaczekał, tylko cofnął się o kilka kroków, żeby zaraz zrobić rozbieg i skoczyć. Woda chlupnęła na wszystkie strony, ale podwórko wciąż spowite było w ciszy, otoczone krzewami, odgrodzone od sąsiadów, i dobrze. Przepłynął się kawałek i wynurzył dopiero po drugiej stronie basenu.

mi sirena 🧜‍♀️
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bardzo pojebane… bla bla bla. Nawet nie zauważyła momentu, w którym przestała go słuchać. Bo co to był za argument, że zgarnie ich policja? I co im zrobią? Zabiorą na komisariat? No to przecież byli tam ich najlepsi meksykańscy Montoy(owie?) Duet Montoyów? Detektywi Montoya? Jakkolwiek nie odmieniałoby się ich nazwiska — z pewnością pomogliby im się jakoś wykręcić z wszelkich konsekwencji, biorąc pod uwagę, że to właśnie dzięki Pilar i Noriedze został złapany wieloletni handlarz broni. Solidny argument jak na jej oko, dlatego właśnie nie miała żadnych hamulców, żeby wbić się komuś na chatę.
W ogóle dzisiaj Pilar miała wrażenie, że już absolutnie nic nie stało jej na przeszkodzie, by robić to, na co miała ochotę. Cały kurwa dwa dni podporządkowywała się innym, robili wszystko dla Esme, dla Lopeza, Aury… wszystkich, tylko nie dla siebie samych. A przecież to miały być ich wakacje. Może teraz dopiero się zaczną? W cudzym basenie, na jakiejś randomowej posesji? Stewart miała szczerą nadzieję. Szczególnie kiedy Madox zadecydował, że nie chciał jechać do matki. Nie miała zamiaru się z nim sprzeczać, chociaż swoje cztery grosze i tak musiała wtrącić.
Jak zmienisz zdanie po prostu daj mi znać — rzuciła krótko, kiedy akurat wbiegał na płot. Pilar była już na ogrodzie, oparta o drzewo i przyglądała mu się uważnie w ciszy. Dopiero kiedy dźwięk r w a n y c h gaci wypełnił przestrzeń, zaraz po tym wybrzmiał jej głośny, szczery śmiech. No nie ma co, zajebiści byliby z nich złodzieje — jeden rwał spodnie na pół, bo nie umiał porządnie przejść przez płot, a druga nie umiała wysiedzieć cicho. Tylko kto by się tym przejmował? Na pewno nie oni.
Wiedziałam, że to pośladki mają moc, ale żeby aż taką? — znowu prychnęła, kiedy już pojawił się po jej stronie ogrodzenia. — Pokaż no się — cała rozbawiona obeszła go dookoła i cóż… nie była to mała dziurka. Szew poszedł na całej długości, ukazując jego piękne bokserki. Równie upierdolone w krwi, jak zresztą cała reszta jego garderoby. Do wyjebania. I ta Pilar chyba też, bo wystarczyło jedno szarpnięcie jego silnej dłoni, żeby niebieski materiał sukienki po prostu się rozerwał.
Pozwoliła jej spaść, w międzyczasie przeciągając torebkę przez głowę i wieszając ją na pierwszej lepszej gałęzi. Ledwo zdążyła odwrócić głowę w stronę Noriegi, by wysłuchać jakim tytułem miał zostać okrzyknięty ostatni frajer w basenie, ale nawet się nie doczekała, bo on już podbiegł i wskoczył do wody.
¡Fraude! oszust, wycedziła przez zęby, żeby już za bardzo się nie wydzierać i uśmiechnęła szeroko. Przez moment po prostu na niego patrzyła. Pięknie wyglądał w tym obcym, turkusowym basenie, z mokrymi włosami i tatuażami odbijającymi się w tafli wody.
Jak woda? — spytała zaczepnie i podeszła nieco bliżej krawędzi. Jednak zamiast wskoczyć od razu do basenu, ona wbiła w niego spojrzenie. Skoro i tak byli sami… — Ciepła? — przesunęła dłońmi po ramionach, powoli, delikatnie, leniwie wręcz zsuwając ramiączka stanika na boki. Serce zabiło jej mocniej, wyrwało do niego, zresztą nie pierwszy raz tego wieczoru. Sięgnęła do tyłu i bez większych ceregieli, rozpięła zapięcie. Materiał praktycznie od razu osunął się po jej ciele, a następnie upadł na podłogę, gdzieś obok jej nagich stóp. Trąciła go nieco w bok lewą nogą i tym razem przesunęła dłonie wzdłuż piersi, po brzuchu, na biodra i w końcu osadziła palce na materiale koronkowych majtek. Mogła po prostu wskoczyć do basenu, jasne, ale gdzie w tym jakaś zabawa? Szczególnie, że po raz pierwszy tego dnia mieli w końcu chwile dla siebie, to równie dobrze, mogła mu zrobić mały pokaz, skoro już i tak miała jego pełną uwagę. — Czy gorąca? — zakręciła koronkę wokół palcy, a następnie nie ściągając z niego wzroku powoli osunęła materiał w dół. Przejechała wzdłuż ud, kolan, a potem przez łydki. Oryginalny plan zakładał, że kopnie je gdzieś na bok, ale… no kurwa nie wyszło i wylądowały w wodzie. Ups?
Sukienka rozjebana, majtki całe mokre… jak nie znajdą jakiś ciuchów, to faktycznie powrót dopiero będzie ciekawy. Całe szczęście teraz nie musiała się tym martwić, więc tylko wzruszyła ramionami i w końcu wskoczyła do basenu.
Woda faktycznie była ciepła, kurewsko przyjemna. Wystarczyło, że przepłynęła marny kawałek, a już czuła jak spłukuje się z niej cały brud tego dnia, chociaż rany, które miała na ciele zapiekły nieprzyjemne, dobitnie przypominając jej o swoim istnieniu. Wypłynęła tuż obok Madoxa, oczywiście nie omieszkając przejechać paznokciami po jego udzie.
Zmoczyłam sobie majtki — tak. To były pierwsze słowa, które Pilar wypowiedziała zaraz po wypłynięciu. Szkoda, że jeszcze nie dodała, że w sumie to i tak już były mokre na jego widok. — Dajesz mi swoje jak będziemy wracać — przyjrzała mu się uważnie. — No chyba, że włamiemy się potem do środka i poszukamy jakiś łaszków — powiedział pies. Policjantka, która normalnie ścigała przestępców nagle chciała się stać jednym z nich. Zajebiście.

Madox A. Noriega
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale oni zawsze to robili na wakacjach, wszystko, dla wszystkich. Tak samo było w Medellin, gdzie ratowali każdą sytuację. Częściej Pilar je ratowała, a Madox je psuł, jak wtedy w kościele, albo jak wtedy gdy musiała go szyć. A jednak wyjątkowo mało mieli tego czasu dla siebie. Chociaż... może wystarczająco, skoro udało im się wtedy tak bardzo stracić dla siebie głowę? Gdzieś pomiędzy, w zakurzonym, zamkniętym teatrze, pod drzewem mango i na dachu altanki.
A teraz na jakimś cudzym podwórku, na które się włamali.
Wywrócił oczami, kiedy powiedziała, że gdyby zmienił zdanie, to ma dać jej znać, nie miał zamiaru zmieniać... Chociaż on już dzisiaj je zmieniał tyle razy. To nawet nie byłoby jakieś dziwne. To, że on sobie te gacie rozerwał też chyba nie było, bo one po prostu nie nadawały się do takich akrobacji, to dobrze, że nie musiał skakać przez płot u Gonzalesa, bo wtedy mogłoby być niezręcznie... Albo Madox by to po prostu wykorzystał na swoją korzyć.
Teraz też chciał trochę wykorzystać i kiedy Pilar obchodziła go dookoła to do niej sięgnął, ale co... tylko zahaczył rękami o materiał jej sukienki, który rozerwał.
- Ja nie wiem gdzie Lopez i Esme chodzą w takich ciuchach... Do opery chyba - no na pewno nie na akcje z strzelaninami i skakaniem przez płoty, bo do tego ewidentnie się nie nadawały.
Obejrzał się na nią przez ramię, zanim wskoczył do wody, ale tym jej oszust wcale się nie przejął. Przejechał wytatuowanymi palcami po jasnych włosach. Po mokrej twarzy, z której zebrał krople wody.
- Na co czekasz? - rzucił, ale zaraz okazało się na co. Przechylił na bok głowę, kiedy podeszła na brzeg basenu, i już nawet miał do niej podpłynąć i może... wciągnąć ją do wody? Ale kiedy przesunęła palcami po ramionach zahaczając od ramiączka od biustonosza, to wbił w nią spojrzenie.
- Ciepła - powtórzył po niej, a ciemne tęczówki podążyły za koronką, która zsunęła się z jej piersi. Jeden kącik jego ust momentalnie podskoczył do góry, a on zrobił krok do przodu. Nabrał w płuca mocniej powietrze, kiedy jej palce przesunęły się po gorącej, gładkiej skórze, po piersiach i brzuchu hacząc o koronkę jej majtek.
- Zaraz może być gorąca - znowu się do niej przysunął spojrzeniem prześlizgując się po jej ciele wraz z tymi koronkowymi majtkami, które... wpadły do basenu. Złapał je, ale i tak już było za późno, bo były całe mokre, chociaż rzucił je gdzieś na brzeg, zaczepił na drabince. Jakby chciał tak trafić, to pewnie by mu się nie udało. Powiódł spojrzeniem za nią, kiedy jej naga, opalona sylwetka odznaczyła się na tle turkusowej, przyjemnej wody. Wbił w nią coraz bardziej ciemne tęczówki, kiedy wynurzyła się obok niego, jak jakaś syrena.
- Mówiłem, żebyś nie zakładała - no bo jakby nie zakładała, to nie byłoby problemu z mokrymi majtkami. A i skok przez płot mógłby być bardziej widowiskowy. Znowu zrobił krok w jej kierunku, tak, że teraz już miał ją na wyciągnięcie ręki. I zaraz to zrobił. Zacisnął palce na jej przedramieniu, żeby ją do siebie szarpnąć, żeby jej mokre piersi zderzyły się z jego klatkę piersiową, od razu sięgnął do jej pośladków, a ciepłe wargi, zaraz wylądowały te kilka nieznośnych milimetrów od jej pełnych, gorących ust.
- Wszystko ci dam, nawet majtki - bo on faktycznie by jej oddał wszystko. I miał jej to udowodnić pocałunkiem, zachłannym. Wyczekanym, ale na jej kolejne słowa parsknął, oparł głowę na jej ramieniu.
- Włamiemy się komuś do basenu... a najlepiej to włammy mu się do domu i ukradnijmy jakieś ciuchy - rzucił i podniósł na nią spojrzenie, wbił ciemne tęczówki w jej piękne, czekoladowe oczy, znowu się do niej przysunął, ale znowu jeszcze jej nie pocałował - podmienili cię tam w domu u Gonzalesa? Czy tak bardzo spodobało ci się życie dziewczyny gangstera? - teraz dopiero szarpnął ją do siebie przyciągając za pośladki. Teraz dopiero musnął wargami drapieżnie jej usta. Krótko, ale mocno, tak, żeby brakło im tchu. Żeby oddechy znowu przyśpieszyły goniąc serca obijające się w piersi. Bo to jego znowu się wyrwało dziko, pod tym dzikim lwem, kiedy oderwał się od niej. Kiedy ciepły, urywany oddech wylądował na jej policzku.
- Chyba mnie taka kręcisz jeszcze bardziej - wyszeptał jej do ucha, które później zaczepił zębami. Już te jej mokre kudły lepiły mu się do gładkiego policzka, ale Madox się tym za bardzo nie przejął. Przesunął językiem za jej uchem, na szyję, na której zostawił po ugryzieniu ślad, trochę mocniejszy niż chciał chyba.
- Chociaż nie wiem czy da się bardziej - pokręcił głową i znowu się do niej szarpnął, wyrwał, znowu ją do siebie przyciskając i tym razem już wpijając się w jej usta, w długim, namiętnym pocałunku. Takim który smakował jej gorącymi, słodkimi ustami, trochę chlorem, ale przede wszystkim to tym, co cały czas się między nimi paliło. Nie tliło, nie iskrzyło, bo to zawsze był... ogień. Nie gasnący. Niesamowity. Jak te kolejne pocałunki. Jak te serca bijące jedno przy drugim. Jego lew i jej wąż.

león y serpiente
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox zmieniał tego dnia zdanie jak w kalejdoskopie. Raz czegoś chciał, a po kilku godzinach już nie. Chciał się z nią ożenić, a potem miał wątpliwości; chciał, ją wysłać do Toronto, a potem jednak brał ją ze sobą i mówił, że była mu potrzebna. Teraz nie chciał sprawdzać, co zadziało się z jego matką, ale przecież Stewart miała świadomość, że za kilka chwil mógł nagle oznajmić, że jednak może powinni tam pojechać i to sprawdzić. Była gotowa na taki obrót wydarzeń, dlatego chciała jak najlepiej spożytkować czas, który mieli. Dla siebie. Wspólnie.
Dlatego już po chwili robiła przed nim mały pokaz tuż przy brzegu basenu, pozbywając się kolejnych części bielizny, prężąc się przed nim z uśmiechem na ustach, na tle pięknego, zadbanego ogrodu. Basen również był zadbany. Od razu dało się stwierdzić, że pewnie na bieżąco agencja nieruchomości utrzymywała wszystko na najwyższym poziomie. Miało to w sumie sens: skoro chata była na sprzedaż, pewnie na porządku dziennym pojawiali się tutaj ludzie, którzy chcieli sprawdzić, jak wszystko wyglądało w środku, to i basen musiał być zajebisty. I był. A w nim Madox, już cały mokry.
Kiedy tylko przyciągnął ją do siebie, Pilar osadziła dłonie na jego wilgotnych ramionach, przesuwając po nich palcami, podczas gdy oczy błądziły po jego pięknej, gładkiej twarzy.
Wszystko? — uniosła brew ku górze, przysuwając się do niego jeszcze bliżej, jakby chciała go zaraz pocałować, ale on jej uciekł. Zdążyła jedynie zaczepić jego górną wargę językiem. — Uważaj na słowa, Noriega — zacmokała, przyglądając mu się uważnie, chociaż na dobrą sprawę, to przecież było tylko takie gadanie. Prawda była taka, że Pilar też by mu wszystko oddała. Majtki też. Czy by się w nie zmieścił? To już mogła być kwestia sporna, ale może nie będą musieli tego przetestować i sprawdzić.
Szczególnie, że zaraz temat zszedł na łamanie prawa i włamywanie się ludziom na posesje, a Pilar… cóż, tylko wzruszyła ramionami na to jego pytanie, czy podmienili ją u Gonzalesa.
Raczej to drugie — stwierdziła w końcu. — Kręci mnie życie dziewczyny gangstera — wyszeptała prosto do jego ucha i jeszcze na pokazanie tego, jak bardzo ją to kręciło, oplotła jego biodra szczelnie nogami i zakręciła swoimi tuż przy jego gorącym ciele. Ale faktycznie coś w tym było. Całe życie robiła to co należy, ścigała przestępców, pilnowała prawa, a tutaj, na tym wielki, adenalinowym haju, na jakim trwała, czuła, że mogła trochę… porozrabiać. Było w tym coś ekscytującego. A przecież nikogo nie krzywdziło to, że wykąpali się w cudzym basenie, czy zakoszą jakieś ciuszki z chaty, która i tak była na sprzedaż. Poza tym, w takich miejscach mieszkali głównie sami bogacze, ludzie, którzy kasy mieli jak lodu, to co ich robiła jakaś jedna szmata w tą czy tamtą? Nawet by nie zauważyli, że coś zniknęło. Takie właśnie miała dzisiaj podejście. Fucked up scenarios only.
I Madox chyba był podobnego zdania, bo zaraz oznajmił, że nawet mu się to podoba. Że kręci go taka gangsterska wersja Pilar, co tylko jeszcze bardziej podjudziło w niej uczucie ekscytacji. Szczególnie, kiedy zaraz potem poczuła jego język na uchu, a potem jak sunął wzdłuż szyi. Jak na zawołanie, odchyliła głowę do tyłu, gwarantując mu jeszcze lepszy dostęp i rozkoszując się sposobem, w jaki przygryzł jej skórę. Mocno, prawie do krwi. Zabolało. A najbardziej pojebane w tym było to, jak bardzo jej się to spodobało.
Dokładnie tak samo podobał jej się pocałunek, który Noriega w końcu złożył na jej ustach — długi, namiętny, jedyny właściwy. Pocałunek, który rozpalał pod jej skórą prawdziwy ogień. Wszystko w niej wrzało, oddech ulatniał się praktycznie do zera, a serce biło tak mocno, jakby zaraz miało wybuchnąć. Czuła je wszędzie: w uszach, skroniach, nawet pieprzonych pośladkach, które mrowiły przyjemnie pod jego dotykiem. Nie chciała się od niego odrywać już nigdy. Zostać tak w tym pieprzonym basenie, z daleka od problemów, w całym tym ogniu i po prostu być. A jednak po jakimś czasie zacisnęła mocniej palce, które wplotła w jego mokre, blond włosy i szarpnęła mocno, by go od siebie oderwać i tym samym zmusić, by na nią spojrzał.
Jara cię jak łamie prawo? — wydyszała prosto w jego usta, ledwio łapiąc powietrze i przenosząc dłonie na jego rozgrzany kark, gdzie jej paznokcie momentalnie wbiły się w skórę i przesunęły wzdłuż kręgosłupa, przyprawiając prawdopodobnie o przyjemny prąd. — Myśl, że włamałabym się do tej chaty? — bo przecież umiała. Nienagannie wręcz szło jej używanie cienkich przedmiotów do rozpracowania zamków, chociaż prawda była taka, że tego akurat nauczyła się w bidulu, a nie policji, ale przydawało się tu i tu. — Że prosiłabym, żebyś wziął mnie tam na cudzym stole? — teraz to ona znalazła się przy jego uchu, mrucząc do niego zadowolona, dysząc i gryząc płatek ucha, który smakował chlorem. — Na kanapie… Na schodach… Na ścianie pod czyimś rodzinnym zdjęciem... — wymieniała po kolei wszystkie miejsca, gdzie chciałaby być jego w cudzym domu i czuła, jak sama ta myśli, wywoływała przyjemny ścisk w podbrzuszu oraz sprawiała, że jej nogi mimowolnie zaciskały się mocniej na jego biodrach, podczas gdy usta przesuwały się wzdłuż żuchwy, po gładkiej skórze, składając na niej mokre pocałunki. Nie miała pojęcia, kiedy dokładnie zaczęły ją kręcić takie rzeczy. Po dzisiejszym dniu? Jak go poznała? A może zawsze taka była, pierdolnięta, tylko nigdy nie miała obok siebie kogoś, kto by na to przystał. Albo jeszcze bardziej podkręcał.

Madox Stewart
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”