-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak to co zrobił było.
Ona też była na miejscu, kiedy leżała na nim, kiedy czuł na sobie jej wciąż gorącą, wilgotną skórę, a kiedy się o niego otarła, to aż mruknął jej do ucha jak dziki kot.
- Zdecydowanie nie... - rzucił i parsknął lekko, tłumiąc śmiech w jej szyi - wiesz co mi powiedziały te dziewczyny na polu golfowym? - zapytał, a kiedy na niego spojrzała to się w nią wtulił - że Pablo jest impotente, i jak chciałem go wkurwić, to mu to powiedziałem... - nie jest to romantyczna historia, którą pewnie opowiadają sobie ludzie po zaręczynach, ale była trochę śmieszna, no i składała się z tymi pierścionkami starych dziadów.
Sięgnął do jej dłoni, żeby ułożyć ją sobie na obitym policzku.
- Tu za to dostałem, ale było kurwa warto - znowu się do niej uśmiechnął. Bo Madox to lubił. Lubił po prostu ryzyko. I dlatego pewnie między innymi to go tak nakręcało.
Pilar Noriega - brzmiało niebezpiecznie, seksownie, dziko. Jak jakiś kurwa najpiękniejszy na świecie zakazany owoc, który wylądował kształtnymi czterema literami na jego udach, gdy usiadł. Nawet nie wiedział kiedy Pilar Noriega nakręciła go do tego stopnia, że znowu był twardy, znowu miał na nią ochotę. Zawsze miał. A kiedy się tak o niego ocierała, to niekontrolowane pomruki wyrywały mu się z piersi. Wbił ciemne tęczówki w jej piękne, czekoladowe oczy, chociaż zaraz nimi wywrócił.
- A ile czasu trzeba się cieszyć narzeczeństwem? - zapytał i wyrwał się do niej, żeby musnąć jej gorące, pełne wargi swoimi, krótko, zaczepnie. Na jej kolejne słowa jednak uniósł jedną brew i musiała mocno wypuścić powietrze nosem, prosto w jej szyję, żeby nie parsknąć - a trzeba mówić? Bo zanim obdzwonimy moją, to minie pół roku - mruknął jej do ucha, a jej kudły znowu polepiły mu się do twarzy - najbardziej zdziwi się Ricardo, zaraz mu napiszę - stwierdził i nawet się ruszył, ale w zasadzie to nie wiedział, gdzie on zostawił telefon, jak zwykle, gdzieś koło basenu chyba. Madox w zasadzie mógł mieć dużo takich osób, z którymi powinien się podzielić takimi rewelacjami. Rodzina z Kolumbii, Ticiano, z którym cały czas do siebie dzwonili, z którym czasem mecze oglądali na kamerce. Miał też kumpli, kilku, bliskich. Ludzi z Emptiness, którzy też byli dla niego w pewnym sensie jak rodzina. No i matkę...
Może zastanowiłby się nad tym dłużej, nad tym, czy powinien powiedzieć swojej matce, ale już zeszli na ważniejsze tematy.
- Oczywiście, że tak, nie wiedziałaś? A najmocniejszy w ogóle... dostaje żona - znowu się do niej szarpnął, żeby musnąć wargami jej pełne usta, tylko tego nie zrobił, bo kiedy zakręciła na nim biodrami, to szczypnął zębami skórą na jej brodzie, na której osadził ciepły, ciężki oddech. Madox nie zastanawiał się nad tym, czy da się to przeżywać mocniej, czy nie, chociaż... sama myśl, że będzie się pieprzył ze swoją narzeczoną go nakręcała jeszcze bardziej.
- Du-żo... - powiedział powoli, z ciemnymi tęczówkami zawieszonymi na jej oczach, palcami przesuwając po jej rozgrzanej skórze na plecach, na pośladki, znacząc na niej czerwone ślady krótkimi paznokciami. Znowu się do niej wyrwał, a ona mu się odsunęła, szarpnął się jeszcze kilka razy, a kiedy sukcesywnie mu się odchylała, to wywrócił oczami.
- Mam, ale teraz to nie wiem, czy moja narzeczona sobie zasłużyła, żeby jej je pokazać - mruknął, ale kiedy jej paznokcie sunęły po jego tatuażach na klacie i na brzuchu, to spuścił spojrzenie, a gdy zatrzymała się na napisie Medellin, to już miał jej powiedzieć, żeby sięgnęła niżej. Tylko ona wtedy stwierdziła, że sprawdzi lodówkę, a już zaraz poczuł na swoich wargach jej słodziutkie jak truskaweczki usteczka. A potem to pulsujące uczucie, kiedy go ugryzła. Ono było najlepsze. Odprowadził ją spojrzeniem i przez chwilę jeszcze się zastanawiał, zanim zebrał się z tej mokrej podłogi.
Do kuchni wszedł już w momencie, w którym krzyknęła te empanady po raz pierwszy, ale oparł się o kuchenną wyspę i patrzył na nią, jak stawała na palcach, żeby po nie sięgnąć. A kiedy już zatrzymała się na przeciwko niego z talerzem, kiedy pakowała sobie jednego pierożka do buzi, to uśmiechnął się delikatnie.
- A myślisz, że możemy je wziąć na wynos? - zapytał z ciemnymi tęczówkami zawieszonymi na jej twarzy, ale już za chwilę odepchnął się od lady i podszedł do niej. Kiedy sięgnęła po kolejną empanadę, to on zacisnął palce na jej ręce, żeby zaraz przystawić ją sobie do ust, żeby zahaczyć językiem o jej palce, a potem odgryźć kawałek pieroga. Przysunął się do niej tak, że ten talerz między nimi wbijał się w nagą skórę.
- Bo jednak chcę sprawdzić, czy wiesz... Esme już wyjechała - no tak, bo tylko krowa nie zmienia zdania, a Madox to je zmieniał co chwilę. Sięgnął po jedną empanadę i wpakował ją sobie do buzi, a zaraz się odsunął - sprawdzę czy maja tu jakieś ciuchy - już chciał wyjść z kuchni, ale cofnął się jeszcze, żeby zgarnąć z talerza dwie kolejne. Zaraz nie będzie co zabierać na wynos, ale co na to poradzić, skoro były takie zajebiste?
Wyszedł na korytarz, żeby otworzyć wielką szafę, były tam jakieś ubrania, większość popakowana w worki, albo kartony, ale jeszcze kilka rzeczy ostało się na półkach, a przede wszystkim ten wielki słomkowy kapelusz, który Noriega zaraz założył sobie na głowę. Kapelusz na pewno zabiera, zaczął przeglądać resztę ciuchów. Znalazł jakąś koszulkę z Hulkiem mogła na niego pasować. Jakieś wielkiej różnicy mu to nie robiło, ważne tylko, żeby nie chodzili nago. Kiedy Stewart do niego podeszła, to złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, tak żeby jej naga pierś zderzyła się z jego plecami, aż kapelusz mu spadł, ale za bardzo się tym nie przejął, bo już odchylił głowę, żeby się na nią obejrzeć, żeby wpić się w jej usta, które jeszcze przeżuwały empanadę. Oblizał się, kiedy się od niej oderwał.
- Nie wiem, czy jak mamy jechać do Esme jako narzeczeństwo, to trzeba się ładnie ubrać, czy mogę w to? - pokazał jej koszulkę, którą znalazł, a potem schylił się po kapelusz, który teraz już wciskał jej na głowę, gdy się do niej odwracał, gdy znowu ciemne tęczówki patrzyły na nią drapieżnie.
𝐦𝐲𝐛𝐚𝐛𝐲.ꨄ♥︎
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez moment nawet zastanowiła się, czy on faktycznie mógł mieć jeszcze jakieś asy w rękawie, jakieś skryte pragnienia i fantazje, czy tak tylko gadał, bo jednak dużo już ze sobą przeszli i drugie tyle odkryli. Pilar wydawało sie, że znała go już całkiem dobrze oraz to, co lubił. A jednak — myśl, że mógł ją jeszcze czymś zaskoczyć była elektryzująca. Sprawiała, że naprawdę nie chciała się z niego ruszać i fakt, że w ogóle wstała z jego ud graniczył naprawdę z cudem. Szczególnie, że zanim to zrobiła, mogła poczuć jak twardy znowu był, jak bardzo na nią gotowy. I ona też już w drodze do kuchni była cała mokra. Aż musiała złapać kilka głębszych oddechów, żeby uspokoić szalejące ciało. A przede wszystkim głowę. Bo z jakiegoś powodu to ta jej logiczna głowa najbardziej zdawała się już za nim tęsknić, fiksować na jego punkcie, chociaż przecież był cały czas w pokoju obok.
Zaraz jednak zafiksowała się na punkcie j e d z e n i a. Grzebała w lodówce, przeglądała, co tam było, a finalnie złapała przepyszne empanadas. Były idealne. Nawet zimne smakowały obłędnie. Odwróciła się z połową pieroga w ustach i od razu złapała jego ciemne spojrzenie. Mimowolnie uśmiechnęła się na jego widok, przez co trochę mięsa z farszu skapało na jej nagą pierś.
— Oczywiście, że sobie zasłużyłam — wróciła jeszcze na moment do rozmowy, którą zaczęli, kiedy Stewart zebrała się z jego kolan. — Dałam ci zajebisty orgazm. Zasłużyłam na wszelkiego rodzaju przyjemności. A tym bardziej specjalne sztuczki, które masz w zanadrzu — bo co niby ona więcej mogła zrobić? Jak ona już i tak wszystko dla niego robiła. Właśnie dla niego była najlepszą wersją siebie — pomieszczeniem dzikości, miłości i szaleństwa. Dla niego włamała się do mieszkania, a teraz jeszcze go dokarmiała. Żona idealna, czyż nie? Pozwoliła mu zgarnąć pieroga z własnej dłoni i zaraz wzięła sobie nowego.
— Nic nie bierzemy na wynos, bo ja to wszystko zjem teraz — oznajmiła dumnie. Pilar może i miała zajebistą figurę, ale to wcale nie znaczyło, że miała żołądek wielkości orzeszka. Kochała jedzenie i nigdy go sobie nie żałowała, szczególnie kiedy było tak obłędne, jak te zimne empanady. Już miała władować trzeciego pieroga do ust, kiedy on oznajmił, że jednak chciał sprawdzić, czy Esme była jeszcze w domu. To akurat sprawiło, że zatrzymała rękę w pół drogi i podniosła na niego ciemne spojrzenie.
— Está bien — skinęła głową. — Sprawdźmy. I tak musielibyśmy jechać tam po samochód — w końcu czerwonego jeepa mieli wypożyczonego na
Odprowadziła go wzrokiem, kiedy poszedł szukać ciuchów, a sama zjadła jeszcze z cztery pierogi. Dokładnie tyle, ile było na talerzu. Odstawiła go do zlewu, jak na przykładną gospodynie przystało i dopiero wtedy ruszyła do korytarza i wielkiej szafy z workami. Madox już grzebał w niej w najlepsze — wszystko było wyjebane na ziemię. W sumie zrobili tu tak wielki bałagan, że jeśli właściciele nie zgłoszą tego jako włamanie, to będzie kurwa cud.
— Mam nadzieje, że nie mieli tutaj żadnego monitoringu — rzuciła z pełną buzią, podchodząc do niego i obijając się o jego plecy. Musnęła przelotnie jego usta, odprowadzając wzrokiem kapelusz, który runął na ziemię, a potem podniosła spojrzenie na jego ciemne oczy. — A jak mieli, to mogą nam chociaż wysłać nagranie z salonu — dodała rozbawiona. Nigdy nie planowała nagrywać seks taśmy, no ale skoro już by się taka pojawiła, fajnie byłoby ją mieć… dla potomnych. Szczególnie, że to co oni odjebali tym razem było wyjątkowo caliente. Na samo wspomnienie aż przez jej plecy przemknął przyjemny dreszcz. W końcu jednak zabrała się za przeglądanie ciuchów.
Wybór niby był duży, ale po kilku chwilach Pilar uświadomiła sobie… że nie było tam ani jednej sukienki. Nic. Same męskie galoty i bluzy, bo przecież kostki mnie nienawidzą.
— Akurat dla Esme to nie będą żadne nowe wieści — prychnęła, kręcąc głową i przy okazji wyciągając jakieś dziwne koszulki. Podniosła na niego wzrok dopiero, gdy zobaczyła zaskoczenie na jego twarzy. — No przecież jak jedliśmy z nią kolację wczoraj, to już przedstawiłeś mnie jako swoją narzeczoną — przypomniała, patrząc na niego wymownie. — Wiec chyba wychodzi na to, że wiedziała jeszcze przed nami — prychnęła. Ba, nawet pierścionek zaręczynowy miała już na sobie wczoraj. Było w tym dużo ironii i może nawet dorzuciłaby na ten temat jeszcze nie jednym komentarzem, ale naprawdę nie mieli już czasu.
— Kurwa nie ma tu ani jednej sukienki — mruknęła pod nosem i aż przykucnęła, wywalając z worka dosłownie wszystko. Nie było. Musiała więc improwizować. Wygrzebała największą bluzę, jaką tylko mogła znaleźć, a kiedy się wyprostowała, szybko okazało się, że robiła ona za całkiem dobrą sukienkę, biorąc pod uwagę, że sięgała jej prawie po kolana. Podwinęła rękawki i zaprezentowała się Noriedze. — Zajebiste stylówki, nie ma co — pokręciła głową z rozbawieniem. Chociaż on akurat wyglądał dobrze. We wszystkim dobrze wyglądał, a z kapeluszem akurat było mu do twarzy. Co nie zmieniało faktu, że w tych outfitach wyglądali jak randomowo wygenerowane simy.
— Vamos cariño — ponagliła go, wyciągając do niego rękę. — Ciekawe, czy majtki mi już wyschnęły — rzuciła bardziej do siebie niż do niego, a zaraz potem już ciągnęła go w stronę wyjścia na ogród. Chociaż kiedy stali już w drzwiach, Pilar odwróciła się nagle i przytrzymała go jeszcze chwilę, zaglądając w czekoladowe oczy. Dużo chciała mu powiedzieć, trochę też o tym jak ten dom okazał się dla nich szczęśliwy, jak bardzo go kochała, a jednak zamiast tego wszystkiego, po prostu wspięła się na palce i po prostu go pocałowała. Z początku delikatnie i starannie, ale przecież oni byli zbyt gorący na przelotne pocałunki, dlatego zaraz jeszcze pchnęła go na ścianę i porządnie wpiła się w jego usta. Tak na zwieńczenie pobytu tutaj. W końcu jakby na to nie patrzeć wchodziła przez te drzwi jako jego dziewczyna, a wychodziła jako narzeczona. Trzeba to było docenić.
Dopiero po chwili ostatkami samokontroli się od niego odsunęła, dysząc mocno. Aż musiała się odepchnąć od jego ramienia, żeby się odkleić i wyszła jako pierwsza. Znalazła swoje majtki — nie były kompletnie suche, ale delikatnie wilgotne
— Tylko gaci sobie nie porwij — rzuciłą jeszcze będą na górze i spoglądając na niego wymownie.
cariño ⋆.˚ ☾⭒.˚
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zastanowię się - rzucił, ale prawda jest taka, że on też zrobiłby dla niej wszystko i wszystko jej chciał zawsze dać. Łącznie ze specjalnymi sztuczkami i zajebistym orgazmem. Chociaż na jej słowa wywrócił oczami, zanim znowu je na niej zawiesił.
- Ale dzisiaj miał przecież być dzień wszystkiego dla Madoxa, a nie dla Pilar... - przypomniał jej, chociaż prawda jest taka, że on i tak się dzielił z nią po równo, tymi wszystkimi doznaniami. Chociaż przemknęło mu przez myśl, żeby kazać jej klęknąć przed nim na tych ładnych płytkach, w przytulnej czyjejś tam kuchni.
Dopiero kiedy powiedziała, że wszystko zje teraz znowu podniósł na nią wzrok, z tych płytek. Jakoś go to nie dziwiło, dlatego sięgnął do niej jeszcze po te dwie empanady, tylko zanim je zjadł to oznajmił, że jadą do Esme. I tak musieli po samochód, w zasadzie tak, ale mogli to załatwić rano, a nie teraz, kiedy był praktycznie środek nocy, ale z drugiej strony, Madox prowadził nocny tryb życia, więc takie nocne rozrywki nie były nigdy dla niego jakimś wyzwaniem, czy problemem. Podejrzewał, że Esme z Lopezem też raczej nie śpią. Może nie bawią się tak dobrze jak oni, ale też pewnie mają sporo rzeczy do... przegadania.
Pilar z Madoxem już trochę zdążyli przegadać, a on przy okazji zdążył wywalić z szafy pełno ciuchów zanim do niego dołączyła. Bo większość była dziecięcych, albo jakieś swetry. Kto w Meksyku chodzi w swetrach? Dopiero potem znalazł koszulki.
Obejrzał się na nią, kiedy powiedziała o tym monitoringu, a potem nawet omiótł spojrzeniem salon.
- Skoro nie mieli alarmu, to może nie mają? - zastanowił się, oprócz tego, że dom był zadbany i na sprzedaż, to też nie była to nie wiadomo jaka willa, raczej taka normalna, duża i ładna chata, dla pięcioosobowej rodzinki. Dopiero kiedy powiedziała o tym nagraniu z salonu, to odwrócił się do niej, to spojrzał znowu w jej piękne, duże oczy.
- To następnym razem to nagramy... chociaż mam już takie jedno nagranie... - mruknął trochę tajemniczo, znowu się do niej pochylając, ale tym razem on się odsunął zanim jego wargi dotknęły jej gorących, pełnych ust. Odsunął się, bo już przekładał kolejne ubrania, bokserki też znalazł w jakiś Spidermanów, chyba ktoś tu był fanem Marvela, ale Madox też trochę był, więc zaraz je na siebie wciągnął, leżały dobrze, nawet obrócił się dookoła prezentując je Pilar.
- I jak? - nie to, żeby go to tak bardzo obchodziło czy dobrze wygląda, chociaż... chciał wiedzieć czy jego tyłek wciąż wygląda tak caliente w majtkach z superbohaterami. Słuchał jej, ale w pierwszej chwili nie załapał o co jej chodzi, wiec uniósł jedną brew, ale zaraz mu to wyjaśniła.
- I Megan, czy jakaś tam... Ona wiedziała, że blefujemy, jak... wszystko wiedziała - chciał powiedzieć, że nawet o Daltonie, ale po co to wyciągać? Zamiast tego już wciągał na siebie tę koszulkę z Hulkiem, przez głowę. Napiął nawet mięśnie, żeby jej pokazać, że trochę wygląda jak ten Hulk, zaraz jednak pokręcił głową.
- Już dawno cię przedstawiałem jako moją narzeczoną, żonę, albo matkę moich dzieci... - zaczął jej wymieniać, nawet wyliczając na palcach, ale zaraz się pochylił do niej bliżej, tak, że jego ciepły oddech spoczął na jej policzkach, na jej pełnych, gorących wargach, na które spuścił wzrok - więc dużo ludzi wiedziało przed nami - nie musnął jej warg, chociaż czuł prawie... ich smak. Tej empanady.
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że nie było tam ani jednej sukienki, bo on już wciągał na tyłek jakieś jeansowe, krótkie spodenki, które leżały na nim... dobrze. Chyba fan Marvela był podobnej budowy.
- Mnie się podoba... - rzucił i wsunął rękę pod tą bluzę, żeby uszczypnąć ją w pośladek. Jeszcze pochylił się do jej szyi, ale już znowu mu umknęła. Madox zawiesił sobie tylko swój nowy, zajebisty kapelusz na sznurku, na szyi i ruszył za nią. Chwycił jej rękę, a kiedy powiedziała o tych majtkach, to przyciągnął ją do siebie.
- No jak to? Przecież twoje majtki dzisiaj nie mogą być suche... - chciał się do niej pochylić, ale Pilar tym razem była pierwsza i już wspinała się na palcach łącząc ich usta w pocałunku. Delikatnym...
Przez dwie pierdolone sekundy, bo zaraz pchnęła go na ścianę, mocno, wcale nie delikatnie, aż stęknął, co mogła poczuć w swoich gorących, pełnych wargach, które zaraz całował zachłannie, wsuwając ręce pod tą dużą bluzę, zaciskając je na jej pośladkach.
Dobrze, że się od niego oderwała... Bo on by już nie umiał, bo szarpnął się za nią, kiedy się odsuwała.
- Może byśmy tutaj zamieszkali... - jęknął za nią, co prawda żartował, chociaż z nim to tak do końca nie wiadomo. Pozbierał znad basenu swoje rzeczy, przede wszystkim telefon i pasek z tą ładną klamrą, który zaraz wkładał sobie we szlufki. Zapiął go i założył buty. Właściwie to Madox wyglądał trochę jak turysta, z tym kapeluszem, ale nie najgorzej...
Gorzej miała Pilar, bo ona nawet nie miała butów, i kiedy już skoczył obok niej na ziemie, po drugiej stroni płotu. Tym razem uważając na gacie. To zaraz zmierzył ją spojrzeniem. Od góry, do dołu, po te bose stopy. Nie odezwał się ani słowem, kiedy już wsuwał jej rękę pod kolana i obejmował w pasie, żeby ją wziąć na ręce. Podrzucił ją poprawiając w swoich ramionach.
- Mogłaś zjeść... jedną empanadę mniej - mruknął gdzieś w jej szyję, a zaraz spojrzał jej w oczy - wygrzeb telefon i zamów nam podwózkę, albo niosę cię do samego domu... cariño - mógłby ją nieść. Zaciągać się jej znajomym zapachem i poprawiać ją sobie co rusz w ramionach, tylko po to, żeby wbić palce w jej gorącą, gładką skórę.
Zanim Pilar się z nim trochę podroczyła i w końcu zamówiła im podwózkę, to przeszli tak może dwie ulice. A kiedy już się zatrzymali, żeby poczekać na taksówkę, to Madox postawił ją na jakimś niskim murku, nie to, że wcześniej już biegała boso po bruku, ale przecież od tej pory, to już sobie umyła stópki, w basenie, a jedną to on nawet jej... wylizał. Czekali chwilę, zanim pojawił się transport. Właściwie to nie było daleko, więc droga zajęła im może pięć minut. Pięć minut przez które kierowca ich pytał czy wracają z imprezy z plaży, a Madox dopytywał czy jutro też będzie tak impreza. Dowiedzieli się, że tak. Świetnie, bo Noriega to brał pod uwagę, imprezę na plaży, przecież.
Wysiedli przed domem Esme, przed którym wciąż stał zaparkowany ich samochód, tylko ich, więc Madox w pierwszej chwili złapał Pilar za rękę gdzieś w pół drogi do drzwi wejściowych.
- Chyba ich już nie ma... - rzucił, ale jak na zawołanie w jednym z okien zapaliło się światło. A Noriega znowu się zawahał. Z jednej strony chciał tam wejść, pożegnać się z matką, z drugiej to było jakieś takie ciężkie. Jakby jeszcze do niego nie dotarło, że on po dziesięciu latach mógłby... odzyskać swoją matkę. A może znowu stracić?
𝓶𝔂 𝓵𝓸𝓿𝓮 𐙚⋆°。⋆♡
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
W bokserkach w spidermana wyglądał… dobrze. Jego tyłek zawsze był caliente, najlepsze pośladki w Toronto i pewnie w pieprzonym Meksyku również, niezależnie od tego, co aktualnie miał na sobie. Chociaż Pilar osobiście wolała go absolutnie bez niczego. Z drugiej strony odpowiednia warstwa ciuchów przynajmniej działała na nią nieco ostudzająco, bo kiedy paradował przed nią z gołą klatą, miała ochotę od razu się na niego rzucić. A przecież mieli się zbierać… Co nie było łatwe, bo on ciągle ją zaczepiał. Szczególnie kiedy wciskał ręce pod materiał materiał bluzy, muskając jej nagi tyłek. I jak ona miała się od niego odsunąć? Ano na pewno nie tak, że zanim jeszcze wyszli przygnieździła go do drzwi i całowała przez moment zachłannie, ale całe szczęście udało im się wyjść na ogród. Ledwo.
Prychnęła głośno na uwagę o suchych majtkach i spojrzała na niego wymownie.
— Jeśli chcesz, żeby moje majtki były mokre przez cały dzień… — podeszła bliżej, zrównując się z nim i zadzierając głowę w górę, przy okazji przesuwając dłonią po koszulce z Hulkiem. — To musisz się postarać, cariño — wyszeptała prosto w jego usta. Powoli. Tak, by jej słowa mogły spokojnie osadzić się na jego rozchylonych, kurewsko seksownych wargach, które miała ochotę znowu smakować. I znowu. I znowu i tak kurwa do usranej śmierci. Ale przecież nie było c z a s u. Więc znowu się od niego odsunęła i przeskoczyła przez płot.
Przelotnie spojrzała jeszcze na dom, który zostawiali za sobą, gdy rzucił uwagą o zamieszkaniu w nim. W sumie, zamieszkać w domu do którego się włamali, w którym się przeruchali, a potem jeszcze oświadczyli… brzmiało jak jebany szczyt romantyzmu w ich wykonaniu.
— Kupiłabym go… jakbym była obrzydliwie bogata — rzuciła luźno, bo przecież i tak nei była. Jasne, nie klepała biedy, ale przecież zarobki z policji nie były na tyle niesamowite, żeby stać ją było na kupno domu i to jeszcze w pieprzonym Meksyku, do którego mogłaby przylatywać na wakacje lub weekendy. Nie ta bajka. Ta była już zdecydowanie bardziej w stylu Galena Wyatta. Nawet pomyślała o nim na moment. Przelotnie. Zastanowiłą się co u niego słychać, jak zreagowałby, gdyby się dowiedział, że miała na palcu pierścionek zaręczynowy… ale zaraz te wszystkie myśli odleciały gdzieś w dal, wraz z pojawieniem się obok Noriegi. Nie zdążyła nawet nic powiedzieć, bo już brał ją na ręce i podrzucał wysoko.
— Kurwa, jakbym wiedziała, że takie traktowanie dostaje się za narzeczeństwo, to już dawno bym ci się oświadczyła — buchnęła śmiechem, wymachując zadowolona nogami, kiedy ją niósł. To dopiero było specjalne traktowanie! Chociaż tak naprawdę wcale nie przeszkadzało jej chodzenie boso po rozgrzanym asfalcie. Było w tym coś… wyjątkowo beztroskiego, jak ta cała dzisiejsza noc, którą tu spędzili. Chociaż na uwagę o empanadach, nie omieszkała przewrócić oczami. Odjęła do wokół szyi i przysunęła głowę do jego ucha. — Gdybym wiedziała, że będziesz mnie nosić, to zjadłabym ich jeszcze z dwadzieścia — odpyskowała, po czym przejechała językiem wzdłuż wytatyowanego kwiatka i koliberka na opalonej szyi. — Kiedy ostatnio robiłeś siłkę? — zagadała, skoro już tak sobie wypominali. Bo na pewno nie w przeciągu ostatnich kilku dni. Chociaż na dobrą sprawę i tak nie musiał, bo jego ciało było idealne, cholernie seksowne. Czuła, jak jego mięśnie napinają się mocno, kiedy ją niósł. Wcześniej też to czuła, kiedy… o tym nie wolno było myśleć. Nie było na to c z a s u.
Zamówiła taksówkę, tak jak ją poprosił, a po kilku minutach stali już przed domem. Na zewnątrz wciąż było ciemno. Jedynie światło księżyca i ulicznych latarni oświetlało otoczenie. Pilar westchnęła głośno, kiedy złapał ją za rękę. Czuła napięcie, wiedziała, że się stresował. Mógł udawać, że nie, ale kurwa, tam była jego matka, która na dobrą sprawę mogła już nie żyć, gdyby cokolwiek poszło nie tak. Zacisnęła palce jeszcze mocniej i nim weszli do środka, stanęła przed nim, między nim a drzwiami.
— Calma… — przypomniała mu, zaglądając w ciemne oczy, chociaż tym razem wcale nie oczekiwała tam wielkim krzyków i kłótni. Bardziej chodziło jej o jego serce, które galopowało teraz szalenie w nierówno unoszącej się piersi. Położyła dłoń w miejscu, gdzie znajdował się dzielny lew i przez moment po prostu stała, zaglądając mu w oczy. Przeszedł bardzo długą drogę, żeby odnaleźć swoją matkę, pewnie drugie tyle, żeby jej wybaczyć, a w tym wszystkim jeszcze musiał wybaczyć sobie. I chociaż ona nie mogła na to wpłynąć, to… chciała mu dać znać, że była. Przy nim. Para siempre.
A potem odwróciła się na pięcie i zastukała w drzwi odpowiednią kombinacją, którą ustaliły jeszcze przy aucie, kiedy się żegnały, dając im tym samym znać, że nie byli w żadnym zagrożeniem. Przekręciła powoli klamkę i jako pierwsza weszła do środka, wciągając Madoxa za sobą.
Pierwsza w holu pojawiła się Emse. Dosłownie wybiegła z kuchni. Miała na sobie już zupełnie inne ciuchy, bardziej luźne, jakieś dresy i cienki sweter, a włosy upięte w nieładzie. Jej oczy w sekundę otworzyły się szeroko na ich widok. Przez moment stała jak wryta, a potem… ruszyła z impetem do przodu i po prostu przytuliła swojego syna. Mocno. Do piersi. W ten jedyny, charakterystyczny sposób, który potrafiły tylko matki. Bo ona chyba też myślała, że już więcej mogła go nie zobaczyć.
hijo amado
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- A z taką jedną... dzikuską, która przykleiła mnie do łóżka srebrną taśmą - rzucił i wywrócił oczami, a kiedy na niego spojrzała, to musiał dodać - w Emptiness wszystko nagrywamy, zwłaszcza tam, jak jest tam jakiś klient, to ktoś siedzi i to ogląda, żeby było bezpiecznie - powiedział, jakby to były najnormalniejsze rzeczy na świecie, ale tak musiało to działać, nie raz wysyłał tam chłopaków, kiedy robiło się za gorąco. Nie raz też wykorzystywał takie nagrania. To ich wykasował, to znaczy... najpierw je sobie zgrał. Niby wszyscy w Emptiness zarzekali się, że go nie widzieli, Maddie mu nawet przysięgała, że nikogo wtedy nie było przy kamerze, ale Madox nie był pewny na sto procent. Więc nie drążył już tematu.
Zresztą w końcu się zebrali z tego domu. Chociaż jeszcze na ogrodzie musiał ją zaczepić, a właściwie to po prostu musiał się odezwać.
- Brzmi jak... wy-zwa-nie - powiedział powoli, gdy mu oznajmiła, że musi się postarać, żeby była cały dzień mokra, a Madox to jednak lubił wyzwania. Takie zaczepki też lubił, więc kiedy ona znowu układała te słowa na jego ustach, to wystawił język, żeby nim ją trącić, jej wargi. Zaczepił ją też kiedy przeskakiwała przez płot, muskając palcami jej skórę na udzie. A zanim sam to zrobił, wspiął się na płot, to jeszcze zrobił sobie telefonem zdjęcie z tym wywalonym przed domem bilbordem, że w celu kupna kontaktuj się z agentem takim i srakim… Jakimś tam Carlosem.
Madox zawsze chciał mieć dom, co prawda w Kolumbii, ale w Meksyku też mu brzmiało dobrze... Szkoda tylko, że nie był obrzydliwie bogaty... nie był?
Ale może będzie.
A może był?
Zegarek na nadgarstku miał z kategorii tych obrzydliwie drogich właściwie.
- Za jakie narzeczeństwo? Szkoda mi tego małego paluszka... - chciał się nawet dobrać do jej stopy, ale kiedy przy tym mu prawie wypadła, to zwątpił i ugryzł ją tylko w kolano, pod które miał wsunięte przedramię. Uśmiechnął się na jej kolejne słowa, po dwudziestu też by ją nosił, ale przecież musiał jej wypomnieć, a kiedy ona wypomniała mu to, że dawno nie był na siłowni, to na moment zmrużył powieki - przed Meksykiem, kiedy... wyszedłem z posterunku - wtedy to zrobił siłkę podwójnie, żeby się trochę wyżyć i pokopali się nawet z chłopakami na ringu. Ale to już dwa bite dni, kiedy nie robił. DWA. Bo przecież taki golf dla starych pierdzieli to się w ogóle nie liczy. Postanowił, że musi iść jutro chociaż pobiegać.
Jednak nie był pewny czy będzie na to czas, bo on już miał takie plany na ten jutrzejszy dzień, na jego dzień na tak.
Chociaż kiedy wysiedli przed domem Esme, to nagle te wszystkie fajne plany i fajne myśli się ulotniły. Serce znowu biło mu w jakimś szaleńczym rytmie, ale nie tak jak wcześniej, zdecydowanie inaczej. Nawet to calma, które rzuciła mu Pilar niewiele pomogło. Wcale się nie uspokoił.
- A może jednak... - zaczął jeszcze, bo znowu się wahał, bo znowu nie był tego do końca pewny. Ale kiedy ułożyła dłoń na jego piersi, na sercu, to ono odrobinę zwolniło... Wbił w nią ciemne spojrzenie, a w końcu skinął głową, że jest gotowy. Chociaż kiedy Pilar wstukiwała we wrota szyfr, to objął ją od tyłu wtulając się w nią. Dopiero kiedy nacisnęła na klamkę, to ją puścił, wszedł za nią. W pierwszej chwili jeszcze miał taki odruch, żeby się cofnąć, ale w salonie już pojawiła się Esme. To na niej zawiesił ciemne tęczówki. A ona zaraz ruszyła do niego i go przytuliła...
I chociaż Madox się spiął w tym pierwszym odruchu, drgnął jakoś niespokojnie, to w końcu, po chwili, też ją objął, wtulił się w nią. Oparł głowę na jej piersi czując jak wali jej serce, chyba tak samo jak to jego.
- Boże, myślałam, że coś wam się stało, tyle policji, karetki... - zaczęła Esme, głaszcząc go po włosach, wplatając palce w jasne kosmyki, ale zaraz wyciągnęła drugą rękę do Pilar, bo ją też chciał objąć. Mocno przytulić do siebie ich oboje, jakby byli jej dziećmi, bo w zasadzie... to kiedyś tam będą, oboje. Pilar Noriega też.
Esmaralda pogłaskała ciemne włosy Stewart, potem policzek Madoxa, jej czekoladowe oczy zaszkliły niebezpiecznie, a potem kilka łez spłynęło jej po policzkach.
- Chciałam tam wrócić, ale Lopez... - nie dokończyła, bo wtedy jak na zawołanie z salonu wyszedł właśnie Andres, miał na sobie już czystą koszulę, a na policzku jakieś plasterki z owockami. Czyli nie tylko Madox lubił plasterki.
- Wiedziałem, że sobie poradzicie - rzucił i podszedł bliżej, ale w bezpiecznej odległości, jakby się bał, żeby Esme nie zgarnęła też jego - co tak długo? Matka się zamartwiała - rzucił jak jakiś srogi ojciec, a Madox aż zerknął na Pilar. Bo jakim prawem on się tutaj tak rządził? Chociaż Noriega cały czas się zastanawiał, czy Lopez nie jest przypadkiem... jego ojcem. Aczkolwiek z drugiej strony był przecież tak podobny do swoich kuzynów z Kolumbii, do Ticiano. Ale miał też w spojrzeniu coś takiego jak Andres. I to imię...
Madox wyprostował się pierwszy, pomimo, że Esme jeszcze trzymała dłoń na jego policzku, jeszcze głaskała go delikatnie, nie uciekł jej.
- Musieliśmy znaleźć jakieś ciuchy, tamte były całe upierdolone we krwi - stwierdził, jakby to była najprawdziwsza prawda, bo w zasadzie była. Pominął tylko kilka rzeczy... Ale przecież nie musieli o tym wiedzieć.
- We krwi? - Esme popatrzyła na nich, przesunęła dłońmi po ich policzkach, a spojrzeniem po całych sylwetkach.
- Nie naszej... - rzucił luźno Madox.
familia -`♡´-
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
W żadnym z możliwych scenariuszy, który kręcił się w jej głowie, nie spodziewała się, że seks taśma, o która go wypisywała okaże się… jej własną. Aż zamrugała kilkakrotnie i spojrzała na niego zaskoczona. Byli nagrani? Wszystko? Na moment spróbowała przywołać wspomnienia z tego, co tam się właściwie działo, ale przecież… tam działo się dosłownie wszystko. Wyciągała mu kule z brzucha, szyła go, a potem jeszcze tak kurewsko mocno nakręcała, żeby potem oni… no kurwa. W pierwszej chwili chciała go opierdolić, że w ogóle miał takie rzeczy, potem, że wcześniej jej o tym nie powiedział, a na końcu jeszcze chciała dopytać, czy mogliby to sobie obejrzeć, bo jakby na to nie patrzeć brzmiało to trochę caliente. Szczególnie dla takiej dzikuski jak Pilar.
Tylko na nic z tych rzeczy nie było czasu, bo trzeba było się zbierać, bo oni nigdy nie mieli żadnej dłuższej chwili dla siebie, bo ciągle musieli gdzieś być. Chociaż z drugiej strony, tyle, ile dostali tego czasu w domu… było zdecydowanie wystarczająco, żeby się pogodzili, przelecieli i jeszcze najedli pysznymi empanadas. A teraz już stali przed domem, już wchodzili do środka, a Esme rzucała się Madoxowi w ramiona.
Pilar stała przez chwilę z boku i po prostu na nich patrzyła. Nie widziała własnej twarzy, ale z pewnością malował się na niej ogrom czułości. Była r o z c z u l o n a tym widokiem. Sposobem, w jaki Esme zacisnęła się mocno na jego ramionach, jak przyciągnęła go do siebie i zacisnęła mocno powieki. A potem jak on wtulił się w nią jak w ukochaną matkę, jak ułożył głowę na jej piersiach… dotknęło ją to. Ten widok bezgranicznej, matczynej miłości.
Przez ostatnie dni naprawdę miała mieszane uczucia względem Esme. Miała do niej pretensje o to, że zostawiła własnego syna na pastwę losu, jednak od pierwszego, chujowego wrażenia, jakie na niej zrobiła, Stewart zmieniła swoje zdanie o sto osiemdziesiąt stopni. Myliła się. Esmeralda kochała Madoxa. Całym sercem. Poświęciła dla niego połowę swojego życia i chociaż czasami musiałą podjąć decyzje niewygodne, czasami nieuczciwe, tak w głównej mierze zawsze miała na intencji jego dobro.
Otworzyła szerzej oczy, kiedy i do niej wyciągnęła dłoń. Stewart dała się szarpnąć do tego uścisku i chociaż w pierwszej chwili była zaskoczona, tak po chwili wtuliła się w ich złączone ciała. Przymknęła na moment oczy i po prostu oddychała nerwowo. Bo dla niej, to nie była normalna sytuacja, a jednak w tych objęciach… poczuła się jak część rodziny. Chyba po raz pierwszy w życiu.
Uchyliła powieki dopiero, kiedy odezwał się Lopez. Podniosła głowę znad ramienia Esme i zajrzała w jego ciemne oczy. Trwało to może chwilę, ale Stewart wcale nie umknęło jego skinienie głowy w jej kierunku, jako gest wdzięczności za pomoc. Cóż, najwidoczniej Esme zdążyła mu już wszystko opowiedzieć, co zrobili.
— Jak Aura? — spytała praktycznie od razu, kiedy się od siebie odsunęli. — Tak bardzo płakała, kiedy…
— Śpi — głos Esme był spokojny. Odsunęła się od Noriegi i znowu pogłaskała Pilar po wilgotnych włosach, przerzucając je do tyłu. — Wszystko dobrze. Na początku było ciężko, ale powiedzieliśmy jej, że pojedziemy na dłuższe wakacje i jakoś to przyjęła — uśmiechnęła się ciepło, wciąż bawiąc się włosami Stewart. A potem przerzuciła dłoń na jej policzek, przejechała palcami wzdłuż szram po krzakach. — Pilar, gdyby nie ty, gdybyś się tak nie poświęci…
— Nie ma sprawy — przerwała jej w pół słowa i odchrząknęła. Przytłaczała ją ta ckliwość, ta nagła wdzięczność… A najbardziej to chyba to, że po prostu Stewart miała dzisiaj tak pojebane wahania emocjonalne, że wolała nie ryzykować, że znowu zacznie się rozklejać. — Cieszę się, że jesteście bezpieczne — tym akcentem chciała zakończyć rozmowę. Wyprostowała się i delikatnie odsunęła od Esme i sięgnęła po dłoń Madoxa, jakby to w jego dotyku chciała znaleźć swoją bezpieczną przestrzeń. Zacisnęła mocniej palce, a kciukiem pogładziła jego szorstką skórę.
— Na pewno jesteście głodni! — odezwała się nagle kobieta, pociągając nosem. Przeniosła spojrzenie z Pilar na Madoxa i znowu pogłaskała jego policzek. — Chodźcie, zjecie coś — nawet nie dała szansy im odpowiedzieć. Po prostu złapała za materiał Hulkowej koszulki Noriegi i szarpnęła ich w stronę kuchni.
— Andres, nalej im jakiś alkohol — poinstruowała Lopeza, a ten leniwie odepchnął się od framugi drzwi i ruszył do jednej z szafek, w której jak oni już doskonale wiedzieli: znajdował się rum z Medellin. Wyciągnął cztery szklanki i zabrał się za robienie drinków, podczas gdy Esme zaczęła krzątać się po kuchni.
Pomieszczenie wyglądało o wiele… żywiej niż kiedy oni tutaj mieszkali. Główną różnicą było to, że zamiast zapachu spalenizny, unosiła się przepyszna woń zupy z garnka. Stewart aż zamrugała. Czy ona naprawdę zdążyła zrobić jebaną zupę, podczas gdy oni walczyli o życie?
— Gotowanie pomaga mi się odstresować — odezwała się Esme, jakby ze spojrzenia Pilar dosłownie wyczytała wszystkie jej myśli. — Poza tym, Aura musiała coś zjeść — wyjaśniła, chociaż przecież Stewart wcale tego od niej nie wymagała. Rozumiała to, że każdy inaczej reagował na stres. Jedni lubili iść pobiegać, inni postrzelać, a jeszcze inni… ugotować zupę. Pewnie zajebistą swoją drogą.
— Kiedy jedziecie? — spytała w odpowiedni, kompletnie ignorując jej wcześniejsze słowa i zasiadła na jednym z krzeseł.
— Rano — odpowiedział jej Lopez, a Pilar od razu spojrzała w jego kierunku. — Mamy samolot o dziesiątej — wyjaśnił, po czym podsunął im pod nos szklanki z alkoholem.
— Zostaniecie na noc? — tym razem odezwała się Esme i praktycznie od razu zawiesiła pełne nadziei spojrzenie na twarzy Madoxa.
Madito
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale z drugiej strony, czy gdyby on wiedział o Pablo, że jego matka jest kobietą Gonzalesa, to czy umiałby to tak wyczekać, czy już dawno nie mieszałby się w ich sprawy? Mógłby, bo przecież Madox zawsze był niecierpliwy. Zawsze był do przodu. Więc to też może robiła ze względu na niego? Wszystko robiła licząc się z nim. Ucieczkę z Medellin też zaplanowała na dzień jego ślubu, ten który miał być najszczęśliwszy w jego życiu. A był kurewsko przejebany, ale przecież to nie była jej wina. Bo ona uważała Rosalindę za swoją córkę...
A teraz tak samo jak do córki wyciągała rękę do Pilar, a kiedy ona też się w nich wtuliła to Madox sięgnął do niej, żeby ją dotknąć, przesunąć palcami po jej karku i plecach, bo on przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Stewart nie miała swojej rodziny, nie miała matki, bo ta ją porzuciła. I ta Madoxa też zrobiła to w pewnym momencie jego życia, ale teraz w tych jej ciemnych oczach, zupełnie takich jak jej syna, widać było, że ona się naprawdę o nich martwiła. Chociaż Noriega zamiast na Esme to ciemne spojrzenie zawiesił na Pilar, kiedy się od siebie odsunęli. On też był jej wdzięczny, że została przy nim nawet kiedy chciał ją odesłać do Toronto, kiedy się rzucał i miotał, i sam nie wiedział czego chce. A tak naprawdę to jej potrzebował. Kiedy sięgnęła do jego ręki, to zacisnął mocniej palce na tych jej, przesunął kciukiem po wierzchu jej dłoni.
- A ja? Wiecie jak ciężko było zagadać Pablo, zaprowadził mnie do jakiejś szopy... - rzucił, ale bardziej chyba po to, żeby już zakończyć te ckliwe podziękowania, bo może widział te szklące oczy Pilar? A może dość miał łez swojej matki? Ale ona zaraz parsknęła, przeniosła spojrzenie na niego.
- Madito! - krzyknęła i zmierzwiła mu włosy, a potem jeszcze szarpnęła go do siebie, żeby złożyć na jego czole kilka pocałunków. Madox trochę pożałował, że się odezwał... Chociaż nie, było to całkiem przyjemne, ale wywrócił oczami.
- Oczywiście, że gdyby nie ty, to nic by się nie udało - rzuciła Esme puszczając Madoxa.
- Jej by się udało... - wtrącił Lopez zerkając na Pilar, ale Esmeralda i jej syn zgromili go wzrokiem. Aczkolwiek Madox uważał, że Stewart mogłaby sobie poradzić sama... Chociaż może nie do końca? Bo przecież on wprowadzał do wszystkiego ten pierwiastek chaosu.
Kiedy Esme stwierdziła, że na pewno są głodni, to Madox wbił ciemne tęczówki w Pilar, oni zawsze byli głodni, a co to te kilka małych empanad, kiedy oni cały dzień nic nie jedli, od śniadania, które w połowie zjadł im Andres.
- A co jest? - zapytał jakoś tak odruchowo, bo tak zawsze pytał, kiedy matka wołała go na obiad, ale ona już go ciągnęła za koszulkę, a Madox pociągnął za sobą Pilar.
Stanęli nad wielkim garnkiem z parującą zupą. Esme krzątała się po kuchni szykując im talerze, a Lopez drinki. Noriega skorzystał z okazji i sięgnął po drewnianą łyżkę, żeby spróbować zupy prosto z garnka. Zamruczał, bo była zajebista. Aż musiał przyciągnąć Pilar bliżej siebie i dać jej spróbować, trochę po kryjomu przed Esme, ale przecież ona i tak widziała, zwłaszcza jak Madox sięgnął do garczka znowu, a potem zrobił sobie piękną plamę na hulkowej koszulce.
- Mierda - mruknął i sięgnął po jakąś ścierkę, żeby to wytrzeć. Trochę wytarł, a trochę rozmazał. Kiedy stali we czwórkę w tej kuchni to wydawała się malutka, ale też jakaś taka przytulna. Madoxa opierał się o szafkę koło garnka z zupą, rękę zarzucił na ramię Pilar pozwalając jej się o siebie oprzeć. Esme układała na blacie talerze i szukała nalewki, a Lopez robił im drinki. Madox mógł wiecznie zaprzeczać, ale on jednak lubił taki klimat, lubił... ludzi. I kiedy w domu nie było cicho. Teraz w tym jego kanadyjskim też już nie było.
Na pytanie Esme, czy zostaną na noc, Noriega na moment się zamyślił, na chwilę przytulił policzek, gdzieś do tych ciemnych kudłów Pilar, które kleiły mu się do twarzy, odgarnął je.
- Właściwie to jeśli nie macie nic przeciwko... to chciałbym tu zostać też jutro - powiedział bez ogródek, bo chociaż ten dom w Acapulco mieli piękny, z widokiem... z parą swingersów w gratisie, to on przecież... -chciałbym zabrać moją narzeczoną na tą imprezę na plaży, o której wszyscy mówią - specjalnie to powiedział. Oczywiście. Esmeralda pokiwała głową, że nie ma nic przeciwko, ale odezwał się Lopez.
- Narzeczoną? - zapytał podając im szklanki - to nie udajecie? W Toronto... - zaczął, ale Esme spojrzała na niego krzywo, a potem na Madoxa, żeby może coś wyjaśnił.
- Już nie - powiedział, tak dumny, jak chyba kurwa nigdy. I chociaż myślał, że chwalenie się tym będzie jakieś nie na miejscu, to jednak... poczuł się z tym zajebiście. Z tym, że mógł komuś powiedzieć, że Pilar zgodziła się przyjąć jego zaręczyny. A jeszcze powiedział to swojej matce.
Lopez tylko na nich zerknął, ale nic nie powiedział, wziął za to dwa talerze i zaniósł je do stołu. Esme przysunęła się do nich i znowu pogłaskała ich po policzkach.
- Naprawdę? I to dzisiaj? - aż uniosła jedną brew, bo chyba normalni ludzie nie oświadczali się w takich warunkach, tylko że... Esme też nie do końca była normalna, zaraz się uśmiechnęła - tak się cieszę - przesunęła dłońmi po ich policzkach. Znowu chciała ich uściskać, ale Lopez wtedy oznajmił, że zupa czeka, i jeszcze zawołał Esme, bo nie mógł znaleźć serwetek.
Madox złapał Pilar za rękę i zatrzymał ją w kuchni.
- Chcesz tu zostać? Bo jak nie to możemy wracać do Acapulco? - musiał jej zapytać, bo przecież on... zawsze dawał jej wybór. A to, że on tak powiedział, to wcale nic nie znaczyło. Mógł nagle zmienić zdanie. Zmieniał je dzisiaj cały czas.
𝓶𝔂 𝓵𝓸𝓿𝓮 ꨄ︎
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawda była taka, że oni byli skuteczni właśnie dzięki temu, że działali w parze. On jak nikt inny potrafił wywołać chaos — swoim gadaniem, rozjebaniem czegoś, wywołaniem bójki, a ona zaś chłodną głową, nienagannym posługiwaniem się bronią i pomysłami, które faktycznie działały. Potrafiła przewidzieć bieg wydarzeń, wręcz naturalnie snuła różne, potencjalne scenariusze, ale to przecież on najlepiej improwizował, kiedy cokolwiek się wypierdalało. Razem byli nie do podważenia, cholernie skuteczni. I właśnie dlatego dzisiaj poszło im tak dobrze. Dlatego nie tylko udało im się uratować Lopeza ze strzelnicy, wyprowadzić Esme raz z Aurą z domu pełnego mafii, a jeszcze na koniec pomóc policji złapać handlarza bronią palną. No kurwa. Kto inny by tak potrafił?
Dlatego właśnie, kiedy Madox poprosił się o nieco uwagi, a Esme zaczęła mierzwić jego włosy, Pilar uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście, że był potrzebny. Kompletnie zignorowała komentarz Lopeza i sama podeszła go trochę pomierzwić po blond kudłach. Tak dla zasady. A może trochę, żeby go nieco wkurwić. Nawet chciała rzucić jakimś równie zaczepnym komentarzem, tylko Esmeralda już ciągnęła ich do kuchni, a Noriega do garnka, z którego zaraz zaczeli wyjadać zupę.
— Jezu, zajebiste — wyszeptała tuż przy jego twarzy, czając się z łyżką, którą mu wyrwała i sama zaczęła ładować sobie płynu do ust. Esme matką może i była średnią, miała swoje za uszami, ale kurwa, gotować umiała o b ł ę d n i e. Niesamowicie. Jak można było zrobić tak dobrą zupę? Dla Pilar to było autentycznie niepojęte. Dlatego chlipnęła jeszcze trochę, kiedy Madox próbował wytrzeć plamę na koszulce. A potem wtuliła się w niego, gdy objął ją ramieniem.
Stewart może i nie była przyzwyczajona do tłumów, większość dorosłego życia mieszkała sama, jednak tutaj, przy nich wszystkich czuła się jak u siebie. Dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy byli w Medellin — miała wrażenie, że przynależała. Nawet uśmiechnęła się lekko pod nosem i po prostu milczałą. Chłonęła tą chwilę, wsłuchując się w głos Noriegi, kiedy opowiadał im, że właściwie to chcieli zostać tu jeszcze jutro na cały dzień, a potem jeszcze nazwał ją narzeczoną. Głośno. Przy ludziach. I chociaż miała przecież świadomość, że nią była, tak kiedy wypowiedział to na głos… przez plecy przeszedł jej ciepły prąd. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni i przyglądała się reakcji Esme. Chociaż ta Lopeza akurat zwróciła jej jeszcze większą uwagę.
Ściągnęła brwi. Jak dużo oni wiedzieli? Skąd mieli tak wiele informacji? Czy to znaczyło, że jeśli Esme z pierdolonego Meksyku wszystko o nich wiedziała, półświatek również mógł mieć te informacje? Zmartwiło ją to. Zastanowiło na moment. Chociaż zaraz musiała odepchnąć te myśli na bok, bo Esme już stała przed nimi, gratulując zaręczyn.
— Dbaj o nią, Madito — pogładziła policzek Madoxa, zaglądając mu głęboko w oczy, a zaraz potem odwróciła się do Stewart i mocno ją przytuliła, znowu zarzucając jej włosy za ucho. — Ty wiesz, Pilar — rzuciła tajemniczo i jeszcze raz przejechała dłonią po jej włosach.
— Wiem — skinęła głową, uśmiechając się ciepło w stronę kobiety. Jak mogłaby zapomnieć to, co powiedziała jej Esme wtedy przy samochodzie. Nie mogła, ale to akurat była rozmowa tylko między nimi, co prawda odbyta w panice i presji czasu, ale była. Esme uśmiechnęła się szeroko, po czym pobiegła do jadalni, pomóc Lopezowi rozłożyć serwetki.
Pilar za ten czas nachyliła się jeszcze nad garnkiem i zgarnęła łychę zupy do ust, przy okazji spoglądając na Noriegę, kiedy zadawał swoje pytania.
— Żartujesz? No pewnie, że chce zostać — rzuciła zadowolona, chociaż uśmiechnęła się za mocno i trochę zupy ulało się jej po brodzie i skapało na bluzę. Oni to jednak byli po jednych pieniądzach. Nic dziwnego, że ciągle chodzili w cudzych ciuchach i one wieczni były tylko do wyjebania, jak nie z krwi, to z jedzenia. Przełknęła pozostałość z ust i wierzchem dłoni wytarła sobie brodę. Dopiero potem nachyliła się w jego kierunku. — Poza tym… — przyjrzała się uważnie jego twarzy, wodząc spojrzeniem po obłędnie ciemnych oczach. — To jest twój dzień, pamiętasz? Możesz sobie życzyć czego tylko chcesz, a ja… — przysunęła się bliżej do jego ust. — będę… — otuliła oddechem jego policzek. — to wszystko… — znalazła się przy uchu. — spełniać — dokończyła i zaczepnie złapała płatek w zęby, przygryzając delikatnie. Krótko, bo zaraz Esme zawołała ich z jadalni, więc finalnie po prostu złapała za rękę Noriegi i zaciągnęła go do stołu.
Niby jedli smaczne empanadas, niby były przepyszne, a jednak kiedy miska gorącej zupy wylądowała przed Pilar, w jej brzuchu momentalnie coś zaburczało, głośno, aż Lopez popatrzył się na nią z politowaniem.
— No co? — otworzyła szerzej oczy. — Byłam zbyt zajęta ratowaniem twojej dupy, żeby zjeść porządny obiad — wzruszyła ramionami. Chociaż już trochę bardziej się lubili, Stewart nie miała zamiaru zostawiać wszystkich złośliwości za drzwiami. Zresztą… Lopez też był pierdolnięty i bezczelny, nie ruszały do tego typu zaczepki.
— Dobra, już dobra, przyznaj się, że podobała ci się zabawa w piromankę — od razu odbił piłeczkę, wymierzając w nią widelcem, a Pilar tylko przewróciła oczami.
— Pojebało cię — skwitowała, chociaż przecież pod nosem ewidentnie się uśmiechnęła. Bo faktycznie, trochę się jej podobało. Może nawet trochę bardzo? Ale przecież dzisiaj podobało jej się dużo rzeczy, które nie powinno.
— Jak się oświadczyłeś? — Esme przerwała im tą wymianę zdań, spoglądając na Noriegę. — Kiedy planujecie ślub? Rozumiem, że tym razem serio będziemy zaproszeni? — spytała z uśmiechem na ustach, chociaż na jej twarzy dało się zauważyć, że trochę bała się odpowiedzi.
futuro novio
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Esme też popatrzył na niego pobłażliwie, jakby był dzieckiem, kiedy ubrudził się zupą, ale później już nieco poważniej, gdy oznajmił, że Pilar była jego na-rze-czo-ną, zajebiście to brzmiało. Już nie dziewczyną, jak często o niej mówił, już nie partnerką, jak o niej myślał, tylko narzeczoną, przyszłą żoną właściwie.
O dziwo dobrze też się czuł z tym, że Esme im pogratulowała, że też wydawała się szczęśliwa, jak wtedy, kiedy przyprowadził jej Rosę. Nie chciał o niej myśleć, bo tamten Madox tą dekadę temu to był zupełnie inny człowiek. Ale i tak gdzieś z tyłu głowy to roztrząsał, i to, jak wszystko się wtedy wypierdoliło, kiedy też wydawało mu się, że jest szczęśliwy, że już będzie, zawsze. Mocniej zacisnął palce na dłoni Pilar.
- Będę - powiedział pewny swego, bo on... no kurwa wszystko by dla niej zrobił. Wszedł w ogień, pod lód i przyjął kolejne dziesięć kulek. Zerknął na nią z ukosa, a kiedy Esme powiedziała to ty wiesz Pilar, a Stewart odpowiedziała, że wie, to zaraz uniósł jedną brew. Zaczekał jeszcze aż Esmeralda zniknęła w salonie.
- Co wiesz? - zapytał od razu, bo przecież jakby nie zapytał to nie byłby sobą, Madox był ciekawski, a jakieś tajemnice między jego... matką, a narzeczoną, to już w ogóle bardzo go zaintrygowały. Wbił ciemne tęczówki w jej piękną twarz, w usta, kiedy wkładała do nich ponownie łyżkę z zupą.
A kiedy odpowiedziała, że chce zostać, to się uśmiechnął, pokiwał głową, miał się do niej znowu przysunąć, ale jak ta zupa polała jej się po brodzie, to parsknął krótko, a zaraz sięgnął po ściereczkę i wytarł jej ją z bluzy, trochę pewnie dłużej niż powinien, skupiając się na tej plamie na biuście.
- To dobrze, bo ja bym chciał iść na tą imprezę na plaży... - rzucił, ale zaraz Pilar mu mówiła, że to jest jego dzień i może sobie życzyć czego chce, ciemne tęczówki zatrzymały się na jej oczach, a kiedy tak mu szeptała do ucha, a potem jeszcze poczuł na nim jej zęby, to aż nabrał powietrze mocniej w płuca. Zanim jeszcze poszli do salonu, to on też musiał się do niej pochylić.
- Chciałbym... - zaczął i omiótł ciepłym oddechem jej kark - żebyś mi obciągnęła... w tej kuchni - zawiesił te słowa przy jej uchu, na szyi, po której przesunął językiem. Ale zaraz się odsunął, bo już szli do salonu, już siadali przy stole jakby nigdy nic. Jak jakaś szczęśliwa rodzinka. Nawet Lopez sobie wymieniał z Pilar uszczypliwości... dosłownie jak przy rodzinnym stole.
Madoxowi podobała się zabawa Pilar w piromankę, kręciło go to... Chociaż może dziwnie to brzmi, ale jemu się podobała ta wersja Pilar Noriegi - dziewczyny gangstera, trochę szalonej, kurewsko seksownej, która strzelała lepiej niż Pablo Gonzales.
Zawiesił na niej ciemne tęczówki, pakując do buzi kolejną łyżkę zupy, ale kiedy Esme zapytała jak się oświadczył, to przeniósł na nią spojrzenie, a na kolejne pytanie aż się to zupą zachłysnął. Odkaszlnął i musiał się uderzyć pięścią w splot słoneczny, bo chyba by się udusił.
Bo może on proponował Pilar, żeby zrobili to dzisiaj, wzięli ślub, jakiś cichy, na plaży, albo szalony w Vegas, albo jakiś tajny w Toronto, ale jak dotarło do niego, że może... ona by chciała takie kolejne wielkie, kolumbijskie wesele, na którym rzeczywiście będzie jego rodzina, jego matka, tak jak na ślubie Ticiano i Marie... to trochę go to zbiło z tropu. On już raz przez coś takiego przechodził, przez przygotowania do ślubu, a potem...
Nie chciał chyba powtórki. W ogóle nie chciał może ślubu? Chciał. Ale... nie taki jak sobie zakładała Esme. Tylko, że on wcale nie wiedział, jaki chciałaby Stewart. A co jeśli duży? A co jeśli z całą rodziną? A co jeśli huczny? A co jeśli mieli w ogóle zupełnie różne wizje? On właściwie nie miał jeszcze żadnej wizji. Dopiero pomyślał o zaręczynach. A Esme już pytała go o ślub...
Dlatego zaraz zasłonił się tym, co wcześniej mu powiedziała Pilar.
- Jak się nacieszymy narzeczeństwem... - rzucił i sięgnął po szklankę z drinkiem, żeby się napić.
Może nigdy? A może jutro? To było bardzo trudne pytanie. A on naprawdę nie znał na nie odpowiedzi. Zerknął na Pilar, jakby ona miała mu ją podsunąć.
- Nie wiem czy w ogóle kogoś zaprosimy... i to - znowu zaczynał kręcić, ale co miał powiedzieć? Że nie chce ślubu, albo, że chce go, ale nie wie jeszcze jaki. No bo nie wiedział. Nie wiedział czego chciała Pilar, a przecież to zawsze było dla niego ważne.
- Zrobimy to na własnych zasadach... - dodał, no bo chciał wyznaczyć jakieś granice. Podkreślić to, że nie będzie powtórki z rozrywki, gdzie wielkie kolumbijskie wesele planowała Esme, Rosa i jej matka. To one wybierały tam wszystko, żyły tym ślubem... A Rosalinda to tak żyła, że w międzyczasie posuwała się z Ticiano.
I chociaż Madox wiedział, że Pilar by go nie zdradziła, nawet by nigdy o tym nie pomyślał, to jednak gdzieś pod skórą miał dużo różnych innych obaw. To było jakieś takie silniejsze od niego. A co jeśli ona mu w dzień ślubu odmówi, bo stwierdzi, że to dla jego dobra? Że oni nie powinni? Dlatego on by wolał to zrobić z zaskoczenia, w przypływie chwili, emocji, a nie planować przez rok, żeby później...
- Oświadczyłem się na plaży, ale Pilar odmówiła... - zaczął piękną historię ich oświadczyn i sięgnął sobie po kawałek jakiegoś pieczywa, a potem włożył je do resztek zupy. Lopez uniósł jedną brew, ale to jedzenie zupy widelcem szło mu słabo (przepraszam musiałam! kocham to, że Lopez je zupę widelcem) - a potem ona mi się oświadczyła przy śmietniku, i ja odmówiłem... - Esme spojrzała na niego z konsternacją i zawiesiła łyżkę z zupą koło ust - no ale później spróbowałem jeszcze raz, po zajebistym seksie i już się zgodziła - trochę bezpośrednia ta opowieść? Może, ale to tak właśnie wyglądało. Ich popierdolone zaręczyny.
Lopez parsknął w swój talerz, aż zupa osadziła mu się nawet na brwiach i wąsach. Esme te swoje zmarszczyła i popatrzyła na Madoxa, bo może spodziewała się jakiejś romantycznej opowieści? Ale to mogła...
- Pilar może ty opowiedz? - Noriega zerknął na Stewart, no bo chyba im się nie spodobała ta jego opowieść. Ale to co miał zrobić dodać jakiś zachód słońca w tle? A może w ogóle kwiaty, świece i klękanie na jedno kolano?
Chociaż na tej plaży klęczał na dwóch i zachód słońca też był... A jakoś nie siadło. Przy śmietniku za to powinno pójść gładko, bo to akurat był ich klimat. A jednak tam też były te jego wątpliwości. Tylko, że one wszystkie znikały, z ich obojga w momencie, w którym po prostu byli razem, w którym pieprzyli się dziko, w jakimś domu, do którego się włamali. To było najbardziej w ich stylu...
𝐌𝐲 𝐄𝐯𝐞𝐫𝐲𝐭𝐡𝐢𝐧𝐠 ˚˖𓍢ִ໋
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dyskutowało się za to na inne rzeczy. Na przykład na temat tego, jakie kolejne zachcianki miał Madox, na którą Pilar oczywiście głośno się zaśmiała. Nachyliła się w jego kierunku.
— Chcesz, żebym obciągnęła ci przy twojej matce? — uniosła brew ku górze, przyglądając mu się uważnie. — I kto tu ma dziwne zachcianki — cmoknęła rozbawiona, chociaż na dobrą sprawę, to oni oboje byli zdrowo pierdolnięci. Jak nie pieprzenie się pod rodzinnym obrazem, to teraz obciąganie przy rodzinnym gronie. Jednak trzeba było przyznać, że przynajmniej byli w tym oboje, absolutnie nie oceniając się nawzajem. Chociaż akurat Pilar nie miała zamiaru pokazywać przy Esme głębokiego gardła.
Już wystarczyło, że Noriega kiedy zaczął opowiadać przy stole ich historię zaręczyn, nie omieszkał wspomnieć o tym, jaki to mieli zajebisty seks chwile przed tym, jak Stewart powiedziała, że chce zostać jego żoną.
I chociaż było to może nie na miejscu, nie jeden by się zgroszył, a nie jedna kobieta zawstydziła, tak ona słuchała tego z uśmiechem na ustach. Bo jednak… jakby na to nie spojrzeć, to dokładnie taka była ich historia. Pierwsze ona odmówiła na plaży przy obsranych gaciach, potem on odmówił przy śmietniku, a ta końcu oboje się zgodzili, dochodząc do porozumienia po zajebistym seksie. Romantycznie w chuj. A przynajmniej jak dla Pilar. Bo przecież im nigdy nic nie przychodziło łatwo. Ich narwaństwo, impulsywność i ciężkie charaktery powodowały, że z wieloma rzeczami musieli się pierwsze dojść, zrozumieć, spotkać gdzieś po środku. I to właśnie było piękne w tej relacji. To, że na nią trzeba sobie było z a p r a c o w a ć. Nic, ale to kurwa nic nie mieli podane na tacy. Była kurewsko wymagajaca, a oni sukcesywnie robili wszystko, by tym wyzwaniom sprostać. Nigdy się nie poddawali i całe kurwa szczęście, że na ich związku również się nie poddali.
Kiwała głową, raz po raz zajadając się zupą. Była pyszna, chociaż przez moment Pilar przyglądała się Lopezowi, jak on właściwie ją jadł, bo zamiast łyżki miał widelec i cała woda spływała mu prosto do miski albo po brodzie. Tylko wsad zostawał na widelcu. Ale co, może taki już miał styl chłopak. Nie jej było oceniać, szczególnie że po chwili, Madox to ją poprosił o to, żeby opowiedziała o zaręczynach. Tylko co ona jeszcze mogła powiedzieć?
— Było dokładnie tak, jak mówi — wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się zadowolona. — Ano i do tego domu, w którym uprawialiśmy ten zajebisty seks, to w sumie się włamaliśmy. To znaczy pierwsze chcieliśmy tylko popływać w ich basenie, ale jakoś tak wyszło… — chyba nie o to mu chodziło? Miała to jakoś ładniej ubrać w słowa? Powiedzieć coś mądrego? Tylko problem w tym, że ona była dzisiaj niegrzeczną Pilar i mało co robiła tak, jak wypadało. — A potem wyjedliśmy im jeszcze empanady z lodówki — tego też nie powinna mówić? Spojrzała na Esme, która tylko mrugała zaskoczona. — Ale i tak podjazdu nie mają do tej pysznej zupy — dodała po chwili, chwaląc ją za posiłek, a na podkreślenie swoich słów jeszcze zasiorbała trochę zupy już bezpośrednio z miski, zjadając wszystko, co zostało jej zaserwowane.
— Włamaliście się komuś do domu, żeby uprawiać tam seks? — spytała w końcu, przenosząc spojrzenie z Pilar na Madoxa. I tak na zmianę.
— W sumie to dlatego, że Madox chciał zobaczyć, jak otwieram zamki… — już chciała sprostować, ale Lopez zaśmiał się głośno.
— Oj, już tak na nich nie wchodź, sama święta nie byłaś — spojrzał wymownie na swoją kobietę, a zaraz jeszcze władował sobie do ust kolejny wsad z widelca. — Już nie pamiętasz jak włączyłaś alarm w całej galerii handlowej, żebyśmy mogli…
— ANDRES! — Esme aż się wyprostowała, a Pilar… prychnęła i przy okazji oznalazła dłoń Madoxa pod stołem. Splotła ich palce i zacisnęła mocniej, kiedy nagle Lopez i Esme zaczęli się kłócić. On opowiadał o tym, jaki zajebisty seks nie raz mieli w miejscach, gdzie wcale nie powinno ich być, a ona zaś kopała go pod stołem, żeby już się zmaknął. Aż przyjemnie się na to patrzyło. A potem Lopez nawet nazwał ją loca chica, na co Pilar tylko popatrzyła wymownie na Noriegę. Chyba dało się zobaczyć pewne podobieństwa.
— Madito — odezwała się po chwili Esme, kiedy każdy już kończył jeść i spojrzała na swojego syna. — Chodź ze mną na moment — jej głos był spokojny, chociaż ewidentnie lekko spoważniała. Wstała od stołu, szurając nieco krzesłem, po czym wyciągnęła rękę do Noriegi. — Pięć minut — skinęła głową, a potem odwróciła się na pięcie. Z blatu na wyspie w kuchni zgarnęła niewielkie pudełko, a następnie wyszła na taras, tylko raz odwracając się przez ramię, by sprawdzić, czy idzie za nią.
Zamiast usiąść na drewnianej ławce, skierowała się na schody. Przysiadła na środkowym i poczekała grzecznie aż Madox zrobi to samo. Przejechała dłonią po szorstkim opakowaniu, po czym wzięła głęboki oddech.
— To dla ciebie — uchyliła wieczko, po czym wyciągnęła z niego telefon. Jakiś stary model. Wcale nie dotykowy. — Tylko tak możemy się kontaktować. Będą mnie szukać. I to nie tylko policja — mówiła spokojnie, wwiercając swoje ciemne, czekoladowe oczy w te jego, tak bardzo podobne. — A ja… — ujęła jego wolną dłoń i zacisnęła na niej chłodne palce. — Nie chcę cię znowu stracić, Madito. Nie chce dowiadywać się, co u ciebie słychać przez innych ludzi. Chcę, żebyś sam czasami do mnie zadzwonił i powiedział, co słychać — głos jej się lekko załamał. — Możesz to dla mnie zrobić? — dopytała, nawet na moment nie ściągając z niego spojrzenia.
familia -`♡´-